
Wiadomo, słoneczko, forsycja i fiołki, Dłuższy dzień, śpiewające kosy. Dzieci znoszą do domu bukieciki kwiatuszków, wianki, patyki i masę błota
Świat zaczyna pachnąć. I nie wiem, może to te zapachy ożywiają wspomnienia. Może razem z przyrodą ożywa dzieciak we mnie i chce beztroski i luzu.
Chce mi się wiosną tracić czas. Chce mi się zabawy, niezobowiązującej radochy. Robienia rzeczy ot tak, bez celu.
Gapienia się w niebo a nie praktykowania uważności. Próbowania nowych rzeczy dla zwykłej radości a nie dla samorozwoju. Spacerowania,a nie robienia kroków. Karmienia się dobrym jedzeniem bez czytania etykiet i liczenia makroskładników. Rozwiązywania łamigłówek ot tak, a nie ćwiczenia mózgu. Jeżdżenia na rowerze a nie ćwiczeń aerobowych.
Aeroby, uważność i ćwiczenia mózgu są ważne i potrzebne. Ale ta wiosna sprawia, że chce mi się trochę rozpiąć ostatni guzik w koszuli, zluzować i przestać byc taką prymuską.
Jesteśmy na co dzień tak uczesani i przezorni, że logistyka i optymalizacja codzienności wchodzi w krew za bardzo, podczas składania prania słucha się podcastów edukacyjnych, przy smażeniu kotletów robi się przysiady, a oglądając film smaruje się paznokcie olejkową odżywką.
Człowiek ma poczucie rebelii gdy nie zrobi rano gimnastyki, a niezmycie makijażu wieczorem po prostu się Nie.Wydarza.
I przychodzi ta wiosna frywolna. Ciągnie za sobą welon wspomnień ukrytych w zapachu kwitnących mirabelek. Przychodzi, spowija świat zieloną mgiełką młodych listków i poczucia beztroskiej, nieodpowiedzialnej radości życia. Przychodzi, przeplata troche zimy, trochę lata, niegodna zaufania i kapryśna jak nastolatka.
I ta nieprzewidywalność, lekkość i frywolność bardzo jest inspirująca. Inspirująca do popuszczenia tej kontroli, do robienia rzeczy ot tak. Do założenia zwiewnej sukienki bez okazji, bo tak miło i przyjemnie jest poczuć te przewiewny materiał. Do czytania informacji o zwyczajach godowych ptaków, choć do niczego nam się to nie przyda. Do zrobienia sobie wianka, obserwowania jak pszczoły murarki zasiedlają każdą szczelinę w domu u Rodziców. Do gapienia się w pierwsze w tym sezonie ognisko.
Jak dużą ulgę też przynosi świadomość, że czasem nie trzeba się doskonalić. Że można być w czymś do dupy i dalej to kochać. Można fałszować z wielką radością, można z pasją malować bochomazy. Można zjeżdżać na nartach na krechę prosto w ogrodzenie (pozdrawiam Szczuri!). Można byc w czymś coraz lepszym, ale nie trzeba. Można jeździć na rolkach rekreacyjnie i powoli, bez konieczności uczenia się nowych sztuczek, grac w badmintona nie na punkty, można bawić się świetnie układając trzeci raz te same puzzle.



Przeczytałam ostatnio książkę „Cały błękit nieba” Melissy da Costa. Nie wyrwała mnie z butów, ale została ze mną jedna rzecz. Wieczorne pytanie, za co zapamiętam ten dzień. Co było w nim tym wspomnieniem, które chciałabym zachować w sobie.
Oczywiście, dni są różne, czasami ma się wrażenie że wypełnione są jednym stresem za drugim, że wokół tylko trudności, kryzys psychiczny młodzieży, wojny i katastrofa klimatyczna, ale może są też te promyczki, jak niespodziewanie pogodne czwartkowe popołudnie, chociaż zapowiadali 6 stopni i wiatr.
Bukiet kwiatów od dziecka, zerwany po drodze ze szkoły
Zapach nagrzanej słońcem piegowatej skóry.
Pierwsza wiosenna kawa na balkonie.
Półgodzinny spacer po zazielenionym osiedlu przed pracą.
Pobudka o 4 rano, bo kosy wyśpiewują jak szalone
Wycieczka po podlubeskich wąwozach skąpanych w zawilcach, przylaszczkach i miodunkach
Sobotnie śniadanie, z jajkiem na miękko i pierwszymi lokalnymi rzodkiewkami
Bujanie się na hamaku wśród kwitnących jabłoni



2 komentarze
Wspaniałe napisane . Zapamiętam ten cytat „że można być w czymś do d…. I nadal to kochać ” też miewam takie rozkminkk. Frywolność wiosny świetnie przedstawiona.
Dziękuję za ten piękny,pachnący wiosną wpis! Marzę o hamaku…