Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

książki

jak odpoczywaćjesieńksiążkirozmyślaniaUncategorizeduważność

jesienne czasospowalniacze

by Paulina 4 listopada, 2025

Jesienią najbardziej lubię zmierzch. Nawet gdy o zmierzchu trzeba odwozić lub odprowadzać dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Niezależnie od tego czy szuram właśnie w liściach, jadę samochodem, czy w domu zaparzam popołudniową herbatę pu erh. Gdy jesienią zapada popołudniowy zmierzch, to jest trochę ten efekt wełnianego kocyka przykrywającego życie, „teraz już nic nie musisz, teraz się utul i napij coś ciepłego, i masz jeszcze kardamonowe ciasteczko sobie przegryź.”

czytaj dalej
4 listopada, 2025 2 komentarze
1 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkipasjaprzyjemności

Książki, które mnie wymiętoliły

by Paulina 10 czerwca, 2016

Lubię czytać, czytam sporo, czytam na Kindle’u, książki papierowe – kupowane i z biblioteki, słucham audiobooków (składanie prania kojarzy mi się już nierozerwalnie z cudownym głosem Karen Savage, nagrywającej angielskie klasyki na Librivox.).


Na ogół czytam bez sprecyzowanego klucza, czasami sięgam po przypadkowe książki, czasem z czyjegoś polecenia, czasem zachęca mnie okładka lub pierwsza strona. Zdarzają mi się też wieloksiążkowe sesje typu „trop jednego autora”, „wiktoriańska Anglia”, „wszystko, co japońskie”, ale nie tak często jak bym chciała (myślę, że taki system pozwoliłby na wyniesienie z książek czegoś więcej), częściej skaczę z przysłowiowego kwiatka na kwiatek, a ta metoda na pewno zapewnia więcej świeżości. Ciekawa jest, jak jest u Was? Macie jakiś system? Robicie listy „do przeczytania”? Macie półki tematyczne / gatunkowe / epokowe?

Tak czy inaczej, uwielbiam czasem trafić na książkę, która porywa, w którą człowiek zanurza się z głową, robiąc krótkie przerwy, by z nieprzytomnym wzrokiem stwierdzić, że należałoby się położyć, albo że ta krótka przerwa na kawę niepostrzeżenie rozrosła się do paru godzin. Oczywiście, to nie jest pożyteczne, ani cenne i często prowadzi do wyrzutów sumienia i zawalania spraw, ale raz na jakiś czas uwielbiam zanurzyć się jakiś świat tak nieodpowiedzialnie totalnie. A potem się śnić o nim jeszcze wiele nocy.

Przedstawiam listę książek, które tak właśnie mnie pochłonęły. Zaznaczam, że nie jest to ani „lista książek do przeczytania przed śmiercią”, ani „lista książek, które mnie ukształtowały”, ani nawet lista moich ukochanych książek. Te mnie po prostu zjadły.

1. Seria o wiedźminie Sapkowskiego. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do tej sagi. Choć zrobiła to już wiele razy, porywa zawsze. Uwielbiam za fantastyczny, różnorodny język, za wielowątkowa fabułę, za wiele poziomów na jakich można ją czytać, za bohaterów, za wyjście z szablonowości świata tolkienowskiego.
2. Saga o Diunie Herberta. Byłam w ciąży z Wilczkiem, miałam mnóstwo czasu i musiałam dużo leżeć, przeczytałam wszystkie tomu jeden za drugim, nie robiąc żadnych przerw, słuchając raz za razem ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Ależ mnie w ciągnęło – świat Diuny, historia, filozofia, moc… Co ciekawe, pierwszy tom powstał w latach 60, to literatura science fiction, a zupełnie nie ma „efektu retro”.
3. Zły Tyrmanda. Po tej książce pokochałam Tyrmanda miłością totalną, przeniosłam się mentalnie do powojennej Warszawy, to była wspaniała podróż. Do tego soczysta intryga, tajemniczy dość klimat, intrygujące postaci…
4. Szczygieł Donny Tartt. to pozycja z ostatnich wakacji. Świetnie, bardzo plastycznie i filmowo opisana historia, w która weszłam tak mocno, że momentami (w czasie gdy główny bohater mieszkał w LA i to był czas okropnego sponiewierania używkowego) czułam się fizycznie źle.
5. Gorączka Tomka Michniewicza. Historie poszukiwaczy skarbów, lepsze niż Indiana Jones, bo prawdziwe, niebezpieczeństwo i tajemniczość i dramatycznie przejmujący los afrykańskich rezerwatów.
6. Rio Anakonda Wojciecha Cejrowskiego. Znowu daleki świat, dżungla amazońska, społeczności totalnie nie znające naszej cywilizacji, prawdziwi szamani o tajemniczych zdolnościach, a wszystko opisane w rewelacyjny sposób. Nawet jeśli ktoś nie przepada za osobą W.C. to jego książki podróżnicze są majstersztykiem
7. Shantaram G. D. Robertsa. Skończyłam niedawno to tomiszcze i jestem zachwycona. Niezwykle barwnie odmalowane Indie (nigdy specjalnie mnie nie kręcił ten kraj, ale zmieniłam poglądy), dramatyczna historia, filozoficzne rozważania, wspaniały styl. A do tego świadomość, że wszystko jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami!
8. Terry Pratchett – zwłaszcza seria o Wiedźmach. I o Straży Miejskiej. Muszę komuś przedstawiać Pratchetta? Nikt nie pisze książek z tak idealnie wyważoną mieszanką ironii i dystansu, świetnych historii, czerpania z popkultury i dużej mądrości. Gdy trafiłam na niego pierwszy raz (choć okładki nie zachęcają), zakochałam się od pierwszej strony.

9. Madame Antoniego Libery. Ależ to piękna historia jest. Arcy romatyczna, cudownie opisana, z nutką tajemniczości… Nie jest to romans w klasycznym wydaniu, ale takie, trochę nieoczywiste opowieści o miłości lubię najbardziej.
10. Cień wiatru C. L. Zafona. Może nie szczyt ambitnej lektury, ale pamiętam, ze ta mroczna i tajemnicza Barcelona porwała mnie doszczętnie. Pamiętam, że czytałam ją w czasie mojej dużej fascynacji tym miastem, na tej fali był jeszcze Mendoza.
11. Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna. Przeczytałam tę książkę zanim zaczęło się na nią prawdziwe szaleństwo i wzięła mnie całkowicie. Na studiach miałam wtedy literaturę średniowieczną, co idealnie współgrało z tematem. Przeczytałam jednym tchem i nawet zainteresowałam wątkiem spiskowej teorii dziejów, co było dość ekscytujące.
12. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tu wchodzimy na listę książek, które trzeba znać, ale tutaj też ma swoje miejsce, bo to dzieło pochłonęło mnie od pierwszych zdań.

Nie piszę o dziecięco – młodzieżowych klasykach typu Montgomery, Musierowicz, Bahdaj, Niziurski czy Lindgren, one wszystkie pochłaniały bez reszty i pewnie w dużej mierze ukształtowały moją bibliofilię.

Nie wspominam też o książkach do delektowania się. Są i takie, które czyta się niespiesznie, które się smakuje i których wręcz nie powinno się czytać zbyt szybko, bo traci się cały smaczek. O nich może innym razem.

A Wy? Macie takie książki, lubicie dać się tak pochłonąć, że zapominacie o całym świecie? 

* Post zawiera linki afiliacyjne, kierujące do strony ceneo.pl. Jeśli na coś się zdecydujecie, trafia do mnie niewielki procent od zakupów,.

10 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkikulinarnielatomindfulnessprzyjemności

Przyjemności końca lata

by Paulina 30 września, 2015

Jeśli chodzi o przyjemności, powrót do Polski oznacza spełnienie wszystkich nadziei i radości, o których pisałam w tym wpisie. Przede wszystkim trochę czasu tylko we dwoje, w Kazimierzu, czy na wieczornych randkach na starówce lubelskiej. Spędziliśmy też trochę błogich chwil na trawie, w basenie i hamaku w ogrodzie u rodziców, gdy dzieci ogołacały krzaki porzeczek i borówek z babcinego ogródka. Generalnie bratanie z przyroda na całego.

A konkretniej.

JEDZENIE
W sierpniu to głównie kolory, zapachy i witaminy, chętnie prosto z ogródka, nierówne, nadjedzone przez mrówki i brudne w ziemi, najautentyczniejsze.Spektakularnych potraw brak, jest za to sama esencja.

Sałatka z grillowanej cukinii.
Potrzebujemy
– dwie młode cukinie, pokrojone wzdłuż na cienkie plastry (ja to robię obieraczką)
– oliwę z oliwek
– dojrzały pomidor
– czarne oliwki
– feta
– odrobina czosnku

Cukinię delikatnie skrapiamy oliwą z oliwek i smażymy (mocno i krótko) na patelni grillowej. Zmniejszy mocno objętość, ale nie szkodzi. Do cukini dodajemy obranego i pokrojonego (jak kto lubi) pomidora, oliwki i skruszoną fetę. Można polać dodatkowo oliwą z dodatkiem zmiażdżonego czosnku. Proste, szybkie (no, to smażenie cukinii chwilę trwa), i przepyszne

Albo sałatka z kalafiora i pomidora:
Kalafiora gotujemy na parze, dodajemy obranego pomidora. Podajemy z sosem majonezowo – jogurtowego ze sporą ilością zgniecionego czosnku, solą i świeżo zmielonym (to ważne) pieprzem.

Albo z rukolą (wyjątkowo wybujała w tym roku) i gruszką
Warstwowo układamy
– rukolę
– gruszkę pokrojoną w plasterki
– ser typu roquefort
– orzechy włoskie

Albo ten makaron cukiniowy.
Makaron z pesto bazyliowym/pietruszkowm.

Ziemniaki z ogniska! To jest (chyba kolejna już…) kwintesencja letniego jedzenia, które uwielbiam. Najprostsze, najpyszniejsze, najbardziej aromatyczne jedzenie, jakie można sobie wyobrazić. A do tego oczekiwanie, z wpatrywaniem się w migocący żar, albo w nocne niebo, rozmowy i pykanie ognia. Czy może być coś lepszego?

KSIĄŻKI
Różne się książki przewinęły ostatnio przez moje ręce. Poradniki, hmhmm, porządkująco-organizujące, czyli czytana chyba przez wszystkich „Slow Fashion” Joanny Glogazy, które podobało mi się bardzo (dużo konkretów, dobrych przykładów, ciekawych porad i pomysłów), i „Magia sprzątania” Marie Kondo, w której zainspirowała mnie jedynie zasada o przechowywaniu pionowo ubrań, a generalnie pełna była dość patetycznych tekstów o tym jak sprzątanie zmieni moje życie, i o „przeznaczonych sobie torbach”, i łzach rozpaczy towarzyszących czyszczeniu łazienkowego koszyczka pokrytego śluzem

Tyrmand syn Leopolda – kupiłam tę książkę przy okazji jakiejś promocji w Znaku, i w sumie nie wiem, czego się po niej spodziewałam… Może jakiegoś echa fantastycznego „Dziennika 1954”? Dostałam momentami ciekawą, ale w sumie raczej nudnawą autobiografię Amerykanina, który sam w sobie wydaje się być fajnym człowiekiem, ale który nie ma nic wspólnego ze swoim ojcem, bo praktycznie go nie znał, wychował się w zupełnie innych warunkach i wartościach i żyje w zupełnie innym świecie.

Dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie (także grubością). Pierwsza z nich to „Szczygieł” Donny Tartt, świetnie napisana opowieść, arcyciekawa historia, od której nie można się oderwać, bardzo filmowa (ciekawe, kiedy wezmą się za ekranizację, chętnie bym zobaczyła).
A druga, trochę w jakimś sensie podobna, choć moim zdaniem bardziej wysmakowana literacko, to „Wyznaję” Jaume Cabré, o bardzo ciekawej formie, i zgrabnie przeplatających się ze sobą różnych historiach.
 Zdecydowanie polecam!

FILM
Jeden, ale za to jaki. Wreszcie, znając na pamięć ścieżkę dźwiękową, zobaczyłam „K Pax„. Szalenie mi się podobał. Był w nim jakiś rodzaj magii, dobroci, ciepła, jakiejś dobrotliwej krytyki dla naszego świata. Była ciekawie opowiedziana historia. Ta klimatyczna ścieżka dźwiękowa. No i otwartość interpretacyjna, i podstawowe pytanie, kim był główny bohater, coś co bardzo lubię i co sprawia, że o filmie się rozmawia jeszcze parę dni po obejrzeniu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, polecam
.

BIEGANIE
No dobra, nie robię maratonów żadnych (jeszcze!), póki co wciągnęłam się trochę na zasadzie „ja też kiedyś biegłam”. Ale wciągnęłam się, przypomniałam sobie tę energię jaka się wydziela po opanowaniu pierwszej zadyszki, rytm, spokój, uporządkowanie wewnętrzne… Mam bardzo silną motywację, kiedy już ogarniemy sprawy remontowo-przeprowadzkowe, żeby biegać często i regularnie.

A do tego blogi wnętrzarskie, fora budowlane, strona Ikei…

 

30 września, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńksiążkirozmyślaniaspacer

when I’m alone I’ll be better off than I was before

by Paulina 13 października, 2014
W sobotę udałam się na moją Samotną Wyprawę do Biblioteki.
Zawsze uwielbiałam ten klimat biblioteczny – nieważne, czy to mała osiedlowa biblioteka gdzieś przy garażach, czy arcy nowoczesna mediateka pełna multimedialnych gadżetów. W bibliotekach zawsze jest taka specyficzna, nasycona książkami cisza, charakterystyczny zapach… Przeglądam niespiesznie książki, wybieram te do wypożyczenia. Czasem przychodzę z listą, ale przeważnie szukam czegoś na miejscu, chwytam się klasyki, wybieram po okładce (tak, tak, to podobno nie jest najlepsza metoda, sama się nie raz srogo zawiodłam), trafiam na coś, co zawsze chciałam przeczytać, albo coś, o czym usłyszałam niedawno, sięgam po coup de cœur bibliotekarzy. A potem zasiadam sobie, przeglądam, co wybrałam, piszę, układam myśli w głowie, planuję, zastanawiam się.
I jest mi tak dobrze, że do pełni szczęścia brakuje tylko, żeby mnie ktoś smyrał po karku.
Wreszcie mogę usłyszeć moje myśli a nie moje dzieci.
Potem, cudownie odświeżona i niemal stęskniona, dołączyłam do rodziny bawiącej w parku, cieszącej się słońcem, przejażdżkami na kucyku i kolejką, przyglądającej się spadającym liściom, żyrafom i niedźwiedziom.
 

  

Taaak… Wyjście do biblioteki na trzy godziny ilustruję ścieżką dźwiękową do filmu o rzucaniu życia w społeczeństwie i samotnej wyprawie na Alaskę… Wnioski?

13 października, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkilatomój stylprzyjemności

migawki z Polski

by Paulina 3 września, 2014

Ostatni miesiąc minął nam zdecydowanie za szybko (no, może poza dniami i nocami spędzonymi w podróży z Francji i do niej).

Dni uciekały nie wiadomo kiedy i po wszystkim ciągle mam niedosyt … Ale nie ma co narzekać. Udało się spędzić trochę czasu bez dzieci, przeczytać parę książek (Bator, Michniewicz, Tyrmand i z czytana łezką nostalgii Montgomery z mojej młodzieżowej biblioteczki w dawnym pokoju), ochrzcić córę i ciut młodszą bratanicę, odwiedzić tradycyjnie deszczowy Zwierzyniec, odkryć nowe miejsca na lubelskim starym mieście, spędzić miłe popołudnie w Nałęczowie, najeść malin i jeżyn prosto z krzaka, pochlapać w basenie, biegać po zaroszonej porannie trawie, poprzyglądać się synkowi z zapałem ładującemu stonki do swojego traktorka i wywożącemu je nie wiadomo gdzie…

Ale jesteśmy z powrotem, Francjo, witaj ponownie.

 


3 września, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książki

uzależnienie jakby

by Paulina 14 stycznia, 2014

Wpadłam. Po raz kolejny. W ciągu dnia chodzę rozkojarzona, trochę rozmemłana, na Głodzie. A miałam tylko coś sprawdzić…
Przeczytałam najnowszą książkę Sapkowskiego. Rozczarowałam się nią ogromnie. Stylowo to takie nieudolne naśladownictwo samego siebie, a treść jest zwyczajnie nudnawa… Materiał może na (nie najlepsze) opowiadanie.
I chciałam sprawdzić… Czy może ja wyrosłam, i cały Wiedźmin jest taki, czy po prostu autorowi nie wyszło tym razem. Miałam przeczytać parę opowiadań. I nie udało się. Znowu mnie wciągnęło, każąc zapomnieć o innych książkach czekających na czytniku, oddać te wypożyczone do biblioteki z obietnicą daną naprędce, że do nich wrócę. Nazbierało się filmów do obejrzenia, nie graliśmy dawno… Bo wieczorami czytam. Łapczywie, momentami kompulsywnie. Potem zwalniam, i zaczynam się delektować słowami.
Usprawiedliwiam się, bo w ciąży trzeba się rozpieszczać, mózg pracuje trochę wolniej, trochę inaczej. Trzeba sobie dogadzać.
Trochę tylko mi źle, że znowu wracam do czegoś, co doskonale znam, a przecież tyle jeszcze do przeczytania, poznania…

A jak skończę, też mi będzie źle.

Od zawsze miałam takie książki, wyczytane do granic możliwości, do których wracałam. Gdy byłam chora, było mi źle, chciałam się trochę porozpieszczać… Jak czekolada, ciepły koc, hamak, wino. „Dzieci z Bullerbyn”, Montgomery, Jeżycjada, Chmielewska, czy Schmitt, Pratchett… no i Wiedźmin… Jakie są wasze książkowe rozpieszczacze?

14 stycznia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

Ostatnie wpisy

  • daj sobie spokój
  • jesienne czasospowalniacze
  • Bretania z dziećmi pod namiotem
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach
  • Lasy Janowskie rowerami

Najnowsze komentarze

  • Ania - jesienne czasospowalniacze
  • Justyna - jesienne czasospowalniacze
  • Anna - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Najnowsze wpisy

  • daj sobie spokój

    28 listopada, 2025
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • Bretania z dziećmi pod namiotem

    31 sierpnia, 2025
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

    9 lipca, 2025
  • Lasy Janowskie rowerami

    17 czerwca, 2025

Kategorie

Popular Posts

  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • blogowanie

    9 lipca, 2015
  • mniej

    24 lutego, 2015
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry