Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

mindfulness

jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakcodziennośćdzieciństwo unpluggedlatolubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczynamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

lekki był i cygański taniec sierpnia

by Paulina 4 września, 2022

Ach sierpniu, sierpniu.

Ależ mi ten miesiąc wzrusza serce. 

Sierpień smakuje i pachnie jabłkami, niewielkimi, o białym miąższu i cudownej różowawo słomkowej skórce. I cukinią, papryką (najchętniej pieczoną w piecu chlebowym na wsi u moich rodziców), kurkami z czosnkiem i rozmarynem. Malinami, najlepiej prosto z krzaka. I pomidorami, tak bardzo pomidorami.

Sierpień to rój Perseidów, rżysko po zbożu (słyszycie jak to brzmi?), leżenie na trawie i patrzenie w chmury. Ciepłe wieczory. I ta delikatna nostalgia malująca się czerwieniejącymi jarzębinami i żółtością nawłoci.

To zmysłowość nasycona i spokojna, dojrzała.

To był dobry miesiąc, sielankowością mocno nawiązujący do Bullerbyn. Pojechaliśmy na Kaszuby (śladami Pucia) spędzić parę dni w piaszczystym lesie nad jeziorem, leniwie chlupiąc się w wodzie i jeżdżąc na rowerach. Poszwendaliśmy się też po Lubelszczyźnie, Roztocze i okolice kazimierskie nie zawodzą.

W sierpniu nigdzie się nie spieszyliśmy, a czas sunął powoli jak te obłoki na niebie, przesypywał się między palcami jak piasek na plaży, płynął jak świetliste falki na jeziorze. Czas często tak robi, że dopasowuje się do naszego tempa.

Serce mam tkliwe jak mocno wycałowane usta

medytacja uważności w dziecięcym wydaniu, czyli chlapanie wody i wgapianie się w opadające kropelki w świetle zachodzącego słońca.

4 września, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

i to zapiera dech że jest coś a nie nic

by Paulina 13 lutego, 2021


I to zabiera wdech
Że obok jest ktoś i że
Mogło być nic
A jest wszystko

Piszę* do Was tego posta z ciągnącej się w nieskończoność kwarantanny, która szczęśliwie się kończy, a trwa już jakieś pięćset lat. Nie był to najłatwiejszy czas, nauczanie domowe, strach o zdrowie bliskich, ciągła intensywna rodzinna bliskość, energia niewybieganych na dworze dzieci, brak przestrzeni dla siebie, i sytuacja w kraju, jak wisienka na gównianym torcie.

Ale mimo to, a może właśnie dlatego, przy okazji urodzin skupiam się na pozytywach i powodach do wdzięczności.

To jest działanie bardzo samoobronne, bo to taki moment, kiedy podstępnie zbliża się czarna dupa**, czyli miejsce, gdzie wszystko jest wkurzające i nie ma nadziei, i człowiek największa ochotę ma wyjść z domu, i iść, byle dalej, od wszystkiego i wszystkich i tego kraju też na pewno.

I staram się nie pogrążyć w tej beznadziei, która nic nie da, a tylko rozsieje złą energię, a ja będę skubać paznokcie, rozboli mnie brzuch i spadnie odporność. Dlatego bronię się. Bronię się wdzięcznością.

Jestem wdzięczna

Za zdrowie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Śnieg. nie dość że świat się zrobił całkiem bajkowy, to jeszcze daje to nadzieję, że w kwietniu nie będzie suszy

Za Wilczka, Iskrę i Pirata.

I Autora trzech powyższych, mojego męża.

Za to, że mam dystans do siebie i do świata.

Że mi się chce. Ćwiczyć, czytać, ubierać się, fajnie gotować, starać się.

Za czas na macie do akupresury, z audiobookiem, albo prowadzoną medytacją w słuchawkach

Że wyleczyłam buzię z koszmarnego stanu zapalnego. Nie tylko wyleczyłam, ale mam teraz najładniejszą cerę odkąd pamiętam.

Za wspólne gotowanie i jedzenie. Dobrze jest mieć za małżonka drugiego hobbita.

Za Rodzinę. Bliższą i dalszą.

Za Poczucie humoru.

Filmy. I platformy streamingowe. Po tym weekendzie mam zamiar częściej chodzić do kina, samotnie również bo bardzo to lubię. Ale jednak przez ostatnie lata, gdyby nie filmy online, byłabym bardzo mocno do tyłu. A tak, jestem nie aż tak bardzo;)

Książki. I audiobooki.

Wycieczki. Że w najbliższym zasięgu mamy lasy, jeziora, wąwozy i bezdroża. I że mamy świetną ekipę wycieczkową.

Za sytuację zawodową.

Nasze mieszkanie. Robi się już dla nas przymaławe, ale jest nam tu naprawdę dobrze.

Że żyjemy w czasach pokoju. 

Że pandemia naszych czasów to nie jest pandemia czarnej ospy na przykład.

Że w zasięgu paru godzin mam Bieszczady. I Puszczę Białowieską.

Że umiem tańczyć.

Że w eterze jest czego słuchać. 

Że dzień robi się coraz dłuższy.

Że…

 

* Kwarantanna zdążyła się w międzyczasie skończyć;)

** Czarna dupa, to nie to samo co smutny dzień, melancholia. Smuteczek miewa nawet swój klimacik.

 

13 lutego, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedmindfulnessslow lifestylezima

zima zima

by Paulina 29 stycznia, 2021

I przysypało.

cieszę się, bardzo się cieszę.

Śnieg przysypał szaro-błotniste chodniki i dygocące łyse drzewa, przeciągający się listopadowy smutek, i trochę też ciągnącą się od prawie roku stracho-niepewność i poczucie zagubienia i dezorientacji. 

W takiej Narni, jaką mamy obecnie świat automatycznie traci trochę na realistyczności. Jest biały, puchaty i błyszczący więc nie może być taki do końca zły jak mówią.

Wyrywamy dzieciakom sanki z rąk i zjeżdżamy, jakby miało nie być jutra. Lepimy bałwany nie patrząc na zmarznięte palce bez rękawiczek. Chichramy się rzucając gałkami. , 

I chociaż wiatr wwiewa się za kołnierz (bo szalik oddany dziecku), samochody trzeba odśnieżać, stać w korkach, do wszystkiego dochodzi zimowa niemrawość i kocolubność, to dobrze że jest, ta zima.

Trochę układa ten zwariowany świat. Jest styczeń, jest zima, jest śnieg, wszystko na swoim miejscu, tak, jak powinno być.

 W mokrych kombinezonach i z soplami do włosach wraca się do domu na herbatę z sokiem malinowym. Taka mała stabilizacja, namiastka normalności, trochę powrót do słodkiej przeszłości, za którą wszyscy tęsknimy w niepewnych czasach i która – wiadomo była inna, lepsza, a trawa była zieleńsza.

29 stycznia, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleświęta

Nie tylko dzwoneczki, czyli jak żyć w grudniu

by Paulina 9 grudnia, 2020

Zaczęło się. Rozhulało się wręcz konkretnie

Internet pęka w szwach od prezentowników, zdjęć z
pięknych świątecznych przygotowań, zdjęcia puchatych swetrów, skarpet w
reniferki, migającymi światełkami. Czas chyba największego rozdźwięku
między internetami a rzeczywistością. W świecie wirtualnym wszyscy od
pierwszego grudnia nucą sobie sympatycznie świąteczne piosenki, ich
wysprzątane domy przystrajane są pięknymi ozdobami, ich dzieci ubrane w
białe wełenki, a oni (ci wszyscy) nie mają nic do roboty poza fikuśnym
przystrajaniem pierniczków. Nikogo nie dotknął kryzys ani pandemia,
wszyscy są zbyt zajęci zapalaniem świeczek o zapachu cynamonu.

I
niby wiemy wszyscy że to kreacja. Niby wiemy, że ściema i że te piękne
obrazki mają po prostu robić kasę (a poza tym to też naturalne, że wszyscy staramy się robić raczej ładne zdjęcia). Ale sączy się ta okropna doskonałość i
słodycz jak miód po palcach i ani się spostrzeżemy a ręce się całe
lepią, i podłoga też. I przytłacza to wszystko, co w kontekście roku
bieżącego jest szczególnie okrutne.

I tu wkraczam ja, cała
potargana, w chaosie i w asyście mojego równie chaosiastego potomstwa, by
przekonać Was (i siebie), że naprawdę nie musimy od 1 do 24 grudnia snuć
się na świątecznym haju, odurzeni magią świąt i upojeni pierniczkowym zapachem.

Bo nawet w świątecznym uniesieniu
wciąż trzeba pracować, odrabiać lekcje (i pilnować te zdalne), składać
skarpety i wycierać gile. Klocki lego, mimo jednorazowej akcji
sprzątania przed mikołajem wciąż boleśnie wbijają się w stopy. Moja
racja jest mojsza
w wydaniu rodzeństwa nie traci na intensywności, wręcz się
nasila napędzana emocjami.

Nie jestem cynikiem, daleko mi do
tego. Sama daję się ponieść. Ba, łapię się na proste chwyty wełnianych
rękawic z warkoczowym splotem, przeklikuję te wszystkie piękne,
nierealistyczne prezentowniki i wzdycham, że z takim lnianym obrusem to
by jednak zupełnie inaczej wyglądała kuchnia, a przy okazji cała nasz
rzeczywistość około posiłkowa. Na pewno śmialibyśmy się wesoło miło rozmawiając o kulturze i sztuce, zakąszając karczochem i zerkając na
wysprzątany blat kuchenny. Wszystko to jak tylko ten obrus lniany…

A potem schodzę na ziemię. Do życia.

A w nim wciąż walczę z bałaganem, jednocześnie pracuję
i rozmawiam z Wilczkiem o kostkomeduzie śmiercionośnej oglądam
pięknowe lysunki Pirata (pociąg) i słucham pieśni o Dziadkuuuu do
Orzechóww wykonaniu Iskry. W międzyczasie ogarniamy zdalne nauczanie. Codziennie przytakuję, gdy podniecone szepty
zwierzają mi się jak to już się nie mogą doczekać świąt mamo.
Załadowuję/rozładowuję pralkę nalewam picie
nie-do-tego-kubka-chciałem-buuuuuuu, robię kanapki, podaję syropki.
Odpowiadam na (lub zadaję) zajebiście ważne pytanie… „co dzisiaj jemy?”. Regularnie doprowadzona do ostateczności zapowiadam wtargnięcie z
miotaczem ognia do pokoju dzieci.  Biegają, tupią, roznoszą playmobile i
wycinanki, kłócą się o pierdoły i z pierdół zaśmiewają. Przytulają
znienacka najmocniej, przy okazji rąbiąc łokciem w brzuch.

Życie. A ja, w zależności od ilości snu i stresu pokrzykuję jak ostatnia zołza, albo łzawo się uśmiecham.

A w kwestii atmosfery świątecznej? Powoli ją sobie dawkujemy.

Codziennie
piszę im zadania do kalendarza adwentowego. To oczywiście piękne, mieć taki
kalendarz przygotowany od A do Z już w listopadzie, może są takie rodziny,
które są w stanie zaplanować wszystkie adwentowe aktywności na parę
tygodni wstecz, ale my nie. Dlatego karteczki piszę wieczorami (albo rano), i gdy
dzieciaki się budzą znajdują nową karteczkę co rano. „Drogie dzieci…
Czasem to po prostu dzień bycia miłym dla siebie, czasem pieczenie pierników, czy
robienie ozdób, a czasem zadzwonienie do babci.

Codziennie
wieczorem czytamy Tajemnicę Bożego Narodzenia Josteina Gaardera. Już
kolejny rok, znają to doskonale, ale tu chyba właśnie chodzi o tradycję,
więc inne świąteczne książki zostawiam na popołudnia, albo na po
świętach.

Mamy parę żelaznych punktów – pieczenie gryczanych
ciasteczek dla Mikołaja, zbieranie szyszek i gałązek w lesie do
ozdobienia domu, coroczna wyprawa po nowe bombki. Klejenie łańcucha. Parę
dni przed Wigilią ubieranie choinki do trzeszczącej płyty Piotra
Kaczkowskiego – włączamy ją raz w roku, właśnie przy tej okazji.

I
nie trzeba więcej. Trzeba się dużo przytulać. Trzeba wwąchać się w
zapach drzew iglastych w lesie. Trzeba się wyluzować, być razem i znaleźć swoją własną
esencję.

 

 

9 grudnia, 2020 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćlasmindfulnessmój stylNałęczówrozmyślaniaslow lifestyle

odtrutki

by Paulina 10 listopada, 2020

jak odpoczywać, jak się zrelaksować

czasy są jakie są, wiadomo.

Ale tak to już jest chyba, że czasy zawsze są jakieś… My żyjemy w puchu tak naprawdę od dłuższego czasu, o ciężkich czasach słyszymy, że były kiedyś, albo są aktualnie gdzieś daleko. Wojny, klęski, kryzysy… Mimo wszystko, wciąż znalazłoby się (bez trudu) gorsze miejsce i czas do życia.

Myślę, że warto to zauważyć, i nauczyć się zauważać, że w gruncie rzeczy nasz czas i nasze miejsce to wygrany los na loterii.

A tymczasem, niezależnie od pandemii i polityki, nasze życie trwa właśnie teraz.

Słońce budzi nas (coraz później) rano, niezależnie od liczby dziennych zachorowań.

Drzewa gubią liście nie zważając na decyzje rządu.

Złota polska jesień właśnie powoli i majestatycznie zmienia się w polską listopadową szarugę, jak co roku, bez względu na to czy Polska jako taka kwitnie czy gnije.

Wciąż można sobie głęboko pooddychać na spacerze. Dziecięce rączki przytulają się wciąż z tą samą, niezmącona ufnością. Muzyka w głośnikach nie straciła na cudowności. Małe błyski cudowności wciąż są, wciąż tak samo cudowne.

I trochę mnie to trzyma w równowadze, powiem Wam. Miałam przez jakiś czas taki przeświadczenie, że może należy być nieustannie wkurwionym i wciąż się zamartwiać, że może nie wypada skupiać się na niczym , co odrywa nas od aktualnej sytuacji.

Ale, wiecie, zadręczenie się jeszcze nikogo i niczego nie uratowało.

Dlatego, dbam o siebie, buduję sobie własny, prywatny azyl, opiekuję się sobą i moją rodziną, bo taki stan może potrwać jeszcze długo, i doprawdy to nie jest powód, by zawiesić na kołku życie jako takie.

Dlatego, na życiu właśnie koncentruję się bardzo ostatnio. Życie nasze prywatne jest najlepszą odtrutką na nieprywatną rzeczywistość.

Pozwalam sobie częściej, na moje guilty pleasures – poczytuję wczesną Musierowicz, słucham Montgomery i ASMR.

Dobrze się karmię, dla ciała i duszy –  dużo warzyw, strączków i kasz, domowe frytki z camembertem, makaron z leśnymi grzybami, zakwas z buraków, sok malinowy, różne ziółka, dobry chleb, dobra oliwa, dobre czerwone wino.

Ćwiczę jogę, niedługie praktyki, rano na rozbudzenie i wieczorem na rozluźnienie.

Spaceruję, jak Kierkegaard normalnie.

Ćwiczę z Chodakowską. A ostatnio, ponieważ mi się trochę znudziło, odkryłam dance-workout. Czyli tańczę sobie, co zresztą wpływa dodatkowo pozytywnie, bo z tańcem byłam mocno związana bardzo długo i jest to coś, co zawsze dawało mi mnóstwo radochy. A do tego dochodzą potreningowe endorfiny i spalam te sery i makarony.

Praktykujemy intensywnie lasoterapię. Bo las czystym dobrem jest. I wydychamy stres, a wdychamy sobie ten mglisto – grzybowy, leśny zapach, oczy nabłyszczamy szczęściem, relaksujemy pospinane ciała, a całość zapijamy herbatą z termosu.

W niedzielę, po spacerze, często odpalamy rzutnik.

Miewam dni dresa owiniętego w koc, ale na ogół zwracam uwagę co na siebie zakładam. Ładne i dobrej jakości ubrania robią mi dobrze po prostu. Fajnie jest założyć sukienkę i wełniany sweter do pracy zdalnej, fajnie jest mieć pomalowane usta pod maseczką. 

Dużo, dużo się przytulamy.

Dbamy o rytuały, nasze małe, rodzinne. W weekendy jemy jajko na miękko na śniadanie, a potem pijemy kawę. Popołudniami zasiadamy z herbatą i muzyką w salonie. Wieczorami czytam dzieciakom, a późniejsze wieczory są dla nas.

Wysypiam się. Uwielbiam moment zanurzenia się wieczorem w lnianej pościeli, w dobrze wywietrzonej sypialni.

Ja wiem, że to banały, zwykłostki i drobiazgi. Ale wiem też, że to właśnie z drobiazgów, zwykłostek i banałów składa się nasze życie.

Wiem też, że joga nie wyleczy covida, spacery nie naprawią naszej sytuacji w służbie zdrowia, a miła wieczorna lektura nie uzdrowi biznesu zabitego przez lockdown. Ale wzmocnieni od środka, mamy zupełnie inne zasoby do zmagań z rzeczywistością. I jest nam troszkę milej, po prostu.

10 listopada, 2020 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedjak odpoczywaćlaslatolubelszczyznaLublinmindfulnessmoda rowerowamój stylpodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestyle

jak zrobić sobie w wakacje w lato bez urlopu?

by Paulina 9 sierpnia, 2020
jak wypoczywać, uważność, mindfulness, natura na stres

…lub z ograniczonym urlopem? Jak odpocząć, gdy czasu brak?

W tym roku, choć już ponad połowa wakacji za nami, na porządny urlop z prawdziwego zdarzenia ciągle czekamy. Razem z dziećmi.

Jest jak jest, nie zawsze można odpoczywać całe lato, czasem na odpoczynek trzeba zapracować trochę dłużej i mocniej.

Ale, ponieważ na stanie mamy trójkę dzieci, do których niekoniecznie te powyższe mądrości docierają, i sami tez potrzebujemy trochę odetchnąć, walczymy. O oddech walczymy!

 Odpoczywanie bez urlopu

Wspominałam o tym już wiele razy, szkoda mi odkładać przyjemność z życia na później. Odkładanie życia pełnią życia, aż pogoda będzie lepsza, dzieci nabiorą ogłady, zarobimy więcej pieniędzy,skończy się ten-akurat-trudny-okres, a nasze ciała nabiorą boskich kształtów. Wiecie o co chodzi na pewno.
Mam 36 lat, moje życie trwa właśnie teraz, a ja na własnej skórze przekonałam się niedawno, że nikt nam nie dał na nie gwarancji. Może już nigdy nie będzie takiego lata.

Dlatego korzystamy. W miarę potrzeb i możliwości. Robimy sobie wakacje na godziny.

Przedłużone weekendy wyjazdowe

Jeden dzień wolny to rzecz do zorganizowania. A taki przedłużony, trzy czy czterodniowy weekend regeneruje szybko i skutecznie jak jajko na miękko na kaca, choć przyznam, że efekt jest krótkotrwały.
My wybraliśmy się niedawno na Roztocze. Rowery, lasy, jagody. Zwierzyniec, napakowany dla nas cudownymi wspomnieniami. Cudownie zregenerowane stawy Echo. Kajaki, którymi totalnie zajarały się dzieciaki. Totalne, totalne tu i teraz.
Trzy dni, jak espresso o poranku.

Regeneracyjne popołudnia i wycieczkowe weekendy

Staram się pracowe sprawy załatwiać jak najszybciej, żeby popołudnia były nasze.

Wspólny mianownik jest jeden – szeroko pojęte poczucie wakacyjności. Oczywiście dla każdego to pojęcie oznacza coś innego. Dla nas to głównie swoboda, po prostu. Dużo natury, mało sztucznych bodźców, typu parki rozrywki czy sale zabaw.
Rowerami nad pobliski zalew. Czasem na lody. Czasem na kiełbaskę z ogniska.
Skansen wsi lubelskiej.
Krótki spacer z lupą nad pobliską rzekę.
Wyjazd „do centrum”. 1 sierpnia wystartował w Lublinie Centralny Plac Zabaw – są fajne zabawy, warsztaty, koncerty.
Małe, okoliczne wycieczki. Wokół Lublina to Nałęczów, Kazimierz i okoliczne wąwozy. Polesie i Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie.

Lenistwo i nicnierobienie

Podkreślam, bo to równie ważne co niedoceniane.
Mądre głowy trąbią od dawna, że dla odpoczynku nicnierobienie jest zbawienne, dla naszych przebodźcowaych głów i zmęczonych decyzyjnością psychik.

Więc…
Bujanie się w hamaku
Leżenie na trawie i wgapianie w fantastyczne kształty chmur.
Wzajemne smyranie się po pleckach.
Dotykanie bosymi stopami ziemi.
Słuchanie muzyki z zamkniętymi oczami.
Leżenie na macie do akupresury z audiobookiem w słuchawkach.
Gapienie się na wodę, albo na liście na wietrze, albo na owady przy kwiatkach.
Różowe wino na balkonie.
Oddychanie.

nasz przyjaciel, trzmiel balkonowy

Takie ognisko nazywa się „Dakota fire” i dzieciaki zrobiły je całkiem same
kiełbaski już czekają

takie nutki na pięciolinii

Tradycyjne sierpniowe chwile we dwoje w Kazimierzu Dolnym

Continue Reading

9 sierpnia, 2020 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

36 zwykłych lat

by Paulina 16 lutego, 2020

Świta. Albo chcemy wierzyć że świta, bo o tej porze roku to jest najgłębsza i najbardziej senna część nocy. Zwlekam się z łóżka te pół godziny później niż on, tłumacząc się sama przed sobą tym, że statystycznie i sumarycznie i tak na pewno mniej śpię.
Nieletni śpią jak anioły.


Wkładam wełniane kapcie, idę do łazienki, potem staram się rozruszać zmurszałe części ciała krótką gimnastyką.
Z kuchni dobiega Trójka i zapach gotującej się jaglanki. Buziak na dzień dobry, jest miło i dobrze. Czas zwlekać dzieci, poranna sielanka dobiega końca, zaczyna się poranna orka na ugorze. Dzieci są zazwyczaj rozproszone, niewspółpracujące, niewsypane, niezadowolone, niespakowane do szkoły, niewiedzące w co się ubrać. Zadające trudne i abstrakcyjne pytania, albo nie reagujące na nasze słowa. Ciągle w piżamach na 5 minut przed wyjściem, porwane w wir cudownej (w innym momencie i okolicznościach) zabawy, albo kłócące się, że „mamooooo, on mi nie pozwalaaa przeeeeejść” i „mamoooooo, ja to pierwszy chciałeeeeeeem”. I głodne.
To ten czas, który podnosi ciśnienie jak żadna kawa.
Starszaki wychodzą z tatą, ja mam chwilę na ogarnięcie siebie i najmłodszego i też wyruszamy w świat żłobka i pracy.
W ciągu dnia na łączach internetowych przemyka standardowa romantyczna małżeńska wymiana wiadomości – co dziś jemy – czy trzeba coś z Lidla – o której dziś kończy Wilczek – czy odbierzesz mi przesyłkę z paczkomatu – zrób zaczyn na chleb.

Następuje skomplikowany logistycznie powrót do domu. Idealnie, gdy uda się przed zapadnięciem nocy o 16, wyjść z nimi na jakiś plac zabaw. Zdarza się (za rzadko!!!), że po szybkim obiedzie, gdzieś sobie jeszcze wyskakujemy, zażyć trochę kultury i cywilizacji lub sportu i rekreacji (wybaczcie rym, nie mogłam się powstrzymać).

Przed wieczorem jest czas na swobodne zabawy i aktywności, typu klocki Lego, puzzle, rysowanie,  snucie się, składanie prania i mycie kuchenki.

Wieczorem, tradycyjnie na hasło „umyjcie zęby” dzieci robią się okropnie głodne. Następuje długie, różnorodnie burzliwe szykowanie się do snu. Wreszcie (ach, jak wiele mieści się w tym słowie czasami), każde wybiera jedną książkę do czytania. Znowu robi się całkiem miło, bo to jedna z moich ulubionych rodzicielskich chwil, nawet jeśli często czytając zasypiam i zamiast czytać snują mi się jakieś bzdurki z półsnu.

Później jest cudowny, za krótki czas tylko dla starych. Nawet jakbym chciała, to moje mądre ciało nie pozwala mi na żadne pożyteczności. Jest już tylko przyjemnie, z książką, filmem, serialem, ze sobą.

Codzienność. Zwykłe pojedyncze dni, z których składa się nasze życie. Dni pełne chaosu i upajającego poczucia ogarniania, wesołego śmiechu i rechotliwej głupawki, czułości i awantur. Niefotogeniczne dni pełne walających się po podłodze skarpet i samochodzików. Dobre, naprawdę dobre dni, bezpieczne, w miłości i w dobrobycie. Życzę sobie kolejnych 36 lat takich dni.

16 lutego, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleświęta

by Paulina 23 grudnia, 2019

Zaraz Święta.
Powoli budowaliśmy świąteczny klimat. Ale w międzyczasie jest jeszcze życie.
Mimo zadań z kalendarza trzeba odrobić lekcje.
Mimo pieczenia ciastek dla Mikołaja, trzeba następnego dnia wstać rano.
Mimo porozwieszanych światełek mieszkanie się samo nie sprzątnie.
Mimo panoszącego się wszędzie ducha świąt, atakują wirusy żłobkowe, przedszkolne i szkolne.

Dużo
odpuszczamy, ale i tak dużo jest do zrobienia, dużo przeżyć i emocji w
małych główkach do przerobienia, w związku z czym i awanturek jakby
więcej.

Czasem łapię się na tym, że czuję presję, że wszędzie ten klimat taki
świąteczny, tylko my jak te łajzy w jakimś chaosie. Wszyscy w domach na pewno już od tygodnia mają umyte
okna, zapakowane prezenty i w czerwonych swetrach piją grzańca i
słuchają George’a jak co roku oddającego serce komuś specjalnemu.*

Ale potem przychodzi otrzeźwienie, np za sprawą takich dialogów:
– ja wierzę w Świętego Mikołaja. Bo kto by przecież zjadł ciasteczka. Przecież nie duchy!
– no właśnie! I nie rodzice przecież! (NO SKĄD!)
– no właśnie. I rodzice też dostali prezenty, skąd by sobie wzięli.

Albo
gdy ten kalendarz co rano, wieczną prowizorkę na bieżąco uzupełnianą,
sprawdzają z namaszczeniem godnym spraw najważniejszych. (Swoją drogą, ta prowizorka kalendarzowa zupełnie niechcący stała się naszą tradycją. Co rano budzą się ze słowami: Mamo, napisałaś już karteczkę?)
Gdy wyśpiewują kolędy całą trójką (łącznie z Piratem, który przecież zupełnie nie wie o co chodzi).
Gdy zbieramy w lesie podłysiałe gałęzie sosen i szyszki (do pomalowania na złoto!).
Gdy pierniczki pieczemy, wzruszająco koślawe, pachnące i tak strasznie okropnie wystarane.
Gdy zapachniało choinką.

Piszę
o tym zresztą co roku. Że to o to właśnie chodzi, o te małe momenty, o mikro tradycje rodzinne.
Najpiękniejsze, bo najprawdziwsze.
Nie warto ich przyćmiewać nadmiernymi atrakcjami, bo zwyczajnie nie ogarniemy tego całego blasku.

 Bo fajnie jest naprawdę w takiej codzienności. Wcale nie zawsze musi być najsuper. Wcale nie ciągle musi migotać i lśnić. Wcale nie cały grudzień musi być magicznym świątecznym uniesieniem i cudowną fuzją między ślicznością jak u Kasi Tusk i sielanką jak w Dzieciach z Bullerbyn. Można też sobie normalnie pożyć;)

Może
być różnie. Bywa, że męcząco i wkurzająco, bywa, że zmęczenie i dość
wszystkiego. Bywa. W rozmigotanym grudniu też. Ale bywa też tak, że
błyska tym szczęściem, że ze śmiechu bolą policzki, że wzruszenie
zniekształca głos. W grudniu chyba jednak bardziej.

Najlepszego!
Zróbcie sobie takie Święta, o jakich marzycie

*Post pisany był w okolicach bardziej przedświątecznych, ale z publikacją się zeszło…. wiecie jak jest, życie;)

23 grudnia, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylespacer

Strange, baby, don’t you think I’m looking older

by Paulina 6 listopada, 2019

Powiem Wam, że szczerze i serdecznie
się cieszę na ten listopad, na szarość i spokojność.

Ostatnie
tygodnie, poza słońcem, obfitowały u nas w najrozmaitsze emocje. Wszystkie
najintensywniejsze. Nie wszystkie przyjemne.
Męczące to
było, czuję się starsza o parę lat.

Wśród tych
tygodni przeintensywnych, zdarzały się na szczęście też cudowne momenty, pełne szurania w
liściach i wystawiania twarzy do słońca, momenty błogie i powolne.
Bo ta
energetyczność tego złota i słońca, którą się człowiek tradycyjnie próbuje
nasycić na zapas, jest jednak inna niż soczysta energetyczność wiosenna. Jest
spokojniejsza, powolniejsza, bardziej wyciszona.
I wiecie co,
chociaż skończył się festiwal złota i październikowa uczta dla wszystkich
zmysłów, to największą ochotę aktualnie mam na zakopanie się pod kocem i
bezruch.
Po prostu.
Zmęczona jestem okropnie.
Zmęczona, bo
ciągle robię i nic nie jest porządnie zrobione. A wyrzuty sumienia tłoczą się w
kolejce, który pierwszy, który większy. Cała gama.
Zmęczona
tymi emocjami ostatnich tygodni.
Dlatego ten
kocyk, ten sen zimowy.
Chce mi się
klasycznego jazzu i przejmującego bluesa, plumkającego jak krople deszczu
pianina i rzewnej gitary.
Chce mi się
wełny i herbaty z sokiem malinowym od mamy. 
Chce mi się
rutyny, zwykłości i spokoju.
Grubaśnych,
wciągających powieści. 
Spacerów w
szarzejących lasach. 
A szary i
niedoceniany listopad to wszystko umożliwia i usprawiedliwia. Listopad to
jedyny taki miesiąc kiedy można sobie legalnie nicniechcieć.
Odpaliliśmy
nawilżacz powietrza, który dyfuzuje nam cudowne mieszanki olejków eterycznych.
Powiesiliśmy
dodatkowe światełka w salonie.
Zaopatrzyliśmy
się w swetry i wygodne, ciepłe buty. Na czytniku kilka książek, na półce nowe
płyty.
Zwolnimy,
uspokoimy chaos.
To będzie
dobry listopad.

6 listopada, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • …
  • 8

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry