Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

slow lifestyle

jesieńmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleUncategorizeduważność

daj sobie spokój

by Paulina 28 listopada, 2025

To taki piękny i mądry zwrot.

Dać sobie spokój. W tych rozedrganych, szybkich, intensywnych czasach, gdy latamy, załatwiamy, ogarniamy wszystko w pędzie, multitasking, optymalizacja, przyspieszenie i instant.

Jesteśmy przebodźcowani, przegrzani, wypaleni. A gdy przydarza nam się wolna chwila, zupełnie dobrowolnie (chociaż może nie do końca, tak działa głód dopaminy i nasz mózg, przyzwyczajony, do ciągłych bodźców) bombardujemy się taką ilością  obrazków, informacji i emocji, z jaką jeszcze nasi rodzice, czy dziadkowie mieli do czynienia w ciągu tygodni.

A najbardziej potrzeba na właśnie spokoju. Zatrzymania. Na chwilę, nikt nie mówi o tygodniach odosobnienia, choć czasem właśnie o tym marzę najbardziej.

Ale możemy wykrzesać z naszych intensywnych dni te kilkanaście minut i nie przeznaczać ich na dalsze bodźcowanie. Wtedy możemy dać sobie spokój.

Dać sobie 20 minut spaceru po osiedlu, z patrzeniem na łysiejące listopadowo drzewa.

Dać sobie 8 minut na medytację

Dać sobie pełnowartościowe picie herbaty, z czuciem zapachu, smaku i ciepła

Dać sobie czas na poczucie swojego ciała. Na zamknięcie oczu i oddychanie.

A w drodze do pracy podarować sobie zauważenie mgieł snujących się nad trawnikami.

Podarować to sobie, tak samo jak podarowujemy sobie nową sukienkę, „bo jestem tego warta”, należy mi się. Wiecie o co chodzi, pieniądze na tą sukienkę to zazwyczaj kilka godzin pracy, i to jest ten czas z naszego życia, który przeznaczamy na tę właśnie rzecz. A czasem można wybrać inaczej. Czasem można zastanowić się, co naprawdę daje mi spokój i odpoczynek.

Uświadomić sobie, o o nam naprawdę chodzi w życiu, to zawsze pozwala nabrać dystansu.

Zastanowić się, spróbować, poczuć.

A potem to sobie dać.

Dać sobie spokój.

28 listopada, 2025 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

co robię zamiast telefonu

by Paulina 28 kwietnia, 2025

 

Bardzo ograniczyłam użycie telefonu ostatnio. 

Zauważyłam, jak pewnie wszyscy, jak dużo czasu bezwiednie kradły mi różne aplikacje, jak często potem musiałam pędzić gdzieś na złamanie karku żeby się nie spóźnić, jakie miałam ciągle wszechogarniające uczucie chomika w kołowrotku, trudności w koncentracji i ogólnego kaca intelektualnego.

Jak zmęczona psychicznie, i często sfrustrowana, byłam „odprężającej” sesyjce z instargamem

Jaką widziały mnie dzieci, które też zaczynają wchodzić w świat smartfonów i które chcemy nauczyć zdrowej relacji z internetem.

Nie oznacza to, że stałam się jakimś przodownikiem pracy, i chodzę jak uosobienie higienicznego trybu życia i produktywności.

Z telefonu dalej korzystam, żeby nie było. A mediów społecznościowych również, ale nie są już dla mnie tak atrakcyjne. Zdarza mi się popłynąć, na podobnej zasadzie, jak raz na jakiś czas zdarza mi się zjeść czipsy, choć wiem, że potem boli mnie brzuch i wyskakują pryszcze.

Pewnie idealnie byłoby spojrzeć na to, ile spędzamy czasu w telefonie, a potem cały ten czas wykorzystać sobie pożytecznie, produktywnie i rozwojowo.

Ale atrakcyjność telefonów bierze się między innymi z tego, jak niski mają „próg wejścia”. Dostarczają nam milutkich bodźców, karmią nam mózgi łatwą dopaminką, nie wymagając od nas żadnego wysiłku, fizycznego ani intelektualnego. Dlatego sięgamy po nie tak chętnie gdy jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, zestresowani, czy, o ironio, przebodźcowani. Albo, gdy mamy przed sobą tyle zadań, że aż nie wiemy od czego zacząć. Wtedy wjeżdżają storiski MLH, filmy z kotami, doskonałe życie innych, inspirujące przepisy, a nade wszystko krótkie, chaotyczne filmiki, które w zasadzie nie pokazują niczego konkretnego, ale nie da się przestać ich oglądać.

I żaden mózg nie chce tego zamienić na słynne 10 minut dziennie na język obcy, albo szybki, 15 minutowy trening pośladków. 

Dlatego jakiś czas temu przestałam się łudzić, że zamienię te godziny z telefonu, na super produktywność, bo to zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żebym to ja miała kontrolę nad telefonem, a nie telefon nade mną, żebym nie była niewolnikiem urządzenia, żeby mi nie pochłaniał czasu i uwagi w sposób niekontrolowany.

Przede wszystkim, nie mam telefonu cały czas przy sobie. A już na pewno nie chcę żadnych zegarków, czy innych urządzeń, które mnie do aplikacji jeszcze bardziej przywiążą. Mam powyłączane powiadomienia, poza wiadomościami od najbliższych i sprawami pracowymi. Dzięki temu nie rozpraszają mnie ciągłe piknięcia, których nie da się zignorować, to znów cecha naszych mózgów. Telefon jest zakazany w sypialni i przy jedzeniu.

Poobserwowałam trochę swoje nawyki, żeby sprawdzić, w jakich sytuacjach sięgam po telefon, i do jakich aplikacji najbardziej mnie ciągnie. I wyszło, że jest to instagram, i to 

– gdy mam tak dużo pracy, że aż nie wiem od czego zacząć

– gdy czekam na dziecko w szkole

– gdy przychodzę do domu po pracy i należałoby zaplanować jakiś obiad, coś ogarnąć, i zrobić pranie

– gdy siadam z poobiednią herbatą na kanapie

– w poczekalniach różnego rodzaju

Więc nie jest tak, że zasiadam, odpalam telefon i dwie godziny ciągiem scrolluję obrazki. To zazwyczaj szybkie akcje po 5-15 minut. Ale nawet jeśli są to takie „instagramowe szoty”, to wiem, że i tak działają. Że obniża mi się koncentracja, że mózg wyrzuca mi dopaminę i że się od tego uzależniam. Że często prowadzi to do porównywania się z innymi. I że mam zmęczone oczy, poczucie zbyt szybko gnającego czasu i jakiś taki wymiętolony umysł.

Przyglądając się tym okolicznościom sięgania po telefon, mam świadomość, że nie są to duże bloki czasowe, w których mogłabym zrobić coś konkretnego/przyjemnego. Nie zacznę czytać książki, gdy muszę brać się do roboty. To właśnie jest ta podstępna natura wszelkich szorcików, krókich storisków i całego tego świata instant. Że są dostępne szybko i bez zaangażowania, i – przynajmniej teoretycznie – można je szybko wyłaczyć.

Dlatego wynalazłam sobie alternatywy – na te właśnie dziury czasowe, w których odruchowo sięgałam po telefon.

1. Przede wszystkim – uważne nic nie robienie. Czekam przed szkołą na dziecko? To czekam, i to właśnie robię. Patrzę na drzewo, czuję wiatr na twarzy, słucham szumu drzew, oglądam liście. Świadomie siedzę, świadomie oddycham. Jestem. Okazuje się, że gdy nie zapycha się każdej dziury jakąś treścią, zdecydowanie zmniejsza mi się poczucie, że ciągle pędzę i że nie wyrabiam

2. Gdy potrzebuję czegoś na rozpęd – piszę. Zazwyczaj mam ze sobą notes-dziennik, w której spisuję co .myślę, co czuję, co przeżyłam, co mnie wkurza a co cieszy i o czym marzę, bez cenzury, nie są to memuary dla potomnych. I gdy tak sobie siądę i zapiszę, że ciężko jest mi zebrać się do roboty, i zaczynam nazywać to, że się nie wyspałam, i że nie wiem od czego zacząć, to wszystko w głowie się magicznie układa i potem zaczynam po prostu działać. Po kolei, po kawałku.

3. Gdy chce mi się popatrzeć na coś ładnego pijąc kawę – przeglądam albumy malarskie albo fotograficzne.

Gdy chce mi się coś poczytać, ale wiem, że nie chcę angażować się w książkę – sięgam po papierową gazetę, albo poezje. 

I słuchajcie – wiem, że ta poezja i malarstwo brzmią egzaltowanie i nierealnie. Ale serio, warto spróbować, bo świetnie zaspokajają potrzebę ładności (a tego często szukamy w SM). Ostatnio na osiedlowym śmietniku trafiłam na serię zeszytów o sztuce angielskiego wydawnictwa. Super są też książki przybliżające historię sztuki – np „Historia obrazów” Martina Gayforda, David Hockney’a albo „Historia Sztuki” Stephena Farthinga

A poezja – zazwyczaj sięgam po ulubionych – Leśmiana, Gałczyńskiego, Szymborską, raczej nie szukam nowości, czy edukacji literackiej, tylko przyjemnych wrażeń.

4. Tańczę, tańczymy. Do przypadkowych piosenek w radiu – robię głośniej i po prostu tańczę. Uwielbiam. Dla zastrzyku ruchu, wyrzucenia stresu i czystej, czystej radochy.

5. Krzątam się. Czasami, gdy nie wiem, w co włożyć ręce, zaczynam po prostu od czegoś prostego i dającego szybkie i wymierne efekty, jak np sprzątnięcie i wytarcie blatów w kuchni, albo nieskomplikowane zajęcia w pracy. Wtedy wiem, że przynajmniej mam już na koncie coś pożytecznego i łatwiej jest się rozkręcić później;) Często włączam do tego podcast albo audiobooka.

6. Rozwiązuję krzyżówkę, najbardziej lubię te nieoczywiste, z grą słowną, 

7. Utrudniam sobie dostęp, po to, by mieć chwilę na refleksję pt „po co właściwie odpalasz ten telefon”. Bo najgorsze, to zatracić się przed ekranem właściwie nieświadomie. Przesunęłam najbardziej wciągające aplikacje na ostatni ekran w telefonie. Na instagramie zrobiłam porządki – czyli odobserwowałam wszystkie konta, które mnie denerwowały, pobudzały do zakupów, wzbudzały jakieś poczucie gorszości, nic nie wnosiły. I ustawiłam sobie limit czasowy, na pół godziny – i zazwyczaj kończę, gdy pojawia się powiadomienie, że zostało mi 10 minut czasu. Działa na mnie uświadomienie sobie, że czas ucieka, i trochę mi go szkoda.

 8. Albo wchodzę na te media społecznościowe, ale mając świadomość, że to robię.

I tyle. To są moje sposoby, moje podejście, które się u mnie sprawdza. U każdego może być oczywiście inaczej, bo wciągają nas różne aplikacje, w różnych życiowych momentach. Warto jest przyjrzeć się sobie i sprawdzać:) Ja zyskałam sporo cennego spokoju i poczucie większego ogarniania rzeczywistości, widzę, że nie ucieka mi tak koncentracja.

Generalnie mam takie poczucie, że w dzisiejszym świecie korzystanie z technologii, smartfonów, internetu i sztucznej inteligencji bez kompletnie żadnych regulacji przypomina trochę dziewiętnastowieczne syropki na sen dla dzieci z morfiną i heroinowe tabletki od kaszlu. Mamy do czynienia z czymś potężnym, nad czym nie panujemy i co realnie zmienia nasze życia, nasz sposób myślenia i nasze mózgi, dlatego warto nad telefonozą zapanować na tyle, na ile możemy.

W moim podejściu bardzo pomogła mi lektura książek : 

„Ekonomia uwagi” Joanny Glogazy, 

„Wychowanie przy ekranie” Magdaleny Bigaj

oraz „Niewolnicy dopaminy” Anny Lembke. 

Polecam wszystkie z nich

28 kwietnia, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmijesieńlaslubelszczyznapodróże i wycieczkiRoztoczeslow lifestylespacer

Roztocze jesienią

by Paulina 20 listopada, 2024

 

Czasem wystarczą niecałe dwa dni i niecałe dwie godziny drogi od domu.
Czasem jest tak, że po paru godzinach chodzenia po złotych lasach, człowiek ozłaca sobie serce od środka i układa wszystkie rozproszone życiowe puzelki.
Roztocze. Wyskoczyliśmy niedawno, pod koniec października w ten piękny region powłóczyć się trochę, poszurać w liściach. Załapaliśmy się też na nasze pierwsze w życiu udane rydzobranie. (byliśmy z przyjaciółmi – lokalsami, którym wystarczy 10 minut szybkiego spacerku i wracają z taczką grzybów). 
Las pachniał trochę zmurszale i wilgotno, brzmiał szeleszcząco i chrupliwie, migotał złotem. Lekko szorstka kora drzew zapraszała do głaskania i przytulania.O smak, do kompletu wrażeń zmysłowych zadbała ciepła herbata z termosu.
Każdy krok uziemiał, każdy oddech dawał wytchnienie. Z każdą chwilą rodził się ten dobry, zdrowy dystans do problemów codziennych i pojawiała właściwa życiowa perspektywa.
Wszystko ogrzane tymi ognistymi liśćmi i doświetlone charakterystycznym październikowym światłem.
Wiecie, jeśli listopady są poprzedzone takimi październikami, to niech sobie będą szare i mgliste, żebyśmy mieli czas przetrawić cały ten barok. Patrzę na te zdjęcia i nie chce mi się wierzyć, że takie rzeczy mamy dostępne ot tak sobie, w zasięgu zwykłej weekendowej wycieczki.
 

Grzybiarz i jego zdobycz

A na koniec mniej wesoło. Lasy roztoczańskie to pozostałości po pierwotnej puszczy. 
Znajdziemy tu jedne z najstarszych, największych jodeł w kraju. Spacerowaliśmy pośród tych wspaniałych, ogromnych, wiekowych drzew. Zdrowych i dorodnych. I niemal wszystkie jodły oznaczone były żółta kropką, co oznacza, że drzewa przeznaczone są do wycięcia. Wiecie, rozumiem, że czasem wycinka może i jest potrzebna, że drewno jest potrzebne do przemysłu. Ale to był park krajobrazowy z kilkusetletnimi drzewami.

Według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, „Dopuszczalne jest zmniejszenie liczby drzew i krzewów, jeśli działanie takie jest wykonywane w ramach prac pielęgnacyjnych związanych z utrzymaniem zadrzewień w należytym stanie.” zakaz wycinki „nie dotyczy wycinki wynikającej z potrzeby ochrony
przeciwpowodziowej lub zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego lub
wodnego albo budowy, odbudowy, utrzymania, remontów lub naprawy urządzeń
wodnych”.

Nie wiem, co to za prace pielęgnacyjne czy ochronne, które polegają na wyżynaniu najwspanialszych drzew z lasu.
Nie wiem, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyśmy zrozumieli, że bez drzew nie damy sobie rady. Tu nie chodzi o żadne megalomańskie ratowanie planety, bo planeta doskonale sobie bez nas poradzi. To człowiek nie przetrwa bez drzew.
20 listopada, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńlaslubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczyrozmyślaniaslow lifestyleuważność

zdjęcia

by Paulina 24 października, 2024

 Skończyłam ostatnio wklejać zdjęcia do albumu z 2022 roku. Taką mam w temacie lekką obsuwę, ale robię to regularnie. Wybieram zdjęcia do wywołania z dysku, przesyłam je do wywołania w Empiku, kupuję album. Potem następuje mozolna segregacja chronologiczna i wklejanie. Lubię to robić, to zawsze taki spokojny czas w salonie z muzyką albo audiobookiem, czasem asystują dzieciaki, wspominamy razem.

Gdy zakończyłam, przejrzeliśmy sobie album już we dwójkę, powspominaliśmy, to zawsze jest miłe. I najpierw pomyślałam, jeju, ile to półek jeszcze na te albumy zapełnimy, z niejakim lękiem, bo regały książkowe za dużo wolnego miejsca nie mają, i tak regularnie przeprowadzam selekcję, które książki chcę zachować, a które puszczam w świat.

Za chwilę się pocieszyłam, że, ee, pewnie jak dzieciaki dorosną, to tych zdjęć tyle nie będzie.

A potem przyszła refleksja. Refleksja pod tytułem, że właśnie w najlepsze trwają w naszym życiu lata, z których robi się albumy ze zdjęciami. To teraz jest czas, który chcemy zapamiętać, wspominać. Teraz tworzymy to, jakie będą te wspomnienia. A to oznacza, że teraz jest ten czas, który dobrze byłoby przeżyć na maksa uważnie, żeby te zdjęcia w albumach były tylko taką iskierką, impulsem do uruchomienia wspomnień prawdziwego przeżywania tych chwil.

Nasze mózgi są wygodne, wszyscy wiemy, jak pomocne jest robienie notatek, czy zdjęć, po to, żeby nie musieć pamiętać, zwolnić trochę „mózgowego ramu”. A mnie  chodzi teraz o coś odwrotnego. 

Chodzi o to, by wszystko, co fotografujemy, stało się dla nas pełnowartościowym, świadomym przeżyciem, i żeby poczuć je wszystkimi zmysłami, na maksa. 

Żeby zdjęcie nie było takim zapisem na później, na zasadzie – dobra zrobię zdjęcie i potem to dokładnie obejrzę. Albo nagram koncert, zamiast go autentycznie przeżyć.

Żebyśmy naprawdę zobaczyli te widoki, które uwieczniamy. Żebyśmy czuli wiatr plączący włosy na połoninach. Żebyśmy smakowali te potrawy ze zdjęć, wsłuchiwali się w te koncerty, czuli ciepły piasek pod stopami i zimne krople deszczu przed tym jak schowamy się w miłej kawiarni. Żebyśmy więcej słuchali naszych dzieci, a mniej robili im zdjęć. I jeszcze, żebyśmy nie upiększali, nie pozowali, nie reżyserowali. Bo to życie jest nasze, i jest piękne, nawet gdy wokół nie jest super estetycznie.

Być w tej chwili, nie przenosić przeżyć na dysk zewnętrzny naszych aparatów czy telefonów.

Niech wspomnienia, niech życie – autentycznie przeżywane wdrukują się w nas, a zdjęcia niech będą dodatkiem, tym bodźcem przywołującym coś, co przeżyliśmy w pełni.

Pojechaliśmy ostatnio do Janowca, do którego jeździliśmy częściej, gdy
dzieci były mniejsze. Był jeden z tych idealnych, październikowych dni.
Cudownie złote drzewa rozświetlone jesiennym słońcem. Herbata w
termosie, pieczone rano cynamonki. Liście chrupiące pod stopami.
Charakterystyczny dla tych okolic spokój. Dzieciaki, które tak już
urosły, a wciąż jeszcze chcą jeździć z nami na wycieczki. Ten czas,
trochę jak wciśnięcie pauzy w intensywnym treningu, żeby wyrównać
oddech. Ten czas trochę poza codziennością, który pozwala nabrać do tej
codzienności trochę dystansu i dzięki temu ją docenić.

 
 

Czas biegnie, najlepiej widać to na takich zestawieniach zdjęć

24 października, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćlatomindfulnessprzyjemnościslow lifestyleuważnośćzmysły

lato, doskonale nieidealne

by Paulina 26 czerwca, 2024

 

Przyszło lato.

Zachwyca mnie ta letnia nieidealność. W ogóle odnajduję się
wspaniale w przeciętności, w zwykłości. Uwodzi niespektakularność, brak
fajerwerków. Nie muszę zdobywać najwyższych szczytów, nie muszę osiągać
wszystkiego, nie wszystko musi być perfekcyjnie.

I to lato… Lato nieuczesane, całe doskonałe w tej nieidealności.
Brudne stopy, poczochrane włosy. Obłoki pierzaste na niebie, gdy człowiek leży
sobie na kłującej trawie, i nogi trochę swędzą od komarów.

Truskawki i poziomki
oprószone ziemią, jak najlepszą przyprawą. Spontaniczne wypady pod miasto lub
do parku, wycieczki z drożdżówkami z których wypływa sok z owoców. Nierówne
pomidory. Dzikie łąki rozrastające się na cudownie rzadko koszonych trawnikach
w mieście. Złachmanione pajęczyny w krzakach malin. Wieczne siaty z Ikei stojące przy drzwiach wejściowych, z nie do końca wypakowanymi wycieczkowymi gadżetami.

Świat w lecie jest taki wspaniale nierówny, rozkosznie
chaosiasty.

Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa to właśnie babranie
się w naturze. Na działce, mieliśmy bazę na dużej śliwie. Dziadzio kroił
kalarepkę specjalnym działkowych nożem, wgłębionym na środku od wielokrotnego
ostrzenia. Zrywaliśmy jak najdłuższe kiście czerwonych porzeczek i zjadaliśmy
je za jednym razem, kulka po kulce. Albo z rodzicami, pod namiotem – zawsze na tym
samym campingu nad morzem, gdy Władysławowo było niewielką wioską, mój brat
wstawał rano i szedł do rybaków po świeżo złowione flądry, a mama oprawiała je
i smażyła na obiad ma butli gazowej. Pojadaliśmy też cudowny wynalazek, który
pojawił się we wczesnych latach 90, zupki chińskie. Graliśmy w karty i w kości.
A lato trwało całe lata.

I zaszczepiło się to we mnie. W wakacje chodzi o to, żeby było trochę nieporządnie, bo beztroska nie jest uporządkowana. Wakacje są od wąchania, smakowania,
czucia, od mrużenia oczu. Wakacje są trochę chropowate i nierówne, trochę
lepkie od lodów i soku z dojrzałych owoców.

Nawet teraz, gdy jestem osobą zorganizowaną i poważną, z trójką
dzieci i odpowiedzialną pracą. W lecie wystarczy mi zabłąkany trzmiel na balkonowej
lawendzie. Wystarczy, że idę sobie piechotą po dziecko do przedszkola. Że
wieczorny wiatr przyniesie w nozdrza zapach lip. Że o 5 zaświeci mi słońce w północne
okna sypialni, i ptaki rozświergolą się jak na rozkaz chwilę później. Jest mi
letnio, jest mi lekko. Jest mi beztrosko.

ciacho pochodzi z przepisu Rozkosznego, baaardzo polecam

26 czerwca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowaniarozmyślaniaslow lifestyleuważność

2023. Podsumowanie.

by Paulina 2 stycznia, 2024

 

Już nawet nie będę pisać o tym czasie pędzącym, że styczeń 2023 był przedwczoraj i że niemożliwe, że moje najmniejsze dziecko we wrześniu pójdzie do szkoły.

Robię co mogę, żeby to życie zwalniać trochę. Z premedytacją zatrzymuję się na chwilę, łuskam z rzeczywistości takie zakotwiczające skrawki, błyski takie, zatrzymuję się, biorę oddech i uświadamiam sobie, że życie trwa właśnie teraz, i że składa się ono z niezbyt malowniczych pośpiesznych poranków, nerwówki w pracy i zwykłych popołudni w parku albo w kuchni przy garach. Że dzieje się ono także wtedy, gdy jest szaro i deszczowo, gdy dzieci są chore, a ja mam pryszcze na brodzie.

I mimo, tego, że to był rok, gdy najpierw siedziałam w domu z dzieciakiem dochodzącym do siebie po operacji, gdy miałam tak dużo stresującej pracy, że czasem płakałam ze zmęczenia. Gdy chwiała mi się równowaga życiowa, i czułam się ponadszarpywana psychicznie ze wszystkich stron. Odnajdywałam te skrawki. Zatrzymywałam się, po to, by rozejrzeć się w rzeczywistości, zauważyć moment który właśnie trwa, nieważne jak bardzo cudowny lub nie – po prostu ten który jest teraz. Myślę, że to dzięki temu nie mam poczucia, że mi ten rok zleciał nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak, bez sensu.

Czasem okazuje się że ten sens odnajduje się podczas niespiesznego spacerku powrotnego z przedszkola. Albo gdy zasiada się całą rodziną do stołu z planszówkami lub na kanapie w z filmem na rzutniku. Gdy buja się w hamaku w podkazimierskich sadach, albo jedzie na rodzinną wycieczkę rowerową. Czasem sens życia wypija się w porannej filiżance kawy zrobionej przez męża. Czasem sączy się w kwietniowych promieniach słońca, albo spływa w kroplach deszczu uderzających o namiot. Zawsze jest w lesie. Jak się jest uważnym, to jest go bardzo dużo w zupełnie zwykłych dniach.

Jedna świeczka symbolizująca ostatni rok wieku „trzydzieści kilka”

Lutowe Bieszczady

W życiu ważne jest żeby się dużo przytulać do drzew

Trochę wyżej odnaleźliśmy całkiem ładną zimę

Pierwsza, prawie wiosenna wycieczka

A tu już wiosna na pełnej.

RZEPAKIARA

Czasem zdarzają nam się spacery nie tylko po błocie

to cóż, że do Szwecji

pierwsza z naszych dzikich miejscówek szwedzkich

szef kuchni serwuje makaron z kurkami

Świat Astrid Lindgren, cudowny park rozrywki w skansenowym klimacie, dla fanów autorki

Split, czyli początek roku szkolnego na wagarach

wrześniowa niedzielka idealna

Wchodzimy w ten 2024! Z ufnością

2 stycznia, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

o pięknie zwykłych Świąt

by Paulina 21 grudnia, 2023

Pachnie mi w domu, ach jak pachnie.

Wywietrzył się już co prawda cudowny piernikowy zapach, który utrzymywał się w piekarniku dość długo i ożywał przy każdym pieczeniu chleba. Ale od wczoraj pachnie lasem.

Jest choinka, mokra od tego szarego deszczu – killera świątecznego nastroju. Stoi i emanuje tą leśnością i świątecznością i jest taka piękna i tak bardzo nie potrzebuje żadnych ozdób. Ale ozdobimy ją – będą szydełkowe gwiazdki, które robiłam w pierwszej ciąży, pierniczki, różne szklane cuda, kupowane w kolejnych latach z dzieciakami, słomkowe klasyki, parę retro bombek, które zgarnęliśmy z mężem z rodzinnych domów.

Nie miałam w tym roku wielkich oczekiwań co do Świąt*. Nigdy nie mam zresztą. Mam świadomość od dawna, że czas adwentu to też cztery tygodnie, kiedy normalnie się pracuje, gotuje obiady i odrabia lekcje i nie ma zwolnienia ani usprawiedliwienia w związku z zadaniami z kalendarza adwentowego. Mam też świadomość, że nie będzie doskonale i idealnie pięknie. Że moja estetyka nie zawsze spotka się z estetyką dzieci i nie uniknę ach-jakich-ślicznych ozdóbek kupionych na szkolnym kiermaszu. Powtarzam, że są we mnie dwa wilki – jeden chce dać radość dzieciom, a drugi chce mieć ładne pierniczki ozdobione minimalistycznie jednokolorowym lukrem. 

Lata macierzyństwa nauczyły mnie też, że dzieciaki w tych tygodniach i tak chodzą półprzytomne z podniecenia, więc nie trzeba tych emocji specjalnie dodatkowo podkręcać. Czasy też są takie, że łatwo tę świąteczną atmosferę przedawkować. Wystarczy godzina za długo w centrum handlowym, za dużo mediów społecznościowych pełnych doskonale udekorowanych domów w okolicach 3 grudnia, czy nawet codzienna presja pięknych wspólnych aktywności z kalendarza adwentowego (to mój przypadek sprzed paru lat. Teraz mam większy dystans, i w kalendarzu coraz więcej jest zadań typu, pomyśl, co lubisz najbardziej w Świętach, albo rozdaj dzisiaj przynajmniej 10 przytulasów.)

Stoję więc w tym czasie na ziemi, akceptuję tę realistyczność, biorę grudzień w całości – błyszczący brokatem i pachnący pierniczkami, ale też lepiący się od wywalonego na podłogę lukru, intensywny pracą i nerwowy z powodu opóźniającego się kuriera z ważną paczką.

Klimat jak zawsze tworzę trochę przy okazji, bardzo dbając o złoty (i brokatowy;)) środek między wyjątkowością tego czasu a zwykłym przebodźcowaniem, ale najbardziej na świecie dbam o chwile relaksu. Miło jest mieć Święta pięknie przygotowane, w domu porządek i prezenty ogarnięte wcześniej niż 23 grudnia o 19. Ale jeszcze milej jest spędzić czwartkowy grudniowy wieczór słuchając Nat King Cole’a i popijając herbatę z pomarańczą i rozmarynem i oglądając albumy ze zdjęciami.

A już zupełnie najmilej jest być w Święta w komplecie rodzinnym. W zdrowym komplecie rodzinnym. Po ubiegłym roku, to w zasadzie jest „all I want for Christmas”.

Niech Wam będzie dobrze w te dni.

* No dobra, śniegiem też bym nie pogardziła;)

21 grudnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowojak odpoczywaćjesieńprzyjemnościslow lifestylezima

nasze ulubione planszówki rodzinne

by Paulina 26 listopada, 2023

Wspominam o nich dość często. Są stałym elementem naszych popołudni rodzinnych i dorosłych wieczorów. A ponieważ zaczął się ten czas z długimi ciemnymi wieczorami, słotnymi niedzielami, to do planszówek na pewno będziemy siadać częściej.

Lubimy to. I lubimy, że weszliśmy w ten etap z dzieciakami, że nie trzeba z nimi grać w nogi stonogi albo potwory do szafy. I to, że to fajny, wspólny czas jest, nie podszyty jakąś poświęcanką z którejś strony. Siadamy przy stole i gramy.

Nasze dzieci są już na tyle duże, i mają tę planszówkową historię za sobą, że można z nimi grać jak z (prawie) równymi partnerami. Nie traktujemy ich bezwzględnie, ale nie dajemy forów. Oczywiście zdarzają się w związku z tym wielkie dramy, „bo ja zawsze w to przegrywam”, i „bo ona mi podebrała kartę i rozwaliła mi moją strategię”, no ale to właśnie jest ta przestrzeń, przestrzeń co ważne bezpieczna, wspierająca i zabawowa, w której dzieci mają okazję się uczyć, że czasem się przegrywa, chociaż się bardzo staramy, że czasem ktoś nam przeszkodzi w osiągnięciu celu – i nie zawsze jest to coś osobistego, po prostu „it’s just good business”, czasem los nam sprzyja a czasem nie. I że to wszystko nie zawsze jest z naszego punktu widzenia sprawiedliwe i po równo. To są bardzo trudne tematy i mam wrażenie, że to pokolenie dzieci potrzebuje bardzo je przepracować. I nie chodzi tu o specjalne przyuczanie do porażek i wychowywanie jakiś przegrywów, po prostu bywa różnie w życiu i porażki zdarzają się każdemu. A wydaje mi się że jest trochę tak, że to pokolenie płatków śniegu ma duży problem z przegrywaniem, jakimkolwiek. Planszówki w każdym razie pomagają to oswoić, i to jest ich bardzo ważny aspekt. 

Kolejny to nauka rywalizacji i współpracy, kompromisów, tego że czasem trzeba poświęcić coś od siebie dla osiągnięcia wspólnego celu. I tego, jak ze sobą rywalizować podczas rozgrywki i nie obrażać się śmiertelnie na siebie wzajemnie w życiu poza planszówkowym.

I zabawa. Świetna zabawa i super spędzony wspólnie czas. Zamiast spędzać popołudnie każdy w swoim kącie, zanurzeni gdzieś w świecie wirtualnym, wybieramy czas rodzinny i dobrą, jakościową rozrywkę.

No dobra, dość ogólnikowych zachwytów, czas przejść do rzeczy.

Jakie są nasze ulubione planszówki?

Harry Potter. Hogwarts Battle Wilczek jest wielkim fanem serii, a ta gra, zanurzona w świecie Hogwartu miała dobre recenzje. To gra kooperacyjna, czyli taka, w której wszyscy gracze współpracują, żeby osiągnąć wspólny cel. W tym przypadku celem jest oczywiście pokonanie Voldemorta i sprzymierzonych z nim złych postaci. To gra oparta na mechanice budowania talii, czyli zbierania kart, które rozwijają nasze postacie, co daje szanse najbardziej przysłużyć się sprawie.

Mamy dużo emocji, jest dość duży element losowości, ale najbardziej podoba mi się ta kooperacyjność. Wiadomo nie od dziś, że nic tak nie integruje, jak wspólna walka ze złem. Gra wg producenta od 11 lat, ale nasza 9 letnia córa ogarnia bez problemu.

Ubongo. Klasyk prawdziwy, układanka na czas, polega na tworzeniu zadanych figur z dostępnych elementów w różnych kształtach. Bardzo proste zasady, szybka rozgrywka, w zasadzie brak interakcji, każdy stara się jak najszybciej ułożyć swój kształt. Gra wg producenta od 8 lat, ale Pirat świetnie dawał radę jeszcze jako pięciolatek, jedynie grał na łatwiejszym z dwóch poziomów.

Dolina Królików. Gra karciana z elementami genetyki. Każdy z graczy ma za zadanie tworzyć królicze rodziny, tak by realizować swoje misje (np najwięcej brązowych króliczków ze wszystkich graczy, królicza rodzina z dziećmi we wszystkich kolorach itp). Podczas rozgrywki gracze muszą pamiętać o zasadach genetyki, – (np dwa białe króliki nie będą mogły mieć brązowych królicząt itp), trzeba planować swoje akcje, zwracać też uwagę na innych graczy, którzy mogą podebrać nam upatrzoną kartę. Dolina Królików jest bardzo pięknie wydaną grą, z uroczymi ilustracjami i przyjemnym klimatem. Gra wg producenta od 6 lat, i tak mniej więcej graliśmy, trzeba jedynie zwrócić uwagę że nieczytającym graczom trzeba będzie przeczytać treść ich misji.

Draftozaur. Nie mogliśmy nie kupić tej gry gdy zobaczyliśmy urocze drewniane figurki dinozaurów, no i gdy ma się w rodzinie byłych i obecnych maniaków prehistorii. Każdy z graczy ma za zadanie umieścić na swojej planszy figurki różnych gatunków dinozaurów w taki sposób, by zdobyć jak najwięcej punktów. Trzeba pamiętać o tym, że na różnych polach planszy zdobywa się punkty za różną konfigurację figurek (np najwięcej figurek tego samego gatunku, lub najwięcej parek z tego samego gatunku, największa różnorodność gatunkowa etc) Gra wg producenta od 8 lat, ale nasz 6-latek gra bez problemu, choć nie do końca ogarnia planowanie;)

Queendomino to gra bazująca na
mechanice domino, w której gracze tworzą królestwo wokół swojego zamku
za pomocą dwukolorowych kafli, które pasują do siebie jedną z części. W królestwie, czyli na dopasowanych do siebie kaflach, można stawiać budowle, które dodają nam punkty zwycięstwa. Gra prosta

Ekosystem. Przepiękna, nieduża gra, w której naszym zadaniem jest stworzenie różnorodnego, stabilnego ekosystemu, z potokami, lasami i łąkami wraz z mieszkańcami. Gracze wymieniają się kartami przedstawiającymi różne elementy ekosystemu i w każdej kolejce tworzą swoją krainę dokładając po jednej karcie, pamiętając o różnych zależnościach, które występują w przyrodzie i tym, że wszystko ma wpływ na wszystko. Punkty można zdobyć np za ilość pszczół w pobliżu łąki i pstrągi w
strumieniach, wtedy, gdy niedźwiedzie umiejscowione są w pobliżu swojego
pożywienia i tak dalej. Od 8 lat, nasz sześciolatek też daje radę, czasem z niewielką pomocą.

Pictomania. rewelacyjna gra imprezowa, polegająca na szybkim i czytelnym rysowaniu wylosowanych haseł. Zaczyna się niewinnie, gdy do narysowania jest np fotel bujany, czy kaszkietówka, z każdą kolejną rundą robi się coraz ciekawiej, gdy naszym hasłem jest hokej, albo odpoczynek. Na koniec wjeżdżają grube działa, czyli np prawa obywatelskie, albo menedżer projektu. Gramy całą rodziną, wybierając te łatwiejsze poziomy. Pirat w drużynie z jednym z rodziców (trzeba szybko czytać)

Splendor. Świetna karciana gra ekonomiczna, która uczy planowania i strategii. W grze wcielamy się w renesansowych kupców i zbieramy zasoby w postaci kart i żetonów, które umożliwiają nam dalszy rozwój. Gra ma dość prosta mechanikę, jest dynamiczna, wymaga strategicznego myślenia i szybkich reakcji. Gra wg producenta od 10 lat, ale młodsze dzieci mogą próbować, producent proponuje by młodsze dzieci otrzymały (wybudowane) na samym jej początku 1, 2 lub 3 (w zależności od
wieku) losowe karty poziomu pierwszego, wtedy szanse trochę się wyrównują.

 

Azul. Kolejne bardzo przyjemnie wydane wydawnictwo. Gra inspirowana jest portugalskimi azulejos i polega na specjalnym układaniu kafelków w sposób, który zapewni nam najwięcej punktów. Wymaga to strategicznego dobierania kafelków i planowania kolejnych ruchów (uwzględniając plany współgraczy). Zasady są proste, a kafelki bardzo przyjemne w dotyku. Od 8 lat, i tak mniej więcej nasze dzieci zaczynały

Wsiąść do pociągu. I jeszcze jeden klasyk nad klasykami. To gra rodzinna, w której uczestniczy zbierają karty wagonów do realizacji wylosowanych misji, a są nimi tworzenie tras między europejskimi miastami. Gracze mogą też, budować dworce łączące różne trasy, pokonywać tunele,  a nawet korzystać z promów. Gra wg producenta od 8 lat, nieco młodsze dzieci również dadzą radę (trzeba jednak umieć czytać).

Mamy jeszcze gry, które wjeżdżają wieczorami, gdy dzieci zasną, najulubieńsza to wciąż Cywilizacja, które dla dzieci jest jeszcze zbyt złożona, czy takie z bardzo negatywną interakcją jak np Survive.

Dajcie proszę znać, gracie w planszówki? Znacie te polecane przeze mnie? A może chcielibyście dorzucić jakiś tytuł?

Jeśli temat jest dla Was nowy, to serdecznie polecam spróbować

26 listopada, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćrozmyślaniaslow lifestyleuważność

o rytuałach codziennych

by Paulina 30 września, 2023

To były dobre, ale bardzo gęste wakacje. Mało nas było w domu, albo intensywna praca albo intensywne wakacjowanie. I przyszedł ten wrzesień, i po początkowym chaosie związanym z ostatnim wyjazdem zahaczającym o rok szkolny, budujemy na nowo rutynę, układamy codzienność, mościmy w zwykłych dniach.

Bywa różnie, to nie jest łatwizna taką sprawnie funkcjonującą codzienność stworzyć przy pięcioosobowej rodzinie. Dlatego są rytuały, jak stelaż do tej budowanej codzienności.

Nie przedłużam wstawania, bo to o 6 rano boli bardziej;) chwilę wyleguję się w weekendy, a na co dzień po prostu wstaję. Po ogarnięciu się łazienkowym wypijam szklankę ciepłej wody z łyżką octu owocowego – piję i patrzę przez okno na drzewa. Ustawiam sobie trochę dzień w głowie, ale to nie jest moment na szczegółowe planowanie, raczej takie łowienie spokoju, uśmiech do środka, „dzień dobry dniu”, jak nabranie powietrza przed zanurzeniem się pod wodę.

Idealnie mi jest, gdy rano wstanę na tyle wcześnie, żeby wjechała krótka joga, albo
po południu znajdę godzinę na trening. Albo dłuższa joga rano i fajny
spacer lub rower po południu. Jestem już w tym wieku, że bardzo mocno
odczuwam korzyści z dobrego ruchu. Odczuwam też skutki gdy na ćwiczenia
nie znajduję czasu.

Śniadanko, a potem kawa poranna, robiona przez męża. Wiecie, poranki z trójką dzieci szkolno-przedszkolnych bywają dość nerwowe. I w tym chaosie totalnym, znajdujemy sobie chwilkę na wspólną kawę. Pyszną, z chemexa. Wokół świat szaleje, gubią się klucze i zeszyty do matematyki, ktoś kogoś szturchnął, a my siadamy sobie, pijemy tę kawę, i na chwilę jesteśmy jak Suzie i Dustin ze Stranger Things śpiewający „Never ending story”, gdy wszyscy wokół walczą z potworami. To jest taki moment dla mnie, dla nas, jakoś nas ustawiający mocno, i, tak teraz patrzę na to z dystansem, wygląda mi to na bardzo mądry rytuał.

Wspólne posiłki przy stole. Nie zawsze i nie wszystkie, w ciągu tygodnia dzieciaki o różnych porach zaczynają i kończą lekcje, są popołudniowe zajęcia dodatkowe, ale staramy się zasiąść wspólnie do obiadu lub kolacji, nawet jeśli jest to odgrzewana zupa z poprzedniego dnia lub najprostszy makaron. W weekendy celebrujemy na całego.

Wieczorne czytanki z dziećmi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że Pirat jest inżynierem Mamoniem w kwestii wyboru serii książkowych (był Pucio, był Pan Kuleczka, teraz Nela). Kiedyś bardziej chciałam mu urozmaicać te lektury, a teraz myślę sobie, że może jest mu to potrzebne, ta powtarzalność właśnie. Iskrze czytam Montgomery (w nowym, pięknym tłumaczeniu) – tu też czytam z przyjemnością, chociaż dziewięciolatka już doskonale czyta sama, ale lubię ten nasz wspólny czas. Dość często w pobliżu kręci się też przysłuchujący jedenastolatek.

A potem wspólne zwykłe chwile, gdy obydwoje zasiadamy na kanapie z książkami i meliską. Albo odpalamy rzutnik.

I nastaje późny wieczór. Idę boso po drewnianej podłodze, nasłuchuję ciszy. Zawsze
zatrzymuję się na górze schodów i zerkam na uśpiony salon i myślę sobie,
jaki mamy fajny dom. Przystaję przy dziecięcych łóżkach, słucham
spokojnych oddechów moich zdrowych dzieci.

I czas do łóżka. Jeden z
najprzyjemniejszych momentów dnia. Gdy nic nie muszę. Zrzucam szlafrok i
wślizguje się pod kołdrę obleczoną w len. Ta pościel ze zmiękczonego
lnu, to jeden z najwspanialszych zakupów dla domu i dla nas ostatnich
lat. Mamy dwa komplety i śpimy pod nimi na zmianę. W lecie jest cudownie
chłodząca, w zimie ciepło otula, jest idealnie. I w tym aksamicie nocy,
w tym lnie, gdy jakoś mi się zagęszcza świat, lubię się sobie zanurzyć w
życiu, podziękować za różności, fajnie mnie to układa życiowo.

Są jeszcze spacery. Spacery to jeden z najważniejszych moich rytuałów. Chodzę gdy mi źle, i gdy mi dobrze. Chodzę po osiedlu i po górach, sama i w towarzystwie. Chodzenie mi układa wszystkie puzelki w głowie, jest mi niezbędne do dobrego funkcjonowania.

Jeszcze musimy ten rytm codzienny dopracować, dograć, ale wszystko przed nami:)

Rytuały brzmią dość emerycko. Albo kojarzą się z bardzo małymi dziećmi. Ja pewnie zwróciłam na nie większą uwagę właśnie przy dzieciach – bo dużo się mówi o tym, że budują poczucie bezpieczeństwa, że ustawiają dzień dzieciakom, mnóstwo ułatwiają, uspokajają. Okazuje się, że robią to nie tylko dzieciom. Rytuały mają podobne działanie dla dorosłych. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich, chaotycznych i intensywnych czasach, ta powtarzalność, pewność, niezmienność, daje mnóstwo ukojenia, jakoś trochę zakotwiczna, ustawia na ziemi. A w kontekście rodzinnym – tworzy tradycje, a te budują wspólność, integrują, określa, nadaje tożsamość.

PS.Wiecie, piszę dużo o tym poczuciu wspólności w rodzinie, o własnych tradycjach, a małych-wielkich wspólnych sprawach, bo czuję że to jest cholernie istotne. A to jest coś trochę zapomnianego. Dzisiaj zapewnia się dzieciom warunki, zajęcia dodatkowe, stymuluje się (ach, jak bardzo stymuluje) rozwój,zapewnia dobry start. I w dzisiejszym pędzie, w tym przeciążeniu rodzicielskim, mam wrażenie że zapominamy o takich właśnie sprawach. O znalezieniu w rodzinie wspólnego mianownika. A na dłuższą metę, to ta wspólnotowość to jest coś co nas jako rodzinę łączy.

Macie swoje rytuały codzienne, czy pełny spontan?

30 września, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • …
  • 10

Ostatnie wpisy

  • daj sobie spokój
  • jesienne czasospowalniacze
  • Bretania z dziećmi pod namiotem
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach
  • Lasy Janowskie rowerami

Najnowsze komentarze

  • Ania - jesienne czasospowalniacze
  • Justyna - jesienne czasospowalniacze
  • Anna - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Najnowsze wpisy

  • daj sobie spokój

    28 listopada, 2025
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • Bretania z dziećmi pod namiotem

    31 sierpnia, 2025
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

    9 lipca, 2025
  • Lasy Janowskie rowerami

    17 czerwca, 2025

Kategorie

Popular Posts

  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • blogowanie

    9 lipca, 2015
  • mniej

    24 lutego, 2015
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry