
Kiedyś, na studiach, byłam w Bretanii zbyt krótko, i od tamtej pory chciałam tam wrócić.
Celtyckość, magia, klify, lasy, zamki, klasztory, i całe miasteczka o charakterystycznych, szarych dachach z łupków. Ojczyzna Asteriksa i Obeliksa, ostatnia wolna wioska galijska. Zdecydowaliśmy w wakacje ruszamy z dziećmi do Bretanii.
Wyruszyliśmy po naszemu. Zapakowani po dach, z namiotem, mapą, przewodnikiem i dość ogólnikowym planem ruszyliśmy 2200 km na zachód.
Zaczęliśmy klasykiem.
Jedno z najbardziej turystycznych miejsc nie tylko w Bretanii, ale we Francji. Co roku przyjeżdża tu kilka milionów turystów. I powiem Wam… warto. Chociaż nie jestem największą fanką miejsc z pierwszych stron prospektów turystycznych, to cieszę się że tam byliśmy.

Mont Saint-Michel to wyspa, na której wybudowano wspaniały klasztor. Całość robi iście bajkowe wrażenie, już z oddali. Wyspę otaczają jedne z najwyższych pływów w Europie – różnice poziomu wody sięgają średnio ok. 10 m, a w czasie największych przypływów nawet 12–15 m. To oznacza, że w zależności od pory roku i dnia wyspa otoczona jest wodą albo rozległymi, podmokłymi połaciami piasku.



Legenda głosi, że w roku 708 Archanioł Michał nakazał biskupowi Aubertowi z Avranches wybudowanie świątyni na tej skale. I to właśnie figura Archanioła Michała wieńczy dziś iglicę kościoła, podnosząc wysokość budowli do ok. 170 m n.p.m. (sama skała ma ok. 92 m). Widok jest naprawdę imponujący.
Wokół klasztoru powstało miasteczko, które już w średniowieczu tętniło handlem i gościło pielgrzymów. Dziś nadal można tam kupić pamiątki czy zjeść w jednej z restauracji. Wejście do opactwa jest biletowane (warto kupić bilety przez internet, najlepiej na godziny poranne lub popołudniowe). Tłumów się spodziewaliśmy – w niektórych miejscach było naprawdę gęsto, ale udało nam się znaleźć też spokojne zakątki. Myślę, że warto byłoby zostać na noc w miasteczku, by zobaczyć Mont Saint-Michel o zachodzie i wschodzie słońca, kiedy pustoszeje i robi jeszcze większe wrażenie. My jednak mieliśmy bazę trochę dalej, w okolicach uroczej (choć też bardzo turystycznej) miejscowości Dinan.


Miasta i miasteczka w Bretanii

A skoro już przy uroczych miejscowościach. Francja uroczymi miejscowościami stoi. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w tym kraju – że na prawdziwe perełki natrafia się często przypadkiem. Człowiek chce tylko wstąpić na targ (bardzo charakterystyczny element życia – dzień targowy odbywa się raz czy dwa razy w tygodniu, na rynku albo placu, trwa kilka godzin, a potem wszystko wraca do normy) i nagle ląduje w pięknym miasteczku z imponującym wiaduktem (Morlaix). Albo zatrzymuje się na obiad i trafia na jeden z ostatnich zamieszkanych mostów w Europie (Landerneau).



W Bretanii zabudowa jest bardzo charakterystyczna: szare, łupkowe dachy, granatowe okiennice, kamień i drewno. Do tego gotyckie i romańskie kościoły oraz urocze domki w rybackich wioskach nad samym morzem. Ta spójność architektury daje niezwykły, niemal filmowy efekt.





Wybrzeże Bretanii

Wybrzeże w Bretanii to jest totalny kosmos. Coś wspaniałego. Brakuje mi tu słów żeby opisać te majestatyczne skały i widok morza, lub oceanu. Jest coś niesamowicie romantycznego i wzruszającego w tych widokach.
Do tego jest różnorodnie. Wydawało mi się, że będą klify, morze, i majestatyczne, oszałamiające piękno – tego sie spodziewałam. Ale nie sądziłam, że na różnych odcinkach ten krajobraz będzie tak inny.
Na początku zachwyciło nas Côte d’Émeraude, gdzie woda była zaskakująco szafirowa, a jasnoszare skały kontrastowały z zielenią nadmorskiej roślinności i klimatycznymi zamkami i kościołami to tu, to tam.



Potem przyszła kolej na Côte de Granit Rose. Niesamowite, ogromne, różowo-pomarańczowe głazy wyglądały na zbyt fantastyczne, żeby powstały ot tak sobie przez kaprys natury. Robi to raczej wrażenie efektu zabawy olbrzymów, układających kopczyki z różowych kamyczków. W rzeczywistości te granitowe skały zawdzięczają swój niezwykły kolor tlenkom żelaza a kształt sile erozji. Poza Bretanią taki odcień granitu można zobaczyć jedynie na Korsyce i w Chinach


Ale mój osobisty, największy zachwyt (chociaż zupełnie nie chodzi mi tu o wartościowanie czegokolwiek, kwestia po prostu moich subiektywnych odczuć) spotkał mnie na półwyspie Crozon. migocący ocean, usiany niewielkimi, skalistymi wysepkami, dawał poczucie takiej bezgraniczności, wolności, i był tak piękny, że to aż bolało.




Urzekła nas też wyspa d’Ouessant, najdalej na zachód wysunięty skrawek metropolitalnej Francji. To dla mnie jedno z tych miejsc, dla których chciałoby sie rzucić to wszystko i osiedlić właśnie tam. I spędzać dnie na włóczeniu się jak wiatr po tych pięknych wrzosowych łąkach i poszarpanych skałach. A w długie popołudnia siedzieć na ganku przed szarym domkiem z niebieskimi okiennicami. Patrzeć na zachodzące słońce i oddychać. Na wyspę można dotrzeć statkiem, rejs trwa trochę ponad godzinę. Wokół niej jest wiele latarni morskich – nieprzypadkowo, bo to jedne z najtrudniejszych akwenów do żeglugi i miejsce wielu katastrof. Latarnie morskie z jednej strony kojarzą mi się z kapitanem Jimem z serii książek o Ani Shirley, z drugiej, nie mogę wyrzucić z głowy niezwykłego i strasznego filmu Lighthouse, w którym Willem Dafoe i Robert Pattinson grają latarników ogarnianych coraz większym szaleństwem.



Plażowanie w Bretanii

Byliśmy w końcu nad morzem w wakacje. Plaże w Bretanii są fantastyczne. Wybrzeże jest mocno pofałdowane (długość to około 2800km, co stanowi mniej więcej jedną trzecią całości wybrzeży we Francji)., co stwarza wiele malowniczych zatoczek między skałami. Mnóstwo przyjemnego piasku, no i dodatkowa atrakcja, czyli pływy. Fascynujące było obserwowanie jak plaże na naszych oczach zwiększały się, albo jak z każdą falą morze zbliża się do naszego ręcznika (i jak w pewnym momencie trzeba było robić szybką ewakuację). Dodatkowo odpływy zostawiały na piasku i skałach fantastyczne znaleziska, więc spędzaliśmy wszyscy długi czas ratując rozgwiazdy, przyglądając się krabom i wypatrując małych ukwiałów.





Jedzenie i informacje praktyczne
Francuzi wakacjują w sierpniu. I faktycznie było to w Armoryce widać. W bardziej turystycznych miejscach, typu, „wiecie, „10 najpiękniejszych miejsc w Bretanii”, faktycznie było dość tłumnie. Mont Saint Michel, Wybrzeże Różowego Granitu, Dinan, Saint Malo… Te miejsca są naprawdę piękne, ale w moich oczach trochę tracą gdy nie widać ich zza mas ludzi;) Pocieszające jest to, że przepięknych miejsc jest znacznie więcej i bez problemu można znaleźć też więcej spokoju.
Podróżowaliśmy samochodem, z namiotem. Campingów w Bretanii jest baaardzo dużo, ale musieliśmy tez uwzględniać fakt, że Francuzi uwielbiają biwakować i przez nie był łatwo znaleźć fajną, dostępną miejscówkę na nocleg.
Ale generalnie, jeśli kiedyś będziecie we Francji i będzie Wam zależało na campingu cichym, kameralnym, bez dodatkowych atrakcji, trochę w starym stylu, to proponuję szukać: aire naturelle de camping – to miejsca często powstałe na dawnych terenach rolniczych (np. w starych sadach) Takie miejsca są często samoobsługowe, bez stałej recepcji. Sa miejsca do rozbicia namiotu, sanitariaty, jakaś kuchenna przestrzeń wspólna. Jest miło, naturalnie i niedrogo.My spaliśmy np w dawnym sadzie jabłkowym, co miało tę dodatkowa korzyść, że sporo sobie jabłek pojedliśmy.
Drugą opcją są campings municipaux – miejskie kempingi, zwykle nieduże, tanie, z lekko retro atmosferą.
We Francji, również w miejscowościach turystycznych, również w wakacje obowiązują dwie święte pory jedzenia. Pierwsza koło południa (zazwyczaj 12-14) i druga, przeważnie od 19. Jeśli więc najdzie Was głód koło 16, pozostają bagietki;) Warto też pomyśleć o rezerwacji miejsc, albo być przed restauracją dokładnie w momencie otwarcia.


My bardzo często rano w namiocie podgrzewaliśmy zupę i braliśmy ją ze sobą w termosie. Mamy zwyczaj jeść bardziej sycące śniadania niż stereotypowy francuski croissant, więc w południe nie mieliśmy jeszcze apetytu na jedzenie. Dlatego wczesnym popołudniem posilaliśmy się taką właśnie zupką, zagryzając bagietką bien sûr.
Wszelkie wejściówki warto jest kupować z wyprzedzeniem, przez internet, pozwala to uniknąć kolejek, a czasem rozczarowań związanych z brakiem miejsc.


Celtyckość i magia są w Bretanii na każdym kroku. My zrezygnowaliśmy z Carnac, czyli najbardziej znanego turystycznie miejsca z menhirami, bo… jest najbardziej znanym turystycznie miejscem z menhirami;) Z tych samych względów odpuściliśmy totalnie Las Brocéliande (czyli mityczny las z legend o królu Arturze), który podobno jest turystyczną wydmuszką mocno nastawioną na komercję. Zamiast tego mieliśmy las Huelgoat, pełen omszałych głazów, i celtyckich legend

Ale ten klimat jest wszędzie. Menhiry i zwykłe, potężne głazy, klimatyczne omszałe, jakoś zalatujące magią lasy… Nie trzeba tego klimatu pakować w sreberka i podawać na tacy, żeby go poczuć. Bo on jest obecny po prostu, trochę przy okazji. Żałowaliśmy jedynie, że nie udało nam się zobaczyć zrekonstruowanej wioski galijskiej – została spalona dwa lata temu. Mamy w domu kilku psychofanów Asteriksa i Obeliksa, dlatego mocno liczyliśmy na taki właśnie rozrywkowo-skansenowy akcencik, trochę na zasadzie odwiedzenia słynnej kamienicy „Przyjaciół” w Nowym Jorku.

W każdym razie, celtycki klimat był. Było morze – dzikie, potężne, budzące respekt i nieokreślone uczucie romantycznej tęsknoty. Zaskoczyło mnie pozytywnie, że Bretania to nie tylko to północne, surowe i onieśmielające piękno. Spodziewałam się wichru, granatowych wód i ogólnej szorstkości pejzażu, a znalazłam miejsce zaskakująco różnorodne – fuzję śródziemnomorskiego ciepła z palmami i jasnym piaskiem, splecioną z północnymi klifami, wiatrem i kamienną architekturą. Żałuję jedynie, że to tak daleko, bo wracałabym tam z przyjemnością o wiele częściej.



3 komentarze
Och, Bretania! Jechałabym…
Byłam w tym roku pierwszy raz w życiu w Irlandii. Spodziewałam się celtyckości, a zastałam tę fuzję klimatów, o której piszesz. Nazwałam ją „atlantyckość”.
o tak, „atlantyckość” – podoba mi się to określenie! Irlandia musiała byc też wspaniała:)
byłam, wiele już lat temu….13 ? jeszcze z maluchami 3 i 5 latką, objazdowo od Mont Saint Michel której jeszcze jeszcze w Normandii tak geograficznie, przez St Malo , Cote de Granite Rose , po najdalej na Zachód wysunięty kawałek Francji – hmmmm – Pointe de Raz, Carnac czy soliska i Gueande , była to przygoda , była to nasza pierwsza objazdowa wyprawa. bardzo dobre mam wspomnienia …..w tym roku z 15 i 17 latką, zrobiliśmy objazdówkę po Chinach, choć może w Chinach rozrzut 1000 km to jeszcze nie objazdówka, a zaledwie takie kręcenie się wokół Pekinu ??
.a twoje wyprawy zawsze robią na mnie wrażenie , za slow, za brak komercji , za uważność i piękne zdjęcia dla nas