
Zima w pełni. Niesamowite, jak wiele na psychikę potrafi zdziałać mróz i śnieg. Okazuje się, że wszystko jest na włąściwym miejscu. Po pierwszym szoku, zaczynamy w tym zimnie funkcjonować i znajdować balans między ta orzeźwiającą, zimowa aktywnścią, a zakpoywaniem się pod kocem z ciepłym piciem.
Jest w takiej zimie jakaś prostota i – pewnie przez ten powrót do korzeni – coś bardzo naturalnego .
I gdy przychodzi weekend, wolny od pracy i szkoły, robimy dwie rzeczy: dotykamy zimy u samego wnętrza, aż po zamarznięte rzęsy i szczypiące policzki, a potem eskapistycznie pławimy się w domowym ciepełku.

Najpierw jest nurkowanie w zimę, śnieg i mróz. Jedziemy na wycieczkę za miasto, brodzimy w śniegu. A świat w tym sniegu skrzypi i migocze i jest tak bardzo w trendach w tej szacie w odcieniu cloud dancer… Łazimy. Dzieciaki z jabłuszkami do zjeżdżania, rzucamy się śnieżkami, robimy aniołki na śniegu, strząsamy biały puch z gałęzi, i idziemy, idziemy, idziemy. W ramach pikniku przysiadamy na zwalonym konarze i jemy drożdżówki (często jeszcze ciepłe) i popijamy je herbatą z sokiem malinowym.
A jeśli mamy mniej czasu, to wybieramy się chociaż szybki wypad do pobliskiego miejskiego wąwozu, na energetyczne 40 minut.




Swoją drogą, taki zwykły zimowy spacer to dla organizmu mały biochemiczny reset: chłód lekko stresuje komórki, więc mitochondria wchodzą na wyższe obroty, poprawia się praca układu krążenia, mózg dostaje solidny strzał noradrenaliny, nastrój rośnie dzięki endorfinom,a sen po takim dniu bywa wręcz absurdalnie dobry, same korzyści;)
A gdy jest się dobrze ubranym na zimnie, to jedna z najlepszych rzeczy na świecie. Gdy czujemy że jest zimno, ale ta wełenka i puch ułożone w czułe warstwy, dają poczucie takiej przytulności i komfortu. Tym przytulniejszy ten komfort i bardziej komfortowa przytulność, im warunki zewnętrze trudniejsze.

A potem wraca się do domu. Do kochanego, ciepłego, pięknego domu. I w domu szykujemy pyszności, aromatyczne przyprawami i rozgrzewające.
Potem zazwyczaj zostaje jeszcze trochę popołudniowego wieczoru. To supermoc zimy: te długaśne wieczorne popołudnia. Jesteśmy po spacerze i obiedzie, i mamy jeszcze czas na parę herbatek i ciacho, i planszówkę albo książkę*.
Już Muminek twierdził, że „w zimie człowiek robi się strasznie stary”. I jest w tym jakaś prawda, bardzo urokliwa zresztą. Człowiek w tej zimowej starości staje się sentymentalny, szuka analogowych, emeryckich rozrywek, zaczyna szydełkować, rozwiązywać krzyżówki albo uczyć kaligrafii, popijając herbatę i zagryzając biszkoptem. Dają takie rozrywki zupełnie inny spokój, trochę nostalgiczny, bardzo kojący.
W międzyczasie okazuje się, że chwilę przed 16 zaczyna zaglądać do salonu słońce i rzuca na ściany dawno niewidziane cienie. Trwa to moment, wciąż za krótko, ale dużo robi ten miodowy, ciepły błysk światła

Podobno najtrudniejsze jest pierwszych 75 lat stycznia, więc teraz już z górki. Właśnie mija połowa astronomicznej zimy, co, trzeba przyznać, nastraja dość optymistycznie. Nie dajmy się:D
*Jeśli chodzi o książki, które w ostatnich tygodniach mnie ujęły:
„Demon Copperhead” Barbary Kingsolver. To współczesna wariacja Davida Copperfielda, osadzona w małym miasteczku gdzieś w Appalachach, w świecie biedy, uzależnień i systemie, który nie tylko kuleje, ale wciska kolejne pokolenia w coraz większą beznadzieję. Mimo naprawdę trudnych tematów, książkę czyta się świetnie, sporo w niej humoru i ironii. głównego bohatera polubiłam jak serdecznego kumpla, wciągnęłam się w jego losy jak rzadko.
„Ludzie wędrowni” Anny Fryczkowskiej. Po Sadze o ludziach ziemi znów dałam się wciągnąć w opowieść o zwykłych ludziach i ich codziennym życiu. Fryczkowska świetnie pisze o czasach, które znamy z historii, ale pokazuje je od strony domów, rodzin i małych decyzji. Lubię jej książki za lekkość czytania i za to, że przeszłość robi się bardzo bliska.
„Tom Lake” Ann Patchett. Ach, jak mnie zachwyciła ta opowieść.Spokojna, rodzinna historia rozgrywająca się w czasie lockdownu. O młodości, o rolach, które graliśmy kiedyś, i o tym, jak inaczej patrzy się na swoje wybory po latach. Czytałam ją powoli, z naprawdę dużą przyjemnością.
„Popłynę przed siebie jak rzeka” Shelley Read. Piękna i smutna, powolna. O godzeniu się z losem, o robieniu tego, co możliwe, nawet gdy życie nie układa się tak, jak byśmy chcieli. Bardzo zanurzona w przyrodzie, w prostym (choć niełatwym) życiu.
No dobra, to jeszcze kilka filmów.
„Fenicki układ”, bardzo Arensonowski w formie film, opowiadający po prostu historię o ojcu i córce.
„Jedna Bitwa po Drugiej” – spodziewałam się czegoś cięższego, a zobaczyłam Leonardo Dicaprio w szafroczku i Benicio Del Toro jako sensei z szarej strefy. O rewolucjach i starzejących się rewolucjonistach. Świetnie się oglądało.
„Hamnet” – spłakałam się okropnie na tym filmie, zachwycił mnie wizualnie, zachwyciła gra aktorska. Mam jedynie trochę wątpliwości, w kwestii postrzegania dość współcześnie bohaterów sprzed wieków.
„Wysokie i niskie tony” – piękny francuski film, bardzo mocno zanurzony w muzyce, opowiadający o tym, co nas determinuje, o naszych talentach i środowisku w jakim funkcjonujemy, i o tym, co oznacza mieć szczęście.

3 komentarze
Trochę odkładałam „Jedną bitwę po drugiej”, obawiając się ciężkiego filmu. Po Twoim wpisie postanowiłam włączyć i obawiałam się jak norka. Wspaniały humor. Polecam ” Cudowny dzień” z Benicio Del Toro. Podobny, czarny humor.
o widzisz, dzięki za polecajkę, zapisuję!
Miało być: obśmiałam się jak norka