Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

jesieńmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleUncategorizeduważność

daj sobie spokój

by Paulina 28 listopada, 2025

To taki piękny i mądry zwrot.

Dać sobie spokój. W tych rozedrganych, szybkich, intensywnych czasach, gdy latamy, załatwiamy, ogarniamy wszystko w pędzie, multitasking, optymalizacja, przyspieszenie i instant.

Jesteśmy przebodźcowani, przegrzani, wypaleni. A gdy przydarza nam się wolna chwila, zupełnie dobrowolnie (chociaż może nie do końca, tak działa głód dopaminy i nasz mózg, przyzwyczajony, do ciągłych bodźców) bombardujemy się taką ilością  obrazków, informacji i emocji, z jaką jeszcze nasi rodzice, czy dziadkowie mieli do czynienia w ciągu tygodni.

A najbardziej potrzeba na właśnie spokoju. Zatrzymania. Na chwilę, nikt nie mówi o tygodniach odosobnienia, choć czasem właśnie o tym marzę najbardziej.

Ale możemy wykrzesać z naszych intensywnych dni te kilkanaście minut i nie przeznaczać ich na dalsze bodźcowanie. Wtedy możemy dać sobie spokój.

Dać sobie 20 minut spaceru po osiedlu, z patrzeniem na łysiejące listopadowo drzewa.

Dać sobie 8 minut na medytację

Dać sobie pełnowartościowe picie herbaty, z czuciem zapachu, smaku i ciepła

Dać sobie czas na poczucie swojego ciała. Na zamknięcie oczu i oddychanie.

A w drodze do pracy podarować sobie zauważenie mgieł snujących się nad trawnikami.

Podarować to sobie, tak samo jak podarowujemy sobie nową sukienkę, „bo jestem tego warta”, należy mi się. Wiecie o co chodzi, pieniądze na tą sukienkę to zazwyczaj kilka godzin pracy, i to jest ten czas z naszego życia, który przeznaczamy na tę właśnie rzecz. A czasem można wybrać inaczej. Czasem można zastanowić się, co naprawdę daje mi spokój i odpoczynek.

Uświadomić sobie, o o nam naprawdę chodzi w życiu, to zawsze pozwala nabrać dystansu.

Zastanowić się, spróbować, poczuć.

A potem to sobie dać.

Dać sobie spokój.

28 listopada, 2025 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćjesieńksiążkirozmyślaniaUncategorizeduważność

jesienne czasospowalniacze

by Paulina 4 listopada, 2025

Jesienią najbardziej lubię zmierzch. Nawet gdy o zmierzchu trzeba odwozić lub odprowadzać dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Niezależnie od tego czy szuram właśnie w liściach, jadę samochodem, czy w domu zaparzam popołudniową herbatę pu erh. Gdy jesienią zapada popołudniowy zmierzch, to jest trochę ten efekt wełnianego kocyka przykrywającego życie, „teraz już nic nie musisz, teraz się utul i napij coś ciepłego, i masz jeszcze kardamonowe ciasteczko sobie przegryź.”

czytaj dalej
4 listopada, 2025 2 komentarze
1 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćnamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrozmyślaniaUncategorizedwakacje

nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

by Paulina 9 lipca, 2025

Rumunia. Gdzieś w górach. Wracaliśmy z pewnej jaskini. Krycha nie zauważył niewykończonego, ostrego krawężnika. Huk, syk, i już wiemy – opona poszła. Na dojazdówce dotarliśmy do najbliższego warsztatu wulkanizatorskiego, gdzie młody chłopak w klapkach z rozkosznym uśmiechem zaoferował nam zjechaną niskoprofilową oponę i poinformował, że sprzęt do wyważania „jest kaput”. Czekał nas zakup nowej opony, co nie było takie oczywiste w środku rumuńskich gór. Wróciliśmy na camping, kilkanaście kilometrów dalej, na sam początek bardzo solidnej burzy. I dobrze, że zdążyliśmy, bo wiatr wiał naprawdę mocno i trzeba było trzymać namiot, żeby nie połamał się stelaż. Tak rozpoczęły się nasze rumuńskie wakacje.

czytaj dalej
9 lipca, 2025 3 komentarze
5 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

co robię zamiast telefonu

by Paulina 28 kwietnia, 2025

 

Bardzo ograniczyłam użycie telefonu ostatnio. 

Zauważyłam, jak pewnie wszyscy, jak dużo czasu bezwiednie kradły mi różne aplikacje, jak często potem musiałam pędzić gdzieś na złamanie karku żeby się nie spóźnić, jakie miałam ciągle wszechogarniające uczucie chomika w kołowrotku, trudności w koncentracji i ogólnego kaca intelektualnego.

Jak zmęczona psychicznie, i często sfrustrowana, byłam „odprężającej” sesyjce z instargamem

Jaką widziały mnie dzieci, które też zaczynają wchodzić w świat smartfonów i które chcemy nauczyć zdrowej relacji z internetem.

Nie oznacza to, że stałam się jakimś przodownikiem pracy, i chodzę jak uosobienie higienicznego trybu życia i produktywności.

Z telefonu dalej korzystam, żeby nie było. A mediów społecznościowych również, ale nie są już dla mnie tak atrakcyjne. Zdarza mi się popłynąć, na podobnej zasadzie, jak raz na jakiś czas zdarza mi się zjeść czipsy, choć wiem, że potem boli mnie brzuch i wyskakują pryszcze.

Pewnie idealnie byłoby spojrzeć na to, ile spędzamy czasu w telefonie, a potem cały ten czas wykorzystać sobie pożytecznie, produktywnie i rozwojowo.

Ale atrakcyjność telefonów bierze się między innymi z tego, jak niski mają „próg wejścia”. Dostarczają nam milutkich bodźców, karmią nam mózgi łatwą dopaminką, nie wymagając od nas żadnego wysiłku, fizycznego ani intelektualnego. Dlatego sięgamy po nie tak chętnie gdy jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, zestresowani, czy, o ironio, przebodźcowani. Albo, gdy mamy przed sobą tyle zadań, że aż nie wiemy od czego zacząć. Wtedy wjeżdżają storiski MLH, filmy z kotami, doskonałe życie innych, inspirujące przepisy, a nade wszystko krótkie, chaotyczne filmiki, które w zasadzie nie pokazują niczego konkretnego, ale nie da się przestać ich oglądać.

I żaden mózg nie chce tego zamienić na słynne 10 minut dziennie na język obcy, albo szybki, 15 minutowy trening pośladków. 

Dlatego jakiś czas temu przestałam się łudzić, że zamienię te godziny z telefonu, na super produktywność, bo to zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żebym to ja miała kontrolę nad telefonem, a nie telefon nade mną, żebym nie była niewolnikiem urządzenia, żeby mi nie pochłaniał czasu i uwagi w sposób niekontrolowany.

Przede wszystkim, nie mam telefonu cały czas przy sobie. A już na pewno nie chcę żadnych zegarków, czy innych urządzeń, które mnie do aplikacji jeszcze bardziej przywiążą. Mam powyłączane powiadomienia, poza wiadomościami od najbliższych i sprawami pracowymi. Dzięki temu nie rozpraszają mnie ciągłe piknięcia, których nie da się zignorować, to znów cecha naszych mózgów. Telefon jest zakazany w sypialni i przy jedzeniu.

Poobserwowałam trochę swoje nawyki, żeby sprawdzić, w jakich sytuacjach sięgam po telefon, i do jakich aplikacji najbardziej mnie ciągnie. I wyszło, że jest to instagram, i to 

– gdy mam tak dużo pracy, że aż nie wiem od czego zacząć

– gdy czekam na dziecko w szkole

– gdy przychodzę do domu po pracy i należałoby zaplanować jakiś obiad, coś ogarnąć, i zrobić pranie

– gdy siadam z poobiednią herbatą na kanapie

– w poczekalniach różnego rodzaju

Więc nie jest tak, że zasiadam, odpalam telefon i dwie godziny ciągiem scrolluję obrazki. To zazwyczaj szybkie akcje po 5-15 minut. Ale nawet jeśli są to takie „instagramowe szoty”, to wiem, że i tak działają. Że obniża mi się koncentracja, że mózg wyrzuca mi dopaminę i że się od tego uzależniam. Że często prowadzi to do porównywania się z innymi. I że mam zmęczone oczy, poczucie zbyt szybko gnającego czasu i jakiś taki wymiętolony umysł.

Przyglądając się tym okolicznościom sięgania po telefon, mam świadomość, że nie są to duże bloki czasowe, w których mogłabym zrobić coś konkretnego/przyjemnego. Nie zacznę czytać książki, gdy muszę brać się do roboty. To właśnie jest ta podstępna natura wszelkich szorcików, krókich storisków i całego tego świata instant. Że są dostępne szybko i bez zaangażowania, i – przynajmniej teoretycznie – można je szybko wyłaczyć.

Dlatego wynalazłam sobie alternatywy – na te właśnie dziury czasowe, w których odruchowo sięgałam po telefon.

1. Przede wszystkim – uważne nic nie robienie. Czekam przed szkołą na dziecko? To czekam, i to właśnie robię. Patrzę na drzewo, czuję wiatr na twarzy, słucham szumu drzew, oglądam liście. Świadomie siedzę, świadomie oddycham. Jestem. Okazuje się, że gdy nie zapycha się każdej dziury jakąś treścią, zdecydowanie zmniejsza mi się poczucie, że ciągle pędzę i że nie wyrabiam

2. Gdy potrzebuję czegoś na rozpęd – piszę. Zazwyczaj mam ze sobą notes-dziennik, w której spisuję co .myślę, co czuję, co przeżyłam, co mnie wkurza a co cieszy i o czym marzę, bez cenzury, nie są to memuary dla potomnych. I gdy tak sobie siądę i zapiszę, że ciężko jest mi zebrać się do roboty, i zaczynam nazywać to, że się nie wyspałam, i że nie wiem od czego zacząć, to wszystko w głowie się magicznie układa i potem zaczynam po prostu działać. Po kolei, po kawałku.

3. Gdy chce mi się popatrzeć na coś ładnego pijąc kawę – przeglądam albumy malarskie albo fotograficzne.

Gdy chce mi się coś poczytać, ale wiem, że nie chcę angażować się w książkę – sięgam po papierową gazetę, albo poezje. 

I słuchajcie – wiem, że ta poezja i malarstwo brzmią egzaltowanie i nierealnie. Ale serio, warto spróbować, bo świetnie zaspokajają potrzebę ładności (a tego często szukamy w SM). Ostatnio na osiedlowym śmietniku trafiłam na serię zeszytów o sztuce angielskiego wydawnictwa. Super są też książki przybliżające historię sztuki – np „Historia obrazów” Martina Gayforda, David Hockney’a albo „Historia Sztuki” Stephena Farthinga

A poezja – zazwyczaj sięgam po ulubionych – Leśmiana, Gałczyńskiego, Szymborską, raczej nie szukam nowości, czy edukacji literackiej, tylko przyjemnych wrażeń.

4. Tańczę, tańczymy. Do przypadkowych piosenek w radiu – robię głośniej i po prostu tańczę. Uwielbiam. Dla zastrzyku ruchu, wyrzucenia stresu i czystej, czystej radochy.

5. Krzątam się. Czasami, gdy nie wiem, w co włożyć ręce, zaczynam po prostu od czegoś prostego i dającego szybkie i wymierne efekty, jak np sprzątnięcie i wytarcie blatów w kuchni, albo nieskomplikowane zajęcia w pracy. Wtedy wiem, że przynajmniej mam już na koncie coś pożytecznego i łatwiej jest się rozkręcić później;) Często włączam do tego podcast albo audiobooka.

6. Rozwiązuję krzyżówkę, najbardziej lubię te nieoczywiste, z grą słowną, 

7. Utrudniam sobie dostęp, po to, by mieć chwilę na refleksję pt „po co właściwie odpalasz ten telefon”. Bo najgorsze, to zatracić się przed ekranem właściwie nieświadomie. Przesunęłam najbardziej wciągające aplikacje na ostatni ekran w telefonie. Na instagramie zrobiłam porządki – czyli odobserwowałam wszystkie konta, które mnie denerwowały, pobudzały do zakupów, wzbudzały jakieś poczucie gorszości, nic nie wnosiły. I ustawiłam sobie limit czasowy, na pół godziny – i zazwyczaj kończę, gdy pojawia się powiadomienie, że zostało mi 10 minut czasu. Działa na mnie uświadomienie sobie, że czas ucieka, i trochę mi go szkoda.

 8. Albo wchodzę na te media społecznościowe, ale mając świadomość, że to robię.

I tyle. To są moje sposoby, moje podejście, które się u mnie sprawdza. U każdego może być oczywiście inaczej, bo wciągają nas różne aplikacje, w różnych życiowych momentach. Warto jest przyjrzeć się sobie i sprawdzać:) Ja zyskałam sporo cennego spokoju i poczucie większego ogarniania rzeczywistości, widzę, że nie ucieka mi tak koncentracja.

Generalnie mam takie poczucie, że w dzisiejszym świecie korzystanie z technologii, smartfonów, internetu i sztucznej inteligencji bez kompletnie żadnych regulacji przypomina trochę dziewiętnastowieczne syropki na sen dla dzieci z morfiną i heroinowe tabletki od kaszlu. Mamy do czynienia z czymś potężnym, nad czym nie panujemy i co realnie zmienia nasze życia, nasz sposób myślenia i nasze mózgi, dlatego warto nad telefonozą zapanować na tyle, na ile możemy.

W moim podejściu bardzo pomogła mi lektura książek : 

„Ekonomia uwagi” Joanny Glogazy, 

„Wychowanie przy ekranie” Magdaleny Bigaj

oraz „Niewolnicy dopaminy” Anny Lembke. 

Polecam wszystkie z nich

28 kwietnia, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćrozmyślania

sobotnie porządki

by Paulina 11 lutego, 2025

Nie znosiłam ich. I nie sądziłam że to się kiedykolwiek zmieni.

Okazuje się jednak, że w okolicach czterdziestki jedni kupują Lamborghini, a inni odnajdują nieoczekiwaną przyjemność w myciu łazienek na początek weekendu.

Złapałam się ostatnio na tym, jak zmienia mi się nastrój, gdy wychodzę, zwycięska, zdejmując gumowe rękawice.

Otoczenie wpływa na nastrój. O tym wiem od dawna, i nie dyskutuję. W uporządkowanej, nie zagraconej przestrzeni lepiej mi się myśli, mam więcej cierpliwości, skupienia, no i ogólnie jest po prosu dobrze przebywać, to oczywiste.

Jednak zawsze było mi na to szkoda sobót. Oczywiście teraz też nie jest tak, że każda sobota to u mnie obowiązkowe porządki, absolutnie nie. Czasem sobota oznacza pracę, a czasem sobotnie wycieczki wygrywają z tą sprzątaniową rutyną. Ale gdy już jest tak, że z różnych względów weekend spędzamy bardziej domowo, to solidne sprzątanie w sobotę wpisuje się idealnie, jako jeden z elementów tego dobrego, domowego weekendu. Pokrzykuję na dzieciaki, żeby brały się do roboty w swoich pokojach, po czym zakładam słuchawki, włączam audiobooka i ruszam do roboty.

Nie wiem, może to jest kwestia tego, że jest to stosunkowo mało skomplikowane, nie ma trudnych relacji międzyludzkich, nie wymaga podejmowania decyzji, odpowiedzialności i analizy. Po prostu sprzątam, odkładam rzeczy na miejsce, wyrzucam śmieci, czyszczę brudy. 

I po chwili mam efekt, natychmiastowy, zauważalny, konkretny, satysfakcjonujący estetycznie. Proste i skuteczne:)

Potem już mogą wjechać kolejne zimowe rytuały, czyli spacerek po pobliskim lesie, albo chociaż okoliczny miejskim wąwozie. Rosołek, płyta winylowa, herbata i ciacho. Prosty człowiek ze mnie.

11 lutego, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńlaslubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczyrozmyślaniaslow lifestyleuważność

zdjęcia

by Paulina 24 października, 2024

 Skończyłam ostatnio wklejać zdjęcia do albumu z 2022 roku. Taką mam w temacie lekką obsuwę, ale robię to regularnie. Wybieram zdjęcia do wywołania z dysku, przesyłam je do wywołania w Empiku, kupuję album. Potem następuje mozolna segregacja chronologiczna i wklejanie. Lubię to robić, to zawsze taki spokojny czas w salonie z muzyką albo audiobookiem, czasem asystują dzieciaki, wspominamy razem.

Gdy zakończyłam, przejrzeliśmy sobie album już we dwójkę, powspominaliśmy, to zawsze jest miłe. I najpierw pomyślałam, jeju, ile to półek jeszcze na te albumy zapełnimy, z niejakim lękiem, bo regały książkowe za dużo wolnego miejsca nie mają, i tak regularnie przeprowadzam selekcję, które książki chcę zachować, a które puszczam w świat.

Za chwilę się pocieszyłam, że, ee, pewnie jak dzieciaki dorosną, to tych zdjęć tyle nie będzie.

A potem przyszła refleksja. Refleksja pod tytułem, że właśnie w najlepsze trwają w naszym życiu lata, z których robi się albumy ze zdjęciami. To teraz jest czas, który chcemy zapamiętać, wspominać. Teraz tworzymy to, jakie będą te wspomnienia. A to oznacza, że teraz jest ten czas, który dobrze byłoby przeżyć na maksa uważnie, żeby te zdjęcia w albumach były tylko taką iskierką, impulsem do uruchomienia wspomnień prawdziwego przeżywania tych chwil.

Nasze mózgi są wygodne, wszyscy wiemy, jak pomocne jest robienie notatek, czy zdjęć, po to, żeby nie musieć pamiętać, zwolnić trochę „mózgowego ramu”. A mnie  chodzi teraz o coś odwrotnego. 

Chodzi o to, by wszystko, co fotografujemy, stało się dla nas pełnowartościowym, świadomym przeżyciem, i żeby poczuć je wszystkimi zmysłami, na maksa. 

Żeby zdjęcie nie było takim zapisem na później, na zasadzie – dobra zrobię zdjęcie i potem to dokładnie obejrzę. Albo nagram koncert, zamiast go autentycznie przeżyć.

Żebyśmy naprawdę zobaczyli te widoki, które uwieczniamy. Żebyśmy czuli wiatr plączący włosy na połoninach. Żebyśmy smakowali te potrawy ze zdjęć, wsłuchiwali się w te koncerty, czuli ciepły piasek pod stopami i zimne krople deszczu przed tym jak schowamy się w miłej kawiarni. Żebyśmy więcej słuchali naszych dzieci, a mniej robili im zdjęć. I jeszcze, żebyśmy nie upiększali, nie pozowali, nie reżyserowali. Bo to życie jest nasze, i jest piękne, nawet gdy wokół nie jest super estetycznie.

Być w tej chwili, nie przenosić przeżyć na dysk zewnętrzny naszych aparatów czy telefonów.

Niech wspomnienia, niech życie – autentycznie przeżywane wdrukują się w nas, a zdjęcia niech będą dodatkiem, tym bodźcem przywołującym coś, co przeżyliśmy w pełni.

Pojechaliśmy ostatnio do Janowca, do którego jeździliśmy częściej, gdy
dzieci były mniejsze. Był jeden z tych idealnych, październikowych dni.
Cudownie złote drzewa rozświetlone jesiennym słońcem. Herbata w
termosie, pieczone rano cynamonki. Liście chrupiące pod stopami.
Charakterystyczny dla tych okolic spokój. Dzieciaki, które tak już
urosły, a wciąż jeszcze chcą jeździć z nami na wycieczki. Ten czas,
trochę jak wciśnięcie pauzy w intensywnym treningu, żeby wyrównać
oddech. Ten czas trochę poza codziennością, który pozwala nabrać do tej
codzienności trochę dystansu i dzięki temu ją docenić.

 
 

Czas biegnie, najlepiej widać to na takich zestawieniach zdjęć

24 października, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

Schody

by Paulina 27 września, 2024

Mamy dwupoziomowe mieszkanie. Największą zaletą tej
dwupoziomowości jest to, że dość wyraźnie wyznacza się granica między sferą
publiczną, czyli dołem, z salonem i kuchnią, a prywatnym bordello na górze. Na
dole porządek zaprowadza się łatwiej, jest mniej rzeczy, a te, które zostają na
dole mają swoje jasne miejsce. Reszta w trakcie szybkiego ogarniania trafia na
drewniane stopnie schodów. Mało jest chwil, gdy schody są puste i nie ma na
nich przeczytanych książek dzieciaków, małych autorskich budowli z lego,
rysunków i innych rzeczy do wyniesienia przy okazji.

Na schodach siedzi Pirat podczas wspólnego oglądania filmów,
bo stamtąd, w razie straszniejszych momentów, może się szybko schować do swojego
pokoju.

Przy schodach stajemy, wrzeszcząc do dzieci, że trzeba już
wyjść do szkoły, albo że śmieci są do wyniesienia, albo żeby zeszły na obiad.
Przy schodach (na górze) stają dzieci, pytając za ile dni będzie Boże
Narodzenie, ile zer ma bilion, i czy mogą czystą kartkę.

Schodzę codziennie wieczorem po szklankę wody. I mam tak, że
zatrzymuję się na środku schodów, tuż przed takim jednym skrzypiącym. Nigdy
nie wiadomo, co może kogoś obudzić. I to jest ten moment zawsze, kiedy ogarniam
rzeczywistość, łapię dystans. Kiedy patrzę na dom. Dom bezpieczny, ciepły, nasz. Stoję tak
pomiędzy, i patrzę z góry na salon i kuchnię, we względnym porządku, wieczorne książki na niewielkim trochę
podniszczonym drewnianym stoliku. Stara, wciąż wygodna kanapa, dębowy stół po
babci, na nim kwiaty. Cicho szumi zmywarka i pompy w akwarium. Za dużymi
salonowymi oknami spokojna noc szumi sobie w liściach wierzby. Wracam na górę,
ze szklanką wody. Mijam troje drzwi, za którymi śpi troje zdrowych,
zadowolonych z życia dzieci. Być może mają brudne stopy. Oddychają spokojnie.

27 września, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessprzyjemnościrozmyślania

luksusy na miarę naszych czasów

by Paulina 28 lutego, 2024

 Z wiekiem (hoho, tak tak) zmienia mi się poczucie luksusowości.

Luksus, to według Wikipedii termin opisujący
kategorię dóbr materialnych, bądź usług wyróżniających się wysoką ceną,
wysoką jakością wykonania oraz trudną dostępnością dla odbiorcy
. Produkty luksusowe adresowane są do wąskich grup społecznych, należą do produktów oraz usług ekskluzywnych.

Nigdy nie należałam do fanów luksusu na pokaz, ostentacji i podejścia zastaw się a postaw się, ale im dalej w wiek, tym bardziej luksus jest dla mnie a nie dla poklasku.

Luksus ma dla mnie dużo wspólnego z miłością do siebie. Z otulaniem jakiejś cząstki siebie takim kaszmirowym kocyczkiem. Z robieniem miłych rzeczy dla siebie, i nie pokazywaniem tego w mediach społecznościowych.

Od jakiegoś czasu silny trend cichego luksusu, który jednak mocno stawia nacisk na wyglądzie, i tym jak wyglądać, żeby było bogato, ale nie ostentacyjnie, że niby nie ma to znaczenia. Dość przewrotne, zwłaszcza, gdy można znaleźć ubrania w stylu „silent luxury” na portalach typu shein. 

W czasach, gdy „luksus stracił blask” (bardzo polecam książkę o tym tytule, autorstwa Dany Thomas), a produkty marek zaliczanych do luksusowych produkowane są masowo w Chinach i w zasadzie nie różnią się od swoich podróbek, trochę nam się definicja luksusowości chwieje.

Jeśli luksusem jest coś dla wąskiej grupy społecznej, to myślę, że coraz bardziej luksusowy staje się jakościowy czas offline. Przez jakościowy wcale nie mam na myśli produktywny i pożyteczny.  Luksusowo mi jest, gdy siedzę na kocu gdzieś w plenerze i wystawiam twarz do słońca, a telefon leży gdzieś zapomniany. Gdy zamiast siekać sobie mózg szokującymi krótkimi niusami, robię temu mózgowi miły masaż krzyżówką albo grą planszową. Gdy zamiast frustrować się kreacją idealnego życia innych, jestem obecna we własnej rzeczywistości. Gdy zamiast garbić się i męczyć oczy migającymi obrazkami, idę na spacer. I bardzo luksusowo, gdy robię coś fajnego i nie mam imperatywu, żeby stworzyć z tego rolkę na instagram. Ta świadoma decyzja (zwłaszcza, że od lat prowadzę jednak ten blog i mam odpoczywalniowe konta na SM), żeby się nie dzielić w internecie różnymi działaniami, czy rzeczami dają mi właśnie to poczucie że robię coś tylko dla siebie.

Żyjemy w epoce wiecznego pośpiechu i ciągłego braku czasu. Praca, dzieci, dom, ciągłe ogarnianie czegoś. Dlatego sam czas wolny – i powolny, czas spędzony bezproduktywnie – stał się dobrem unikatowym i bardzo cennym. Luksusem jest dla mnie poranna kawa, na którą mam czasem 10 minut, a czasem godzinę. I wieczór z melisą i książką, kiedy już nic nie muszę. I niedziela, gdy nie mamy żadnych planów.

Luksusem jest dla mnie to miejsce. Prowadzę tego bloga blisko 15 lat,
bez oglądania się na statystyki i klikalność, bez kompromisów,
pokazywania więcej niż bym chciała. Cieszę się, że tu jesteście, jestem
bardzo wdzięczna za każdy like, komentarz i mail. Mam jednak ogromne
poczucie wolności, w tym, że moje pisanie się nie monetyzuje i nie muszę
nic pod tym kątem kalkulować. Myślę, że właśnie to poczucie wolności i braku presji sprawiają, że ciągle tu coś tworzę. Bo mogę, a nie muszę. (Żeby nie było, nie mam nic do blogów profesjonalnych)

Spacer po lesie. Bardzo mocno dociera do mnie jakim luksusem jest spacer po lesie. Gdy mogę zrobić sobie przerwę od wszystkiego i po prostu chodzić wśród drzew.

W kwestii rzeczy materialnych. Dobre materiały i porządne rzemiosło. Przyjemność użytkowania, estetyka, dobry projekt, trwałość.

Raz na jakiś czas kolacja fine dining. Na co dzień – jakość, dobre składniki, mniej, ale lepiej. Wspólne, ładnie podane posiłki, na ładnych talerzach, przy drewnianym stole.

To chyba starość, ale mam poczucie luksusu, gdy w domu jest posprzątane.

Podróże. Lecz znowu, nie te ostentacyjne, na pokaz, pokazujące ile pieniędzy na nie wydałam.

Dość zaskakującym dla mnie luksusem, którego doświadczam od niedawna, jest wiek. Skończyłam 40 lat. I zyskałam takie wewnętrzne poczucie… nie wiem, wolności, spokoju, odpuszczenia? Że nie muszę nic nikomu udowadniać, bo jestem wystarczająca. Mam dystans do różnych powinności życiowych, opinii innych. Oczywiście nie jest tak, że powinności życiowe nie istnieją. Istnieją, że hoho. Tak samo wychowuję troje dzieci, pracuję, zajmuję się domem, i robię różne rzeczy, ale coraz silniejsze jest we mnie to wspaniałe poczucie, że dawałam, daję, i będę dawać radę.

Co sprawia, że czujecie się luksusowo?

28 lutego, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • daj sobie spokój
  • jesienne czasospowalniacze
  • Bretania z dziećmi pod namiotem
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach
  • Lasy Janowskie rowerami

Najnowsze komentarze

  • Ania - jesienne czasospowalniacze
  • Justyna - jesienne czasospowalniacze
  • Anna - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - Bretania z dziećmi pod namiotem
  • Paulina - nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Najnowsze wpisy

  • daj sobie spokój

    28 listopada, 2025
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • Bretania z dziećmi pod namiotem

    31 sierpnia, 2025
  • nie zawsze jest idealnie, czyli o wakacjach

    9 lipca, 2025
  • Lasy Janowskie rowerami

    17 czerwca, 2025

Kategorie

Popular Posts

  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • blogowanie

    9 lipca, 2015
  • mniej

    24 lutego, 2015
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry