Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessprzyjemnościrozmyślania

luksusy na miarę naszych czasów

by Paulina 28 lutego, 2024

 Z wiekiem (hoho, tak tak) zmienia mi się poczucie luksusowości.

Luksus, to według Wikipedii termin opisujący
kategorię dóbr materialnych, bądź usług wyróżniających się wysoką ceną,
wysoką jakością wykonania oraz trudną dostępnością dla odbiorcy
. Produkty luksusowe adresowane są do wąskich grup społecznych, należą do produktów oraz usług ekskluzywnych.

Nigdy nie należałam do fanów luksusu na pokaz, ostentacji i podejścia zastaw się a postaw się, ale im dalej w wiek, tym bardziej luksus jest dla mnie a nie dla poklasku.

Luksus ma dla mnie dużo wspólnego z miłością do siebie. Z otulaniem jakiejś cząstki siebie takim kaszmirowym kocyczkiem. Z robieniem miłych rzeczy dla siebie, i nie pokazywaniem tego w mediach społecznościowych.

Od jakiegoś czasu silny trend cichego luksusu, który jednak mocno stawia nacisk na wyglądzie, i tym jak wyglądać, żeby było bogato, ale nie ostentacyjnie, że niby nie ma to znaczenia. Dość przewrotne, zwłaszcza, gdy można znaleźć ubrania w stylu „silent luxury” na portalach typu shein. 

W czasach, gdy „luksus stracił blask” (bardzo polecam książkę o tym tytule, autorstwa Dany Thomas), a produkty marek zaliczanych do luksusowych produkowane są masowo w Chinach i w zasadzie nie różnią się od swoich podróbek, trochę nam się definicja luksusowości chwieje.

Jeśli luksusem jest coś dla wąskiej grupy społecznej, to myślę, że coraz bardziej luksusowy staje się jakościowy czas offline. Przez jakościowy wcale nie mam na myśli produktywny i pożyteczny.  Luksusowo mi jest, gdy siedzę na kocu gdzieś w plenerze i wystawiam twarz do słońca, a telefon leży gdzieś zapomniany. Gdy zamiast siekać sobie mózg szokującymi krótkimi niusami, robię temu mózgowi miły masaż krzyżówką albo grą planszową. Gdy zamiast frustrować się kreacją idealnego życia innych, jestem obecna we własnej rzeczywistości. Gdy zamiast garbić się i męczyć oczy migającymi obrazkami, idę na spacer. I bardzo luksusowo, gdy robię coś fajnego i nie mam imperatywu, żeby stworzyć z tego rolkę na instagram. Ta świadoma decyzja (zwłaszcza, że od lat prowadzę jednak ten blog i mam odpoczywalniowe konta na SM), żeby się nie dzielić w internecie różnymi działaniami, czy rzeczami dają mi właśnie to poczucie że robię coś tylko dla siebie.

Żyjemy w epoce wiecznego pośpiechu i ciągłego braku czasu. Praca, dzieci, dom, ciągłe ogarnianie czegoś. Dlatego sam czas wolny – i powolny, czas spędzony bezproduktywnie – stał się dobrem unikatowym i bardzo cennym. Luksusem jest dla mnie poranna kawa, na którą mam czasem 10 minut, a czasem godzinę. I wieczór z melisą i książką, kiedy już nic nie muszę. I niedziela, gdy nie mamy żadnych planów.

Luksusem jest dla mnie to miejsce. Prowadzę tego bloga blisko 15 lat,
bez oglądania się na statystyki i klikalność, bez kompromisów,
pokazywania więcej niż bym chciała. Cieszę się, że tu jesteście, jestem
bardzo wdzięczna za każdy like, komentarz i mail. Mam jednak ogromne
poczucie wolności, w tym, że moje pisanie się nie monetyzuje i nie muszę
nic pod tym kątem kalkulować. Myślę, że właśnie to poczucie wolności i braku presji sprawiają, że ciągle tu coś tworzę. Bo mogę, a nie muszę. (Żeby nie było, nie mam nic do blogów profesjonalnych)

Spacer po lesie. Bardzo mocno dociera do mnie jakim luksusem jest spacer po lesie. Gdy mogę zrobić sobie przerwę od wszystkiego i po prostu chodzić wśród drzew.

W kwestii rzeczy materialnych. Dobre materiały i porządne rzemiosło. Przyjemność użytkowania, estetyka, dobry projekt, trwałość.

Raz na jakiś czas kolacja fine dining. Na co dzień – jakość, dobre składniki, mniej, ale lepiej. Wspólne, ładnie podane posiłki, na ładnych talerzach, przy drewnianym stole.

To chyba starość, ale mam poczucie luksusu, gdy w domu jest posprzątane.

Podróże. Lecz znowu, nie te ostentacyjne, na pokaz, pokazujące ile pieniędzy na nie wydałam.

Dość zaskakującym dla mnie luksusem, którego doświadczam od niedawna, jest wiek. Skończyłam 40 lat. I zyskałam takie wewnętrzne poczucie… nie wiem, wolności, spokoju, odpuszczenia? Że nie muszę nic nikomu udowadniać, bo jestem wystarczająca. Mam dystans do różnych powinności życiowych, opinii innych. Oczywiście nie jest tak, że powinności życiowe nie istnieją. Istnieją, że hoho. Tak samo wychowuję troje dzieci, pracuję, zajmuję się domem, i robię różne rzeczy, ale coraz silniejsze jest we mnie to wspaniałe poczucie, że dawałam, daję, i będę dawać radę.

Co sprawia, że czujecie się luksusowo?

28 lutego, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowaniarozmyślaniaslow lifestyleuważność

2023. Podsumowanie.

by Paulina 2 stycznia, 2024

 

Już nawet nie będę pisać o tym czasie pędzącym, że styczeń 2023 był przedwczoraj i że niemożliwe, że moje najmniejsze dziecko we wrześniu pójdzie do szkoły.

Robię co mogę, żeby to życie zwalniać trochę. Z premedytacją zatrzymuję się na chwilę, łuskam z rzeczywistości takie zakotwiczające skrawki, błyski takie, zatrzymuję się, biorę oddech i uświadamiam sobie, że życie trwa właśnie teraz, i że składa się ono z niezbyt malowniczych pośpiesznych poranków, nerwówki w pracy i zwykłych popołudni w parku albo w kuchni przy garach. Że dzieje się ono także wtedy, gdy jest szaro i deszczowo, gdy dzieci są chore, a ja mam pryszcze na brodzie.

I mimo, tego, że to był rok, gdy najpierw siedziałam w domu z dzieciakiem dochodzącym do siebie po operacji, gdy miałam tak dużo stresującej pracy, że czasem płakałam ze zmęczenia. Gdy chwiała mi się równowaga życiowa, i czułam się ponadszarpywana psychicznie ze wszystkich stron. Odnajdywałam te skrawki. Zatrzymywałam się, po to, by rozejrzeć się w rzeczywistości, zauważyć moment który właśnie trwa, nieważne jak bardzo cudowny lub nie – po prostu ten który jest teraz. Myślę, że to dzięki temu nie mam poczucia, że mi ten rok zleciał nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak, bez sensu.

Czasem okazuje się że ten sens odnajduje się podczas niespiesznego spacerku powrotnego z przedszkola. Albo gdy zasiada się całą rodziną do stołu z planszówkami lub na kanapie w z filmem na rzutniku. Gdy buja się w hamaku w podkazimierskich sadach, albo jedzie na rodzinną wycieczkę rowerową. Czasem sens życia wypija się w porannej filiżance kawy zrobionej przez męża. Czasem sączy się w kwietniowych promieniach słońca, albo spływa w kroplach deszczu uderzających o namiot. Zawsze jest w lesie. Jak się jest uważnym, to jest go bardzo dużo w zupełnie zwykłych dniach.

Jedna świeczka symbolizująca ostatni rok wieku „trzydzieści kilka”

Lutowe Bieszczady

W życiu ważne jest żeby się dużo przytulać do drzew

Trochę wyżej odnaleźliśmy całkiem ładną zimę

Pierwsza, prawie wiosenna wycieczka

A tu już wiosna na pełnej.

RZEPAKIARA

Czasem zdarzają nam się spacery nie tylko po błocie

to cóż, że do Szwecji

pierwsza z naszych dzikich miejscówek szwedzkich

szef kuchni serwuje makaron z kurkami

Świat Astrid Lindgren, cudowny park rozrywki w skansenowym klimacie, dla fanów autorki

Split, czyli początek roku szkolnego na wagarach

wrześniowa niedzielka idealna

Wchodzimy w ten 2024! Z ufnością

2 stycznia, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

o pięknie zwykłych Świąt

by Paulina 21 grudnia, 2023

Pachnie mi w domu, ach jak pachnie.

Wywietrzył się już co prawda cudowny piernikowy zapach, który utrzymywał się w piekarniku dość długo i ożywał przy każdym pieczeniu chleba. Ale od wczoraj pachnie lasem.

Jest choinka, mokra od tego szarego deszczu – killera świątecznego nastroju. Stoi i emanuje tą leśnością i świątecznością i jest taka piękna i tak bardzo nie potrzebuje żadnych ozdób. Ale ozdobimy ją – będą szydełkowe gwiazdki, które robiłam w pierwszej ciąży, pierniczki, różne szklane cuda, kupowane w kolejnych latach z dzieciakami, słomkowe klasyki, parę retro bombek, które zgarnęliśmy z mężem z rodzinnych domów.

Nie miałam w tym roku wielkich oczekiwań co do Świąt*. Nigdy nie mam zresztą. Mam świadomość od dawna, że czas adwentu to też cztery tygodnie, kiedy normalnie się pracuje, gotuje obiady i odrabia lekcje i nie ma zwolnienia ani usprawiedliwienia w związku z zadaniami z kalendarza adwentowego. Mam też świadomość, że nie będzie doskonale i idealnie pięknie. Że moja estetyka nie zawsze spotka się z estetyką dzieci i nie uniknę ach-jakich-ślicznych ozdóbek kupionych na szkolnym kiermaszu. Powtarzam, że są we mnie dwa wilki – jeden chce dać radość dzieciom, a drugi chce mieć ładne pierniczki ozdobione minimalistycznie jednokolorowym lukrem. 

Lata macierzyństwa nauczyły mnie też, że dzieciaki w tych tygodniach i tak chodzą półprzytomne z podniecenia, więc nie trzeba tych emocji specjalnie dodatkowo podkręcać. Czasy też są takie, że łatwo tę świąteczną atmosferę przedawkować. Wystarczy godzina za długo w centrum handlowym, za dużo mediów społecznościowych pełnych doskonale udekorowanych domów w okolicach 3 grudnia, czy nawet codzienna presja pięknych wspólnych aktywności z kalendarza adwentowego (to mój przypadek sprzed paru lat. Teraz mam większy dystans, i w kalendarzu coraz więcej jest zadań typu, pomyśl, co lubisz najbardziej w Świętach, albo rozdaj dzisiaj przynajmniej 10 przytulasów.)

Stoję więc w tym czasie na ziemi, akceptuję tę realistyczność, biorę grudzień w całości – błyszczący brokatem i pachnący pierniczkami, ale też lepiący się od wywalonego na podłogę lukru, intensywny pracą i nerwowy z powodu opóźniającego się kuriera z ważną paczką.

Klimat jak zawsze tworzę trochę przy okazji, bardzo dbając o złoty (i brokatowy;)) środek między wyjątkowością tego czasu a zwykłym przebodźcowaniem, ale najbardziej na świecie dbam o chwile relaksu. Miło jest mieć Święta pięknie przygotowane, w domu porządek i prezenty ogarnięte wcześniej niż 23 grudnia o 19. Ale jeszcze milej jest spędzić czwartkowy grudniowy wieczór słuchając Nat King Cole’a i popijając herbatę z pomarańczą i rozmarynem i oglądając albumy ze zdjęciami.

A już zupełnie najmilej jest być w Święta w komplecie rodzinnym. W zdrowym komplecie rodzinnym. Po ubiegłym roku, to w zasadzie jest „all I want for Christmas”.

Niech Wam będzie dobrze w te dni.

* No dobra, śniegiem też bym nie pogardziła;)

21 grudnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćrozmyślaniaslow lifestyleuważność

o rytuałach codziennych

by Paulina 30 września, 2023

To były dobre, ale bardzo gęste wakacje. Mało nas było w domu, albo intensywna praca albo intensywne wakacjowanie. I przyszedł ten wrzesień, i po początkowym chaosie związanym z ostatnim wyjazdem zahaczającym o rok szkolny, budujemy na nowo rutynę, układamy codzienność, mościmy w zwykłych dniach.

Bywa różnie, to nie jest łatwizna taką sprawnie funkcjonującą codzienność stworzyć przy pięcioosobowej rodzinie. Dlatego są rytuały, jak stelaż do tej budowanej codzienności.

Nie przedłużam wstawania, bo to o 6 rano boli bardziej;) chwilę wyleguję się w weekendy, a na co dzień po prostu wstaję. Po ogarnięciu się łazienkowym wypijam szklankę ciepłej wody z łyżką octu owocowego – piję i patrzę przez okno na drzewa. Ustawiam sobie trochę dzień w głowie, ale to nie jest moment na szczegółowe planowanie, raczej takie łowienie spokoju, uśmiech do środka, „dzień dobry dniu”, jak nabranie powietrza przed zanurzeniem się pod wodę.

Idealnie mi jest, gdy rano wstanę na tyle wcześnie, żeby wjechała krótka joga, albo
po południu znajdę godzinę na trening. Albo dłuższa joga rano i fajny
spacer lub rower po południu. Jestem już w tym wieku, że bardzo mocno
odczuwam korzyści z dobrego ruchu. Odczuwam też skutki gdy na ćwiczenia
nie znajduję czasu.

Śniadanko, a potem kawa poranna, robiona przez męża. Wiecie, poranki z trójką dzieci szkolno-przedszkolnych bywają dość nerwowe. I w tym chaosie totalnym, znajdujemy sobie chwilkę na wspólną kawę. Pyszną, z chemexa. Wokół świat szaleje, gubią się klucze i zeszyty do matematyki, ktoś kogoś szturchnął, a my siadamy sobie, pijemy tę kawę, i na chwilę jesteśmy jak Suzie i Dustin ze Stranger Things śpiewający „Never ending story”, gdy wszyscy wokół walczą z potworami. To jest taki moment dla mnie, dla nas, jakoś nas ustawiający mocno, i, tak teraz patrzę na to z dystansem, wygląda mi to na bardzo mądry rytuał.

Wspólne posiłki przy stole. Nie zawsze i nie wszystkie, w ciągu tygodnia dzieciaki o różnych porach zaczynają i kończą lekcje, są popołudniowe zajęcia dodatkowe, ale staramy się zasiąść wspólnie do obiadu lub kolacji, nawet jeśli jest to odgrzewana zupa z poprzedniego dnia lub najprostszy makaron. W weekendy celebrujemy na całego.

Wieczorne czytanki z dziećmi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że Pirat jest inżynierem Mamoniem w kwestii wyboru serii książkowych (był Pucio, był Pan Kuleczka, teraz Nela). Kiedyś bardziej chciałam mu urozmaicać te lektury, a teraz myślę sobie, że może jest mu to potrzebne, ta powtarzalność właśnie. Iskrze czytam Montgomery (w nowym, pięknym tłumaczeniu) – tu też czytam z przyjemnością, chociaż dziewięciolatka już doskonale czyta sama, ale lubię ten nasz wspólny czas. Dość często w pobliżu kręci się też przysłuchujący jedenastolatek.

A potem wspólne zwykłe chwile, gdy obydwoje zasiadamy na kanapie z książkami i meliską. Albo odpalamy rzutnik.

I nastaje późny wieczór. Idę boso po drewnianej podłodze, nasłuchuję ciszy. Zawsze
zatrzymuję się na górze schodów i zerkam na uśpiony salon i myślę sobie,
jaki mamy fajny dom. Przystaję przy dziecięcych łóżkach, słucham
spokojnych oddechów moich zdrowych dzieci.

I czas do łóżka. Jeden z
najprzyjemniejszych momentów dnia. Gdy nic nie muszę. Zrzucam szlafrok i
wślizguje się pod kołdrę obleczoną w len. Ta pościel ze zmiękczonego
lnu, to jeden z najwspanialszych zakupów dla domu i dla nas ostatnich
lat. Mamy dwa komplety i śpimy pod nimi na zmianę. W lecie jest cudownie
chłodząca, w zimie ciepło otula, jest idealnie. I w tym aksamicie nocy,
w tym lnie, gdy jakoś mi się zagęszcza świat, lubię się sobie zanurzyć w
życiu, podziękować za różności, fajnie mnie to układa życiowo.

Są jeszcze spacery. Spacery to jeden z najważniejszych moich rytuałów. Chodzę gdy mi źle, i gdy mi dobrze. Chodzę po osiedlu i po górach, sama i w towarzystwie. Chodzenie mi układa wszystkie puzelki w głowie, jest mi niezbędne do dobrego funkcjonowania.

Jeszcze musimy ten rytm codzienny dopracować, dograć, ale wszystko przed nami:)

Rytuały brzmią dość emerycko. Albo kojarzą się z bardzo małymi dziećmi. Ja pewnie zwróciłam na nie większą uwagę właśnie przy dzieciach – bo dużo się mówi o tym, że budują poczucie bezpieczeństwa, że ustawiają dzień dzieciakom, mnóstwo ułatwiają, uspokajają. Okazuje się, że robią to nie tylko dzieciom. Rytuały mają podobne działanie dla dorosłych. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich, chaotycznych i intensywnych czasach, ta powtarzalność, pewność, niezmienność, daje mnóstwo ukojenia, jakoś trochę zakotwiczna, ustawia na ziemi. A w kontekście rodzinnym – tworzy tradycje, a te budują wspólność, integrują, określa, nadaje tożsamość.

PS.Wiecie, piszę dużo o tym poczuciu wspólności w rodzinie, o własnych tradycjach, a małych-wielkich wspólnych sprawach, bo czuję że to jest cholernie istotne. A to jest coś trochę zapomnianego. Dzisiaj zapewnia się dzieciom warunki, zajęcia dodatkowe, stymuluje się (ach, jak bardzo stymuluje) rozwój,zapewnia dobry start. I w dzisiejszym pędzie, w tym przeciążeniu rodzicielskim, mam wrażenie że zapominamy o takich właśnie sprawach. O znalezieniu w rodzinie wspólnego mianownika. A na dłuższą metę, to ta wspólnotowość to jest coś co nas jako rodzinę łączy.

Macie swoje rytuały codzienne, czy pełny spontan?

30 września, 2023 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślaniawychowanie

śpieszmy się cieszyć naszymi dziećmi, tak szybko rosną

by Paulina 27 maja, 2023

 

Pojechałam ostatnio z dzieciakami na najfajniejszy plac zabaw w Lublinie. Zaparkowaliśmy rowery, ja zasiadłam na ławce z kaweczką, ptaki śpiewały, lekkie podmuchy wiatru przynosiły pod nos cudowny zapach bzu, dzieci zajmowały się swoimi sprawami. Rozejrzałam się wokół i oddałam się nostalgii. Wokół dzieciaki w różnym wieku, rodzice, niektórych pamiętam jeszcze za czasów naszego dzieciństwa, z tego samego placu zabaw.

Jestem mamą od ponad dekady. I myślę sobie, że macierzyństwo jest spoko, naprawdę.

 

Bywało naprawdę sielankowo, pierwsze wakacje z pierwszym dzieckiem wspominam jak jeden wielki niespieszny spacer. Przy Wilczku byłam oczywiście bardziej przejęta, w końcu wszystko było pierwsze i nowe, i jakoś ostateczne – każdy etap był ostatnim, jaki znałam, więc rodzaj porodu, wybór pieluch, czy kredek był najważniejszym na świecie. Z czasem okazało się, że nowe wyzwania pojawiają się za każdym rogiem. I często pozorne „teraz już z górki” okazuje się być rozbiegiem przed zupełnie nowym górzyskiem. Nie chodzi mi o to, że poród, pieluchy, czy kredki nie mają znaczenia, po prostu nie mają aż tak wielkiego znaczenia jak czasem próbuje nam się wmawiać.

 

Bo dobre macierzyństwo to suma wszystkiego. Tych pieluch, kredek, i rowerków też. To suma codziennych decyzji, tych dużych i malutkich, problematycznych niuansików, zwykłej radochy z bycia razem, wspólnego gapienia się na drzewa, przeprosin i przytulin, trzymania ich za rękę, milionowego tego dnia „widzę jak się wspinasz”, rozpływającego się serca ze wzruszenia, syczenia „nie wytrzymam tego jęczenia, wystrzelę się w kosmos” i wytrzymywania kolejny raz, i kolejny, wspólnych rodzinnych tradycji, lęku że sobie nie poradzę i dumy, że jednak sobie poradziłam, łez zmęczenia i łez szczęścia. To proces, który trwa i trwa i trwa, latami, dzień po dniu. Co bywa zarówno piękne jak i przytłaczające. Ale chyba jednak bardziej piękne.

 

Iskra urodziła się we Francji, i to był czas najintesywniejszego chyba macierzyństwa. Krycha, choć wspierał, jak mógł, długo pracował, a ja byłam sama z tym dwulatkiem i niemowlakiem, bez swoich znajomych, bez pomocy. Tylko ja i moja dzielność. No i dzieci. I uparta radość z życia. Ciekawe w sumie, bo bywało naprawdę niełatwo, dzieci miały swoje kryzysy, a ja razem z nimi. A mam do tego czasu ogromny sentyment i wspominam bardzo pięknie. Może to, że było trudno tak nas fajnie zintegrowało jako rodzinę? Robiliśmy razem wszystko, bo nie było innej opcji, a nie wyobrażaliśmy sobie mieszkać we Francji i jej nie poznawać. Dlatego chodziliśmy na koncerty z dziećmi, jeździliśmy z dziećmi w góry, i na rowery, z dziećmi chodziliśmy do muzeów.

Przyjście na świat Pirata już w Polsce, zbiegło się z bardzo dużym przyspieszeniem mojego życia zawodowego. Czas zachrzania jeszcze bardziej i muszę się pilnować, żeby zatrzymywać się z premedytacją. Bo czas zwalnia, gdy my zwalniamy. 

I teraz, gdy dzieciaki mają lat 11, 9 i prawie 6, i są już coraz bardziej samodzielne, wiem, że ma ogromne  znaczenie to nasze bycie razem. Że szwendamy się gdzieś w naturze, że nasze wypady bliższe i dalsze są takie nasze. Że mamy wspólne rytuały. Za nasze wielkie osiągnięcie rodzicielskie uważam to, że lubimy wszyscy być razem.

Wiem, że wszystko mija, zarówno dwulatkowe jęczenie jak i słodkie przekręcanie słów. Nie wrócą już te pieluchy i nieprzespane noce, a ich stópki będą coraz mniej urocze i wybitnie nie-do-całowania. Skończyło się targanie nosideł na wycieczki, niedługo zaczną wyjeżdżać sami. Już nie przyjdą do mnie ze stłuczonym kolankiem, mam nadzieję, że będą chcieli przyjść z poobijanym sercem. Dlatego patrzę na nich teraz, tacy jacy są i ryję piętami w ziemię, zatrzymując się z codziennego pędu w tej konkretnej chwili.

 

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Mam! 

(swoją drogą, ciekawa jestem bardzo, czy czytają mnie jakieś świeże Mamy, czy raczej mamy z podobnym stażem? Albo mamy dorosłych dzieci?)

27 maja, 2023 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

nie wszystko jest kwestią organizacji, czyli o możliwościach

by Paulina 18 kwietnia, 2023

Zacznę banałem. Czasem, przeglądając media społecznościowe, można odnieść takie wrażenie – wszyscy mają czas i energię na wszystko. Oczywiście wszyscy wiemy, że to wyreżyserowany fragmencik rzeczywistości, ale w naszych głowach chłonących te podróże, wymyśle gotowanie, lepienie z ciastoliny DIY z dziećmi i angażujące treningi, zasiewa się to ziarenko, że wszystko jest możliwe, a wszystko jest, za przeproszeniem kwestią organizacji.

Na mnie zawsze najbardziej działała ta podróżująca część instagrama, moje wrażenie było takie, że wszyscy ciągle coś zwiedzaaaaaaająąąąąą, dlaczego oni mogą a ja wciąż mam tyle ograniczeń. Pewnie dlatego, że podróżowanie to był taki mój plan na życie, gdy byłam nastolatką. Szalenie mnie pociągało włóczęgostwo, jakaś praca w terenie, pomieszkiwanie to tu, to tam. Ostatecznie spotkałam najwspanialszego faceta na świecie i postawiliśmy na stabilizację i rodzinę, nie żałuję, jestem szczęśliwa. Ale otwarcie jednych drzwi zamyka inne, po prostu. W życiu, jakie wybrałam, podróże są bardzo ważnym, ale jednak dodatkiem. Nie da się jednocześnie zapuścić korzeni i skakać z miejsca na miejsce.

Te możliwości, które teraz są, to niemiły pozór. „Możesz wszystko” i „sky is the limit”, budują jakąś koszmarną presję i są w gruncie rzeczy szalenie frustrujące. Skoro jest tyle możliwości w życiu, i wszystkie są takie wspaniałe, to ciężko wybrać jedną drogę. Bo być może inne będą atrakcyjniejsze. A dopóki nie zdecydujemy się na jedną rzecz, dopóki nie otworzymy jednych drzwi (zamykając inne), stoimy bezsensownie w korytarzu, nie wybierając niczego i nie wchodząc do żadnego z pomieszczeń.

Jest jeszcze, chyba nawet naukowo zbadany, żal za podjętą decyzją, że może ta druga opcja była lepsza. (u dzieci przybiera on silniejszą formę. Chcę zupę ogórkową. Proszę, to twoja ogórkowa. Nie chcę ogórkowej, chcę pomidorową!!!!)

FOMO to nie tylko lęk, że coś nas ominie w internetach. Znacie to uczucie po obejrzeniu świetnego filmu i sprawdzeniu całej filmografii reżysera czy aktora? Jeju, kiedy ja to wszystko obejrzę! Albo na wakacjach? Nie zdążyłam zobaczyć tylu miejsc w okolicy. I jeszcze, jest tak pięknie, że dobrze byłoby tu wrócić, ale przecież tyle innych pięknych miejsc czeka na odkrycie. Zawrót głowy w księgarni. Sprawdzanie listy i programów festiwali, na które można by pojechać… Możliwości, możliwości, wszystkie takie wspaniałe, że aż z żadnej porządnie nie skorzystam.

Jest coś pociągającego w dawnych czasach i małych miejscowościach, z życiem z mniejszymi możliwościami, ale jakże innym spokojem. Nie jest szkoda czegoś, co przynajmniej potencjalnie nie jest w zasięgu.

Oczywiście mam świadomość, że cała masa mieszkańców tych małych, spokojnych miejscowości, oddałaby wszystko, za nasze możliwości i brak ograniczeń. Możliwości to piękna rzecz. Ale nieuniknioną i oczywistą konsekwencją możliwości wyboru jest to, (i na tym też wybór polega), że jeśli wybieramy coś jednego, to nie wybieramy czegoś innego. A te wszystkie rzeczy, które „przecież nie wymagają od nas wielkiego wysiłku i jakoś strasznie dużo czasu”, jak wybranie się na targ lub do kooperatywy po warzywa, regularne ćwiczenia, czy szybkie przetarcie kurzu, też się sumują i też zajmują ostatecznie mnóstwo czasu i energii.

Dlatego nie da się w jednym czasie pracować, zajmować się dziećmi, gotować, ćwiczyć, rozwijać pasji i talentów, działać społecznie czy ekologicznie. I wbrew pozorom, to może przynieść ulgę: ok, w tym momencie jestem na przedstawieniu w przedszkolu, więc nie wymyślę nowej strategii sprzedażowej. Teraz robię ważne tabelki w excelu, więc nie poczytam tej fascynującej książki (ale tez nie poscrolluję sobie. Jeśli scrolluję, to nie pracuję). Jedna rzecz w jednym czasie. To wyzwalające, kojące i koniec końców bardziej efektywne niż tzw multitasking. Gdy układam puzzle z dzieckiem z jednym okiem gdzieś w telefonie, jedną myślą planując obiad na jutro, a drugą myśląc co napisać w mailu do tego trudnego klienta, to w gruncie rzeczy wszystko na tym traci.

W optymalnej sytuacji życiowej raczej udaje mi się żonglować moimi zasobami czasowymi i energetycznymi tak, żeby zachować względną równowagę między pracą, rodziną a sobą. Ale przychodzą też takie okresy, kiedy wszystko się zaburza, tak jak ostatnio u mnie – w styczniu wyszliśmy ze szpitala i początek roku był totalnie skupiony na piłeczce z napisem rodzina, i wszystko inne musiało się podporządkować. Luty i marzec był przeciążony sprawami zawodowymi i siłą rzeczy miałam mniej czasu na moje prywatne rozrywki, czy fajny, rodzinny czas. W kwietniu jest trochę spokojniej, więc staram się nadrobić jedno i drugie. Chociaż nie. Nie nadrobić, bo czas i uważność to nie jest coś co się nadrabia – po prostu świadomie przekierować uwagę na siebie – takie wielowymiarowe dbanie o siebie, i na rodzinę, na miły czas razem, wcale niekoniecznie specjalnie ekscytujący, po prostu autentycznie wspólny, bez rozpraszenia pracą czy martwieniem się o zdrowie. Wiem, że mam wspaniały dom, moje miejsce na ziemi, więc nie spędzę życia na włóczędze z miejsca na miejsce. Wiem, że gdy mam szalony czas w pracy, nie będę sobie popołudniami chodzić do
kina i eksperymentować w kuchni. Gdy mam chore dziecko, zrobię w pracy
minimum i nie będę robić codziennie godzinnego treningu. A gdy siedzę na trawie i słucham szalonego wiosennego chóru ptaków, i wwąchuję się w fiołki i kwitnące mirabelki, to właśnie to robię i nic innego.

Są takie możliwości, których realizacja musi poczekać na odpowiedni moment, są takie które możliwościami pozostaną. Trochę czasem szkoda tych niezrealizowanych, ale naprawdę uwalniająca jest świadomość, że wbrew super popularnym hasłom, wcale nie możesz wszystkiego. I nie musisz wszystkiego. Świat da sobie radę bez Ciebie.

18 kwietnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomój stylrozmyślaniaslow lifestylewiosnazmysły

jak zrobić sobie wiosnę

by Paulina 20 marca, 2023

Już niedługo. Już niedługo. Zawsze czekam na wiosnę, ale w tym roku jestem na prawdziwym głodzie słońca, nie mogę sobie znaleźć miejsca.

A to jest ten moment. Nie wiem, jak Wy (choć przeczuwam, że jest nas więcej), ale ja średnio od połowy lutego jestem jedną wielką potrzebą odnowy wszelakiej. Od diety i stylu życia, po drobne remonty (chociaż po roku 2021 tych ostatnich wciąż z taką lekką powściągliwością;) )

Wiadomo, że pod koniec lutego (a wtedy zaczynałam pisać ten tekst) do prawdziwej wiosny jeszcze trochę, i dzieli nas od niej zazwyczaj parę śnieżyc i trochę lodowatych wichur, oraz cała masa błota, ale ta zwiększona ilość światła działa prawdziwe cuda. Chociaż, tak jak pisałam już kiedyś, to ten rodzaj światła bezlitośnie obnażające wszelkie zimowe zasiedziałości. Co motywuje bardzo bardzo.

Ja w każdym razie z dziką radością rzucam się na młode listki, kiełki i ziołowe herbatki, a serowe zapiekaneczki nieco tracą na atrakcyjności. Kombinuję z mrożonkami, piję koktajle, śnię o truskawkach i odczuwam fantomowe zapachy pomidorów. Dobrze mi się ćwiczy ostatnio, nie zawsze niby się chce, ale już przestałam na to zwracać uwagę. Jeśli mam czas, po prostu wyciągam sportowe buty i robię trening, jeśli mam mniej czasu, robię choćby 20 minut jogi.

Dom wiosenny

Mamy w salonie duże okna i teraz popołudniami wreszcie widać na ścianach plamy światła i grę cieni, totalnie uwielbiam te moment. Nawet jeśli są to błyski krótkie i przetykane burzami śnieżnymi.

Dlatego robimy porządki. To pewnie starość, ale znajduję w tym coraz więcej przyjemności. Zwłaszcza teraz, przy tym świetle, aż chce się wyrzucać na balkon te wszystkie poduchy z kanapy, prać narzuty i poszewki, odświeżać dywany. Dzielę sobie te wiosenne wielki porządki na mniejsze akcje. Rozpisuję, dość szczegółowo, co jest do zrobienia i robię, nie czekając na sobotę, czy inny wolny dzień na sprzątanie od rana do nocy. Czasem wystarczy wolne pół godzinki, np na przejrzenie leków i zebranie tych przeterminowanych, a już jedną rzecz można sobie wykreślić z listy:). Innym razem jest to porządek w szufladzie ze skarpetkami i rajstopami, a jeszcze kiedy indziej przejrzenie książek i zdecydowanie, do których nie będziemy wracać. A jednocześnie nie robię z tego zawodów, to nie jest kolejne „muszę to zrobić pilnie”, gdy mam dużo pracy, jestem zmęczona, albo po prostu mi się nie chce (co jest równie częste jak energetyczne zrywy, w końcu przesilenie i w marcu jak w garncu;) ), odpuszczam, uporządkowana przestrzeń jest dla mnie, nie ja dla niej.

Potem okna. Absolutnie nie jestem maniaczką w temacie, ale na wiosnę zdecydowanie, umyte okna robią różnicę. Myślałam tu o jakiejś
profesjonalnej pomocy, ale mąż zapowiedział, że będzie bohaterem w
naszym domu.

Jak już trochę ogarniemy, zmieniamy poszewki na poduszki w salonie. To chyba najprostszy, najszybszy i najbardziej efektowny sposób na zmianę klimatu w pomieszczeniu. Korzystam z przyjemnością:D

 

Uwielbiam moment zmiany płaszcza z zimowego na lżejszy

Ubrania

To jest ten moment, kiedy robię pierwszą delikatną sezonową wymianę w szafie. Lubię mieć w zasięgu te ubrania, w których autentycznie w danym czasie chodzę. Marzec jest momentem, kiedy chowam najgrubsze swetry, ciepłe, wełniane spódnice, i wyciągam trochę lżejsze sukienki. No i przy okazji robię mały przegląd, i trochę ubrań wystawiam na vinted (znajdziecie mnie pod nickiem Odpoczywalnia) a trochę wrzucam do kontenera PCK. Lubię te wiosenne porządki ubraniowe, dają mi takie świeże spojrzenie na szafę i w ogóle moje ubieranie się.

Zapachy wiosny

Wysiewamy rzeżuchę. Ten charakterystyczny zapaszek daje ten sam efekt, co zapach świerku i pierniczków przed Bożym Narodzeniem. Domowy chleb z masłem i rzeżuchą, do przegryzania jajeczka na miękko jest dla mnie smakiem zapowiadaczem wiosny i Wielkanocy. I z powodu tych miłych powiązań właśnie, zostawiamy sobie akurat te kiełki na przedwiośnie, żeby nam się przyjemnie kojarzyło.

Wszędzie stają kwiaty. Rozkwitające hiacynty, żonkile i tulipany, pierwsze gałązki forsycji. Za chwilę cudowne bukieciki fiołków od dzieci. Czy może być coś bardziej oczywistego?

Zmieniam mieszankę olejków eterycznych w nawilżaczu. W zimie używamy mieszanki czerech alchemików Klaudyny Hebdy, teraz najczęściej pachnie Spokój, ale będę jeszcze szukać czegoś zielono-cytrusowo-drzewnego.

Mam wielką nadzieję na przedwiosenną wycieczkę, w jeszcze mocno bury i niepiękny świat, ale świat, który cały aż tętni życiem buzującym podskórnie, o którym wiemy i czujemy, że to życie zaraz tak buchnie, że zakręci nam się w głowach. Niech się przedrze tylko to słońce na więcej dni.

Już niedługo. Już niedługo. 

20 marca, 2023 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniaświętawdzięczność

zdrowych, spokojnych…

by Paulina 25 grudnia, 2022

To będzie bardzo osobisty wpis. Jest Boże Narodzenie, a ja piszę do Was, a może do siebie,
te słowa patrząc na kroplówkę spływającą miarowo do żyły mojego dziecka. Jeden
z bardziej przejmujących widoków jakie może sobie wyobrazić rodzic. 

Już jesteśmy na dobrej drodze, wygląda na to, że najgorsze za nami, ale pewnie trochę czasu tu spędzimy.

W tym wszystkim, gdy niebezpieczeństwo minęło, ogarnęło mnie uczucie
ogromnej wdzięczności. To standardowe objawienie spłynęło, które zawsze spływa
w takich momentach, „szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż
się zepsujesz”. To objawienie, jak dużo mamy na co dzień, gdy wstajemy rano z
łóżka, otwieramy oczy, gdy na sprawnych nogach idziemy do łazienki i kuchni,
sprawnymi rękami szykujemy śniadanie. Że działają nam płuca, żołądki i nerki. I
dzieci. Jak wielką wygraną na loterii jest każdego dnia obserwowanie zadowolonego
(lub naburmuszonego) dzieciaka, który, też na tych sprawnych nóżkach do tej
kuchni idzie i to śniadanie trafia do jego dobrze działającego przewodu
pokarmowego. W zasadzie, jakby spojrzeć na te organizmy, ile tam jest elementów,
większych i drobniejszych, które potencjalnie mogłyby przestać działać, to aż
nie mieści się w głowie i wydaje się jakimś totalnym cudem, że na co dzień tych funkcjonujących
organizmów w naszej rodzinie jest aż pięć.

I druga rzecz. Ilość ciepła, życzliwości i dobroci, jaka na mnie
spłynęła w ostatnich dniach, była aż oszałamiająca. Dostałam masę wsparcia, duchowego i bardzo namacalnego, które pokazało ile mam
wspaniałych, kochających ludzi wokół siebie. A to jest szalenie budujące i dające poczucie sensu, no i podbijające tę moją wdzięczność zupełnie w kosmos. A do tego, poza tym osobistym poczuciem spełnienia, mam taki krzepiący wniosek, że jako ludzkość, może
nie jesteśmy takim znowu najgorszym gatunkiem. Jesteśmy solidarni,
empatyczni i życzliwi.

 Mamy Boże Narodzenie.
Nie jest mi wesolutko, zamiast dzwoneczków i kolęd słychać cichy świergot pompy
kroplówkowej. Zamiast miłych światełek choinkowych mamy kable aparatów
medycznych, zamiast dzielenia się opłatkiem i odpinania guzików w pasie po
kolejnej porcji karpika, daję dziecku wody przez rurkę i namawiam na kawałek
sucharka.

Ale wiecie co. Mam tu cholernie dużo prawdziwej esencji tych
Świąt. Mam miłość i dobroć, mam bliskich blisko – chociaż nie fizycznie, to
czuję tę bliskość bardzo mocno. Mam wdzięczność i nadzieję. A o tym właśnie są te Święta. O nadziei na to co będzie i o wdzięczność za to, co jest. Chodzi o miłość i dobroć i bliskich.

Wszystkiego dobrego!

 

25 grudnia, 2022 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry