![]() |
| Lyon, powrót po 8 latach |
![]() |
| Rumunia, czyli piękne wakacje |
![]() |
| czterdziestkowy dziewczyński wypad do Włoch |
![]() |
| Lyon, powrót po 8 latach |
![]() |
| Rumunia, czyli piękne wakacje |
![]() |
| czterdziestkowy dziewczyński wypad do Włoch |
Już nawet nie będę pisać o tym czasie pędzącym, że styczeń 2023 był przedwczoraj i że niemożliwe, że moje najmniejsze dziecko we wrześniu pójdzie do szkoły.
Robię co mogę, żeby to życie zwalniać trochę. Z premedytacją zatrzymuję się na chwilę, łuskam z rzeczywistości takie zakotwiczające skrawki, błyski takie, zatrzymuję się, biorę oddech i uświadamiam sobie, że życie trwa właśnie teraz, i że składa się ono z niezbyt malowniczych pośpiesznych poranków, nerwówki w pracy i zwykłych popołudni w parku albo w kuchni przy garach. Że dzieje się ono także wtedy, gdy jest szaro i deszczowo, gdy dzieci są chore, a ja mam pryszcze na brodzie.
I mimo, tego, że to był rok, gdy najpierw siedziałam w domu z dzieciakiem dochodzącym do siebie po operacji, gdy miałam tak dużo stresującej pracy, że czasem płakałam ze zmęczenia. Gdy chwiała mi się równowaga życiowa, i czułam się ponadszarpywana psychicznie ze wszystkich stron. Odnajdywałam te skrawki. Zatrzymywałam się, po to, by rozejrzeć się w rzeczywistości, zauważyć moment który właśnie trwa, nieważne jak bardzo cudowny lub nie – po prostu ten który jest teraz. Myślę, że to dzięki temu nie mam poczucia, że mi ten rok zleciał nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak, bez sensu.
Czasem okazuje się że ten sens odnajduje się podczas niespiesznego spacerku powrotnego z przedszkola. Albo gdy zasiada się całą rodziną do stołu z planszówkami lub na kanapie w z filmem na rzutniku. Gdy buja się w hamaku w podkazimierskich sadach, albo jedzie na rodzinną wycieczkę rowerową. Czasem sens życia wypija się w porannej filiżance kawy zrobionej przez męża. Czasem sączy się w kwietniowych promieniach słońca, albo spływa w kroplach deszczu uderzających o namiot. Zawsze jest w lesie. Jak się jest uważnym, to jest go bardzo dużo w zupełnie zwykłych dniach.
Tak sobie myślę o tym minionym roku, że chociaż wojna, chociaż kryzys i zakończenie z przytupem w szpitalu, to nie myślę o nim źle. Nie wiem, czy tak silnie działa u mnie mechanizm wyparcia i wspomnienia u mnie takie różowe, ale fakty są takie, że dobrze zapamiętam 2022.
Zapamiętam, że po raz kolejny bardzo mocno, i brutalnie dotarło do nas, że ciepły i bezpieczny dom to nie jest oczywista oczywistość, tylko ogromne, ogromne szczęście.
Tym bardziej, że po ostatkach remontowych zadomowiliśmy się na dobre w naszym nowym wspaniałym mieszkaniu, urządziliśmy i umościliśmy, zbrataliśmy się z sąsiadami ( wspaniałą sprawą jest wpadać do siebie w kapciach po cebulę albo na wino).
I to, że dzieci mamy już takie duże i mądre, chodzą same do szkoły, wychodzą same na dwór, a wspólnie gramy sobie w planszówy i generalnie jest nam sympatycznie ze sobą.
Podróże też zapamiętam, to był rok paru spełnionych marzeń. Zaczęliśmy, a jakże, w Bieszczadach, początek roku w górach ustawia życie w najlepszy możliwy sposób. Była cudowna, lutowa Sycylia, na przełamanie ponurej późnozimowej aury w Polsce. Były wymarzone letnie Dolomity. I wypad do Wiednia tylko we dwoje, pierwszy odkąd jesteśmy rodzicami. I było trochę polskich dróg i bezdroży, Śląsk, Kaszuby, Góry Słonne.
I to, że poza tym, udało się trochę zwolnić. Na nowo odkryłam, jakie cudowne są leniwe popołudnia bez planów, miłe wieczory bez pracy i spokojne weekendy domowo spacerowe.
A końcówka roku, to wielka oda do zdrowia. Przeczołgało nas solidnie, było poważnie, i teraz dochodzimy do siebie. Ale, jesteśmy na najlepszej drodze, nawet jeśli to jeszcze długa droga.
Najlepszego w nowym roku!
| Zdjęcie bardzo symboliczne, oto my, próbujemy ogarniać i cieszyć się światem mimo wiatru w oczy i innych przeciwności losu |
Ach, co to był za rok. Co rok piszę, że było intensywnie, ale w tym roku chyba osiągnęłam granicę wytrzymałości, na Święta czułam się jak wyżęta ścierka. Zadowolona, szczęśliwa i usatysfakcjonowana ścierka, żeby nie było, ale wyeksploatowałam się na maksa.
Rok 2021 był pełen twistów, zaskoczeń, nagłych komplikacji i błyskotliwych rozwiązań, wkurzania sie na rzeczywistość i bardzo pięknych momentów, uczucia wielkiej satysfakcji i równie wielkiego zmęczenia. Sinusoida prawdziwa. Zaczął się od pokrzyżowanych pandemicznie planów wyjazdowych i darowanego znienacka wolnego czasu, który wykorzystaliśmy, jak to my, głównie na włóczęgę po okolicach bliższych i nieco dalszych. Luty był czasem covida, który potem usunął się w cień, bo na pierwszy plan wkroczyło mieszkanie. Kupiliśmy je na wiosnę (większe i w dogodniejszym dla nas miejscu) i zaczął się remont, dość pokaźny. Gdzieś między zamawianiem parkietu i kontenerów na gruz, wybieraniem płytek i trapieniem się różnymi komplikacjami intensywnie pracowaliśmy zawodowo, a jeszcze pomiędzy, dla zachowania minimalnego zdrowia psychicznego wciskaliśmy różne wyjazdy do natury.
Tak minęły wakacje. Potem była bomba w postaci przeprowadzki. Na remont daliśmy sobie spory zapas czasowy, żeby spokojnie ze wszystkim zdążyć i spokojnie się przeprowadzić. Oczywiście, że zapas wykorzystaliśmy do ostatniego dnia i przeprowadzaliśmy się w trybie intensywnym, niemal przed samym 1 września.
Dzieci poszły do szkoły i przedszkola, a my walczyliśmy z chaosem. A było z czym walczyć, serio. Jeszcze trzy miesiące ostatki remontowe odbijały nam się czkawką powodując mniejsze, lub większe spustoszenia (w dobrostanie psychicznym, naszych ścianach, oraz portfelu). Jednocześnie praca (mocno intensywna, a jakże), szkoła, codzienność.
Teraz łapię oddech i odrobinę równowagi, wierzę, że emocje i przeżycia troszkę się uspokoją.
Zapraszam na zdjęcia, rzeczywistość na nich wydaje się całkiem sielankowa, ale nikt nie ma głowy do fotografowania, gdy siedzi się po nocy nad laptopem, wyciera pył budowlany albo odgruzowuje kolejne pudła przeprowadzkowe;)
| Korolowa Chata, czyli nasza podlaska miejscówka, wpis wyjazdowy tu |
| Wilczek i okołourodzinowa pasja, orki z masy marcepanowej wykonane przez profesjonalistę |
| A tu zdjęcie pokazujące, że w górach zdarzają się też trudniejsze (bardzo trudniejsze) momenty. Tu Matka Dzieci z Fochem |
I tak to nam minął ostatni rok. W Nowym, życzę nam wszystkim zdrooooooowia, równowagi i radości i zmykam pakować się w góry:)
![]() |
| wyczekane wakacje z prawdziwego zdarzenia, czyli Mazury |
![]() |
| i jeszcze jeden wypad. Tatry z dziećmi |
Skończył się kolejny rok.
Pewnie jestem ostatnią osoba w Internecie robiącą podsumowania 2019, ale trudno.
Jaki był ten rok? Nie jakiś przełomowy, niezwykły, rewolucyjny czy rewelacyjny. Normalny, dobry rok, lepsze i gorsze momenty, trochę trudności, trochę wspaniałości, wiecie, życie po prostu:)
W każdym razie postanowiłam się skupić na tym, co w nim najlepsze.
Zapraszam na 12 dobrych rzeczy w 2019.
1. Zdrowie. Że jest. Bardzo mocno się przekonałam jak cholernie bardzo wszystko – wszystko od niego zależy. „Nikt się nie dowiesz, jako smakujesz, aż się zepsujesz…”
2. Czas z dziećmi. Jedyny w swoim rodzaju, trudny, uczący tak wiele, najpiękniejszy.
3. Czas bez dzieci. Jedyny w swoim rodzaju. Rzadki, odświeżający, potrzebny.
4. Mobilność. Przypominam sobie czasem z rozrzewnieniem czasy studenckie, z tą upajająca wolnością i możliwościami bez końca. Ale doszłam do tego momentu, że znów (co prawda w 99% przypadków z kompletem dzieci i samochodem zapakowanym po dach), ale mogę znów po prostu ruszyć w drogę. Czasem rowerem nad pobliski zalew, czasem na Podlasie, w Bieszczady, czy nad morze, a czasem trochę dalej.
5 …np do Norwegii. To był jeden w tych wyjazdów z listy marzeń, z tej listy „jak już wreszcie znowu będziemy jeździć gdzieś dalej to tam”. Wyjazd jedyny w swoim rodzaju, ze względu na aurę i specyfikę (deszcze pod namiotem) nie najłatwiejszy, ale zachwycający do bólu.
6. Optymizm, pogoda ducha, syndrom Polyanny, whatever. Uderzyło mnie ostatnio, że mam szczęście mieć tę błogosławioną biochemię mózgu, która pomaga mi się nie zamartwiać zanadto. Łatwiej się tak żyje.
7. Rutyna. To pewnie świadczy o starości już trochę, ale mocno w tym roku zwróciłam na to uwagę, że ten zwykły rytm, dzieciaki w placówkach, a my w pracy, i wspólne popołudnia są bardzo, bardzo cenne.
8. Książki, filmy i seriale. Nie mamy może tyle czasu ile byśmy chcieli na wspólne wypady kulturalne w miasto, ale domowe wieczorki z książką, lub rzutnikiem i platformami streamingowymi bardzo dają radę. Czytałam w tym roku sporo świetnie napisanych biografii, jesień należała do Olgi Tokarczuk a teraz, jak zazwyczaj zimą potrzebuję smakowitych powieści, chyba wrócę do XIX wieku.
9. Muzyka. I cisza. Obie arcyważne, obie najlepiej smakują słuchane uważnie.
10. Jedzenie. Wiecie, jak to u mnie jest z jedzeniem:D
11. Przyroda. Jestem cholernie wdzięczna, że mimo kasandrycznych wizji dotyczących przyszłości naszej planety, ciągle możemy po prostu pójść sobie do lasu. Że możemy usiąść na trawie, głasiać aksamitne doły liści, że mrużymy oczy w blasku słońca odbijającego się od niewielkiego dzikiego jeziorka (które nie wyschło). Że możemy sobie obserwować żuki, wsłuchiwać w śpiew ptaków i bzyczenie pszczół, szukać śladów dużych zwierząt.
12. Czas i miejsce. Kolejny rok bez wojen i katastrof.
Jeśli o byciu starym świadczy fakt, że czas leci coraz szybciej, to mówcie mi Matuzalemie.
Ten rok, 2018, mignął jak błyskawica. To dobry, bardzo dobry rok był, ale jednak czasem nie wyrabiałam na zakrętach.
Dało się to zresztą odczuć na blogu – to jedyne miejsce, w którym zwolniłam tempo. Pomyślałam sobie, że przy mojej obecnej sytuacji mam do wyboru: wrzucam posty częściej ale byle jak, albo rzadziej i trzymam jakość. Albo w ogóle kończę tę zabawę. A ponieważ przez prawie dziewięć lat zostawiłam w tym miejscu sporo serca, środkowa opcja wydała mi się jedyną słuszną.
W tym roku najbardziej dumna jestem z tego, że dałam radę. Trójka dzieci, z czego najmniejsze ciągle przy mnie, dom i praca. A przy tym, że ten kołowrót codzienny nie namieszał mi w najważniejszościach. Akcenty pozostały tu, gdzie być powinny. Codziennie przytulam troje najwspanialszych dzieci i najlepszego męża, codziennie dziękuję za to, co mam, gdzie mieszkam i kim jestem.
Pojeździliśmy trochę. Może nie na najdłuższe wakacje świata i nie na jego krańce, ale naprawdę solidnie pokręciliśmy się po Polsce. Nowy rok przywitaliśmy na Śląsku, w lutym były zimowe Bieszczady, w kwietniu wiosenne Karkonosze, w czerwcu weekend nad Bugiem, wakacje to namiot w Bieszczadach i na Podlasiu oraz cała masa mniejszych około lubelskich wycieczek. Październik to znowu Bieszczady, a rok zamknęliśmy w Beskidzie Niskim.
Naprawdę solidnie zadbałam o formę. Sprawdziła mi się teoria, że dobrze
jest zacząć ćwiczyć póki dziecko jest naprawdę małe, potem już się kręci
Chciałam więcej czytać, więcej wychodzić kulturalnie, bardziej zadbać o zdrowie, mniej krzyczeć na dzieci i mniej czasu spędzać bezmyślnie w internetach. Zadbać o słynną kwestię organizacji. To nie wyszło. Może jeszcze wyjdzie.
A tymczasem chodźcie zobaczyć zdjęcia:)
Osobiście jestem zdecydowanie latolubna, ale w zimie też bywa fajnie.
Opowiem Wam dzisiaj o tegorocznych zimowych przyjemnościach. Część z
nich pewnie się zdubluje z ubiegłym rokiem, tak to już jest, że niektóre
rzeczy rację bytu mają tylko w zimie.
Jak napisała kiedyś pięknie Aga, „zima jest od przytulania wszystkiego, co najważniejsze.”
Zimą
zbliżamy się do siebie, grzejąc sobie wzajemnie zmarznięte dłonie.
Kulimy się przy tym ognisku domowym, grzejemy serca miłością (i gorącą
czekoladą z chili) a brzuchy rosołem, wsłuchujemy w ciepłe brzmienia
płyt winylowych. To szukanie różnych rodzajów ciepła jest chyba u
podstaw wszystkich zimowych przyjemności.
Domowo
„Siedzenie” w domu z dzieckiem ma tę ogromną
zaletę, że nie idzie się rano do pracy. Unikam porannego skrobania szyb w
samochodzie czy wystawania na wietrznych przystankach. Nie wyleguję się
do późna, i nasze poranki w tygodniu są dalekie od sielankowych, ale
zdecydowanie cudowne jest to, że popędzam i pokrzykuję na rozespane
dzieciaki będąc sama jeszcze w piżamie, i, gdy wyjdą już do przedszkola,
zostaję z maluszkiem, który wtedy własnie zapada w pierwszą drzemkę i w
cichej przytulności domowej robię sobie kawę i NIE wychodzę rano na
zimny i nieprzyjemny świat.
Wychodzę później. Bo…
…rozgrzewające spacery to kolejna wielka zimowa przyjemność.
Wspominałam
już o terapeutycznej mocy spacerków. Ciągle nie mogę wyjść ze
zdumienia, jak często te najprostsze czynności przynoszą zupełnie
spektakularne efekty. Nic (nawet ta spokojna kawa) nie ustawia mnie tak
jak parokilomotrowe intensywne spacerki nad rzeką. Rozgrzewam krew,
rozbudzam mózg i zaczynam ogarniać życie.
Spokojne spacery to jedno, a drugie, to sanki i śnieżne szaleństwa z przedszkolakami.
Oni są w tym śniegu najszczęśliwsi na świecie, mają purpurowe rumieńce,
błyszczące oczy, wzmacniają odporność i wybiegują tę swoją energię
niesamowitą. Wieczorem, ku naszemu zachwytowi, padają jak muchy, często
jeszcze podczas czytania. Dla nas (poza długim bezdzietnym wieczorem) to
trochę takiej zwykłej dziecięcej radochy w śniegu (na którą dorośli bez
dzieci nie zawsze potrafią sobie pozwolić).
Mamy to szczęście, że
w Lublinie zimą powietrze jest przyzwoite (choć też bez szału) i nie
borykamy się w takim stopniu ze smogiem jak inne regiony.
Apogeum zimowej śnieżnej radości był w górach.
W lutym wspięliśmy się na wyżyny logistyczne, zapakowaliśmy się całą
piątką do samochodu i ruszyliśmy na parę dni w Bieszczady. Góry z dziećmi zimą były najpiękniejsze na świecie i niezwykle klimatyczne w naszym drewnianym domku.
Jak zima, to książki. W ten klimat zimowy lubię takie książki mocno wciągające.
Teraz czytam Dzikie Łabędzie. Trzy córki Chin. Nie porywa mnie może styl, ale historia i masa wiedzy o Chinach podana przy okazji jest totalnie fascynująca.
Niedawno skończyłam Swing Time Zadie Smith. Bardzo lubię jej książki, czyta się je naprawdę dobrze. W fajny, nienachalny, mądry ale nie moralizatorski sposób poruszane są bardzo aktualne problemy – rasowe, ekonomiczne, społeczne.
Czytam też, dość powoli – bo tylko wtedy gdy mam odpowiedni klimat, Córki Wawelu Anny Brzezińskiej. Szczerze mówiąc spodziewałam się tutaj trochę ciekawej powieści z dobrze odmalowanym tłem historycznym, ale tutaj zdecydowanie na pierwszym planie jest to historyczne tło, fabuła jest tylko pretekstem do kolejnych – bardzo zresztą ciekawych wykładów o obyczajach. Czytam z zainteresowaniem, ale nie zagryzam paluchów;)
Wcześniej było też klimatycznie i grubo, czyli Dom duchów Allende. Bardzo jestem ciekawa filmu. Strasznie mi się podoba ten południowo amerykański realizm magiczny, na pewno jeszcze sięgnę po książki tej autorki. Niepowtarzalny zupełnie, wciągający cudownie.
Gdzieś w międzyczasie 13 pięter Springera. Bardzo sprawnie te reportaże są napisane. I się człowiek od razu w tym swoim domu czuje tak inaczej komfortowo.
Ballada o pewnej panience. To już nie to samo co Król, choć klimat pozostał i charakterystyczny dla Twardocha styl.
Dzieci z Bullerbyn. Doczekałam się, że moje dzieci dorastają do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Chyba nigdy dotąd nie czekałam na rytualne wieczorne czytanie z taką radością.W ogóle cieszę się, że nasze czytanie coraz częściej przechodzi na inny poziom – czytamy coraz więcej dłuższych książek (ostatnio jeszcze Piaskowy Wilk i Muminki), takich po rozdziale na wieczór, które trzeba założyć „pokładkami” i powoli poznawać ciągłą historię.
Filmy i seriale
Najbardziej ww pamięć zapadły mi:
Big little lies. Ach i och. coś fantastycznego.
The expanse. Serial, któremu trochę zajęło wciągnięcie w swoją historię i świat. Ale udało się, jesteśmy naprawdę pod wrażeniem i czekam na kolejny sezon.
Loving Vincent, przepiękny, przepiękny, oglądaliśmy z prawdziwą przyjemnością. Sama historia nie była super porywająca, ale to kompletnie nie przeszkadzało.
Blade Runner 2049. Kolejny film zachwycający formą, który w zasadzie można by oglądać tylko dla tych przepięknych zdjęć.
Nasz najlepszy rok. Bardzo miła rzecz. To jeden z tych filmów, do których się sięga na pokrzepienie, a jednocześnie nie ma nadmiaru banałów.
3 Bilboardy za Ebbing, Misouri. Rewelacja. Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film. Przełamujący schematy, niesztampowy, smutny a jednocześnie w jakimś sensie pogodny.
The Shape of water. Tu się trochę rozczarowałam jednak. Podeszłam z najlepszym nastawieniem, i miałam świadomość, że to baśniowa konwencja, ale jednak schematyczność tych postaci ale jakoś mi dawała po zębach.
Mountain 2017. Przepiękny dokument o górach
The man who stares at goats. Świetny abstrakcyjny humor, dość odjechana historia, podobało mi się.
Lady Bird. Najfajniejsza w tym filmie była jego zwyczajność. Brak spektakularnych dramatów, skrajnych sytuacji, wszystko jest naturalne i wiarygodne.
![]() |
| Piec chlebowy daje radę także zimą |
Muzyka
Największym chyba odkryciem była australijska multiinstrumentalistka, Tash Sultana, niesamowita jest totalnie, posłuchajcie.
Mało tej zimy „bywaliśmy kulturalnie”, czego trochę żałuję, bo w Lublinie jest co robić nawet zimą.
Nie byliśmy też na łyżwach niestety, choć miałam w planie, bo zawsze bardzo lubiłam łyżwy. Ale czasem jednak ta zima przytłacza trochę bardziej niż byśmy chcieli, mrok, korki i wizja ubierania całej gromady w te kombinezony i inne jednak zniechęca dość mocno;)
Zima bywa przyjemna jak widać, ale już wystarczyyyyy…
To był dobry rok.
Rok, który na pewno zapamiętam. Rok bardzo ciekawy zawodowo, rok fajnych rodzinnych wypadów, (mimo okoliczności) i kolejnego najważniejszego wydarzenia w moim życiu, czyli ciąży i narodzin trzeciego dziecka. Były trudne chwile i kryzysy, ale to dobry rok był.
Zaczął się najpiękniej, w klimatycznej łemkowskiej wiosce w cudownym zimowym Beskidzie Niskim.
Potem zima była cudownie zimowa, było najpierw leniwie, kanapowo i spokojnie, a potem zrobiło się intensywniej.
Z bardzo kapryśnej wiosny łuskaliśmy maksymalnie dużo spacerków i niedużych wypadów. Pod koniec maja udało nam się wyskoczyć nawet na parę dni w góry. Brzuch rósł, ja czułam się dobrze, choć byłam zwyczajnie zmęczona ciążą, pracą i dwójką maluchów. Brakowało mi trochę leniwego polegiwania, kołysania i samotnych, spokojnych spacerów. Za to wspaniale było obserwować jak reagują na brzuch dzieciaki, poprzednim razem Wilczek był za mały, by podchodzić do mojej ciąży świadomie.
Wakacje były slow i bardzo intensywnie rodzinne. Było dużo wsi, było trochę miasta, najróżniejsze wycieczki większe i mniejsze, był nawet dłuższy reset pod namiotem.
I wielkimi krokami zbliżyliśmy się do września. Odetchnęłam na
chwilę, dzieciaki poszły do przedszkola, więc mogłam zebrać myśli,
trochę się przygotować na Nowe.
I Nowe przyszło (fundując mi całkiem niezłą porodową traumę) – kolejne największe na świcie szczęście.
Pierwsze tygodnie, cóż, chaosiaście, czego można się było spodziewać,
te sześć tygodni połogu to czas przystosowywania się do nowej
rzeczywistości przez malucha, mamę i rodzinę.
Ale potem maleństwo
wpasowało się idealnie w nasze życie. Jest trochę większy rozgardiasz,
bywa głośniej, zwykłe wyjście z kompletem na spacer wymaga wspięcia się
na wyżyny logistyki, ale jest najpiękniej na świecie.
Spełnienia marzeń w 2018!!
To nie jest typowa jesień oczywiście. Ostatniego dnia lata dołączył do nas jeszcze jeden maluch i siłą rzeczy mnóstwo kręci się wokół niego.
Siłą rzeczy, to z nim wiąże się większość przeżyć. On jest też chyba główną, najświeższą przyjemnością. Te wszystkie niemowlęce triki, wypracowane przez ewolucję, które mają za zadanie chwycić za serce dorosłych, zakochać ich w sobie, działają. Działają jak złoto. Dzidziuś, chociaż płakać i nie zasypiać potrafi bardzo dobrze, potrafi się też uśmiechać – tym bezzębnym, trochę błędnym uśmiechem, i gruchać, i patrzeć coraz uważniej i wtulać się. A to bezbłędnie chwyta za serce i zakochuje mnie w nim jak diabli. Biorę go na ręce, a on uspokaja się momentalnie i jeszcze tylko wzdycha, nad swoimi strasznymi przeżyciami z przed chwili – to jest jedna z tych chwil, kiedy zatyka ze wzruszenia.
I z tego wszystkiego, z tego wzruszenia (doprawionego hormonami pewnie) inaczej też patrzę na starszaki. Że przecież oni też, tak niedawno… I że w gruncie rzeczy, choć tacy wielcy i dorośli, to tacy mali jeszcze i oni też przecież jak jęczą i awanturują, to jak to małe potrzebują po prostu rodzica…
Tak że tak, rodzicielsko, choć czasem jest jazda bez trzymanki, to jest też miód z lukrem.
Ale. Nie samymi dziećmi człowiek żyje. Co jeszcze robi najmilsze jesienne chwile?
Jedzenie, a jakże. O ile w lecie
uwielbiam tę witalność, świeżość, prostotę i prosto-z-ziemi, tak
jesienią przyjemność jedzenia jest… dojrzalsza, spokojniejsza,
bardziej wyrafinowana i chyba pełniejsza.
Papryka. Ostatnio
często pieczemy kilka czerwonych papryk w piecu chlebowym (można też w
piekarniku oczywiście), obieramy, dodajemy pestki słonecznika, czosnek, oliwę i
parmezan i mamy fantastyczne, czerwone, jesienne pesto do makaronu lub
bagietki.
Ciasta, takie bardziej sycące. Ucierane ze śliwkami. Klasyczne drożdżowe z kruszonką. Marchewkowe z cynamonem. Buraczane brownie.
Jak coś piekę, dorzucam parę buraków z folii aluminiowej. I takie pieczone buraki
idealnie potem smakują, np na ciepło z serem kozim. Albo – w glazurze
miodowo rozmarynowej – w prostym makaronie z pietruszką i camembertem.
Albo z mozarellą w zimowej wersji caprese. Albo z awokado i rucolą.
Jest jeszcze królowa jesieni, czyli dynia.
Dynia pasuje do wszystkiego, z jej łagodnym smakiem można ją przyprawić
na sto sposobów i w ogóle się nie nudzi. Jemy risotto z dynią i
gorgonzolą. Albo prosty makaron z pieczoną dynią i gałką muszkatołową
(podsmaża się cebulkę na maśle, dodaje świeżo startą gałkę, sól i
pieprz, do tego upieczoną dynię i śmietankę). Albo aromatyczne placuszki
dniowe z serkiem, pomarańczą i cynamonem. Albo zupę dyniową – z
imbirem, albo z gałką, albo z pomarańczą, albo z papryką. Ostatnio hit
to dyniowa pasta na kanapki.
Jak jesień, to las. Jeździmy do lasu najczęściej jak się da. Spacerujemy do dywanach z liści, wdychamy sobie leśne jesienne powietrze. Zupełnie poważnie podejrzewam, że w lesie stajemy się lepszymi ludźmi.
Spacery spacerami, ale uwielbiam też jesienią te mroczniejące popołudnia w domu. Za oknem deszcz bębni w parapety, a my siedzimy na dywanie i układamy puzzle. Albo gramy w planszówki. Albo na gitarze. Albo ciasteczka pieczemy i zjadamy sobie, z kakałkiem lub herbatą.
Jesień to też książki. Te książki pod ciepłym kocem, z gorącą herbatą… Wiecie, ten klimacik, na który za rzadko ma się czas tak naprawdę. W tym roku zupełnie bezkarnie pochłaniam książki na kindle’u, karmiąc maleństwo.
Dotychczas zdecydowanie największym hitem były Niksy. Bardzo mi się spodobała ta książką, już dawno nie czytałam czegoś z takim zachwytem. Fantastycznie sportretowane postaci, przyjemne (ale nie chaotyczne) skoki w czasie, świetny styl. Bardzo polecam.
Podobno Nathan Hill bywa porównywany do Johna Irvinga. Zainspirowało mnie to do sięgnięcia do tego autora, bo zdałam sobie sprawę, że dotychczas znałam tylko Świat według Garpa. Najpierw był Regulamin tłoczni win – jak bardzo na czasie z tematem sieroctwa, aborcji i położnictwa! Fantastyczna, potoczysta historia, bardzo filmowa (właśnie się zorientowałam, że jest film na jej podstawie!) i dużo do przemyślenia. Potem Czwarta ręka – trochę mniej mi się podobała, ale nie narzekam zupełnie, na pierwszy rzut oka trochę śmieszna i lekko absurdalna, ale pod tą lekką powierzchnią zwykłe ludzkie szukanie szczęścia (które dzięki tej lekko satyrycznej formie nie jest kiczowate). W każdym razie w kolejce czekają kolejne książki Irvinga!
Król Szczepan Twardoch. Wreszcie przeczytałam, choć ociągałam się długo. I kurczę, dlaczego tak długo? Ach, jaka smakowita opowieść!
Całe życie Robert Seethaler. To maleństwo, niecałe dwieście stron, do którego na pewno jeszcze wrócę. Do bólu lakoniczna, prosta historia zupełnie zwykłego człowieka. Jakoś rusza.
Pozytywna dyscyplina. Hm, hmm. Jeszcze ją czytam, zazwyczaj w okolicach kryzysów wychowawczych… Generalnie sam termin pozytywnej dyscypliny do mnie przemawia, bo zawiera w sobie zarówno szacunek do dziecka, jak i szacunek do rodzica (o czym często w dzisiejszym podejściu do wychowania się zapomina mam wrażenie). Nie jest dla mnie jakaś bardzo odkrywcza, ale trochę porządkuje i pomaga.
A teraz czytam Okruchy dnia, zainspirowana Noblem dla Kazuo Ishiguro. Filmu też nie widziałam, ale już teraz czytając widzę Anthony’ego Hopkinsa. I odruchowo się prostuję.
Tych było mniej, bo te słynne długie jesienne wieczory są u nas zredukowane do tego krótkiego czasu między momentem padnięcia przedszkolaków, a naszym padnięciem, co często sprowadza się do jednej marnej godzinki.
Obejrzeliśmy za to ostatni sezon Grantchester, ten serial niezmiennie mi się podoba.
Drugą cześć Stranger Things o ciągle fantastycznym klimacie
Teraz zaczęliśmy The Expanse, jeszcze nie wiem, czy mi się podoba.
Z ciekawszych filmów:
Baby driver – który kojarzył mi się mocno z pogodniejszą wersją Drive ze świetnym, trochę teledyskowym klimatem
The Big sick – lubię ten typ komedii romantycznych, trochę wymykający się schematom, z fajnymi dialogami, nienachalnym humorem
Kolejne jesienne przyjemności, to robienie na drutach, tradycyjnie z audiobookami z XIXw Anglii.
I porządki w zdjęciach.
Wracam też powoli do ćwiczeń, napiszę Wam o tym jakoś niedługo.
I tak to u nas wyglądają przyjemności jesienne.Przypuszczam, że dalsza część jesieni będzie wyglądała podobnie. Może spacery będą krótsze, może więcej domowości.
A ponieważ już trochę okrzepliśmy wszyscy, może zaczniemy trochę więcej wychodzić, może nawet uda mi się jakieś bezdzietne wyjście?
A jak Wam mija jesień?
