Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

zima

aktywnie z dziećmiFinlandiapasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Finlandia w zimie z dziećmi

by Paulina 3 marca, 2025

Generalnie zazwyczaj w drugiej połowie lutego bardzo potrzebuję już jasności i podmuchów ciepła. W tym roku, zaaplikowaliśmy sobie coś w rodzaju przypowieściowej kozy do zbyt ciasnego mieszkania – gdy masz już dosyć zimna i ciemności, zafunduj sobie zimę i ciemność z prawdziwego zdarzenia, a wtedy po powrocie polskie przedwiośnie zyska nowe oblicze. (i wyrusz w zimie na północ, np do Finlandii)

I powiem Wam, to był strzał w dziesiątkę. Wreszcie parę dni po moich urodzinach nie myślałam o tęsknie wiośnie.

Myślałam o śniegu, o mrozie, i o zorzy. (I niestety o infekcji jednego dziecka).

Finlandia zimą, albo Norwegia zimą chodziły za mną od dawna. I w tym roku postanowiliśmy zrealizować to marzenie. Okazało się, że z Polski do Finlandii latają tanie linie (niestety dla nas, z Gdańska, więc z naszego Lublina czekało nas jeszcze dobre parę godzin jazdy samochodem). To były naprawdę tanie bilety, więc jesienią po prostu je kupiliśmy,
stwierdzając, że potem ogarnie się resztę.

I tak ogarnialiśmy powoli. Okazuje się, że na airbnb, jest cała masa klimatycznych czerwonych domków z sauną, gdzieś pośrodku lasu, nad jednym z tysięcy jezior (190 tysięcy w całym kraju). Znaleźliśmy jeden taki, na tyle na północ żeby dało się tam dojechać. Zarezerwowaliśmy samochód. Ściągnęliśmy aplikacje śledzące zorze. I w połowie lutego wyruszyliśmy.

 

Zaczęło się, a jakże, od przygody, gdy przyjechaliśmy w tę nasza wymarzoną fińską głuszę, zmęczeni i głodni i utknęliśmy kluczyk w zamku, drzwi nie dało się otworzyć, a klucza z zamka wyjąć. Na szczęście, kontakt z właścicielem był świetny i w środku walentynkowego wieczora jechał do nas półtorej godziny z zapasowym kluczem. Spędziliśmy ten czas w saunie, w kurtkach. Mimo głodu, zmęczenia i tego, że sauna tak szybko się nie nagrzewa, całkiem dobrze się bawiliśmy.

Gdy dzięki przesympatycznemu właścicielowi udało nam się już wejść do środka, przepadłam. Jeśli macie w głowie wizję nordyckiej sielskości, to właśnie była ona przed naszymi oczami. Drewniane podłogi i boazerie, pasiaste chodniki, tapety w delikatne kwiatki. Całość bardzo estetyczna, a jednocześnie sympatyczna, swojska, bezpretensjonalna i nienapuszona.

 W zasadzie doskonale wypoczęlibyśmy spędzając te ferie w domku i jego najbliższej okolicy – spacerując po zamarzniętym jeziorze i okolicznych lasach, ciesząc oczy migoczącym śniegiem i kilkugodzinnymi zachodami słońca.

Ale zależało nam też na nieco dalszej okolicy, chcieliśmy trochę po tej Finlandii się poszwendać. Inna sprawa, że za sprawą przedłużającej się kolejny dzień gorączki zwiedziliśmy tez okoliczną przychodnię, i ostatecznie w domku i najbliższych okolicach spędziliśmy więcej czasu niż planowaliśmy.

dzieci w śniegu jak ryby w wodzie

Parki Narodowe w Finlandii

Finlandia ma 41 parków narodowych. W naszym najbliższym zasięgu były trzy. Odwiedzaliśmy je w podgrupach, bo jeden dorosły zostawał w domku z jednym chorym dzieciakiem, bywa i tak. Przypuszczam, że w temacie parków większą różnorodność zauważylibyśmy w sezonie wiosenno-letnim, wtedy zauważa się różnorodność bagienno – jeziorowej fauny i flory, z którą mieliśmy do czynienia w naszym regionie. W lutym różnorodność siłą rzeczy chowała się pod białą pierzyną. Ale jakże zachwycająca była ta biała pierzyna…

 

 

Fińskie sporty zimowe

„Fińczycy” (tak pięknie Pirat mówi na Finów) uwielbiają sporty zimowe. I trudno im się dziwić. Jak się ma tyle jezior, które zamarzają w zimie, nic dziwnego, że na lodzie jeździ się na łyżwach (a czasem na tych łyżwach prowadzi wózek z niemowlęciem, mijaliśmy takie dwie mamy na łyżwach z wózkami), i na rowerze, spaceruje, albo uprawia się sport, który jest hybrydą łyżwiarstwa i nart biegowych, nordic ice skating – udało nam się spróbować czegoś takiego (pokazywałam na instagramie) i zachwyciliśmy się. Używany sprzęt to specjalne buty, do których doczepia się płozy – ale tylko z przodu, pięta jest ruchoma. Do pomocy mamy długie kijki, którymi odpychamy się podczas jazdy. I fakt, że odbywa się to na wielkim, zamarzniętym jeziorze, na słonecznym mrozie, w cudownej przestrzeni, a nie na klaustrofobicznym owalu lodowiska, sprawia, że zabawa staje się totalnie zachwycająca.

Sauna fińska

Jak Finlandia, to sauna. Fińska sauna to potężny temat, z którym wiążą się stare wierzenia, cała masa dobrych obyczajów i nawyków, no i ogromna, istotna część życia w Finlandii. Poza pierwszym wieczorem w kurtkach, spędziliśmy w naszej saunie parę bardzo relaksujących wieczorów, z naprzemiennie wygrzewając się, i nacierając śniegiem. 

I tak wyglądały nasze fińskie ferie. Wróciliśmy zachwyceni tym krajem (i tym językiem, niepodobnym do żadnego innego a brzmiącym bardzo przyjemnie i jakoś wesoło). Nie udało się zobaczyć zorzy niestety, nie widzieliśmy tez reniferów (poza tymi na talerzu u niektórych;)), dlatego na pewno wrócimy do krajów nordyckich zimą. I nie tylko zimą, północ Europy zachwyca mnie nieustannie. 

3 marca, 2025 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
BieszczadyBieszczady z dziećmigóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady na początek roku

by Paulina 1 lutego, 2025

Nie sądziłam, jak bardzo tęskniłam za klasyczną, stereotypową zimą w górach. Okazuje się, że żyjemy w czasach, kiedy nawet w górach śnieg nie jest oczywistością.

Dlatego z tym większym zachwytem powitaliśmy baśniowe płatki sypiące się z nieba pierwszego noworocznego wieczoru.
A następnego dnia wędrówka, klasycznie, na Połoninę. Prosto w świat prosto z Narni. W świat tak piękny, że aż nierealny. Zaczęło się, gdy tylko wyszliśmy z wioski, wokół nas drzewa okryte białym puchem i góry, przyprószone białością przed nami. I tak sobie szliśmy, w coraz to nowych zachwytach, bo ten krajobraz, śnieżno drzewny zmieniał się z każdą chwilą. 
I gdy wydawało się, że już naprawdę no, bajka prawdziwa, to wtedy wyszliśmy z lasu. I odsłoniły się góry, jak malowane, na tle kłębiących się z rozmachem chmur. Do tego słońce, przechylając się powoli ku zachodowi, prześwitywało gdzieniegdzie, oświetlając pojedyncze góry jak pomarańczowawy reflektor, co sprawiało, że co chwilę pokrzykiwaliśmy z zachwytu. Wracaliśmy w dół, z tym słońcem coraz niżej i tym najprostszym, najszczerszym zachwytem w sercach.
Kolejne dni to narty i dalsze spacery, ale już bez tej uczty widokowej. Wiecie, ja lubię Bieszczady nawet skąpane w szarości i deszczu, ale jednak takie czyste piękno, to czyste piękno;)

nie wiem, który raz już siedzą na tym kamieniu przy wejściu na Przełęcz Orłowicza

Bardzo lubuję się w tej noworocznej symbolice w zimowych górach.
Ten nowy początek, cały lśniący w  świeżej bieli, z wędrówką, z
widokami. Z zimnem i słońcem.

Jest ten przesąd o początku
roku, determinującym to, jak będzie wyglądało kolejne dwanaście
miesięcy. Osobiście uważam, że nie chodzi tu w żadnym razie o jakąś
prostą, dosłowną wróżbę. Dla mnie, to bardziej kwestia życzeniowości,
ustawienia sobie w głowie kierunku i ogólnych priorytetów, a te w takich
okolicznościach ustawiają się same.

1 lutego, 2025 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowomindfulnessświętauważnośćzima

międzyczas

by Paulina 29 grudnia, 2024

Jak ja lubię ten czas zawieszenia między Świętami a Nowym Rokiem.

Wyświętowalismy się. Wszystkie około świąteczne rytuały spełnione. Piękna, pachnąca choinka stoi w najlepsze, ozdobiona pierniczkami pieczonymi parę dni przed Wigilią. Kalendarz adwentowy jeszcze wisi, prezenty (pakowane 23 grudnia o 23), ciągle jeszcze na wierzchu. Jest ciągle świątecznie, ale to już nie jest to świąteczne, dziko migoczące szaleństwo, a raczej spokojny, ciepły i jednolity blask.

Nawet błysnęło nam zimą na chwilę przed Świętami. Dzień
przed Wigilią przysypało odrobinę śniegu, i chociaż po paru godzinach
została z niego tylko żałosna resztka, całkowicie spowita paskudną szarą
mgłą, dzieci zdążyły zrobić dwa bałwany i fortecę, przemoczyć
rękawiczki i zyskać rumieńce w typie iście bullerbynowym.

Było wesoło, głośno, muzycznie, momentami chaosiaście. Pysznie i
pięknie, po naszemu. Masa emocji, zwłaszcza u Pirata, w końcu, jak
wiadomo, „Im jest się mniejszym, tym Boże Narodzenie większe”.

Niemniej, jak pięknie by nie było, miło jest trochę zejść na ziemię z tych wyżyn emocjonalnych. Miło jest trochę się wyciszyć, pójść na spokojny spacer w tę wilgotną szarość, a potem wrócić, napić się herbaty, posłuchać muzyki i poczytać.

Czas w tych dniach trochę zwalnia. Dużo jesteśmy wszyscy razem, chodzimy na spacery, gramy w planszówki, oglądamy filmy, czytamy, dojadamy resztki. Gdy nikt nie pędzi do pracy ani do szkoły, ani na zajęcia dodatkowe, więcej jest też takich prywatnych chwil, w różnych konfiguracjach. Jest przestrzeń na prywatne rozmowy jeden na jeden z każdym dzieckiem, co w dużej rodzinie na co dzień jest dość nieoczywiste, a to bardzo cenna sprawa. Jest przestrzeń na nudę, na rozmyślania, na snucie marzeń. I na snucie się. A snucie się jest jednym z najlepszych znanych mi sposobów na spowolnienie czasu.

Ten czas, to „między Świętami na Nowym Rokiem”, jest taki trochę nierzeczywisty. I może dlatego sprzyja refleksjom, bo łapie się trochę dystans do rzeczywistości. Trochę jak na wakacjach, ale bez wakacyjnych wrażeń. Zostaje tylko ten dystans i pustka które tak wspaniale pomagają odpowiadać na pytania o to, co jest dla nas tak naprawdę ważne i jak to deklarowane „ważne” jest ważne w prawdziwym życiu.

choinkaaa piękna jak laaaaas

Dobrych ostatnich chwil roku 2024!

29 grudnia, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

o pięknie zwykłych Świąt

by Paulina 21 grudnia, 2023

Pachnie mi w domu, ach jak pachnie.

Wywietrzył się już co prawda cudowny piernikowy zapach, który utrzymywał się w piekarniku dość długo i ożywał przy każdym pieczeniu chleba. Ale od wczoraj pachnie lasem.

Jest choinka, mokra od tego szarego deszczu – killera świątecznego nastroju. Stoi i emanuje tą leśnością i świątecznością i jest taka piękna i tak bardzo nie potrzebuje żadnych ozdób. Ale ozdobimy ją – będą szydełkowe gwiazdki, które robiłam w pierwszej ciąży, pierniczki, różne szklane cuda, kupowane w kolejnych latach z dzieciakami, słomkowe klasyki, parę retro bombek, które zgarnęliśmy z mężem z rodzinnych domów.

Nie miałam w tym roku wielkich oczekiwań co do Świąt*. Nigdy nie mam zresztą. Mam świadomość od dawna, że czas adwentu to też cztery tygodnie, kiedy normalnie się pracuje, gotuje obiady i odrabia lekcje i nie ma zwolnienia ani usprawiedliwienia w związku z zadaniami z kalendarza adwentowego. Mam też świadomość, że nie będzie doskonale i idealnie pięknie. Że moja estetyka nie zawsze spotka się z estetyką dzieci i nie uniknę ach-jakich-ślicznych ozdóbek kupionych na szkolnym kiermaszu. Powtarzam, że są we mnie dwa wilki – jeden chce dać radość dzieciom, a drugi chce mieć ładne pierniczki ozdobione minimalistycznie jednokolorowym lukrem. 

Lata macierzyństwa nauczyły mnie też, że dzieciaki w tych tygodniach i tak chodzą półprzytomne z podniecenia, więc nie trzeba tych emocji specjalnie dodatkowo podkręcać. Czasy też są takie, że łatwo tę świąteczną atmosferę przedawkować. Wystarczy godzina za długo w centrum handlowym, za dużo mediów społecznościowych pełnych doskonale udekorowanych domów w okolicach 3 grudnia, czy nawet codzienna presja pięknych wspólnych aktywności z kalendarza adwentowego (to mój przypadek sprzed paru lat. Teraz mam większy dystans, i w kalendarzu coraz więcej jest zadań typu, pomyśl, co lubisz najbardziej w Świętach, albo rozdaj dzisiaj przynajmniej 10 przytulasów.)

Stoję więc w tym czasie na ziemi, akceptuję tę realistyczność, biorę grudzień w całości – błyszczący brokatem i pachnący pierniczkami, ale też lepiący się od wywalonego na podłogę lukru, intensywny pracą i nerwowy z powodu opóźniającego się kuriera z ważną paczką.

Klimat jak zawsze tworzę trochę przy okazji, bardzo dbając o złoty (i brokatowy;)) środek między wyjątkowością tego czasu a zwykłym przebodźcowaniem, ale najbardziej na świecie dbam o chwile relaksu. Miło jest mieć Święta pięknie przygotowane, w domu porządek i prezenty ogarnięte wcześniej niż 23 grudnia o 19. Ale jeszcze milej jest spędzić czwartkowy grudniowy wieczór słuchając Nat King Cole’a i popijając herbatę z pomarańczą i rozmarynem i oglądając albumy ze zdjęciami.

A już zupełnie najmilej jest być w Święta w komplecie rodzinnym. W zdrowym komplecie rodzinnym. Po ubiegłym roku, to w zasadzie jest „all I want for Christmas”.

Niech Wam będzie dobrze w te dni.

* No dobra, śniegiem też bym nie pogardziła;)

21 grudnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowojak odpoczywaćjesieńprzyjemnościslow lifestylezima

nasze ulubione planszówki rodzinne

by Paulina 26 listopada, 2023

Wspominam o nich dość często. Są stałym elementem naszych popołudni rodzinnych i dorosłych wieczorów. A ponieważ zaczął się ten czas z długimi ciemnymi wieczorami, słotnymi niedzielami, to do planszówek na pewno będziemy siadać częściej.

Lubimy to. I lubimy, że weszliśmy w ten etap z dzieciakami, że nie trzeba z nimi grać w nogi stonogi albo potwory do szafy. I to, że to fajny, wspólny czas jest, nie podszyty jakąś poświęcanką z którejś strony. Siadamy przy stole i gramy.

Nasze dzieci są już na tyle duże, i mają tę planszówkową historię za sobą, że można z nimi grać jak z (prawie) równymi partnerami. Nie traktujemy ich bezwzględnie, ale nie dajemy forów. Oczywiście zdarzają się w związku z tym wielkie dramy, „bo ja zawsze w to przegrywam”, i „bo ona mi podebrała kartę i rozwaliła mi moją strategię”, no ale to właśnie jest ta przestrzeń, przestrzeń co ważne bezpieczna, wspierająca i zabawowa, w której dzieci mają okazję się uczyć, że czasem się przegrywa, chociaż się bardzo staramy, że czasem ktoś nam przeszkodzi w osiągnięciu celu – i nie zawsze jest to coś osobistego, po prostu „it’s just good business”, czasem los nam sprzyja a czasem nie. I że to wszystko nie zawsze jest z naszego punktu widzenia sprawiedliwe i po równo. To są bardzo trudne tematy i mam wrażenie, że to pokolenie dzieci potrzebuje bardzo je przepracować. I nie chodzi tu o specjalne przyuczanie do porażek i wychowywanie jakiś przegrywów, po prostu bywa różnie w życiu i porażki zdarzają się każdemu. A wydaje mi się że jest trochę tak, że to pokolenie płatków śniegu ma duży problem z przegrywaniem, jakimkolwiek. Planszówki w każdym razie pomagają to oswoić, i to jest ich bardzo ważny aspekt. 

Kolejny to nauka rywalizacji i współpracy, kompromisów, tego że czasem trzeba poświęcić coś od siebie dla osiągnięcia wspólnego celu. I tego, jak ze sobą rywalizować podczas rozgrywki i nie obrażać się śmiertelnie na siebie wzajemnie w życiu poza planszówkowym.

I zabawa. Świetna zabawa i super spędzony wspólnie czas. Zamiast spędzać popołudnie każdy w swoim kącie, zanurzeni gdzieś w świecie wirtualnym, wybieramy czas rodzinny i dobrą, jakościową rozrywkę.

No dobra, dość ogólnikowych zachwytów, czas przejść do rzeczy.

Jakie są nasze ulubione planszówki?

Harry Potter. Hogwarts Battle Wilczek jest wielkim fanem serii, a ta gra, zanurzona w świecie Hogwartu miała dobre recenzje. To gra kooperacyjna, czyli taka, w której wszyscy gracze współpracują, żeby osiągnąć wspólny cel. W tym przypadku celem jest oczywiście pokonanie Voldemorta i sprzymierzonych z nim złych postaci. To gra oparta na mechanice budowania talii, czyli zbierania kart, które rozwijają nasze postacie, co daje szanse najbardziej przysłużyć się sprawie.

Mamy dużo emocji, jest dość duży element losowości, ale najbardziej podoba mi się ta kooperacyjność. Wiadomo nie od dziś, że nic tak nie integruje, jak wspólna walka ze złem. Gra wg producenta od 11 lat, ale nasza 9 letnia córa ogarnia bez problemu.

Ubongo. Klasyk prawdziwy, układanka na czas, polega na tworzeniu zadanych figur z dostępnych elementów w różnych kształtach. Bardzo proste zasady, szybka rozgrywka, w zasadzie brak interakcji, każdy stara się jak najszybciej ułożyć swój kształt. Gra wg producenta od 8 lat, ale Pirat świetnie dawał radę jeszcze jako pięciolatek, jedynie grał na łatwiejszym z dwóch poziomów.

Dolina Królików. Gra karciana z elementami genetyki. Każdy z graczy ma za zadanie tworzyć królicze rodziny, tak by realizować swoje misje (np najwięcej brązowych króliczków ze wszystkich graczy, królicza rodzina z dziećmi we wszystkich kolorach itp). Podczas rozgrywki gracze muszą pamiętać o zasadach genetyki, – (np dwa białe króliki nie będą mogły mieć brązowych królicząt itp), trzeba planować swoje akcje, zwracać też uwagę na innych graczy, którzy mogą podebrać nam upatrzoną kartę. Dolina Królików jest bardzo pięknie wydaną grą, z uroczymi ilustracjami i przyjemnym klimatem. Gra wg producenta od 6 lat, i tak mniej więcej graliśmy, trzeba jedynie zwrócić uwagę że nieczytającym graczom trzeba będzie przeczytać treść ich misji.

Draftozaur. Nie mogliśmy nie kupić tej gry gdy zobaczyliśmy urocze drewniane figurki dinozaurów, no i gdy ma się w rodzinie byłych i obecnych maniaków prehistorii. Każdy z graczy ma za zadanie umieścić na swojej planszy figurki różnych gatunków dinozaurów w taki sposób, by zdobyć jak najwięcej punktów. Trzeba pamiętać o tym, że na różnych polach planszy zdobywa się punkty za różną konfigurację figurek (np najwięcej figurek tego samego gatunku, lub najwięcej parek z tego samego gatunku, największa różnorodność gatunkowa etc) Gra wg producenta od 8 lat, ale nasz 6-latek gra bez problemu, choć nie do końca ogarnia planowanie;)

Queendomino to gra bazująca na
mechanice domino, w której gracze tworzą królestwo wokół swojego zamku
za pomocą dwukolorowych kafli, które pasują do siebie jedną z części. W królestwie, czyli na dopasowanych do siebie kaflach, można stawiać budowle, które dodają nam punkty zwycięstwa. Gra prosta

Ekosystem. Przepiękna, nieduża gra, w której naszym zadaniem jest stworzenie różnorodnego, stabilnego ekosystemu, z potokami, lasami i łąkami wraz z mieszkańcami. Gracze wymieniają się kartami przedstawiającymi różne elementy ekosystemu i w każdej kolejce tworzą swoją krainę dokładając po jednej karcie, pamiętając o różnych zależnościach, które występują w przyrodzie i tym, że wszystko ma wpływ na wszystko. Punkty można zdobyć np za ilość pszczół w pobliżu łąki i pstrągi w
strumieniach, wtedy, gdy niedźwiedzie umiejscowione są w pobliżu swojego
pożywienia i tak dalej. Od 8 lat, nasz sześciolatek też daje radę, czasem z niewielką pomocą.

Pictomania. rewelacyjna gra imprezowa, polegająca na szybkim i czytelnym rysowaniu wylosowanych haseł. Zaczyna się niewinnie, gdy do narysowania jest np fotel bujany, czy kaszkietówka, z każdą kolejną rundą robi się coraz ciekawiej, gdy naszym hasłem jest hokej, albo odpoczynek. Na koniec wjeżdżają grube działa, czyli np prawa obywatelskie, albo menedżer projektu. Gramy całą rodziną, wybierając te łatwiejsze poziomy. Pirat w drużynie z jednym z rodziców (trzeba szybko czytać)

Splendor. Świetna karciana gra ekonomiczna, która uczy planowania i strategii. W grze wcielamy się w renesansowych kupców i zbieramy zasoby w postaci kart i żetonów, które umożliwiają nam dalszy rozwój. Gra ma dość prosta mechanikę, jest dynamiczna, wymaga strategicznego myślenia i szybkich reakcji. Gra wg producenta od 10 lat, ale młodsze dzieci mogą próbować, producent proponuje by młodsze dzieci otrzymały (wybudowane) na samym jej początku 1, 2 lub 3 (w zależności od
wieku) losowe karty poziomu pierwszego, wtedy szanse trochę się wyrównują.

 

Azul. Kolejne bardzo przyjemnie wydane wydawnictwo. Gra inspirowana jest portugalskimi azulejos i polega na specjalnym układaniu kafelków w sposób, który zapewni nam najwięcej punktów. Wymaga to strategicznego dobierania kafelków i planowania kolejnych ruchów (uwzględniając plany współgraczy). Zasady są proste, a kafelki bardzo przyjemne w dotyku. Od 8 lat, i tak mniej więcej nasze dzieci zaczynały

Wsiąść do pociągu. I jeszcze jeden klasyk nad klasykami. To gra rodzinna, w której uczestniczy zbierają karty wagonów do realizacji wylosowanych misji, a są nimi tworzenie tras między europejskimi miastami. Gracze mogą też, budować dworce łączące różne trasy, pokonywać tunele,  a nawet korzystać z promów. Gra wg producenta od 8 lat, nieco młodsze dzieci również dadzą radę (trzeba jednak umieć czytać).

Mamy jeszcze gry, które wjeżdżają wieczorami, gdy dzieci zasną, najulubieńsza to wciąż Cywilizacja, które dla dzieci jest jeszcze zbyt złożona, czy takie z bardzo negatywną interakcją jak np Survive.

Dajcie proszę znać, gracie w planszówki? Znacie te polecane przeze mnie? A może chcielibyście dorzucić jakiś tytuł?

Jeśli temat jest dla Was nowy, to serdecznie polecam spróbować

26 listopada, 2023 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmigórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady z dziećmi. Zima nie-zima w Baligrodzie.

by Paulina 2 marca, 2023

bieszczady zima

 

Znowu Bieszczady. To miały być tradycyjne góry noworoczne, ale zdrowie pokrzyżowało nam plany. Bardzo się cieszę, że wyjazd udało się przesunąć, i w lutym zawitaliśmy na naszych ukochanych bieszczadzkich szlakach.

Tym razem trafiliśmy do Baligrodu, nadleśnictwa trochę na uboczu od najbardziej uczęszczanych szlaków i w związku z tym z większymi szansami na spotkania z fauną. Śnieg topniał dość dramatycznie, zresztą nawet w dniu przyjazdu padał całkiem solidny deszcz (lubimy deszcz w górach, ale niekoniecznie zimą;) ), a termometry pokazywały wiosenne 8 na plusie, co nie napawało optymizmem w kwestii wędrówek, o nartach nie wspominając. Ale nie zrażaliśmy się za bardzo. Jak pisałam ostatnio, gór potrzebowałam już bardzo mocno i brak pięknej śnieżnej pokrywy nie wpływał na tę potrzebę specjalnie.

To był błotnisty górski wypad, i z przygodami. Wezbrane rzeki nie raz komplikowały nam wycieczki. Czasem trzeba było iść mocno naokoło, i z małego spacerku robiła się konkretna (i błotnista) wycieczka. Wyżej w górach śniegu zostało całkiem sporo, i, na nieprzetartych, zupełnie bezludnych, szlakach zapadaliśmy się po kolana i głębiej. 

Ostatecznie skorzystaliśmy bardziej, niż można by się spodziewać. Było niemal wszystko, czego można chcieć podczas zimowego wyjazdu w Bieszczady. Wycieczki, liczne ślady zwierząt (nawet tych naprawdę dużych), przygody, popołudniowa sauna. Trochę wyżej śnieg, skrzący się cudnie w zimowym coraz silniejszym słońcu, nawet jeden dzień nart się udał. No i wędrówka górska, za którą tak się stęskniłam, a która niezmiennie działa cuda na głowę.

Zobaczcie, całkiem malowniczo, jak na górskie przed-przed-wiośnie.

dziewczyny na połoniny!

wspominałam o błotku?

a tu największa jodła w Polsce, Lasumiła, potrzebne były wszystkie nasze wyjazdowe dzieci, żeby ją objąć

przygody przygody

a wyżej całkiem miłe zimowe krajobrazy

gruba, dobrze zaimpregnowana tłuszczem i woskiem skóra w butach, i skarpety po takim spacerku suche

ktoś się już obudził

2 marca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • …
  • 6

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry