Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

kulturalnie

codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylpodróże i wycieczkiprzyjemności

w mokrych cieniach listopada

by Paulina 21 listopada, 2017

„Dmucha, plucha, zawierucha, całe szyby stoją w łzach”… Jakoś sobie trzeba radzić z tym nie-czasem między złotem października a światełkami i dzwoneczkami grudnia… Radzić sobie najchętniej pod kocem i z herbatką.

Choć przytulna nieruchawość podkocowa kusi i wzywa, to rozsądek mi mówi, że lepiej jej nie ulegać zbyt mocno. Rozsądek i doświadczenie podpowiadają, że praktykowana zbyt często, bywa bolesna w skutkach.

Zaczyna się zawsze niewinnie. Są miękkie dźwięki z gramofonu, jest ciacho i herbatka, dzieciaki zajęte zabawą w swoim pokoju. 
Ale potem pojawiają się te bolesne skutki.
Dla dorosłych – dlatego, że na kanapie, otuleni w te kocyki, świeczki i książki, po prostu tracimy ochotę i energię na cokolwiek innego. Cóż w tym złego, zapytacie. Ano, niestety jest tak, że dorosłość wymaga od nas innych czynności i aktywności. Lepiej mieć na nie energię. A energia pod kocykiem wysącza się jak powietrze z dziurawego balona. Siedzimy zbyt długo i zostaje tylko flak. Chcemy jeszcze więcej kocyków i świeczek, a z hałasów tylko jazz, ewentualnie trzaskanie kominka.

Dzieci na błogą i przytulną domowość reagują zgoła inaczej. Dzieci w tajemniczy sposób wsączają   energię, która wysącza się z rodziców. I dzieci kumulują tę energię. Kumulują, by pod wieczór, przeważnie na hasło „idziemy myć zęby” mogła eksplodować w postaci durnowatych i głośnych zabaw, małpich okrzyków, czerstwych żarcików godnych Karola Strasburgera i głośnym rechotem z tychże. A na koniec obowiązkowo paskudna awanturka, czyli ostatni fajerwerk, który można by zobrazować hasłem „gdyby kózka nie skakała…” bo przecież taka głupawa ZAWSZE kończy się wyciem co najmniej jednego dziecka.

Aż za dobrze znamy ten schemat, i ten szok jaki powoduje dziecięca głupawa z zasiedzenia, gdy jest się rozhyggewanym do granic możliwości. Dlatego staramy się do takich sytuacji nie dopuszczać. Albo je minimalizować.

Wychodzimy. Wychodzimy w te posępne mgły listopadowe, przenikające wilgocią zimno i na przekór się tą szarością zachwycamy. Takie wyjścia i zachwyty wymagają oczywiście więcej wyobraźni i kreatywności (niektórzy powiedzą pewnie, że także abstrakcyjnego myślenia) niż bezwstydnie oczywiste piękno maja.
Ale da się, serio!

 Spacery w podkazimierskich wąwozach…

 

I lubelskie spacery…

Nieodpowiedzialna matka hasa, a nieletnia córka opiekuje się młodszym rodzeństwem

I poprzedszkolne spacery…

Na wystawie Picassa na zamku w Lublinie

A potem wracamy, wszyscy z właściwym poziomem energii, akurat na chwilę nieruchawości kanapowej.

21 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówfestiwaleJarmark JagiellońskikulturalnielatolubelszczyznaLublin

Lublin 700

by Paulina 14 sierpnia, 2017

Lublin w tym roku świętuje okrągłe urodziny. 700 lat temu Władysław Łokietek nadał miastu prawa magdeburskie i tym samym wprowadził je do grona liczących się europejskich ośrodków.
Trochę się z tej okazji u jubilata dzieje. Tradycyjne, cykliczne wydarzenia są nieco bardziej okazałe, są też imprezy specjalne z tej okazji.


Ten jubileusz, jubileusz wejścia do grona miast Europy fajnie się zbiega z czasem, gdy Lublin na nowo do grona tych miast wchodzi, w taki może bardziej symboliczny sposób. Już od paru lat pozbywamy się tej niewdzięcznej etykietki Polski B ze ściany wschodniej, a zyskujemy nowe epitety – miasta inspiracji, ciekawego i oryginalnego, czarodziejskiego i oryginalnego, w którym „dzieje się” i które ma mnóstwo do zaoferowania zarówno turystom jak i mieszkańcom.

Carnaval Sztukmistrzów

Nie mieliśmy w tym roku okazji oglądać zbyt wielu spektakli, było gorąco i bardzo tłumnie, ja i mój brzuch średnio nadajemy się już do takich imprez, ale z tego co wiem, Sztukmistrze nie zawiedli. Było jak zawsze kolorowo, intensywnie, wesoło.

 

Sen o mieście

Fantastyczny spektakl z okazji jubileuszu, na dziedzińcu lubelskiego zamku, w przepiękny sposób wykorzystujący stare mury. Historia miasta opowiedziana w czarodziejski sposób poezją Czechowicza, światłem, muzyką. Do tego taniec na szarfach, highline, fireshow, kuglarstwo i imponująca scenografia. 45 minut wrażeń i wzruszeń, byliśmy pod ogromnym wrażeniem całości.

Piękny wschód

 

 

Jarmark Jagielloński 

Jeszcze trwa… W tym roku spędzamy go głównie na błoniach lubelskiego zamku, gdzie dzieciaki oddają się tradycyjnym zabawom.
Jarmark odbywa się już po raz jedenasty i co roku zyskuje na charakterze i klimacie. Tak jak pisałam w tamtym roku, nie ma skansenu, jest autentyczna, żywa i piękna tradycja, którą bardzo warto pielęgnować.

Strasznie mnie cieszy to lubelskie świętowanie, bo jestem z Lublinem mocno związana. Jest we
mnie rodzaj dumy, że Moje Miasto rozkwita.
I zwyczajnie egoistycznie się
cieszę, że mieszkam w fajnym, coraz fajniejszym miejscu.

PS. Urodziny właściwe są jutro, a ich zwieńczeniem koncert Zakochani w Lublinie 

14 sierpnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćkulturalnielubelszczyznaLublinmoda ciążowamój stylprzyjemności

pszczoły w mieście

by Paulina 19 czerwca, 2017
pszczoły na dachu, csk, moda ciążowa

„A tu, moje dzieci jest granica państwa – opowiadam w górach, przy słupku granicznym polsko-słowackim. Zobaczcie, po tej stronie słupka jestem w Polsce, a po tej drugiej już na Słowacji! ” – dodaję, pamiętając o wielkiej fascynacji „Mapami” Mizielińskich.

Ale teraz na topie jest coś innego. „Parzcie, pszczoła na słupku!” – krzyczy Iskra, a Wilczek biegnie do niej szybko przekraczając kilkakrotnie granicę i ignorując totalnie moje geograficzne wykłady.

Taka pora roku, owady wygrywają ze wszystkim.

miejska pasieka, pszczoły na dachu csk 

Dzieciakom wystarczy chwila na dowolnym zielonym poletku, by oboje kucali obok siebie i wpatrywali się z fascynacją w mikroświat stawonogów. Była poksiążkowa faza na pająki, biedronki, mrówki, teraz prym wiodą pszczoły, oczywiście za sprawą dzieła Piotra Sochy, czyli jednej z tych książek, które wciągają i dorosłego i dziecko, uczą bardzo konkretnych faktów entomologicznych, a dorosłemu potrafią obudzić tą radosną dziecięcą fascynację tematem. Zresztą, przypuszczam, że książkę znacie, przynajmniej ze słyszenia.

 

W każdym razie, bardzo nam ostatni pszczeli trend* pasuje.

Mamy w Lublinie miejską pasiekę, w przepięknym miejscu, na dachu Centrum Spotkania Kultur – z widokiem na Lublin i Park Saski.
Bardzo lubię to miejsce i strasznie się cieszę, że zostało powołane do życia. Sporo się tam dzieje, ale nawet bez zamysłów stricte kulturalnych  bardzo warto tam wpaść.

stylizacja ciążowa, moda w ciąży 
csk lublin, moda ciążowa, jak się ubierać w ciąży, stylizacje ciążowe

To dobry początek miłego popołudnia w mieście. My, gdy mamy trochę czasu i ochotę na coś innego niż okolice przedszkolne lub domowe dość często wybieramy kierunek CSK. Parkujemy w podziemiach budynku, wstępujemy do środka, gdzie zawsze jest jakaś wystawa, która można zobaczyć, a potem jedziemy (windą windą, hurra!) jeszcze na ten dach, dwupoziomowy – z pięknym widokiem, pachnącą łąkową roślinnością i drewnianymi chodniczkami.

csk w lublinie

stylizacja ciążowa, moda w ciąży, jak się ubierać w ciąży, kokoworld

 

Odwiedzamy pszczoły i cieszymy się kawałkiem łąki w mieście.
Myślę też, że to naprawdę romantyczne miejsce na randkę – żeby przysiąść sobie we dwoje wczesnym wieczorem wśród tych roślin, na którymś z drewnianych chodniczków. (nie wiem tylko ile osób ma podobny pogląd, i czy romantyczne nie zmieni się w tłoczne)

A potem zjeżdżamy na dół. W najbliższej okolicy są przyjemne kawiarnie, no i Park Saski.

Pytanie ornitologiczne: pawice też tak robią z ogonem, czy to młody samczyk ćwiczy?

*często używam tego słowa raczej bez sympatii. Natomiast w tym przypadku myślę, że to dobra moda, uświadamiająca jak wielką rolę odgrywają te niepozorne zwierzątka.

19 czerwca, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćkulturalniemindfulnessslow lifestylezdrowie dziecizima

Nawet chcieć się nie chce dziś, czyli jak dodać sobie energii w zimie

by Paulina 29 stycznia, 2017

 

jak wypocząć, uważność, brak energii

 Gdy rozbiera się choinkę i zdejmuje te wszystkie świąteczne ozdoby z domu, to ten moment się zbiega z takim niefajnym okresem zawieszenia.

To jest ten czas kiedy wyczerpują się do zera zapasy energii i słońca zgromadzone w lecie. Czas atakujących ciągle infekcji i braku sił by z nimi walczyć, czas zimna przenikającego do kości, ospałości, zmęczenia i górującej nad wszystkim potrzeby zawinięcia się w kocyk z czymś ciepłym do picia, oglądania dobry filmów i czytania rozbuchanych powieści przez najbliższy miesiąc.
Dopadło i mnie, mimo ostatnich zachwytów zimą i zimnem.
Nie chce mi się ćwiczyć, za to chce się jeść, i to najbardziej frytki, fondue i treściwe zupy, ze śmietaną. Albo ciasta, jeszcze ciepłe najlepiej, maślane.

Słucham sobie teraz Tajemniczy Ogród i tak na mnie sugestywnie działają te opisy budzącej się przyrody… I ta choinka wyrzucona… A przy tym zima w pełnym rozkwicie i nawet nie próbuję jeszcze budzić w sobie tego nastroju przedwiosenno – oczekującego i kupować tulipanów z Lidla czy siać rzeżuchy – to jeszcze nie ten czas. To czas, który trzeba przetrwać, i jakoś radzić sobie z kompletnym brakiem energii, który, niestety, trochę się kończy błędnym kołem, bo im mniej mam energii, tym mniej  robię, a im mniej robię, tym mniej energii mam.
Dlatego, staram się jakoś spiąć w sobie i ratuję się, jak mogę. Jakiś czas temu, żeby jakoś się ożywić, wprowadziłam u siebie „program naprawczy”, bo jak tak dalej pójdzie, marca doczekam jako grubas bez kondycji, za to z pryszczami, wzdęciami i depresją.

Co ciekawe, małoletni nie odczuwają zupełnie spadków energii

Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie…

 Comfort food vs superfood

Generalne założenie, to „jak mogę, wybieram zdrowiej”. Czyli może i tucząco i ciężkawo, ale przynajmniej naturalnie. Czyli np frytki z prawdziwych ziemniaków a nie czipsy. Majonez robiony w domu z jajka od szczęśliwej kury, zupy z dużą ilością warzyw, zupy kremy. Zapiekanki może i z masą roztopionego sera ale też masą dobrych i wartościowych rzeczy w środku. Przypraw dużo, ale żadnych gotowych mieszanek, żadnych „miksów, fixów” itd. Żadnych margaryn za to sporo dobrych olejów. Zdaję sobie sprawę, że czasem może to przypominać zamawianie coli zero do bigmaca, ale podobno diabeł tkwi w szczegółach.

A do tego dodaję różne napoje mocy.

Dzień zaczynam od ciepłej wody z cytryną, miodem i chili.
Codziennie piję zakwas buraczany. (pisałam o nim już tutaj) Zwykłe i poczciwe buraki same w sobie działają pobudzająco ożywczo i energetycznie, a do tego mają całe mnóstwo wartości odżywczych (żelazo, kwas foliowy i masa witamin), a kiszonki to wspaniała rzecz wzmacniająca odporność.

Piję koktajle z zapałem neofity – mamy wreszcie porządny blender kielichowy, który mieli mi liście i twarde warzywa tak, że moje smoothies są naprawdę smoooooooooth. Zawsze staram się tam wrąbać jakiegoś superfooda – olej kokosowy, jarmuż, spirulinę, jagody goji, siemię lniane, komosę ryżową – oczywiście tak, żeby całość dobrze smakowała. (na zdjęciu jagody goji, resztka jaglanki porannej, banany, pomarańcza i grejpfrut)

Piję też „herbatkę imbirową„. Chodzi o parę plastrów świeżego korzenia imbiru gotowanych przez parę minut w wodzie. Imbir, jak pewnie wiecie, jest super, podkręca metabolizm, wzmacnia organizm, leczy przeziębienia i zwiększa koncentrację (przydatne!)

I w ogóle piję ciepłe rzeczy zawierające zdrowie. Czystek, lipę, melisę.

No i zmuszam się do machnięcia czasem nogą czy ręką. Albo przynajmniej solidny plac zabaw czy spacerek z dzieciakami.

A poza tym, nie odmawiam sobie jakoś drastycznie tych esencjonalnych
zup, zapiekanych ziemniaków, kremowych sosów i złocistych grzanek. W
końcu kiedy, jak nie teraz? Czasami trzeba sobie trochę pofolgować,
pogłasiać swoje zmarznięte (i wychudzone zapewne…) wewnętrzne dziecko.
 

29 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinpasjaprzyjemnościzima

Co robić w Lublinie zimą

by Paulina 17 stycznia, 2017

Że Lublin w sezonie wiosenno – letnim jest super, pisałam wielokrotnie. Festiwale, ogródki, plenery i parki, jest różnorodnie i fajnie.
A co robić teraz, gdy rowery miejskie schowane, podobnie jak knajpiane ogródki i chęci do wyściubiania nosa z domu? Gdy noc zapada dwie chwile po śniadaniu, gdy zimny wiatr i śnieg przegania Tam, gdzie spokój jest święty,
No bo święci są pańscy
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje cię Pan.


Chociaż bardzo lubię ten domowy czas, tę przytulność z gorąca herbata i ciasteczkami gryczanymi, świeczkami i światełkami różnymi, gdy układamy z dzieciakami puzzle, czytamy książki w namiocie, to i tak bywa, że mnie nosi.
Wyszukuję co-by-tu, i ruszamy w miasto nasze kochane.

 

Nie widać tego może tak jak w lecie, gdy wszystko dzieje się na wierzchu, ale i teraz jest co robić. Mamy fajne przestrzenie wewnętrzne, w których odbywają się rzeczy czasowe i parę stałych miejsc do odwiedzenia.

Tak to jest, że jak się faktycznie mieszka gdzieś na stałe, to nigdy nie ma czasu odwiedzić lokalnych atrakcji, bo one przecież zawsze będą, trzeba odkrywać świat odległy. Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Lyonie, motywowani tymczasowością naszego mieszkania tam, korzystaliśmy, ile się dało i zawsze wychodziło potem śmiesznie w rozmowach z Francuzami gdy okazywało się, że odwiedziliśmy miejsce dla nich oswojone, ale nie poznane.
Nie mamy może w Lublinie takiego muzeum sztuk pięknych, dworu braci Lumiere, czy pamiątek z czasów starożytnych, wiadomo, że to inna skala. Ale i tak jest gdzie pójść, i czym się zachwycić.
Jest (nie)sławny zamek lubelski, niestety wielu kojarzący się głównie z hitlerowskim, a później stalinowskim więzieniem, ale który ma wiele ciekawego do zaoferowania. Przede wszystkim imponującą, trzynastowieczną wieżę romańską i kaplicę Trójcy Świętej, z pięknymi freskami. Jest też muzeum, ale jego wystawa stała nie jest specjalnie oszałamiająca, za to warto interesować się czasowymi, bo bywają naprawdę fajne.

Idąc z zamku w stronę starego miasta, przechodzimy przez bramę Grodzką, a tam, ciekawe, dość nietypowe muzeum-archiwum wspomnień świadków historii. Lublin. Pamięć Miasta, czyli stała wystawa poświęcona wspomnieniom z wielokulturowego, przedwojennego Lublina (to tam wybrałam się w ubiegłym roku z moją Babcią).

Na ulicy grodzkiej jest jeszcze muzeum – apteka i Izba Pamięci Żydów Lublina.

Grodzką dochodzimy na rynek, a tam można przejść się Lubelską Trasa Podziemną, zajść na ulicę Złotą do przepięknej (obecnie remontowanej) Bazyliki Dominikanów, wstąpić do niewielkiego Muzeum Czechowicza. Zupełnie niedaleko jest jeszcze Archikatedra Lubelska, a tam, poza wystawą liturgiczną jeszcze ciekawa Zakrystia Akustyczna (ja zawsze znałam ją jako Kaplicę Szeptów, uważam, że ta nazwa brzmi znacznie lepiej).
Na przeciwko Archikatedry znajduje się Dom Słów, czyli Izba Drukarstwa, w którym jeszcze nie byliśmy, a który myślę też może być ciekawy.
Jest jeszcze Majdanek, oczywiście nie do zwiedzania z dziećmi, czy w ramach miłych niedzielnych spacerków, ale z pewnością wart odwiedzenia.

To są te rzeczy na stałe i miejsca raczej Lublinianom znane. Ale często jest też tak, że znane tylko ze słyszenia. Albo i odwiedzone, ale jakieś sto lat temu z wycieczką z podstawówki. Teraz w zimie jest idealny moment, żeby jakieś zimne i wietrzne popołudnie spędzić właśnie w takich miejscach.

Druga kategoria, to sytuacje bardziej motywujące, czyli czasowe.
Naprawdę sporo się dzieje, tylko dla dzieci, albo z dzieciakami, albo bez dzieci;)

Są typowo dziecięce spektakle, warsztaty, wystawy dzieciom dedykowane, zajęcia muzyczne, plastyczne, spotkania. Warto zainteresować się ofertą Teatru Andersena, Filharmonii, Teatru Starego, Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultur i osiedlowych domów kultury i bibliotek, jest tego naprawdę sporo, i wiele z nich zupełnie za darmo lub za symbolicznego piątaka.

Są wydarzenia w których mogą uczestniczyć całe rodziny. Te lubię szczególnie, bo treść jest dedykowana raczej dla dorosłych (bo nie każda aktywność rodzinna musi być podporządkowana dzieciom), ale całość jest przyjazna także najmłodszym. Np. Kino dla rodziców z małymi dziećmi (CK), albo spektakle teatralne z bawialnią dla dzieci obok (Teatr Osterwy, jesienne Konfrontacje Teatralne) . Ale też po prostu różne wystawy np., na które chodzimy razem z maluchami. I wtedy nieletni są trochę obok, nie zawsze zainteresowani. Staramy im się pokazywać obrazy, zdjęcia czy inne obiekty i opowiadać o nich, ale bez jakiejś nadmiernego nękania, mają też zawsze jakieś małe resoraki, żeby nie czuły się do niczego przymuszane. W każdym razie są z nami, trochę w mój ulubiony sposób naturalnie i przy okazji nasiąkając różnymi aktywnościami, trochę przy okazji chłonąc jakieś okruchy kultury i sztuki.

Są też oczywiście różne koncerty i imprezy wieczorne, ale tu już do gry wchodzą dziadkowie.

 

 

Staram się zawsze mieć aktualnego ZOOMa, – to taka mała gazetka,
która jest dostępna za darmo w różnych punktach kulturalnych (ale też na
pocztach, w przychodniach…) i zbiera wszystko, co się będzie działo w
danym miesiącu, wszystko podzielone na kategorie. Są też strony
internetowe różnych instytucji, fejsbuki i aplikacja „co, gdzie,
kiedy?”

A jak jest z Wami, w zimowe miesiące eksplorujecie własne miasta, zapadacie w zimowy letarg, czy uciekacie jak najdalej?
Dajcie
też proszę znać, czy bylibyście zainteresowani tego typu cyklem, z
bardziej konkretnymi propozycjami różnych aktywności w Lublinie i
okolicach
?

17 stycznia, 2017 19 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikultura z dzieckiemkulturalniepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemŚląsk

Śląsk!

by Paulina 4 października, 2016

Przyznam, że dotychczas moja relacja ze Śląskiem nie należała do najserdeczniejszych. Zdarzało mi się tam bywać, ze względu na przeprowadzonego tam brata z rodziną, ale były to wyjazdy wybitnie towarzyskie, większość z nich zresztą w czasach przed dziećmi, więc koncentrowały się głównie na domowych imprezach.

Tym razem, w mieszkaniu dzieci było czworo (choć i tak bardzo fajnie się wspólnie bawiących), więc siłą rzeczy staraliśmy się, żeby pobyt w nim maksymalnie ograniczyć.

Co zresztą zaowocowało zdecydowanym ociepleniem wspomnianej relacji śląsko – lubelskiej.

Pracownia

W Gliwicach odwiedziliśmy między innymi pracownię rzeźby mojego brata – Smalart. Dumna jestem z niego bardzo, Szymek robi piękne rzeczy (tradycyjne rzeźby, modele, czy scenografię), można je zobaczyć w przestrzeni publicznej, fajnie było się przyjrzeć wszystkiemu od kuchni

i przejechać się motocyklem

 

Nikiszowiec

I Nikiszowiec. Niezwykle klimatyczna, robotnicza dzielnica Katowic, zaprojektowana i wybudowana na początku XX w. jako spójna, funkcjonalna i estetyczna całość.
To totalnie inna architektura niż we wschodniej Polsce. Podobno to tu jest prawdziwa atmosfera Śląska. Przyznam, że taka właśnie atmosfera – bardzo tradycyjna i uporządkowana mocno do mnie przemawia. Do tego zobaczyliśmy kopalnię i prawdziwych górników, co, zwłaszcza dla Wilczka, było przejmującym przeżyciem.

Spotkanie

W innej, równie klimatycznej, a do tego pełnej zieleni dzielnicy – Giszowiec – nastąpiło historyczne blogowe spotkanie. Poznałam (wreszcie!) wspaniałe dziewczyny z blogów Ruby Times i Itsmillyme. Było przesympatycznie, i dzieci i dorośli szybko się zintegrowali w miłej kawiarence z piętrem fajnie dostosowanym do licznej i intensywnej młodzieży (stanowiącej zresztą większość naszej grupy).

 

Muzeum

I jeszcze Muzeum Śląskie, które poleciły nam dziewczyny. Mamy w naszej rodzicielskiej historii trochę rodzinnych wizyt w muzeach, głównie we Francji – muzeach mocno współczesnych, interaktywnych, z ciekawą i dobrze pokazaną ekspozycją, dlatego poprzeczka ustawiona jest dość wysoko. A Katowice swobodnie tę poprzeczkę przeskakują, szczególnie wystawa „Górny Śląsk na przestrzeni dziejów” – z makietami, instalacjami, plakatami, wszystko wśród sugestywnej scenografii i z ciekawie i przystępnie podanymi informacjami.

A tu lustrzana wystawa czasowa. Wilczek był zachwycony, a Iskra trochę przestraszona.

Ruby Times

Przed samym powrotem do domu odwiedziliśmy jeszcze Agatę, by nie odjeżdżać do Lublina z poczuciem totalnego niedosytu.
Zasiedzieliśmy się trochę, ale było fantastycznie. Młodzież, podobnie jak my odnalazła wspólny język. Ale powiem Wam, że sami byliśmy zaskoczeni, jak banda dwu- i czterolatków, którzy dzień wcześniej jeszcze się nie znali, bawili się w pełnej zgodzie przez tyle czasu i dali nam wspaniałe chwile na dorosłe pogaduchy, pyszną kawę i równie pyszne muffiny.
Do powtórzenia, tym razem na wschodzie:)

4 października, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówkultura z dzieckiemkulturalnielatolubelszczyznaLublinprzyjemności

Carnaval Sztukmistrzów 2016

by Paulina 2 sierpnia, 2016

Nie byliśmy już od trzech lat na tej jedynej w swoim rodzaju, świetnej imprezie.

Dlatego w tym roku uczestniczyliśmy w Carnavale z tym większą przyjemnością.

W ciągu dnia (a w zasadzie dni) oglądaliśmy mniejsze i większe spektakle uliczne artystów z różnych krajów – łączące żonglerkę, akrobacje, komizm, angażujące publiczność. Te występy, dostępne dla wszystkich, zachwycały różnorodnością, wysokim poziomem technicznym i wspaniałym luzem, dystansem. Fantastycznie było je oglądać, uczestniczyć w nich, śmiać się trochę z siebie i trochę z innych, podziwiać kunszt kuglarski / akrobatyczny i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

„Tak jak kuglarz (czy też artysta) jest synonimem odmieńca, cudaka i
wyrzutka, tak czas karnawału jest synonimem czasu święta, zniesienia
praw, obowiązków, norm.”

 

 

Dzieciaki z radością wybawiły się w Klanzowym Miasteczku Zabaw
Niezwykłych zorganizowanym w przyjemnym zacienionym parczku przy Centrum
Kultury, i zapewniającym ciekawe i oryginalne zabawy na świeżym powietrzu.

Do tego highline nad różnymi budynkami na Starym Mieście, tworzący niezwykle spektakularną kropkę WYSOKO NAD i. Iskra, początkowo przerażona, że „pan spadnie”, od paru dni „chodzim po linie” na dywanie, trawie chodniku i wszędzie, gdzie dojrzy jakąś prosta linię. Krycha (mój mąż) wybitnie zmotywowany, przy rozwieszaniu slacka szuka większych odległości i wysokości.

Jednego (szkoda,
że tylko jednego) wieczora udało nam się też bezdzietnie wyrwać na
fantastyczny spektakl wieczorny, i genialny koncert. Spektakl, nazywający się Eventi Verticali, wykorzystywał ścianę dużego budynku, na której wyświetlane były różne animacje. I na tle tych animacji 2D, występowali artyści, podczepieni na linach  i robiący swoim dopracowanym przedstawieniem niesamowitą iluzję oglądania z góry prawdziwych ludzi wrzuconych do świata kreskówek.

A koncert, to grupa zakręconych Francuzów, grających rewelacyjną mieszankę muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, latynoamerykańskiej, wszystko z akcentami paryskiego akordeonu i cudowną energią.

 

Miło było popatrzeć nie tylko na te wszystkie atrakcje, ale też na tłumy ludzi, na pięknie oświetlone miasto żyjące nocą.

Szkoda,
ze nie udało nam się dostać  na spektakle w wielkim cyrkowym namiocie
festiwalowym, poza tym konwencja spektakli ulicznych (bez żadnej sceny
dla artystów) nie zawsze pozwala na zobaczenie wszystkiego gdy nie zdąży
się zająć miejsca z przodu.

Ale i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem, myślę, że podobnie jak większość uczestników imprezy.
Niech się stanie Carnaval!

2 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylwe dwoje

wyobraź sobie miasto czyli weekend kultury

by Paulina 7 czerwca, 2016

Taki to był weekend, bardziej miejski niż zazwyczaj, ale ja miasto też bardzo lubię. Zwłaszcza to moje kochane miasto, trochę niedoceniane (choć i to się zmienia), ale piękniejące coraz bardziej, i coraz bardziej przyjazne mieszkańcom.

 
W piątek wybraliśmy się do niedawno otwartego Centrum Spotkania
Kultur (powstałego na miejscu niesławnego Teatru W Budowie, czyli projektu wielkiej sceny operowej z lat 60 i porzuconej w stanie mocno częściowym w latach 80 i straszącej w centrum miasta aż do niedawna) na imponującą wystawę zdjęć „Genesis” Sebastião Salgado. Kontynuując naszą tradycję zabierania dzieci w „dorosłe” miejsca, poszliśmy całą rodziną. Młodzież
ruszyła za nami oglądać zdjęcia, zadając (donośnie) niezłomne „a co to?”
przed prawie każdym zdjęciem, ewentualnie udzielając siostrze pierwszych
lekcji biologii („ryby pływają w morzu, wies Iskro?”). Zdjęcia był
przepiękne, całość podzielona tematycznie, a dotyczyła świata
naturalnego, pełnego pierwotnego i nieskalanego piękna. Imponujące góry i
lodowce, przepiękne krajobrazy, zdjęcia dzikich zwierząt i społeczności zamieszkujących z
dala od naszej cywilizacji.

Fotografii było zwyczajnie bardzo dużo, a ponieważ byliśmy z dziećmi, cieszyliśmy się że wszystko rozmieszczone jest w dwóch salach, każda na innym piętrze, co dało naszym maluchom przerwę na dawkę rozrywki potrzebną do dalszego oglądania z zainteresowaniem wystawy, czyli bieganie po korytarzu i jechanie windą. Na koniec jeszcze wszyscy bawiliśmy się w lustrzanej instalacji.

A w sobotę… w sobotę udało nam się zostawić dzieciaki błogo śpiące pod opieką kochanych dziadków i ruszyliśmy w Noc Kultury. Tę lubelską imprezę, która odbywa się co roku w czerwcu już od dziewięciu lat, odwiedziliśmy ostatnio w prehistorycznych czasach przed-dzieciowych, czyli jakieś pięć lat temu, i pamiętam, że wtedy lało i skończyliśmy ze znajomymi w jakiejś knajpie.

Słyszeliśmy oczywiście, że od tamtego czasu noc kultury stała się imprezą o znacznie szerszej skali, pod względem przestrzennym, różnorodności i publiczności. Ale i tak byliśmy bardzo zaskoczeni rozmachem całości i potężnym tłumem właściwie wszędzie. Świetnie wymyślona przestrzeń, z rozległym trawnikiem i food truckami na jednej z głównych ulic, klimatyczne letnie kino z leżakami, boczna ulica na starym mieście zmieniona w miasteczko z lat trzydziestych z szyldami i wystawami sklepów, starymi samochodami, i swingującą potańcówką (popląsaliśmy), wystawy zdjęć w różnych zaułkach, instalacje artystyczne w innych, koncerty, pokazy fire show i oczywiście sporo imprez we wnętrzach – spektakle, pokazy, nietypowe zwiedzanie.
Powiem Wam, że byłam naprawdę pod wrażeniem, i nie miałam poczucia jakiejś zaściankowości nawet po całkiem sporych imprezach we Francji (bo siłą rzeczy takie rzeczy się porównuje). Trochę tylko nie dograliśmy i nie przejrzeliśmy porządnie programu przed wyjściem, skutkiem czego było dość chaotyczne błąkanie się przez jakiś czas z hasłem „gdzie teraz” i na pewno mnóstwo nas przez to ominęło. Sam program dostępny w festiwalowej budce nie ułatwiał sprawy, jako, ze zredagowany bez klucza tematycznego / przestrzennego i bez opisów, ciężko było się połapać.

Nie zrobiliśmy wiele zdjęć, zainteresowanych zapraszam np tu.

Weekend zakończyliśmy niedzielnym rodzinnym spacerkiem w parku saskim.

7 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckokultura z dzieckiemkulturalnieprzyjemnościrozmyślania

Czy warto brać dzieci na imprezę muzyczną?

by Paulina 1 lipca, 2015

W prehistorycznych czasach bez dzieci uwielbialiśmy koncerty i festiwale muzyczne (na jednym z takich festiwali zostaliśmy parą…13 lat temu:) )
Ale odkąd mieszkamy we Francji  i nie mamy komu podrzucić drobiazgu, ta przyjemność nas omija. Odpuściliśmy temat.
Za sprawą jednak dwóch wydarzeń z ostatnich tygodni sytuacja ciut się poprawiła – na tyle tylko żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie słuchania muzyki na żywo. I żeby zatęsknić mocno.

Pierwsze miało miejsce 21 czerwca, gdy cała Francja zatraca się w
muzycznej uczcie. (tak było podczas Święta Muzyki w 2014 roku. A
przynajmniej na początku). W tym roku zapakowaliśmy młodzież do nosideł,
zaopatrzyliśmy w prowiant i przytulanki, i ruszyliśmy w miasto.
Przez
parę godzin, do (niezbyt późnej) nocy, mieliśmy okazję poskakać w
rytmie reggae, romantycznie potańczyć przy fontannie, do pięknie
wykonanych jazzowych standardów, posłuchać kapitalnej orkiestry dętej,
uciekać od zbyt głośnych bitów i zbyt mocnego rocka, i przystawać przy
paru jeszcze scenach.

Dzieci nie narzekały, początkowo nawet uczestniczyły aktywnie, później córa zasnęła, a synek był zadowolony, że doczekał 'ksiełzyca’. Dobrze, że wzięliśmy nosidła, a nie np wózek i rowerek, czy nawet przyczepkę. Przy takiej ilości ludzi, dzieciom na pewno lepiej było na górze, a nie wśród nóg tłumu.
Cieszę się, że udało nam się zażyć trochę imprezy, mimo trzylatka i roczniaka na plecach.

 
Druga impreza pozostawiła większy niedosyt. W Vienne, miasteczku oddalonym 30km
od Lyonu, od 35 lat odbywa się festiwal jazzowy. O jego renomie
świadczą muzycy w nim uczestniczący – w tym roku między innymi Marcus
Miller, Melody Gardot, George Benson czy Sting. Chcąc liznąć choć trochę tej
atmosfery, zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodu i ruszyliśmy
na koncerty dzienne i otwarte dla wszystkich. Nie zdążyliśmy niestety
na pierwszą część, dlatego pokrążyliśmy trochę po miasteczku (Samo w
sobie zdecydowanie warte zobaczenia. Byliśmy tam przy okazji naszej pierwszej wycieczki Via Rhona. To miasto jeszcze z czasów starożytnych, z mnóstwem antycznych zabytków – w
największym z nich, ogromnym amfiteatrze rzymskim, odbywają
się główne koncerty.)

Amfiteatr. Jeden z największych w starożytnym świecie. W czasach świetności mieścił nawet 13tys. widzów. Tu widok z pobliskiego wzgórza.
Widok z tego samego wzgórza na miasto i Rodan.

Po południu udało się być na małych
koncertach w parku. Nawet trochę posiedzieliśmy, nawet udało się
zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać w muzykę (córa tańczyła, kokietowała pozostałych widzów, a
synek nawet posiedział chwilę z nami robiąc wrażenie że słucha). Dość
szybko jednak roczny wspinacz zauważył schody, czyli najlepsze wyzwanie, więc w mig porzucił pląsy, zalotne uśmiechy i zabawę w akuku z współsłuchaczami, a trzyletni meloman zaczął odczuwać brak popołudniowej drzemki i
upał, co zawsze oznacza marudy i jęki, więc nie chcąc psuć innym wrażeń,
musieliśmy się ewakuować. W drodze do samochodu smętnie zerkaliśmy na
coraz to nowe grupy rozkładające swoje saksofony i kontrabasy by grać na
ulicach…

Schody, schody, Tato nie zabieraj mnie, ja muszeeeeeeeee.

Tak że ten. Jazzu posłuchaliśmy w domu, jak już młodzież poszła spać.

Ostatnia refleksja nie jest więc
najpozytywniejsza ( ani najbardziej odkrywcza)… Koncerty i festiwale są
fajniejsze bez dzieci. Pewnie łatwiej byłoby z pojedynczym dzieckiem,
może łatwiej będzie jak będą trochę starsze… Tymczasem jednak, następnym razem, dzieciom zorganizujemy imprezę u dziadków, a sami posłuchamy trochę muzyki z zamkniętymi oczami.

1 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry