Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

zima

aktywna mamaaktywnie z dziećmiBeskid Niskigórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Sylwester w górach, vol. 23402398

by Paulina 12 stycznia, 2019

Czy ja mogę coś jeszcze dodać o wyjazdach w góry z dziećmi?
O wyjazdach w Sylwestra, o przełomie roku, o tym cudownym międzyrocznym zawieszeniu, które w górach, w krokach  stawianych na świeżym śniegu i wśród łagodnych pagórów jest idealne po prostu.

O tym, że nawet mimo intensywnej obecności przedszkolaków dzielnie (lub nie)
wędrujących obok, których trzeba motywować, wycierać im gile, odpowiadać
na sto tysięcy pytań i przypatrywać się tropom zwierząt, w tych śnieżnych spacerach górskich odnajduje się zupełnie nierzeczywisty baśniowy świat. Odnajduje się dystans i spokój doskonały. Odnajduje się ten moment pomiędzy i poza. I nie ma lepszego sposobu na zamknięcie roku. I otwarcie nowego. Bardzo to cudownie nastawia.

Często do tej pory nam się zdarzało, że przyjeżdżaliśmy w raczej śniegową breję, która w następnych dniach przeistaczała się w jakąś baśniową niesamowitą krainę. Tak było i tym razem. Zobaczcie.

Co tam widzisz, cumplu?

pierwsze próby na nartkach

bakcyl złapany

12 stycznia, 2019 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćpodsumowaniazima

zimowe przyjemności

by Paulina 19 marca, 2018
 

Osobiście jestem zdecydowanie latolubna, ale w zimie też bywa fajnie.
Opowiem Wam dzisiaj o tegorocznych zimowych przyjemnościach. Część z
nich pewnie się zdubluje z ubiegłym rokiem, tak to już jest, że niektóre
rzeczy rację bytu mają tylko w zimie.

Jak napisała kiedyś pięknie Aga, „zima jest od przytulania wszystkiego, co najważniejsze.”
Zimą
zbliżamy się do siebie, grzejąc sobie wzajemnie zmarznięte dłonie.
Kulimy się przy tym ognisku domowym, grzejemy serca miłością (i gorącą
czekoladą z chili) a brzuchy rosołem, wsłuchujemy w ciepłe brzmienia
płyt winylowych. To szukanie różnych rodzajów ciepła jest chyba u
podstaw wszystkich zimowych przyjemności.

Domowo
„Siedzenie” w domu z dzieckiem ma tę ogromną
zaletę, że nie idzie się rano do pracy. Unikam porannego skrobania szyb w
samochodzie czy wystawania na wietrznych przystankach. Nie wyleguję się
do późna, i nasze poranki w tygodniu są dalekie od sielankowych, ale
zdecydowanie cudowne jest to, że popędzam i pokrzykuję na rozespane
dzieciaki będąc sama jeszcze w piżamie, i, gdy wyjdą już do przedszkola,
zostaję z maluszkiem, który wtedy własnie zapada w pierwszą drzemkę i w
cichej przytulności domowej robię sobie kawę i NIE wychodzę rano na
zimny i nieprzyjemny świat.
Wychodzę później. Bo…

…rozgrzewające spacery to kolejna wielka zimowa przyjemność.
Wspominałam
już o terapeutycznej mocy spacerków. Ciągle nie mogę wyjść ze
zdumienia, jak często te najprostsze czynności przynoszą zupełnie
spektakularne efekty. Nic (nawet ta spokojna kawa) nie ustawia mnie tak
jak parokilomotrowe intensywne spacerki nad rzeką. Rozgrzewam krew,
rozbudzam mózg i zaczynam ogarniać życie.

Spokojne spacery to jedno, a drugie, to sanki i śnieżne szaleństwa z przedszkolakami.
Oni są w tym śniegu najszczęśliwsi na świecie, mają purpurowe rumieńce,
błyszczące oczy, wzmacniają odporność i wybiegują tę swoją energię
niesamowitą. Wieczorem, ku naszemu zachwytowi, padają jak muchy, często
jeszcze podczas czytania. Dla nas (poza długim bezdzietnym wieczorem) to
trochę takiej zwykłej dziecięcej radochy w śniegu (na którą dorośli bez
dzieci nie zawsze potrafią sobie pozwolić).
Mamy to szczęście, że
w Lublinie zimą powietrze jest przyzwoite (choć też bez szału) i nie
borykamy się w takim stopniu ze smogiem jak inne regiony.

Apogeum zimowej śnieżnej radości był w górach.
W lutym wspięliśmy się na wyżyny logistyczne, zapakowaliśmy się całą
piątką do samochodu i ruszyliśmy na parę dni w Bieszczady. Góry z dziećmi zimą były najpiękniejsze na świecie i niezwykle klimatyczne w naszym drewnianym domku.

 

Jak zima, to książki. W ten klimat zimowy lubię takie książki mocno wciągające.
Teraz czytam Dzikie Łabędzie. Trzy córki Chin. Nie porywa mnie może styl, ale historia i masa wiedzy o Chinach podana przy okazji jest totalnie fascynująca.
Niedawno skończyłam Swing Time Zadie Smith. Bardzo lubię jej książki, czyta się je naprawdę dobrze. W fajny, nienachalny, mądry ale nie moralizatorski sposób poruszane są bardzo aktualne problemy – rasowe, ekonomiczne, społeczne.
Czytam też, dość powoli – bo tylko wtedy gdy mam odpowiedni klimat, Córki Wawelu Anny Brzezińskiej. Szczerze mówiąc spodziewałam się tutaj trochę ciekawej powieści z dobrze odmalowanym tłem historycznym, ale tutaj zdecydowanie na pierwszym planie jest to historyczne tło, fabuła jest tylko pretekstem do kolejnych – bardzo zresztą ciekawych wykładów o obyczajach. Czytam z zainteresowaniem, ale nie zagryzam paluchów;)
Wcześniej było też klimatycznie i grubo, czyli Dom duchów Allende. Bardzo jestem ciekawa filmu. Strasznie mi się podoba ten południowo amerykański realizm magiczny, na pewno jeszcze sięgnę po książki tej autorki. Niepowtarzalny zupełnie, wciągający cudownie.
Gdzieś w międzyczasie 13 pięter Springera. Bardzo sprawnie te reportaże są napisane. I się człowiek od razu w tym swoim domu czuje tak inaczej komfortowo.
Ballada o pewnej panience. To już nie to samo co Król, choć klimat pozostał i charakterystyczny dla Twardocha styl.
Dzieci z Bullerbyn. Doczekałam się, że moje dzieci dorastają do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Chyba nigdy dotąd nie czekałam na rytualne wieczorne czytanie z taką radością.W ogóle cieszę się, że nasze czytanie coraz częściej przechodzi na inny poziom – czytamy coraz więcej dłuższych książek (ostatnio jeszcze Piaskowy Wilk i Muminki), takich po rozdziale na wieczór, które trzeba założyć „pokładkami” i powoli poznawać ciągłą historię.

Filmy i seriale
Najbardziej ww pamięć zapadły mi:

Big little lies. Ach i och. coś fantastycznego.
The expanse. Serial, któremu trochę zajęło wciągnięcie w swoją historię i świat. Ale udało się, jesteśmy naprawdę pod wrażeniem i czekam na kolejny sezon.
Loving Vincent, przepiękny, przepiękny, oglądaliśmy z prawdziwą przyjemnością. Sama historia nie była super porywająca, ale to kompletnie nie przeszkadzało.
Blade Runner 2049. Kolejny film zachwycający formą, który w zasadzie można by oglądać tylko dla tych przepięknych zdjęć.
Nasz najlepszy rok. Bardzo miła rzecz. To jeden z tych filmów, do których się sięga na pokrzepienie, a jednocześnie nie ma nadmiaru banałów.
3 Bilboardy za Ebbing, Misouri. Rewelacja. Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film. Przełamujący schematy, niesztampowy, smutny a jednocześnie w jakimś sensie pogodny.
The Shape of water. Tu się trochę rozczarowałam jednak. Podeszłam z najlepszym nastawieniem, i miałam świadomość, że to baśniowa konwencja, ale jednak schematyczność tych postaci ale jakoś mi dawała po zębach.
Mountain 2017. Przepiękny dokument o górach
The man who stares at goats. Świetny abstrakcyjny humor, dość odjechana historia, podobało mi się.
Lady Bird. Najfajniejsza w tym filmie była jego zwyczajność. Brak spektakularnych dramatów, skrajnych sytuacji, wszystko jest naturalne i wiarygodne.

Piec chlebowy daje radę także zimą

Muzyka
Największym chyba odkryciem była australijska multiinstrumentalistka, Tash Sultana, niesamowita jest totalnie, posłuchajcie.

Mało tej zimy „bywaliśmy kulturalnie”, czego trochę żałuję, bo w Lublinie jest co robić nawet zimą.
Nie byliśmy też na łyżwach niestety, choć miałam w planie, bo zawsze bardzo lubiłam łyżwy. Ale czasem jednak ta zima przytłacza trochę bardziej niż byśmy chcieli, mrok, korki i wizja ubierania całej gromady w te kombinezony i inne jednak zniechęca dość mocno;)

Zima bywa przyjemna jak widać, ale już wystarczyyyyy…

19 marca, 2018 21 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmichustagórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady, zima i dzieci

by Paulina 23 lutego, 2018

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Nasze standardowe zimowe wyjazdy w góry, to Sylwester. W tym roku przesunęliśmy sobie sylwestrowy wyjazd w góry o półtora miesiąca. Przekonaliśmy się już, że takie przesuwanie to niezły pomysł przy okazji ubiegłorocznej majówki w Beskidzie Niskim.

Bieszczady zdążyły się do tego czasu porządnie zabielić i pokazać, że warto jeździć w góry z dziećmi, zimą także.

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Naszą bieszczadzką bazą było prywatne schronisko nad Smolnikiem, czyli klimatyczna drewniana chata na zboczu góry z przepięknym widokiem. Za to położenie i ten widok trzeba było zapłacić codzienną dodatkową traską przez śnieg, ale było warto.

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy
Pierwsze podejście do schroniska, każdy z plecakiem na miarę możliwości

Nasze dotychczasowe podróże z dziećmi trochę wyrobiły w nas wszystkich pewne rytuały i nawyki przy wyjazdowych przygotowaniach. Dzieciaki wiedzą już, że w noc przed wyjazdem idą spać w ubraniach i śpiworach, i że w nocy w tych śpiworach zniesiemy ich do samochodu, żeby mogli sobie przespać przynajmniej część trasy. My pakujemy wszystko wieczorem poprzedniego dnia. Tym razem różnica polegała na konieczności kompaktowego pakowania, bo wiedzieliśmy, że wszystkie nasze rzeczy (a także niektóre dzieci) będziemy musieli wnieść do schroniska na plecach.

Zapakowaliśmy się więc wszyscy i nad ranem wyruszyliśmy na nasz zimowy wypad w góry.

góry z dzieckiem, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Na zapiecku, tu była nasza baza czytelnicza

Jechaliśmy, a razem ze świtem zmieniał się krajobraz, na coraz bardziej zimowy i pagórzasty. Tak, jakbyśmy delikatnie przechodzili do innego świata.
Dotarliśmy, razem z szarawym porankiem. Bieszczady otoczyły nas swoimi śnieżnymi ramionami i uścisnęły serdecznie, witajcie, czujcie się jak u siebie. Momentalnie poczuliśmy się u siebie.
Wilczek z Iskrą wyskoczyli z samochodu prosto w zaspy, niemowlę zawinięto w chustę, plecaki przywdziano na plecy,
Nie powiem, że było jakoś bardzo łatwo. Ścieżka była zasypana śniegiem, dzieciaki zapadały się po uda. Ale pomagały nowe okoliczności, zew przygody, wizja czekoladowego medalu i tropy zwierząt na śniegu.
Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi w pięknej drewnianej chacie, z ciepłym piecem i przesympatycznym gospodarzem, zafascynowanym wypiekiem własnego chleba.

Urządzaliśmy sobie codziennie mały trekking w tych pięknych okolicznościach. Trekking to może określenie trochę na wyrost, raczej po prostu spacery górskie, niezbyt forsowne i niezbyt długie, wiadomo, że wszystko trzeba dostosować do krótkich nóżek kilkulatków i zawiniętego w chustę pięciomiesięczniaka  i jego głodu. Planowaliśmy trasy tak, żeby mieć przystanek w jakimś schronisku lub bacówce, żeby dzieciaki (i my też w sumie) mogły odpocząć, przekąsić coś, a małe rozwinąć się z chusty, nakarmić i przewinąć.

Najlepsze na świecie naleśniki z jagodami w Bacówce pod Rawkami
 

 

Nie ma sanek, ojtam ojtam

Zimowe wejście na Górę Śnieżną przy parkingu

Nie myślcie sobie, że było idealnie zupełnie i bezproblemowo. Nie było. Wybraliśmy to schronisko między innymi po to, żeby być w górach i nie musieć dojeżdżać na szlaki, ale okazało się, że okolica jest totalnie nieprzetarta i tylko jeden dzień spędziliśmy na spacerze w okolicach schroniska. W pozostałe nie tylko dojeżdżaliśmy na szlaki samochodem, ale też musieliśmy do tego samochodu dojść (a potem z niego wrócić do domku). Nie obyło się też bez paru awanturek, w wykonaniu upartej Iskry, która albo przewracała się po dwóch metrach twierdząc że nie ma siły, albo upierała się, że ma tej siły mnóstwo, gdy faktycznie nie dawała rady, bo „chciała być dzielniuchem” (tak mi później wyjaśniła).
Ale, nigdy nie twierdziłam, że podróże z dziećmi to nieustanna sielanka.

Ale piękne to były dni, w tych górach zimowych, bajecznie zaśnieżonych.
Piękne, cudowne oderwane od rzeczywistości. Śniegowo migotliwe, pachnące
drewnem i mrozem, cudownie ponad cywilizacją. Wspaniale
skrzypiące w śniegu kroki. A potem przystanek, by rozejrzeć się z
zachwytem i wtedy ogarnia ta puchata cisza, jedyna w swoim rodzaju
górska zimowa cisza. Wieczory przy ciepłym piecu, rozmowy, wspomnienia (bo zawsze wspomina się różne wyjazdy z przed lat),
książka. Dzieciaki z czerwonymi policzkami i błyszczącymi oczami, całe w
śniegu. 

I to poczucie… To poczucie, że właśnie o to chodzi w życiu,
że to właśnie jest ten czas, który się liczy. Poczucie totalnego
szczęścia po prostu.

23 lutego, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedmój stylslow lifestylezima

a to zima ciągle

by Paulina 26 stycznia, 2018

Jest taki moment pod koniec stycznia.
Gdy słońce mocniej błyśnie. Ptak zaśpiewa jakoś śmielej, i pięć minut po południu ciągle jeszcze nie ma nocy.
To ten moment kiedy pojawia się pierwsze oczekiwanie na wiosnę. Pierwsze „mogłaby już przyjść”.
Na spacerze nadrzecznym zaczynam zauważać miejsca idealne na pikniki, i wizualizować sobie cudowny czas w plenerze. Zaczynam myśleć o letnich sukienkach, już prawie czuję ciepłą od słońca trawę pod stopami. Wyobrażam sobie wiosenne wycieczki i długie, ciepłe wieczory…
I mówię stop jak najszybciej, staram się nie nakręcać. Upycham usilnie te myśli gdzieś w daleki kąt, bo za wcześnie jeszcze przecież. Za wcześnie na rzeżuchę, na tulipany i żonkile za wcześnie.
Wwiercam się więc jak mogę w zimowy klimat, wybieram z dzieciakami na łyżwy, planuję zimowy wyjazd, czytamy z dzieciakami śnieżne książki, celebruję tę zimowość jak mogę. Na siłę trochę.
Byłoby łatwiej gdyby ciągle było tak jak na tych zdjęciach. Ze skrzącym śniegiem, zamarzniętym jeziorem, drzewami migocącymi szronem, skrzypiącymi w białym puchu krokami. Można by się wtedy w tej zimie nurzać, i w tym śniegu i mrozie, tak porządnie, poczuć ten mróz szczypiący w nos. Bo zima jest, to musi być zimno.
Chociaż… mogłoby już… nie być… 

 

 

26 stycznia, 2018 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmislow lifestylezima

czynności i bezczynności około sylwestrowe

by Paulina 16 stycznia, 2018

Intensywnie rodzinne lato w tym roku jakoś sprawiło, że zwyczajnie zapomniałam zarezerwować jakąś klimatyczną miejscówkę na Sylwestra w górach, a gdy ocknęliśmy się w połowie października, wszystko, co spełniało nasze oczekiwania było już zajęte.

Ale ponieważ wyjazdy na Sylwestra tylko w części opierają się na samym kierunku podróży, i tak ruszyliśmy. Ruszyliśmy na Śląsk. Śląsk może nie jest najidealniejszym miejscem na zimowy wyjazd z dziećmi, ale tym razem nie jechaliśmy do miejsca tylko do ludzi.

Spędziliśmy świetny czas.
Zaczęliśmy od przesympatycznej gościny u naszej bliźniaczej rodziny Ruby.

…a potem pojechaliśmy do mojego brata, do Gliwic, gdzie przywitaliśmy nowy rok.
 

To był wyjazd nastawiony głównie na domówki, darowaliśmy sobie różne zwiedzania, ale parę razy się wynurzyliśmy na świat, na spacer to tu to tam.

A gliwicka palmiarnia to absolutne mistrzostwo. W smutnym zimno – szaro – smogowym świecie cudowna odskocznia w intensywnej zieloności. I wcale nie trzeba traktować tego miejsca jak czegoś do zwiedzania, odhaczenia każdej tabliczki. Myślę, że to po prostu idealne miejsce na zimowy spacer – jest ta roślinność, są zwierzątka, przepiękne akwaria, ławeczki… Można sobie tam po prostu połazić, potraktować to miejsce jak przepiękny park w lecie, przejść się, przysiąść, pogapić na zwierzaki. Wszystko za 20zł dla całej rodziny. Jakbyśmy mieli takie miejsce u nas w Lublinie, byłabym tam z dzieciakami częstym gościem.

16 stycznia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
świętazapachyzimazmysły

zapach Świąt

by Paulina 23 grudnia, 2017

Żaden George Michael, żadne dzwoneczki, zdjęcia kubków z kakao i piankami, ani światełka i listy prezentowe, ani nawet kalendarz adwentowy, i przygotowania (te bardziej i mniej przyjemne).

Święta Bożego Narodzenia dla mnie najbardziej robią zapachy.

Najpierw powietrze pachnie śniegiem. Czasem nawet już w październiku zawieje charakterystycznie i wtedy ta pierwsza myśl przychodzi, że kurczę, to już za chwilę przecież.
Potem mandarynki. Mandarynki kojarzą mi się nieodłącznie z Mikołajem i tylko w czasie około mikołajowym mają dla mnie sens.
I na targu też zaczyna pachnieć. Kapustą kiszoną, suszonymi grzybami, później suszonymi owocami do tradycyjnego kompotu i olejem – czasem na nasz ulubiony targ przyjeżdża  jedna pani, która ma trzy metalowe kanki – z olejem rzepakowym, lnianym i konopnym. Kupuje się takie świeżo przelane do butelek po wódce.
A w warzywniaku pod domem, oprócz zaaferowania przedświątecznego, czuć niepodrabialną mieszaninę śledzi, korzenia chrzanu, kapusty i tych mandarynek… Mieszanka pozornie odrzucająca, zresztą zapachu śledzi nie lubię, ale teraz ją uwielbiam.
Potem jest tylko lepiej. Potem w całym domu unosi się obłędny aromat cynamonu, goździków, kardamonu, imbiru i pieprzu, połączony z masłem i miodem… uwielbiam robić piernikowy zaczyn i zawsze parzę sobie język wyżerając płynną miodowo przyprawowo maślaną masę. Drugi raz pachnie tak samo gdy pierniczki pieczemy, wśród emocji, chaosu i mąki.
I ten dzień, gdy dzieciaki z tatą jadą „do choinkarium”. Przywieźli w tym roku rozłożystego potwora, weszli z nim do domu i buchnęło w nozdrza tą leśnością zimową.
Następnego dnia dochodzi jeszcze piwniczny zapach kartonowego pudła z ozdobami choinkowymi. Do ubierania włączamy jeszcze tradycyjną ścieżkę dźwiękową (obowiązkowo „Trzeszcząca płyta” Kaczkowskiego).
Można dorzucić jeszcze zapach gotującego się barszczu, kiełbasy od znajomych ze wsi, pieczonego ciasta drożdżowego, ale to już ten moment. Już są Święta.

I już nie można się nie uśmiechać. Ścisnąć kochaną dłoń. Przytulić owijające się wokół nóg, półprzytomne z emocji przedszkolaki, zerknąć na gugającego do światełek niemowlaka. I okiem mokrym błysnąć dziękując za to wszystko.

Wszystkiego dobrego Wam życzę!

23 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedmindfulnessmoda rowerowaprzyczepka rowerowarowerrower z dzieckiemrowerki biegoweslow lifestylezima

easy like sunday morning

by Paulina 11 grudnia, 2017

Ta niedziela była tak idealna, że aż sama sobie zazdroszczę. Jeden z tych dni, jakie wspomina się z nostalgią pt „to były piękne czasy”, gdy nastoletnie dzieci strzelają focha, trzaskają drzwiami i nie wracają na noc.

Dzień był w zasadzie dość zwyczajny. I raczej brzydki. Nawet nie spektakularnie brzydki, ot, szara polska przed-zima. Piliśmy naszą kawę weekendową i zastanawialiśmy co-by-tu bez samochodu (oddany do mechanika). Następnego dnia miał spaść śnieg, pierwszy w tym sezonie. Uznaliśmy, że to dobry pretekst, by pożegnać sezon rowerowy i wybrać się na miłą przejażdżkę.

Chwilę* później nasz gromada o dwunastu kółkach różnej wielkości jechała sobie miło ścieżką rowerową nad rzeką, w kierunku zalewu.

Plaża była pusta i szara. Zimno było dosyć i tak naprawdę średnio przyjemnie, ale to okoliczności raczej typowe w tym miejscu i czasie, więc cóż, bierzemy co mamy. A mamy doprawdy niemało, nawet w tym ponurackim świecie.
Mamy zabawy w piasku, rumieńce, błyszczące oczy i śmiech zamieniający się w obłoki pary. Mamy wspólną jazdę na rowerach, z Wilczkiem jako coraz równiejszym partnerem i Iskrą dzielnie pędzącą na biegówce i Malutkim błogo śpiącym w przyczepce.
Szarość jeziora migocącą na srebrno.
Płowe trawy, rudawe płachty liści i różne subtelne uroki późnej jesieni.

Wróciliśmy na rosół. Porządny gorący rosół z domowym makaronem, i Siestę w Trójce. A potem, tak, tak. Potem było ciasto drożdżowe. Z kruszonką. I kakao. I więcej Siest, tym razem na płycie, robienie na drutach, rysowanie, puzzle i origami.

Wiecie co, naprawdę nie potrzeba nic więcej.

Niektórzy nawet mają szamę w plenerze. W końcu wiadomka, jak wycieczka, to piknik, jak się jest najmłodszym to się trzeba szybko uczyć.

*Wiecie oczywiście, jak wyglądała ta „chwila” z trójką maluchów;) Dla przypomnienia, sytuacja z przed roku, minus jedno dziecko i jeden rodzic;)

11 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacerzima

weź mnie nad rzekę

by Paulina 1 grudnia, 2017

Listopad, u schyłku swego żywota przebierał się dzielnie za marzec lub nawet kwiecień. Czy mu się to udało, to inna kwestia, ale próby zdecydowanie doceniam. Słońce i zielona trawa i błoto tez jakoś wiosenne, bardzo umilały nasze ostatnie spacery.

Zdecydowanie tez było łatwiej wyciągnąć na spacer zagluconą dzieciorzyznę zakopaną w książkach o dinozaurach i jakoś ostatnio na spacery niechętną. Serio, dobrze, że słońce zrobiło robotę, bo chęci do wyjścia ledwo starcza dla siebie, a tu trzeba jeszcze motywować młodocianych.

I wyszliśmy, i słońce migotało sobie frywolnie w rzece i było tak optymistycznie, że prawie już wyciągaliśmy koce piknikowe i letnie kapelusze. Nie zdążyliśmy oczywiście, bo nim minęło południe, słońce zaszło za horyzont i odarło listopad z jego kunsztownego przebrania, niczym północ kopciuszka. I jak kopciuszkowa suknia na powrót stała się łachmanami, tak błoto wiosenne stało się błotem listopadowym, a gałęzie na których już-prawie-były-pączki, zmieniły się w gałęzie rozpaczliwie nagie i wyczekujące śniegowego okrycia.
Wróciliśmy czym prędzej, żeby to miłe wrażenie nie zatarło się całkowicie, ale ten spacer jakoś przytulił nas wewnętrznie.

 

1 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewiosnazima

przed… przed…

by Paulina 23 lutego, 2017

Wiele osób porównuje luty do listopada. Że podobnie szaro, depresyjnie i nieprzyjemnie, że dwa najgorsze miesiące w roku. Zupełnie się z tym nie zgadzam.

Oczywiście nie będę ściemniać, że wolę luty od maja czy sierpnia.

Ale listopad i luty, w tej swojej szarej mokrości, mają swój klimat. I są tak naprawdę zupełnie różne.

W listopadzie świat otula szarością jak kocem. Lutowa szarość obnaża – psie kupy, poszarzałą cerę i brudne okna.

W listopadzie zasiadam na kanapie z grubaśnymi książkami, grzańcem i zupą dyniową. W lutym z kanapy się zrywam, wysiewam kiełki, planuję przesadzanie roślin i drobne remonty.

W listopadzie mój wewnętrzny niedźwiedź z czystym sumieniem ignoruje takie drobiazgi jak kurz czy brudne okna. W lutym to wszystko irytuje, ale to taka pozytywna irytacja,
która motywuje, aktywizuje i nakręca.

Listopad jest momentem tuż po zmierzchu. Luty to przedświt.
 

Czujecie już inne powietrze?

Deszcz pada, wicher świszcze, świat pławi się w szpetocie jak
fanatyczny turpista, ale we mnie i tak wszystko już wybiera się na piknik.
Zaraz będzie
przepięknie.

23 lutego, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćkulturalniemindfulnessslow lifestylezdrowie dziecizima

Nawet chcieć się nie chce dziś, czyli jak dodać sobie energii w zimie

by Paulina 29 stycznia, 2017

 

jak wypocząć, uważność, brak energii

 Gdy rozbiera się choinkę i zdejmuje te wszystkie świąteczne ozdoby z domu, to ten moment się zbiega z takim niefajnym okresem zawieszenia.

To jest ten czas kiedy wyczerpują się do zera zapasy energii i słońca zgromadzone w lecie. Czas atakujących ciągle infekcji i braku sił by z nimi walczyć, czas zimna przenikającego do kości, ospałości, zmęczenia i górującej nad wszystkim potrzeby zawinięcia się w kocyk z czymś ciepłym do picia, oglądania dobry filmów i czytania rozbuchanych powieści przez najbliższy miesiąc.
Dopadło i mnie, mimo ostatnich zachwytów zimą i zimnem.
Nie chce mi się ćwiczyć, za to chce się jeść, i to najbardziej frytki, fondue i treściwe zupy, ze śmietaną. Albo ciasta, jeszcze ciepłe najlepiej, maślane.

Słucham sobie teraz Tajemniczy Ogród i tak na mnie sugestywnie działają te opisy budzącej się przyrody… I ta choinka wyrzucona… A przy tym zima w pełnym rozkwicie i nawet nie próbuję jeszcze budzić w sobie tego nastroju przedwiosenno – oczekującego i kupować tulipanów z Lidla czy siać rzeżuchy – to jeszcze nie ten czas. To czas, który trzeba przetrwać, i jakoś radzić sobie z kompletnym brakiem energii, który, niestety, trochę się kończy błędnym kołem, bo im mniej mam energii, tym mniej  robię, a im mniej robię, tym mniej energii mam.
Dlatego, staram się jakoś spiąć w sobie i ratuję się, jak mogę. Jakiś czas temu, żeby jakoś się ożywić, wprowadziłam u siebie „program naprawczy”, bo jak tak dalej pójdzie, marca doczekam jako grubas bez kondycji, za to z pryszczami, wzdęciami i depresją.

Co ciekawe, małoletni nie odczuwają zupełnie spadków energii

Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie…

 Comfort food vs superfood

Generalne założenie, to „jak mogę, wybieram zdrowiej”. Czyli może i tucząco i ciężkawo, ale przynajmniej naturalnie. Czyli np frytki z prawdziwych ziemniaków a nie czipsy. Majonez robiony w domu z jajka od szczęśliwej kury, zupy z dużą ilością warzyw, zupy kremy. Zapiekanki może i z masą roztopionego sera ale też masą dobrych i wartościowych rzeczy w środku. Przypraw dużo, ale żadnych gotowych mieszanek, żadnych „miksów, fixów” itd. Żadnych margaryn za to sporo dobrych olejów. Zdaję sobie sprawę, że czasem może to przypominać zamawianie coli zero do bigmaca, ale podobno diabeł tkwi w szczegółach.

A do tego dodaję różne napoje mocy.

Dzień zaczynam od ciepłej wody z cytryną, miodem i chili.
Codziennie piję zakwas buraczany. (pisałam o nim już tutaj) Zwykłe i poczciwe buraki same w sobie działają pobudzająco ożywczo i energetycznie, a do tego mają całe mnóstwo wartości odżywczych (żelazo, kwas foliowy i masa witamin), a kiszonki to wspaniała rzecz wzmacniająca odporność.

Piję koktajle z zapałem neofity – mamy wreszcie porządny blender kielichowy, który mieli mi liście i twarde warzywa tak, że moje smoothies są naprawdę smoooooooooth. Zawsze staram się tam wrąbać jakiegoś superfooda – olej kokosowy, jarmuż, spirulinę, jagody goji, siemię lniane, komosę ryżową – oczywiście tak, żeby całość dobrze smakowała. (na zdjęciu jagody goji, resztka jaglanki porannej, banany, pomarańcza i grejpfrut)

Piję też „herbatkę imbirową„. Chodzi o parę plastrów świeżego korzenia imbiru gotowanych przez parę minut w wodzie. Imbir, jak pewnie wiecie, jest super, podkręca metabolizm, wzmacnia organizm, leczy przeziębienia i zwiększa koncentrację (przydatne!)

I w ogóle piję ciepłe rzeczy zawierające zdrowie. Czystek, lipę, melisę.

No i zmuszam się do machnięcia czasem nogą czy ręką. Albo przynajmniej solidny plac zabaw czy spacerek z dzieciakami.

A poza tym, nie odmawiam sobie jakoś drastycznie tych esencjonalnych
zup, zapiekanych ziemniaków, kremowych sosów i złocistych grzanek. W
końcu kiedy, jak nie teraz? Czasami trzeba sobie trochę pofolgować,
pogłasiać swoje zmarznięte (i wychudzone zapewne…) wewnętrzne dziecko.
 

29 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6

Ostatnie wpisy

  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Rzym z dziećmi, czy warto?

    2 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • wakacje z dziećmi w górach – część praktyczna

    20 sierpnia, 2018
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry