Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

zima

aktywnie z dziećmicodziennośćkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinpasjaprzyjemnościzima

Co robić w Lublinie zimą

by Paulina 17 stycznia, 2017

Że Lublin w sezonie wiosenno – letnim jest super, pisałam wielokrotnie. Festiwale, ogródki, plenery i parki, jest różnorodnie i fajnie.
A co robić teraz, gdy rowery miejskie schowane, podobnie jak knajpiane ogródki i chęci do wyściubiania nosa z domu? Gdy noc zapada dwie chwile po śniadaniu, gdy zimny wiatr i śnieg przegania Tam, gdzie spokój jest święty,
No bo święci są pańscy
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje cię Pan.


Chociaż bardzo lubię ten domowy czas, tę przytulność z gorąca herbata i ciasteczkami gryczanymi, świeczkami i światełkami różnymi, gdy układamy z dzieciakami puzzle, czytamy książki w namiocie, to i tak bywa, że mnie nosi.
Wyszukuję co-by-tu, i ruszamy w miasto nasze kochane.

 

Nie widać tego może tak jak w lecie, gdy wszystko dzieje się na wierzchu, ale i teraz jest co robić. Mamy fajne przestrzenie wewnętrzne, w których odbywają się rzeczy czasowe i parę stałych miejsc do odwiedzenia.

Tak to jest, że jak się faktycznie mieszka gdzieś na stałe, to nigdy nie ma czasu odwiedzić lokalnych atrakcji, bo one przecież zawsze będą, trzeba odkrywać świat odległy. Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Lyonie, motywowani tymczasowością naszego mieszkania tam, korzystaliśmy, ile się dało i zawsze wychodziło potem śmiesznie w rozmowach z Francuzami gdy okazywało się, że odwiedziliśmy miejsce dla nich oswojone, ale nie poznane.
Nie mamy może w Lublinie takiego muzeum sztuk pięknych, dworu braci Lumiere, czy pamiątek z czasów starożytnych, wiadomo, że to inna skala. Ale i tak jest gdzie pójść, i czym się zachwycić.
Jest (nie)sławny zamek lubelski, niestety wielu kojarzący się głównie z hitlerowskim, a później stalinowskim więzieniem, ale który ma wiele ciekawego do zaoferowania. Przede wszystkim imponującą, trzynastowieczną wieżę romańską i kaplicę Trójcy Świętej, z pięknymi freskami. Jest też muzeum, ale jego wystawa stała nie jest specjalnie oszałamiająca, za to warto interesować się czasowymi, bo bywają naprawdę fajne.

Idąc z zamku w stronę starego miasta, przechodzimy przez bramę Grodzką, a tam, ciekawe, dość nietypowe muzeum-archiwum wspomnień świadków historii. Lublin. Pamięć Miasta, czyli stała wystawa poświęcona wspomnieniom z wielokulturowego, przedwojennego Lublina (to tam wybrałam się w ubiegłym roku z moją Babcią).

Na ulicy grodzkiej jest jeszcze muzeum – apteka i Izba Pamięci Żydów Lublina.

Grodzką dochodzimy na rynek, a tam można przejść się Lubelską Trasa Podziemną, zajść na ulicę Złotą do przepięknej (obecnie remontowanej) Bazyliki Dominikanów, wstąpić do niewielkiego Muzeum Czechowicza. Zupełnie niedaleko jest jeszcze Archikatedra Lubelska, a tam, poza wystawą liturgiczną jeszcze ciekawa Zakrystia Akustyczna (ja zawsze znałam ją jako Kaplicę Szeptów, uważam, że ta nazwa brzmi znacznie lepiej).
Na przeciwko Archikatedry znajduje się Dom Słów, czyli Izba Drukarstwa, w którym jeszcze nie byliśmy, a który myślę też może być ciekawy.
Jest jeszcze Majdanek, oczywiście nie do zwiedzania z dziećmi, czy w ramach miłych niedzielnych spacerków, ale z pewnością wart odwiedzenia.

To są te rzeczy na stałe i miejsca raczej Lublinianom znane. Ale często jest też tak, że znane tylko ze słyszenia. Albo i odwiedzone, ale jakieś sto lat temu z wycieczką z podstawówki. Teraz w zimie jest idealny moment, żeby jakieś zimne i wietrzne popołudnie spędzić właśnie w takich miejscach.

Druga kategoria, to sytuacje bardziej motywujące, czyli czasowe.
Naprawdę sporo się dzieje, tylko dla dzieci, albo z dzieciakami, albo bez dzieci;)

Są typowo dziecięce spektakle, warsztaty, wystawy dzieciom dedykowane, zajęcia muzyczne, plastyczne, spotkania. Warto zainteresować się ofertą Teatru Andersena, Filharmonii, Teatru Starego, Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultur i osiedlowych domów kultury i bibliotek, jest tego naprawdę sporo, i wiele z nich zupełnie za darmo lub za symbolicznego piątaka.

Są wydarzenia w których mogą uczestniczyć całe rodziny. Te lubię szczególnie, bo treść jest dedykowana raczej dla dorosłych (bo nie każda aktywność rodzinna musi być podporządkowana dzieciom), ale całość jest przyjazna także najmłodszym. Np. Kino dla rodziców z małymi dziećmi (CK), albo spektakle teatralne z bawialnią dla dzieci obok (Teatr Osterwy, jesienne Konfrontacje Teatralne) . Ale też po prostu różne wystawy np., na które chodzimy razem z maluchami. I wtedy nieletni są trochę obok, nie zawsze zainteresowani. Staramy im się pokazywać obrazy, zdjęcia czy inne obiekty i opowiadać o nich, ale bez jakiejś nadmiernego nękania, mają też zawsze jakieś małe resoraki, żeby nie czuły się do niczego przymuszane. W każdym razie są z nami, trochę w mój ulubiony sposób naturalnie i przy okazji nasiąkając różnymi aktywnościami, trochę przy okazji chłonąc jakieś okruchy kultury i sztuki.

Są też oczywiście różne koncerty i imprezy wieczorne, ale tu już do gry wchodzą dziadkowie.

 

 

Staram się zawsze mieć aktualnego ZOOMa, – to taka mała gazetka,
która jest dostępna za darmo w różnych punktach kulturalnych (ale też na
pocztach, w przychodniach…) i zbiera wszystko, co się będzie działo w
danym miesiącu, wszystko podzielone na kategorie. Są też strony
internetowe różnych instytucji, fejsbuki i aplikacja „co, gdzie,
kiedy?”

A jak jest z Wami, w zimowe miesiące eksplorujecie własne miasta, zapadacie w zimowy letarg, czy uciekacie jak najdalej?
Dajcie
też proszę znać, czy bylibyście zainteresowani tego typu cyklem, z
bardziej konkretnymi propozycjami różnych aktywności w Lublinie i
okolicach
?

17 stycznia, 2017 19 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślaniaspacerzima

a jeśli zima to w śniegu cała

by Paulina 13 stycznia, 2017

Nie jestem może jakimś największym na świcie fanem zimna, ale mimo wszystko powtarzam za klasykiem, że jak jest zima, to musi być zimno.
Ale tak naprawdę zimno, a nie jakieś bździawe okolice zera…

I zawsze czekam, na choć parę dni takich solidniejszych mrozów, takich dieslo-killerów. Jak tak przymrozi, to człowiek, mimo rajtuzów pod spodniami, zamarzniętych włosów i zdechłego samochodu, zdecydowanie czuje że żyje. Zawsze słyszałam od babć, że musi być duży mróz w zimie, bo wybija robactwo i potem w lecie jest mniej komarów. Podobno nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, jest wręcz przeciwnie – przy dużych mrozach owady po prostu zakopują się głębiej i żadnej owadozagłady nie ma.
Ale siedzi to we mnie. Zima jest. To musi być zimno.

Oczywiście, że przyjemniej byłoby mi teraz na jakieś rajskiej wyspie pod palmami chodzić boso po ciepłym piasku… Ale na tym to właśnie polega – w życiu nie musi, a wręcz nie powinno być zawsze przyjemnie i komfortowo. Przy wiecznym komforcie i nieustannej przyjemności ciało wiotczeje, charakter flaczeje, mózg rozmamłuje, wszystko się nudzi, zasładza tak na mdląco – klejąco.

A mróz nadaje nam jakiejś dzielności.
Ja wiem oczywiście jak to brzmi – w tym naszym wygodnym społeczeństwie, bezpiecznym i stosunkowo zamożnym, pełnym kaw z cynamonem, herbat z imbirem, kominków, wełnianych kocyków i termoforów.
Ale na taki mróz dobrze jest spod tych kocyków wyjść i się w tę zimę porządnie zanurzyć. Pochrupać i poskrzypieć butami po błyszczącym śniegu, mrużyć oczy na ostre zimowe słońce, poczuć szczypanie na policzkach. A po takim spacerku przy minus 20, we wspaniały sposób rozgrzewa się krew, nabłyszczają oczy, zarumieniają policzki i pojawia się zupełnie nowa, świeża energia, towar deficytowy o tej porze roku.

I się czuje taki intensywniejszy kontakt z naturą. Mniej komfortowy niż wąchanie kwiatków w ogrodzie, taki, który choć troszkę uświadamia, jak bardzo od tej natury jesteśmy zależni. Taki, który daje jakieś połączenie z pierwotnym człowiekiem w nas. A ja jakoś potrzebuję takich choć w niewielkim stopniu pierwotnych sytuacji. Niekoniecznie może od razu walki z niedźwiedziami i szycia sobie ałtfitów ze skóry tychże. Po prostu pójścia z dzieciakami na dłuższy mroźny spacer i zanurzenia się w to wdychanie lodowatego powietrza, szczypanie policzków i ręce kostniejące w minutę po zdjęciu rękawiczek.
Nie wiem czy widzieliście, jest taki film Capitain Fantastic o ojcu, zbuntowanym wobec naszej cywilizacji, wychowującym swoje dzieci wśród natury, w takiej trochę utopijnej rzeczywistości. Życie w lesie, polowanie, długie biegi, sprawność, a przy tym dużo książek, rozmów, nauka samodzielnego myślenia. Bardzo na mnie duże wrażenie zrobił, zwłaszcza w kontekście wychowywania naszych własnych dzieci i tego na co się godzimy z dzisiejszego świata, gdzie idziemy na kompromis, a gdzie idziemy pod prąd.

W każdym razie, bo ja tu się rozgadałam o utopijnych wizjach. Ten śnieg, ten mróz działają na mnie cudownie ożywczo. Niewygodne to może, ale potrzebne.
I zwyczajnie piękne przecież, na swój cudowny, bajkowy sposób piękne.

 

 

Zabawa w chowanego. Iskra przemyślnie ukryta.

 

13 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmigórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Góry na Sylwestra. Reaktywacja

by Paulina 2 stycznia, 2017

Tak bardzo się cieszę, że wróciliśmy w góry sylwestrowe. Nie tylko – choć to też – ze względu na fajny wyjazd w fajnym gronie, ale też na ten przełom roku, czas płynący w górach trochę inaczej i wspaniały dystans do świata jaki się w górach zyskuje.
To dobrze robi dla symbolicznych zamknięć i otwarć.

Beskid Niski, cudownie niepopularny, niezbyt może spektakularny, ale
szalenie klimatyczny. Cały brzmi Wolną Grupą Bukowiną, i stawianiem
kroków – w tym roku skrzypiących śniegiem, i nasyconą ciszą górską
jedyną w swoim rodzaju.

Jechaliśmy na południe i z
każdym kilometrem robiło się bardziej biało. A na miejscu, w niewielkiej
łemkowskiej wiosce, już całkiem baśniowa migocąca śnieżna pokrywa.
Dzieciaki zaniemówiły z zachwytu i gdy tylko wyładowaliśmy całą obfitość
naszych bagaży ruszyliśmy w poszukiwaniu górek na sanki.

I tak codziennie. Spacerki górsko – śnieżne, a wieczorami, biesiadowanie (ze zwiększoną już średnią wiekową) z grzańcem lub tequilą i ogniem w kominku.

 

 
A gdy niebo z perłowo szarego zmieniło się w lśniąco niebieskie,
załadowaliśmy opakowaną w ciepłe gacie i śpiwory młodzież do nosideł i
ruszyliśmy trochę wyżej. Nie mogę powiedzieć, że zrobiliśmy jakąś
szaloną trasę, czy mega szczyty, na co nie bez wpływu były nasze
rozśpiewane ładunki na plecach. Ale wystarczyło i tak, żeby się
zachwycić totalnie. Zobaczcie zresztą sami.

 

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

2 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowoświętazima

świątecznie, trochę

by Paulina 23 grudnia, 2016

Jeśli ktoś oczekuje tu dziś sielanki i rozestetyzowanej magii przygotowań świątecznych to serdecznie żałuję, ale się nie doczeka.

Nie będzie ani skarpet w reniferki, ani ozdabiania prezentów z pomocą samodzielnie suszonych pomarańczy, ani zarumienionych pociech w białych rajstopkach. Nie będzie też czuwającej nad wszystkim uśmiechniętej Pani Domu w jakimś wytwornym wdzianku. Będę za to ja, w umączonej pomarańczowej bluzce z chaosem na głowie i obłędem w oczach, moja niesforna dziatwa z glutem pod nosem i jękiem na ustach oraz małżonek robiący półki na ścianie w kuchni. Wszyscy po kolei dotknięci infekcją, niegroźną acz upierdliwą.

Oto mamy piątkowy, przedwigilijny wieczór, a ja nadaję do Was z chaosu. Miało być – a jakże – inaczej. Nie, żeby od razu idealnie, doskonale i że 21 grudnia pakujemy ostatnią perfekcyjną paczuszkę prezentową, a potem już tylko pławimy się w klimacie, podjadamy fikuśne pierniczki i słuchamy klimatycznych piosenek z dzwoneczkami. Planowałam po prostu ogarnąć większość czarnej roboty, gdy milusińscy będą w przedszkolu, a potem, już razem z nimi, bawić się w przygotowania, i żeby mi pomagali w robieniu ciasteczek, czy lepieniu pierogów. Mieli jechać razem z tatą po choinkę, a potem mieliśmy poczekać kilka dni (w międzyczasie zrobić długaśny łańcuch) i spędzić fajne popołudnie ubierając ją razem i podjadając te pierniczki (które miały się nie przypalić). W planach było też malowanie pewnego motywu u dzieci w pokoju. I te półki w kuchni. I pójście na łyżwy, zimowe spacery.

A tymczasem Pan Choróbka rozpanoszył się wygodnie w naszym nieświątecznym domu i tak został przez kolejne dni, potęgując chaos, rozmarudzając dzieci i zagęszczając atmosferę. Każdego dnia kolejne zadania przekładałam na dni następne, albo z nich rezygnowałam całkowicie. A dzieciaki każdego dnia były bardziej zmęczone gorączką, kaszlem i zamknięciem w czterech ścianach, a co za tym idzie oczywiście, bardziej skłonne do kłótni i awantur. Za to ja, podobnie jak one zmęczona, byłam coraz mniej skłonna do empatii i mądrych, wychowawczych reakcji.
Pomagali mi za to niezłomnie, np. zalepiając gotowe pierogi surowym ciastem.

Tak że ten.

Nie mogę powiedzieć, że najudańszy był ten przedświąteczny tydzień.
Ale, nie każdy przedświąteczny tydzień musi tak koniecznie być najudańszy.
Trochę klimatu zbudowaliśmy jednak. Mamy pachnącą choinkę (z długaśnym łańcuchem), piękne półki w kuchni, sto milionów pieczonych pierogów z kapusta i grzybami (bo troszkę pojechałam z ilością farszu) i całą lodówkę ozdobioną świąteczną twórczością dziecięcą. Chleb się piecze, kompot z suszu pachnie cynamonem, zakwas buraczany nabiera charakteru. Michael Bublé dla nas śpiewa, zaraz zapakujemy te prezenty w złoty papier, nie będzie dodatkowych ozdóbek. A dzieciaki zdrowieją.
Jest dobrze.
Czego i Wam, na te Święta życzę. Żeby było dobrze i po Waszemu, bez względu na okoliczności bardziej, lub mniej sprzyjające.

23 grudnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggeddzieckoprzyjemnościslow lifestyleświętazima

Migotanie, blaski i dzwoneczki

by Paulina 9 grudnia, 2016

Zaczął się z przytupem, cały ten czas dzwoneczków, światełek, i hohoho-czy-są-tu-grzeczne-dzieci. Czas tego wymiętolonego, sponiewieranego wciskaniem wszędzie ducha świąt.

Sypnęło. Zabieliło, zmiękczyło listopadową surowość, zalśniło.
Wyjęliśmy
sanki i pobiegliśmy korzystać z okazji, bo w tamtym roku za wiele ich
nie było. Śnieg trzeszczy pod butami i pachnie białością, sanki z przed
prawie trzydziestu lat dają radę aż miło. Zjeżdżamy z Wielkiej Ogromnej
Góry osiedlowej, oczy łzawią od wiatru i śmiechu, dzieci piszczą z
radości. Bijemy rekordy, kto pojedzie dalej i zrobi najdłuższy sankowy
ślad. Dzieciaki robią orły w śniegu, zaśmiewają się i zadeptują je zanim
jeszcze zdążą się dobrze podnieść.
Z balkonu sąsiedniego bloku słychać delikatne dzwonienie. Lepszego klimatu być nie mogło.

 

Rumieńce, przemoczone rękawiczki, błyszczące oczy.
Wracamy jeszcze wśród śmiechu, dzieciaki ciągną sanki na zmianę.
A
w domu cała ta szczęśliwa bańka pęka gwałtownie i prawdziwe życie wali
nas z placka w te uśmiechnięte twarze, bo mieszanka głodu, zmęczenia i
wielkich emocji skutkuje awanturą, histerią i buntem. Dla zachowania
równowagi, za słodko być nie może.

I ten Mikołaj.
Już w poniedziałek rano się zaczęło.
Rozpakowali pakiecik z adwentowego kalendarza. Z zadaniem upieczenia
ciasteczek dla Świętego Mikołaja. Przypomniało nam się o tym trochę
późno, bo w zasadzie to spać już by należało. Ale zadanie trzeba
wykonać, nie ma wyjścia.
Przyszurali swoje krzesełka, ustawili się
ciasno przy mnie, pilnowali, żeby mi sprawiedliwie pomagali sypać mąkę i
cukier, i masło, mikser i wagę włączać na zmianę, kto ile ma foremek, i
jakie i dlaczego ona ma kaczkę mamo, i ja tes chce tlaktola.
Iskra podśpiewuje i upycha na grubo ciasto do foremki, Wilczek
rozwałkowuje na krzywe placki. Wycinają krzywe samoloty, koślawe auta i
nieproporcjonalne kaczki. Piękne. A oni cali w mące i emocjach. Potem
ulepili jeszcze”dowolne wariacje”, czyli dwie bezkształtne formy żabę i rybę piłę.
Zapachniało.

Ciasteczka dla Mikołaja na talerzu, mleko w
szklance. Oczy mocno zamknięte, ale buzie się nie zamykają. Wilczkowi
rozwiązuje się worek z pytaniami zadawanymi świszczącym, teatralnym
szeptem, Iskra śpiewa hohoha, tralala, co to za Mikołaaaj. Gdy w końcu
zasypiają, nam udziela się ten naiwnie radosny nastrój, pakujemy,
wyjadamy mikołajowe ciasteczka, piszemy listy do grzecznych dzieci, z
czarnej płyty miękko wybrzmiewa Nat King Cole.
Na zmianę tajniaczymy się
z prezentami dla siebie, niby to na chwilę po coś wychodzimy, utykamy
te książki i płyty pod poduszką, a potem, gdy idziemy spać, kładziemy
się z udawaną obojętnością, ale jednak ostrożnie, na wszelki wypadek.
Mamy naszego, tradycyjnie trochę przedwczesnego Mikołaja i listy do
siebie pisane.

W nocy przebudzają się oboje, jakieś sny i przeżycia układają się w tych
małych głowach, dużo tego wszystkiego do ogarnięcia. Rano wstają
niewyspani, i u progu jęku i marudzenia dostrzegają kolorowe paczki.
BYŁ! Ciasteczka zjadł! Prezenty są, hurra! Ta ich radość… wyskakana,
wyśpiewana, najmocniejsza. Ściskająca w gardle aż.

I tak. Co prawda śnieg właśnie rozpaczliwie topnieje, jakiś wirus się przypałętał (a z nim i humorki marudzące) i trochę ten klimacik się nadpsuł, ale będzie pięknie, jeszcze się rozmigocze.

9 grudnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckospacerzima

Spacery zimowe

by Paulina 20 stycznia, 2016

Zima zima, zaśnieżyło, korzystamy.
Dziadzia przywiózł nasze prehistoryczne sanki, w pełni sprawne, dzieciaki poznają wreszcie co to jest.

„Idziemy na dwór” oznajmiam, „na sanki”, dodaję, spodziewając się, że dzieciaki w te pędy pójdą zrobić siku i stawią się w przedpokoju gotowe na kombinezonki i skafanderki. Ale nie ma lekko. Wilczek musi koniecznie kończyć zabawę pociągiem, wpada w rozpacz, bo siostra mu rozwaliła tory, i „masynista się zgubiła”. Kątem oka widzę, jak rozwalacz torów podskakuje w rajstopie na jednej nodze z nieszczęsnym duplo ludzikiem w łapce. Wymieniam maszynistę na duplo kotka, zarządzam absolutnie ostatnią rundkę pociągu. Daję pić Iskrze. Zakładam im (i sobie) te warstwy nieszczęsne, robi się gorąco. Przebieram zalaną piciem bluzeczkę.
Prawie gotowe, dzieci zbiorowo odczuły potrzeby toaletowe (mój błąd, trzeba było zapytać o siku wcześniej). Ubieramy się. Znowu. Mocuję się z wilczkowym zamkiem w kombinezonie, Iskra znika z pola widzenia. Po chwili odnajduję ją w łazience, w nieswojej (oczywiście) czapce, próbującą napić się płynu do soczewek. Coraz cieplej. Jeszcze krem na buzię, szaliki, poszukiwania jednego buta córy (znalazł się w kuchni, obok wzgardzonej skórki od chleba). Wychodzimy, wolę nawet nie sprawdzać, ile czasu minęło od mojego hasła o wychodzeniu. Sanki pod pachę, dzieciaki za ręce, złazimy z trzeciego piętra, ja, mnąc przekleństwa pod nosem, dwa ludziki michelin chwiejąc się niebezpiecznie, przysiadając na schodkach, walcząc o autonomię domagając się założenia rękawiczek JUS TELAS, lub chcąc koniecznie trzymać siostrę za rękę.
Uff. Pomrukuję jakieś teksty o cholernej zimie, cholernych spacerkach, kwiecie lotosu, ciężkich sankach, zapomnianych chusteczkach i jeszcze inne takie…

Idziemy. Tzn ja idę, i ciągnę towarzystwo po resztkach śniegu na pilnie odśnieżanych chodnikach.

Aż docieramy nad rzekę, gdzie zupełnie za darmo dostajemy takie arcydzieło.

 Ot tak, dla nas. Migoczącą białość, połyskującą świetlistość, tysiące odcieni bieli. Przepiękne rysunki białych drzew, małe, lśniące kryształki na gałęziach tworzące taką właśnie obłędną całość. Zatyka z zachwytu. Nieletni gadają do kaczek, brną po śniegu, ciągną sanki, badają, oglądają, zyskują fantastyczne rumieńce i gluty pod nosem (których nie mam czym wytrzeć za bardzo…).

A jednak warto.

20 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćkawamindfulnessrozmyślaniaslow lifestylezima

Wielka moc małych rzeczy

by Paulina 12 stycznia, 2016

Szczegóły. To szczegóły i drobiazgi decydują o całokształcie i ogólnym wrażeniu. Sól ziemi. Sól, przyprawy, dodatki i akcenty. To one robią efekt. Z pewnością wiecie, o czym mówię. Prosta czarna sukienka, a do niej spektakularne buty, nieskomplikowana potrawa, a czasem nudne warzywo  przyprawione efektownie. Miły, normalny wieczór, ucudowniony o jeden piękny gest. I tak dalej.
Macie tak? Drobiazgi, małostki, szczególiki które są najważniejsze na świecie? Dzisiaj podzielę się z Wami moimi.

Świeżo mielony czarny pieprz.
Jestem smakoszem, dawałam temu wyraz wielokrotnie na tym blogu. A jednocześnie lubię prostotę. Nie doprawiam jedzenia wielopiętrowymi mieszankami przypraw, kombinacjami typu :przyprawa do karkówki z grilla”, nie przepadam za kombo w stylu: chili, czosnek, zioła prowansalskie, imbir, czomber i czarnuszka. Dlatego znaczenie ma dla mnie jakość przypraw. W Lublinie na targu na Wileńskiej jest jeden pan z przyprawami. Śmiejemy się że na zakupy u niego trzeba dorzucić dodatkowe minimum pół godziny, na pogawędkę o niuansach cynamonowych i rodzajach goździków.Ale warto. Kupiony u pana-na-wileńskiej pieprz zmielony w porządnym żarnowym młynku, ma się do ciemnego pyłu z torebki jak ognisko w Bieszczadach do elektrycznego kominka z obi. Czyli nijak. Warto doprawiać potrawy świeżo zmielonym pieprzem, to totalnie inna jakość.

Świeże włosy
To trochę moja prywatna obsesja. Jestem posiadaczką włosów mocnych, gęstych i zdrowych, ale z przykrą tendtencją do przetłuszczania. Dietą i sposobem pielegnacji doprowadziłam do tego, że moge je myc co drugi dzień (przy czym dzień drugi to bezwzględnie włosy upięte, zaplecione i genrealnie z zakazem dotykania). W każdym razie brudne włosy oznaczją u mnie totalny upadek kobiecości i poczucia własnej atrakcyjności. Z brudnymi włosami czuję się flejowato, brzydko i ogólnie źle. Pamiętam do dziś Lizbonę, fantastycznie wyglądające Portugalki i moje wrażenie brudnego przybysza ze wschodu które psuło mi całą radość ze zwiedzania, bo nie miałam czasu umyć włosów po podróży. Przeszło po ginginhi i kupionej na szybko opasce;)

Ładna i wygodna bielizna z przyjaznych materiałów
Bez wdawania się w szczegóły, ta niewidoczna w zasadzie część garderoby wpływa u mnie na cały (na)strój. Musi być mi wygodnie i komfortowo, a jednocześnie zmysłowo i kobieco. Trudny kompromis, tym bardziej doceniam gdy uda się taką bieliznę znaleźć. (wszelkie polecenia mile widziane)

Dobra kawa
Kawa jest dla mnie miłym rytuałem. To stały element weekendowych poranków, gdy, jeszcze trochę piżamowo, ale już w miarę ogarniętej przestrzeni, z odświeżonym licem, zasiadamy na kanapie, z muzyką w głośnikach i delektujemy się czarnym napojem. Oczywiście, na tzw co dzień kładę nacisk na mniej celebry, a więcej kofeiny, ale jakość kawy zawsze ma znaczenie. Żadnych rozpuszczalności. Dobra, ziarnista kawa, świeżo mielona i zaparzona w godziwy sposób. Kofeina kofeiną, ale zasady muszą być.

Muzyka
Czasy mamy wygodne. Każdą muzę można odpalić z jutuba, ściągnąć z neta i słuchać w autobusie przez komórkę.
Niby wygodnie, ale jakoś nie bardzo…

„gdy to, co jest naszym wnętrzem, nas otacza
jako najbardziej wypróbowana dal, jako druga
strona powietrza:
czysto,
ogromnie,
już nie do zamieszkania.”
Z komórki? Albo pierdziawkowych głośników laptopa… No nie, gdy nie mam dostępu do porządnych głośników i prawdziwej płyty, wolę ciszę.

Świeże powietrze i świeże spojrzenie
Przy całym moim bałaganiarstwie bardzo sobie porządek cenię, tym bardziej, że przy małych dzieciach to stan zupełnie niezwykły i raczej krótkotrwały. Ale najważniejsze, także dla efektu estetycznego jest wywietrzone mieszkanie, świeże powietrze zdecydowanie „robi” efekt.

Moment „zasiądnięcia” z nową, dobrze zapowiadającą się książką
Ten dźwięk rozchylanych po raz pierwszy kartek, zapach papieru i zapowiedź opowieści…

Co jeszcze, trochę oczywistości, które już się tutaj przewijały i zapewne przewijać będą, bo trochę o tym jest ten blog. Zapach mokrej ziemi w marcu, rzeżucha w lutym, pomidory w lecie, odgłos kroków w górach, pierwsze piwko w schronisku po pierwszym podejściu, błogość hamakowa, brzmienie świerszczy w sierpniowy wieczór…
I mała wielka rzecz, czyli świeży śnieg zimą.

12 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćslow lifestylespacerzima

spacery około noworoczne

by Paulina 4 stycznia, 2016

Trochę z nostalgią myśląc o ponad dziesięciu latach górskich sylwestrów (tradycja przerwana już dwa lata temu niestety, ale mamy nadzieję do niej wrócić), czas poświątecznego zawieszenia spacerowaliśmy sobie po okolicy najbliższej.

Swoją drogą, bardzo ta najbliższa okolica udana. Rzeka jest pełna uroku i kaczek, wokół łąki i pola, niedaleko wiadukt z pociągami, trochę dalej las i jezioro. Dzieciaki mają atrakcje dla siebie, a dorosłym jest zwyczajnie estetycznie przyjemnie.

Pięknie słoneczne były ostatnie dni. Zimowe światło ma niesamowicie dużo uroku, nawet w południe jest rozmiękczone, lekko przymglone, rozmigotane drobinkami unoszącego się śniegu.
Niebo w spokojnym błękicie a płowo – szary świat z listopada osnuła bardzo delikatna białość skąpego śniegu. 


Cieszę się, że trochę się teraz wyspacerowaliśmy, narobiliśmy tych kilometrów, naoddychaliśmy zimnym powietrzem. Pisałam już wiele
razy, że spacerki mają moc. Uważam, że dzieci powinny wychodzić
codziennie i zawsze mam kaca moralnego, gdy nam się nie chce i spacerek (choćby najkrótszy)
odpuszczamy.

Wystarczyło parę dni, by romantyczny rybak został wyparty przez lśniącą tafle lodu i nierozważnych łyżwiarzy…

 

I my weszliśmy na lód przy brzegu. Ach jak mi się chce na łyżwy!

4 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyleświętazima

coraz bliżej, coraz bliżej

by Paulina 22 grudnia, 2015

Pierwsze Święta w Polsce od trzech lat, i we własnym domu. Co prawda brak śniegu psuje trochę klimacik (moje biedne dzieci, poza tą wycieczką w góry, śniegu nie widziały), ale jest dobrze.

Nastrój robi się trochę samoczynnie, trochę przy okazji. Na początku grudnia zarwałam noc przygotowując mocno niedopracowany kalendarz adwentowy (przyznam się od razu, że pierwszego dnia nie było wszystkich paczek, na szczęście moje dzieci jakoś się nie spostrzegły)
Upiekłam też (z nieocenioną pomocą nieletnich) pierniczki. Podzielę się przepisem naszym rodzinnym, choć już jakby późnawo na to;)


0.5 masła
łyżka smalcu
1 szklanka miodu
przyprawa piernikowa (w tym roku robiłam sama, wyszła fantastyczna, z tego przepisu – wszystko w garnku zagotować i dodać do:
2 szklanki mąki żytniej
2 szklanki mąki pszennej
0.5 masła
Zagnieść. Może stać długo, w temperaturze pokojowej.
Przed pieczeniem dodać:

2 żółtka i szczyptę sody, zagnieść, rozwałkować,
wycinać kształty i piec.

Wycinamy, wycinamy, młodsza młodzież tez chce

Po upieczeniu, ciągle jeszcze ich nie udekorowaliśmy…

 U moich rodziców przygotowania pełną parą, światełka, choinki i Renifer wykonany przez mojego zdolnego brata.

 

I „chochinkę” ubraliśmy. Są oldschoolowe bombki od dziadków, koronkowe gwiazdki, słomkowe i papierowe ozdoby, światełka, będą jeszcze pierniczki.
Dzieci codziennie rano sprawdzają, czy ciągle stoi, no i zachwyt ten cudowny, bo „taka piękna mamusiu”.

Starożytny chochoł rodzinny

I już. Święta za chwilę, jakoś nie było czasu wpaść w gorączkę przedświąteczno – zakupową, słynny duch świąt pojawił się i nie naprzykrzał specjalnie, ujawniał się w tych małych, prostych momentach, w zapachach piernika, mandarynek i drzewka, w tych emocjach Ogromnych Największych gdy przyszedł Prawdziwy Mikołaj, w rytualnym rozpakowywaniu paczuszek z kalendarza, kolędach przyniesionych z przedszkola i śpiewanych znienacka („pała na wysokości, a pokój na ziemi”), w oczkach błyszczących i wypiekach rozemocjonowanych, „Trzeszczącej Płycie”, twórczości plastycznej pełnej pokracznych gwiazdek i garbatych Mikołajów i gdy dumni i bladzi pojechali po choinkę z tatą. I już, tylko tyle. I aż tyle.

Wszystkiego dobrego dla Was.

22 grudnia, 2015 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarniezima

zimowe jedzenie

by Paulina 15 grudnia, 2015

Jest zima, a w zimie musi być zimno.

Pisałam już tutaj wielokrotnie, że jedzenie w ciepłych miesiącach jest dla mnie rozkoszą totalną. Uwielbiam tę prostotę, na jaką można sobie pozwolić, gdy wszystko aż bucha intensywnością i odurza wszystkie zmysły.
Ale w gruncie rzeczy, zimą tez może być pysznie, choć trzeba się trochę bardziej wysilić.

Jakiś czas temu na blogu Ruby Times znalazłam sporo fajnych pomysłów na zastąpienie pomidora w zimie.
A dziś u mnie będzie o rozgrzewającej mocy jaką zimowe jedzenie może mieć.

W swoim czasie dość mocno zainteresowałam się medycyną chińską i gotowaniem według pięciu przemian. Spodobało mi się w tej metodzie holistyczne podejście do organizmu i zdrowia i to, że jest ona mocno osadzona w naturze, w otaczającym świecie i zmieniających się warunkach. W końcu człowiek jest elementem świata, a wszystko ma wpływ na wszystko.
Nie będę tu się wymądrzać na jej temat, w Internecie jest mnóstwo artykułów, for, całych stron poświęconych właśnie Pięciu Przemianom. (W fajny, przystępny sposób przedstawiona jest np tutaj lub tutaj)
Chyba lenistwo spowodowało, że według pięciu przemian nie gotuję, ale sporo zasad weszło mi w krew. Jedną z nich jest właśnie dbanie o rozgrzewające jedzenie gdy zimno.

Taka dieta nie tylko sprawia, że robi nam się ciepło od środka, ale także dodaje energii i wzmacnia odporność.

Czyli co.

Ciepłe i gorące składniki

Brzydko się nazywająca, tzw obróbka termiczna. Dość logiczna sprawa, i mało odkrywcza, ale jedzenie ma być zwyczajnie ciepłe. Pieczenie, gotowanie, parowanie, duszenie. W zimie warto unikać surowości i prosto-z-lodówki.

Doprawiamy na ciepło.
Na ciepło, w sensie rozgrzewającymi przyprawami. Imbirem, kurkumą, cynamonem, papryką, chili, gałką muszkatołową, pieprzem, ziołami, kardamonem, czosnkiem.
Fajne czasami wychodzą połączenia i zwykłe dania zyskują nową jakość.
Np wspaniale smakuje dynia doprawiona gałką muszkatołową, w arcyprostej zupie (dynię pieczemy, na patelni dusimy cebulę na maśle z gałką właśnie (i solą i pieprzem), dodajemy do tego upieczoną dynię, zalewamy bulionem, gotujemy, miksujemy. Błyskawiczne, znakomite), albo w takim risotto. Nudnawy kalafior zyskuje zupełnie inny smak w takim połączeniu z kardamonem, a zupa pomidorowa z cynamonem.

 

Zupy! To prawdziwe dobrodziejstwo na zimową porę. Zdrowie w płynie, ciepła rozkosz w brzuchu, ratująca morale i zdrowie po przydługim pobycie na placu zabaw z niezniszczalnym półtoraroczniakiem.
Tradycyjny polski rosołek nazywany jest żydowską penicyliną.
Zupa z pieczonej dyni, pieczonej papryki i czosnku (zalane bulionem, zagotowane, zmiksowane), z dodatkiem oleju z pestek dyni.
Zupa porowa (białe części porów pokrojone w plastry i podsmażamy na maśle klarowanym, dodajemy do tego startego ziemniaka, zalewamy bulionem, gotujemy. Fajnie pasuje do tego garam masala)
Zupa cebulowa, francuski klasyk. Ja dokonuję profanacji i na koniec ją miksuję, nie lubię tych cebulowych pasm w gardle. Warto zrobić ją na prawdziwym brązowym bulionie wołowym, wtedy z pospolitej cebulówki staje się totalną delicją. Do gara można też dodać kieliszek wódki.
Zupa kalafiorowa, z czipsami z kalafiorowych liści. Kto by pomyślał.
Albo cukiniowa, np taka.
I klasyki, krupniki, żurki, barszcze… Ach te zupy.

Kasze.
Cudowne, wspaniałe kasze, dawniej będące podstawą polskiej kuchni, trochę traktowane po macoszemu, ostatnio jakby wracają do łask. Zwłaszcza jaglana, która stała się prawdziwą celebrytką kaszową.
My zajadamy się jaglanką rano przeważnie, w wersji wypasionej. Gotuję jaglankę na wodzie (płuczę ją najpierw, a potem zalewam zimną wodą i gotuję, w razie potrzeby dolewam wody), z dodatkiem rodzynek albo suszonych moreli, pod koniec gotowania dodaję prażone jabłka z cynamonem. Albo gruszki. I jeszcze, żeby było pożywniej, olej kokosowy, albo masło. Dosładzam syropem z agawy.
Ale dodaję też jaglankę do różnych pulpecików mięsnych, jest jaglana fajną bazą do pasztetów warzywnych.

Uwielbiam też gryczaną, chętnie w klasycznej postaci z sosem pieczarkowym i ogórkami kiszonymi. Albo w wersji arcy prostej, czyli kasza gryczana gotowana z dodatkiem oleju z pestek dyni, z podprażonymi pestkami słonecznika, podprażonym siemieniem lnianym, solą morską i oliwą. Albo w chlebie.

Pęczak, u mnie w krupniku, albo takiej sałatce np.

Kolorowa fiesta na paelli

Kolory. Sam widok słonecznej dyni, bordowego sosu pomidorowego z fasolą czerwoną, papryki skwierczącej w piekarniku na pomarańczowo, słonecznego rosołku jakoś dodaje energii i rozgrzewa serca. Wato dbać o estetykę, o energetykę kolorystyczną, choćby w postaci posypania jedzenia przyprawami, czy soczyście zieloną natką pietruszki

Ograniczenie wychładzaczy. Zresztą, warto zdać się na intuicję, w końcu kto jesienią ma ochotę na jogurty, zieloną herbatę czy arbuzy?

Lokalność.
To kolejna zdroworozsądkowa zasada. W naszej szerokości geograficznej nie rosną pomarańcze ani banany, które są wspaniałym orzeźwieniem dla narodów południowych. Skoro są orzeźwieniem, to słabo sprawdzą się wśród grudniowej zawieruchy. A nasze nudnawe może buraki, selery, cebule i inne mają spory potencjał.

Tutaj lokalność ze szczyptą Zagranico, czyli makaron pietruszkowy z pieczonymi buraczkami i camemberttem

Do picia.
Zwykła ciepła woda (warto zainwestować w filtr, wtedy smakujemy wodę, a nie kamień).
„Herbatka” imbirowa, czyli woda z gotowanymi plastrami imbiru, po przestudzeniu można dodać miodu. Rozgrzewa i wzmacnia
Ziółka. Np lipa, melisa, czystek, pokrzywa. Są smaczne i ciepłe, a do tego mają mnóstwo pozytywnych właściwości, witamin i mikroelementów.
Kawa zbożowa. Dopiero przy okazji ciąż odkryłam ten napój i  bardzo polubiłam.
Kawa przyprawowa.
Grzańczyk.

Absolutne niebo w gębie, czyli wołowina po burgundzku. Taki rodzaj wypasionego gulaszu, na obłędnym wołowym bulionie i winie.

 Jeszcze dodam, że nie jestem absolutnie jakimś fanatykiem, do obiadu
mieliśmy dzisiaj (wychładzającą wg KPP) cykorię, wczoraj popijaliśmy z
mężem zwykłe zimne piwko, olej kokosowy specjalnie lokalny nie jest, a
banany mam często na podorędziu, gdy niespodziewany głód atakuje mój
przychówek. A gdy mi się nie chce, jemy prosty makaron albo zwykłe pierogi ruskie z
zamrażalnika. Ale jednak miło jest się szanować, gdy nie szanuje nas aura i podbać o siebie warto.

15 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry