Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

kulinarnie

aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedkulinarniepodróże i wycieczkislow lifestyle

Hobbici na wycieczce, czyli co na piknik cz. II

by Paulina 1 czerwca, 2020
co jesc na pikniku, przekaski piknikowe

Nie zaskoczę Was zapewne, gdy powiem, że gdybym miała spisać ranking wiosennych przyjemności, z pewnością wysoko na takiej liście znalazłyby się nieduże rodzinne wycieczki w naturę.
A jak wycieczki, to i pikniki, nieodłączny składnik udanej wycieczki. Piknik gdzieś w pięknych okolicznościach przyrody to esencja szczęścia i sielanki.
Piknik zbiera w sobie najlepszości: bycie w naturze, poczucie wolności i swobody, relaks i odpoczynek, ucztę dla oczu, uszu, no i ucztę smakową rzecz jasna.


Jeszcze w kwestii uczty dla oczu. Znamy oczywiście wszyscy z te piękne zdjęcia z lnianymi obrusami, wiklinowymi koszykami i kieliszkami błyskającymi schłodzonym rosé, deską pełną serów i (niezgniecionymi) winogronami.
Rzeczywistość bywa raczej pełna plastikowych pojemników z różnokolorowymi przykrywkami, papierków i nieestetycznych folijek, z których nie zawsze da się zrezygnować. Ale to zupełnie nie szkodzi, uczta dla oczu to raczej okoliczności przyrody, nie dajcie się perfekcjonistycznym insta-wizjom, piknik z plastikowymi pokrywkami daje radę aż miło, zaraz Wam udowodnię:D

Na całodniowe wycieczki zazwyczaj wybieramy się rowerami, z przyczepką i sakwami, więc jakąś przestrzeń załadunkową mamy (ale nie na kosze i kieliszki;) ). Na piknikowe przekąski bierzemy przeważnie miękką, turystyczną lodówkę, i ewentualnie dodatkowo materiałową torbę.

No dobra, ale do rzeczy.

Co jeść na pikniku?

(Odsyłam również do wpisu sprzed kilku lat o tym, co jeść na pikniku, pisanego jeszcze we Francji.)

Drożdżówki. 

Od paru lat domowe drożdżówki stały się nieomal symbolem wycieczki. Zawsze korzystam z przepisu Liski, z jej książki „White Plate. Słodkie”. Wychodzą zawsze, są delikatne i puszyste, zmieniam tylko nadzienie – w zależności od tego, co mam pod ręką (jagody – mrożone i świeże, dżem śliwkowy, przesmażone czereśnie, wiśnie, maliny).
Większość zjadają dzieci, które różnie podchodzą do moich innych piknikowych pomysłów.

7g drożdży instant
250ml ciepłego mleka
100g masła
450g mąki
60g cukru (w oryginalnym przepisie 100g)
1/2 łyżeczki soli
120g ugotowanym, utłuczonych ziemniaków

Drożdże rozrobić z 1 łyżeczką cukru, zalać kilkoma łyżkami mleka, dodać łyżkę mąki i odstawić na 15minut. Następnie dodać pozostałe składniki i zagnieść ciasto. Przykryć i zostawić do wyrastania na 1-1,5 godziny, aż podwoi objętość.

Po tym czasie uformować bułeczki (mnie wychodzi około 15 sztuk, robię raczej mniejsze). Na środek położyć owoce, i zawijać ciasto wokół nadzienia.
Przykryć ściereczką i odstawić na ok. pół godziny. W tym czasie rozgrzać piekarnik do 200stopni. Piec około 20 minut.

Wytrawne, warzywne babeczki / muffinki. 

Super wychodzą z cukinią i serem (roladka kozia lub cheddar). Robię je „na oko” i na szybko.

1 większa lub 2 nieduże cukinie (obrane, bez gniazd nasiennych, starte na dużych oczkach)
około pół dużego jogurtu naturalnego
2 jajka
zioła prowansalskie, sól i pieprz
ząbek czosnku

Mieszam
Dodaję pokruszony ser
Do tego dodaję
około półtorej szklanki mąki
płaską łyżeczkę proszku do pieczenia,
płaską łyżeczkę sody

Ilość mąki modyfikuję w zależności od tego, ile cukinia puściła soku. Dlatego całość dobrze jest robić raczej szybko, żeby soku było mniej, i tym samym mniej mąki. Konsystencja ma być jak gęsty jogurt. Masę przekładam do foremki na babeczki i piekę w temperaturze 180 stopni około 40 minut, do zezłocenia.

Zawijasy z placków do tortilli. 

Prosta, szybka rzecz.
Placki można zrobić samemu, ja kupuję gotowe. Smaruję połowę kozim serkiem, układam plastry wędzonego pstrąga lub łososia i pokrojone wzdłuż ogórki, posypuję koperkiem. Placek zwijam jak naleśnik wokół tych ogórkowych słupków. Łatwo się transportuje w pudełku, na pikniku zwinięte naleśniki kroję w plastry.

Kotleciki warzywne. 

To trochę bardziej praco- i czasochłonne, ale warto, bo są pyszne i zdrowe. Korzystam zazwyczaj z przepisów Jadłonomii. Pyszne są np kalafiorowe, lub buraczane.
Wspólna zasada to starte warzywa, ugotowana (wręcz rozgotowana) kasza jaglana, olej, mąka ziemniaczana i przyprawy, kotleciki piecze się w piekarniku i są pyszne na ciepło i na zimno, fajnie pasują do zwykłej masłowej sałaty.

Sałata to zresztą fajny dodatek do wszystkiego, zwłaszcza o tej porze roku. Bierzemy sałatę umytą i wysuszoną w zamykanym pudełku, a zabełtany winegret w oddzielnym słoiczku.

Placuszki

Ja robię placuszki, gdy zostanie jaglanka ze śniadania – czyli taka ugotowana na wodzie, z dodatkiem rodzynek i masła, osłodzona brązowym cukrem. Takie jaglankowe resztki (przeważnie około szklanki) miksuję w blenderze z dwoma jajkami.
Do tej masy dodaję:
około pół szklanki maślanki lub kefiru
i mąkę (parę łyżek tak, żeby całość miała konsystencję gęstej śmietany)
i po pół łyżeczki sody i proszku do pieczenia.
Dodaję pokrojone jabłko.
Smażę na patelni z odrobiną masła sklarowanego.

Hummusy i pasty. 

Uwielbiamy. Można kupić bardzo smaczne ( i z dobrymi składami) gotowe, to fajna opcja, gdy nie mamy czasu lub ochoty na przygotowania.
Można też się pobawić samemu.
O moich ulubionych pastach pisałam już w poście o kanapkach, dodam jeszcze
Baba ghanoush, korzystam z przepisu z Jadłonomii. Najlepiej smakuje oczywiście z bakłażanów upieczonych przy żywym ogniu w piecu chlebowym , ale z tych z piekarnika też bardzo daje radę.
Przepis jest prosty – upieczone bakłażany, najlepiej, gdy skórka jest opalona, czarna, wtedy też dobrze odchodzi, do tego łyżka pasty tahini, sok z połowy cytryny, ząbek czosnku, kumin.

Pesto z pieczonej papryki – tu podobnie, przeważnie korzystamy z okazji rozpalonego pieca chlebowego, papryka opieka się na czarno, i skórka sama odchodzi.
Potem wyjmuję gniazda nasienne, dodaję przyprażony na suchej patelni garść pestek słonecznika, garść startego parmezanu, ząbek czosnku, sól i pieprz i oliwę z oliwek.

Nie podaję dokładnych proporcji, bo tu nie ma prawa się coś nie udać, wszystko jest kwestią osobistych preferencji smakowych.

Pasta z pieczonej dyni i suszonych pomidorów, ten przepis z Jadłonomii.

Do past bierzemy chleb, czasem bułki (wiejskie z Lidla).

Fajną opcją są też sałatki z różnymi kaszami, np ta z quinoą.

Albo:
kasza gryczana (ugotowana)
i pokrojone:
awokado
pomidor
czerwona cebulka
serek kozi/tofu wędzone
trochę oleju, np dyniowego lub orzechowego
można posypać nieaktywnymi płatkami drożdżowymi, albo czarnuszką.
Można wymieszać i włożyć do pudełka i nawet jak te pomidory i awokado się rozwalą, nic się nie stanie, nie będzie może najestetyczniej, ale za to smaki fajnie sobą przejdą.

Dla dzieciaków zawsze sprawdzają się cienkie kabanoski i musy owocowe wyciskane z tubek.
Do tego pomidorki koktajlowe, rzodkiewki, pokrojona marchewka, papryka.

Na wycieczki piesze, gdy cały ekwipunek mamy na plecach, zwykle ograniczamy się do klasycznych kanapek.

co na piknik

Na pieszych wycieczkach starszaki biorą swoje plecaki, a w nich śniadaniówki

I tak dalej.
Pyszne, piknikowe przekąski są super oczywiście, ale wszyscy wiemy dobrze, że nie w nich tkwi istota pikniku. Na pikniku chodzi przede wszystkim o to wszystko, o czym już pisałam. O te okoliczności przyrody, o świeże powietrze, o uziemienie – fizyczny kontakt, dotykanie ziemi (wcale nieoczywista sprawa). Wtedy wszystko smakuje obłędnie.

1 czerwca, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarnie

kanapka nasza codzienna

by Paulina 2 marca, 2016

Jedzenie kanapek stało się nieatrakcyjne, mało instagram friendly, nudnawe i passé. I jeszcze niezdrowe, dodadzą niektórzy. Jedyne dopuszczalne pieczywo z dodatkami, to burgery, a poza tym teraz na śniadania i kolacje wypada jeść jaglanki i owsianki, naleśniki, placki, koktajle i smoothie, ewentualnie croissanta lub poszetowe jajko z sałatką.

A tymczasem dobra kanapka może być i atrakcyjnie wyglądająca, i zdrowa i smaczna.
Zacznijmy od porządnego pieczywa. Świeżego, ze sprawdzonym składem. Pysznej bułki kajzerki z delikatnym miąższem, albo chleba. Prawdziwego chleba na zakwasie,
a nie produktu chlebopodobnego. Porządny chleb na zakwasie, to nie
tylko uczta totalna, ale całkiem sporo korzyści zdrowotnych. Z jednej strony bakterie kwasu mlekowego obecne w zakwasie skutecznie
eliminują związki rakotwórcze (azotany, azotyny, toksyny pleśniowe),
które obecne są w każdej mące. Z drugiej strony fermentacja mlekowa
powoduje rozkład kwasu fitynowego, co umożliwia powstawanie
wchłanialnych form mikroelementów zawartych w ziarnach zbóż. Ponadto
chleby na zakwasie pomagają odbudować korzystną florę bakteryjną
przewodu pokarmowego, są naturalnie zakonserwowane i utrzymują długo
świeżość. (źródło) 



Do tego prawdziwe masło, albo np olej lniany lub dyniowy.

A
do tego… Mamy taką masę możliwości,  że może się zakręcić w głowie.
Chciałabym przedstawić Wam dzisiaj nasze ulubione kanapki.

(Najulubieńsza,
to, jak tu już pisałam wiele razy, chleb, masło, letni dojrzały pomidor
i gruba sól morska, ale dziś zaproponuję mniej oczywiste skojarzenia,
bardziej zimowe).

Kanapka z białym serem twarogowym, plastrami awokado, ze
świeżo zmielonym czarnym pieprzem i grubą solą, skropiona (koniecznie!)
oliwą z oliwek. Kompozycja idealna!

Pasztety warzywne.
Moja mama robi rewelacyjne pasztety mięsne, zażeramy się nimi wszyscy w
nieprzyzwoitych ilościach. Ja specjalizuję się raczej (dzięki
Jadłonomii) z pasztetach warzywnych. Najbardziej lubię chyba
wielowarzywny z kasza jaglaną. Fajny jest też pasztet z selera albo
soczewicy. Wadą jest to, że jednak jest dość praco- i czasochłonny i
generujący trochę bałaganu w kuchni, a ja nie lubię się narobić;) Ale
smak wynagradza te gary do umycia. A do tego, zupełnie niepostrzeżenie
spożywamy całkiem sporą ilość zdrowych składników (warzywa, kasza,
orzechy, olej). Świetnie pasują do tego kiełki (czyli dodatkowa porcja
zdrowia i pyszności).

Pasty warzywne. To szybsza wersja pasztetów. Bardzo lubię np z czerwonej fasoli,
taka meksykańska w smaku. Miksujemy: odsączoną czerwoną fasolę z
puszki, mniej więcej pół czerwonej cebulki posiekanej, parę łyżek oleju,
kolendrę. Bardzo pyszna, a do tego ma piękny kolor, uwielbiam na
kolację.
Albo taka delikatna pasta z zielonego groszku. Jest ślicznie zielona, bardzo świeża i aromatyczna, idealna na przedwiośnie.
Pasty rybne.
Np u mnie w domu jadło się makrelę albo sardynki z puszki rozgniecione
widelcem z białym serem i z dodatkiem przecieru pomidorowego. Świetne z
żytnim chlebem.

Twarożki. To śniadanie niedzielne z mojego rodzinnego domu.
Biały ser, śmietana, jajka ugotowane na półtwardo, wszystko rozgniecione
widelcem. Z dodatkiem tartej rzodkiewki, kiełków lub szczypiorku. Albo
wersja mniej skomplikowana, twarożek kozi ze świeżym tymiankiem – z ciemnym chlebem robi efekt lata, prawie mam potem ochotę na lemoniadę albo mojito.

Hummusy, choć ostatnio zyskały nieco polityczny podtekst, pozostają bardzo pysznym dodatkiem do białego pieczywa i bagietek. Osobiście najbardziej lubię hummus z czerwonej soczewicy, ugotowanej w bulionie warzywnym. Z dodatkiem małego ząbka czosnku, kopiastej łyżki tahiny, z paroma łyżkami oliwy z oliwek, odrobiną octu balsamicznego, przyprawiony majerankiem. Lubię też tradycyjny, z ciecierzycy, a planuję spróbować pozostałych z Jadłonomii.

I jak? Pysznie, co?
Lubicie kanapki?

2 marca, 2016 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarniezima

zimowe jedzenie

by Paulina 15 grudnia, 2015

Jest zima, a w zimie musi być zimno.

Pisałam już tutaj wielokrotnie, że jedzenie w ciepłych miesiącach jest dla mnie rozkoszą totalną. Uwielbiam tę prostotę, na jaką można sobie pozwolić, gdy wszystko aż bucha intensywnością i odurza wszystkie zmysły.
Ale w gruncie rzeczy, zimą tez może być pysznie, choć trzeba się trochę bardziej wysilić.

Jakiś czas temu na blogu Ruby Times znalazłam sporo fajnych pomysłów na zastąpienie pomidora w zimie.
A dziś u mnie będzie o rozgrzewającej mocy jaką zimowe jedzenie może mieć.

W swoim czasie dość mocno zainteresowałam się medycyną chińską i gotowaniem według pięciu przemian. Spodobało mi się w tej metodzie holistyczne podejście do organizmu i zdrowia i to, że jest ona mocno osadzona w naturze, w otaczającym świecie i zmieniających się warunkach. W końcu człowiek jest elementem świata, a wszystko ma wpływ na wszystko.
Nie będę tu się wymądrzać na jej temat, w Internecie jest mnóstwo artykułów, for, całych stron poświęconych właśnie Pięciu Przemianom. (W fajny, przystępny sposób przedstawiona jest np tutaj lub tutaj)
Chyba lenistwo spowodowało, że według pięciu przemian nie gotuję, ale sporo zasad weszło mi w krew. Jedną z nich jest właśnie dbanie o rozgrzewające jedzenie gdy zimno.

Taka dieta nie tylko sprawia, że robi nam się ciepło od środka, ale także dodaje energii i wzmacnia odporność.

Czyli co.

Ciepłe i gorące składniki

Brzydko się nazywająca, tzw obróbka termiczna. Dość logiczna sprawa, i mało odkrywcza, ale jedzenie ma być zwyczajnie ciepłe. Pieczenie, gotowanie, parowanie, duszenie. W zimie warto unikać surowości i prosto-z-lodówki.

Doprawiamy na ciepło.
Na ciepło, w sensie rozgrzewającymi przyprawami. Imbirem, kurkumą, cynamonem, papryką, chili, gałką muszkatołową, pieprzem, ziołami, kardamonem, czosnkiem.
Fajne czasami wychodzą połączenia i zwykłe dania zyskują nową jakość.
Np wspaniale smakuje dynia doprawiona gałką muszkatołową, w arcyprostej zupie (dynię pieczemy, na patelni dusimy cebulę na maśle z gałką właśnie (i solą i pieprzem), dodajemy do tego upieczoną dynię, zalewamy bulionem, gotujemy, miksujemy. Błyskawiczne, znakomite), albo w takim risotto. Nudnawy kalafior zyskuje zupełnie inny smak w takim połączeniu z kardamonem, a zupa pomidorowa z cynamonem.

 

Zupy! To prawdziwe dobrodziejstwo na zimową porę. Zdrowie w płynie, ciepła rozkosz w brzuchu, ratująca morale i zdrowie po przydługim pobycie na placu zabaw z niezniszczalnym półtoraroczniakiem.
Tradycyjny polski rosołek nazywany jest żydowską penicyliną.
Zupa z pieczonej dyni, pieczonej papryki i czosnku (zalane bulionem, zagotowane, zmiksowane), z dodatkiem oleju z pestek dyni.
Zupa porowa (białe części porów pokrojone w plastry i podsmażamy na maśle klarowanym, dodajemy do tego startego ziemniaka, zalewamy bulionem, gotujemy. Fajnie pasuje do tego garam masala)
Zupa cebulowa, francuski klasyk. Ja dokonuję profanacji i na koniec ją miksuję, nie lubię tych cebulowych pasm w gardle. Warto zrobić ją na prawdziwym brązowym bulionie wołowym, wtedy z pospolitej cebulówki staje się totalną delicją. Do gara można też dodać kieliszek wódki.
Zupa kalafiorowa, z czipsami z kalafiorowych liści. Kto by pomyślał.
Albo cukiniowa, np taka.
I klasyki, krupniki, żurki, barszcze… Ach te zupy.

Kasze.
Cudowne, wspaniałe kasze, dawniej będące podstawą polskiej kuchni, trochę traktowane po macoszemu, ostatnio jakby wracają do łask. Zwłaszcza jaglana, która stała się prawdziwą celebrytką kaszową.
My zajadamy się jaglanką rano przeważnie, w wersji wypasionej. Gotuję jaglankę na wodzie (płuczę ją najpierw, a potem zalewam zimną wodą i gotuję, w razie potrzeby dolewam wody), z dodatkiem rodzynek albo suszonych moreli, pod koniec gotowania dodaję prażone jabłka z cynamonem. Albo gruszki. I jeszcze, żeby było pożywniej, olej kokosowy, albo masło. Dosładzam syropem z agawy.
Ale dodaję też jaglankę do różnych pulpecików mięsnych, jest jaglana fajną bazą do pasztetów warzywnych.

Uwielbiam też gryczaną, chętnie w klasycznej postaci z sosem pieczarkowym i ogórkami kiszonymi. Albo w wersji arcy prostej, czyli kasza gryczana gotowana z dodatkiem oleju z pestek dyni, z podprażonymi pestkami słonecznika, podprażonym siemieniem lnianym, solą morską i oliwą. Albo w chlebie.

Pęczak, u mnie w krupniku, albo takiej sałatce np.

Kolorowa fiesta na paelli

Kolory. Sam widok słonecznej dyni, bordowego sosu pomidorowego z fasolą czerwoną, papryki skwierczącej w piekarniku na pomarańczowo, słonecznego rosołku jakoś dodaje energii i rozgrzewa serca. Wato dbać o estetykę, o energetykę kolorystyczną, choćby w postaci posypania jedzenia przyprawami, czy soczyście zieloną natką pietruszki

Ograniczenie wychładzaczy. Zresztą, warto zdać się na intuicję, w końcu kto jesienią ma ochotę na jogurty, zieloną herbatę czy arbuzy?

Lokalność.
To kolejna zdroworozsądkowa zasada. W naszej szerokości geograficznej nie rosną pomarańcze ani banany, które są wspaniałym orzeźwieniem dla narodów południowych. Skoro są orzeźwieniem, to słabo sprawdzą się wśród grudniowej zawieruchy. A nasze nudnawe może buraki, selery, cebule i inne mają spory potencjał.

Tutaj lokalność ze szczyptą Zagranico, czyli makaron pietruszkowy z pieczonymi buraczkami i camemberttem

Do picia.
Zwykła ciepła woda (warto zainwestować w filtr, wtedy smakujemy wodę, a nie kamień).
„Herbatka” imbirowa, czyli woda z gotowanymi plastrami imbiru, po przestudzeniu można dodać miodu. Rozgrzewa i wzmacnia
Ziółka. Np lipa, melisa, czystek, pokrzywa. Są smaczne i ciepłe, a do tego mają mnóstwo pozytywnych właściwości, witamin i mikroelementów.
Kawa zbożowa. Dopiero przy okazji ciąż odkryłam ten napój i  bardzo polubiłam.
Kawa przyprawowa.
Grzańczyk.

Absolutne niebo w gębie, czyli wołowina po burgundzku. Taki rodzaj wypasionego gulaszu, na obłędnym wołowym bulionie i winie.

 Jeszcze dodam, że nie jestem absolutnie jakimś fanatykiem, do obiadu
mieliśmy dzisiaj (wychładzającą wg KPP) cykorię, wczoraj popijaliśmy z
mężem zwykłe zimne piwko, olej kokosowy specjalnie lokalny nie jest, a
banany mam często na podorędziu, gdy niespodziewany głód atakuje mój
przychówek. A gdy mi się nie chce, jemy prosty makaron albo zwykłe pierogi ruskie z
zamrażalnika. Ale jednak miło jest się szanować, gdy nie szanuje nas aura i podbać o siebie warto.

15 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkikulinarnielatomindfulnessprzyjemności

Przyjemności końca lata

by Paulina 30 września, 2015

Jeśli chodzi o przyjemności, powrót do Polski oznacza spełnienie wszystkich nadziei i radości, o których pisałam w tym wpisie. Przede wszystkim trochę czasu tylko we dwoje, w Kazimierzu, czy na wieczornych randkach na starówce lubelskiej. Spędziliśmy też trochę błogich chwil na trawie, w basenie i hamaku w ogrodzie u rodziców, gdy dzieci ogołacały krzaki porzeczek i borówek z babcinego ogródka. Generalnie bratanie z przyroda na całego.

A konkretniej.

JEDZENIE
W sierpniu to głównie kolory, zapachy i witaminy, chętnie prosto z ogródka, nierówne, nadjedzone przez mrówki i brudne w ziemi, najautentyczniejsze.Spektakularnych potraw brak, jest za to sama esencja.

Sałatka z grillowanej cukinii.
Potrzebujemy
– dwie młode cukinie, pokrojone wzdłuż na cienkie plastry (ja to robię obieraczką)
– oliwę z oliwek
– dojrzały pomidor
– czarne oliwki
– feta
– odrobina czosnku

Cukinię delikatnie skrapiamy oliwą z oliwek i smażymy (mocno i krótko) na patelni grillowej. Zmniejszy mocno objętość, ale nie szkodzi. Do cukini dodajemy obranego i pokrojonego (jak kto lubi) pomidora, oliwki i skruszoną fetę. Można polać dodatkowo oliwą z dodatkiem zmiażdżonego czosnku. Proste, szybkie (no, to smażenie cukinii chwilę trwa), i przepyszne

Albo sałatka z kalafiora i pomidora:
Kalafiora gotujemy na parze, dodajemy obranego pomidora. Podajemy z sosem majonezowo – jogurtowego ze sporą ilością zgniecionego czosnku, solą i świeżo zmielonym (to ważne) pieprzem.

Albo z rukolą (wyjątkowo wybujała w tym roku) i gruszką
Warstwowo układamy
– rukolę
– gruszkę pokrojoną w plasterki
– ser typu roquefort
– orzechy włoskie

Albo ten makaron cukiniowy.
Makaron z pesto bazyliowym/pietruszkowm.

Ziemniaki z ogniska! To jest (chyba kolejna już…) kwintesencja letniego jedzenia, które uwielbiam. Najprostsze, najpyszniejsze, najbardziej aromatyczne jedzenie, jakie można sobie wyobrazić. A do tego oczekiwanie, z wpatrywaniem się w migocący żar, albo w nocne niebo, rozmowy i pykanie ognia. Czy może być coś lepszego?

KSIĄŻKI
Różne się książki przewinęły ostatnio przez moje ręce. Poradniki, hmhmm, porządkująco-organizujące, czyli czytana chyba przez wszystkich „Slow Fashion” Joanny Glogazy, które podobało mi się bardzo (dużo konkretów, dobrych przykładów, ciekawych porad i pomysłów), i „Magia sprzątania” Marie Kondo, w której zainspirowała mnie jedynie zasada o przechowywaniu pionowo ubrań, a generalnie pełna była dość patetycznych tekstów o tym jak sprzątanie zmieni moje życie, i o „przeznaczonych sobie torbach”, i łzach rozpaczy towarzyszących czyszczeniu łazienkowego koszyczka pokrytego śluzem

Tyrmand syn Leopolda – kupiłam tę książkę przy okazji jakiejś promocji w Znaku, i w sumie nie wiem, czego się po niej spodziewałam… Może jakiegoś echa fantastycznego „Dziennika 1954”? Dostałam momentami ciekawą, ale w sumie raczej nudnawą autobiografię Amerykanina, który sam w sobie wydaje się być fajnym człowiekiem, ale który nie ma nic wspólnego ze swoim ojcem, bo praktycznie go nie znał, wychował się w zupełnie innych warunkach i wartościach i żyje w zupełnie innym świecie.

Dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie (także grubością). Pierwsza z nich to „Szczygieł” Donny Tartt, świetnie napisana opowieść, arcyciekawa historia, od której nie można się oderwać, bardzo filmowa (ciekawe, kiedy wezmą się za ekranizację, chętnie bym zobaczyła).
A druga, trochę w jakimś sensie podobna, choć moim zdaniem bardziej wysmakowana literacko, to „Wyznaję” Jaume Cabré, o bardzo ciekawej formie, i zgrabnie przeplatających się ze sobą różnych historiach.
 Zdecydowanie polecam!

FILM
Jeden, ale za to jaki. Wreszcie, znając na pamięć ścieżkę dźwiękową, zobaczyłam „K Pax„. Szalenie mi się podobał. Był w nim jakiś rodzaj magii, dobroci, ciepła, jakiejś dobrotliwej krytyki dla naszego świata. Była ciekawie opowiedziana historia. Ta klimatyczna ścieżka dźwiękowa. No i otwartość interpretacyjna, i podstawowe pytanie, kim był główny bohater, coś co bardzo lubię i co sprawia, że o filmie się rozmawia jeszcze parę dni po obejrzeniu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, polecam
.

BIEGANIE
No dobra, nie robię maratonów żadnych (jeszcze!), póki co wciągnęłam się trochę na zasadzie „ja też kiedyś biegłam”. Ale wciągnęłam się, przypomniałam sobie tę energię jaka się wydziela po opanowaniu pierwszej zadyszki, rytm, spokój, uporządkowanie wewnętrzne… Mam bardzo silną motywację, kiedy już ogarniemy sprawy remontowo-przeprowadzkowe, żeby biegać często i regularnie.

A do tego blogi wnętrzarskie, fora budowlane, strona Ikei…

 

30 września, 2015 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarnielato

Co jeść w upały?

by Paulina 25 lipca, 2015

Upały u nas nie odpuszczają. Mamy już wiatrak na szczęście, mamy specjalne sposoby na chłodzenie, może tez się trochę przyzwyczailiśmy.

Generalnie, gdy jest tak gorąco, nie chce się jeść. Do czasu. Gdy wieczorem robi się choć trochę chłodniej, człowiek rzuca się na jedzenie, ze szczególnym upodobaniem gustując w pikantnym i tłustawym. (przynajmniej ja tak mam). Żeby do tego nie dopuścić, nie nie urządzam sobie głodówek w ciągu gorącego dnia, z późnowieczornym nadrabianiem.
Ale co jeść, gdy chce się tylko pić?

Na pewno nie rosołek. Generalnie nic, co wymaga gotowania na ogniu i podnoszenia pracowicie zbijanej temperatury w domu. Niechętnie mięsa. Z przyjemnością świeże sezonowe warzywka, wyroby jogurtowate, wychładzające zioła typu mięta i zimne owoce. Czyli modny ostatnio raw food.

Konkrety.
U nas sprawdza się:
Caprese. Mamy ulubioną panią na targu od której kupujemy absolutnie obłędne pomidory. Duże, nieregularne w kształcie, bardzo wrażliwe na każde uderzenie i szybko się psujące. Wypełnione pomidorowością do granic możliwości, słodkie, soczyste, doskonałe. Z dodatkiem mozzarelli, bazylii, dobrej oliwy i dobrego octu, z gruboziarnistą solą, z bagietką z ulubionej piekarni, są daniem iście królewskim. Jemy tę sałatkę naprawdę często, jest banalnie prosta, i nie możemy się nią znudzić.

Sałatka z arbuza i rzodkiewki z książki „Po prostu gotuj” Pascala Brodnickiego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego połączenia, ale kiedyś mieliśmy arbuza za dużo i postanowiliśmy spróbować.
Dla dwóch osób potrzebujemy
pół małego arbuza (z lodówki najlepiej) pokrojonego w kostkę
małego ogórka, też w kostkę
szalotkę pokrojoną w cienkie piórka
garść rospzonki
kilka rzodkiewek

garść podprażonych migdałów
w oryginalnym przepisie jeszcze kiełki soi, ale my nie mieliśmy

sos:
łyżka miodu
łyżeczka octu winnego
2 łyżki oleju arachidowego (my mieliśmy z orzechów włoskich)
Jest idealna!

Spaghetti cukiniowe, pisałam już o nim w poście o jedzeniu na piknik.

Guacamole. Pasta z dojrzałego awokado rozgniecionego widelcem, z dodatkiem kolendry, soku z limonki, chili, drobno posiekanego pomidora, czosnku i cebulki. Zjem każdą ilość, zawsze.

Kanapka z tuńczykiem, rucolą i kaparami, z tego bloga.

Stara, dobra maślanka z młodymi ziemniaczkami. To wymaga gotowania co prawda, ale sterczeć nad parującym garnkiem nie trzeba.
(Mam też wielką ochotę na klasyczny chłodnik z botwinki, ale o botwinkę tutaj trudno…)

Gazpacho – hiszpański chłodnik ze zmiksowanych pomidorów, ogórków, zielonej papryki, cebulki i czosnku. Odkryliśmy jedno gotowe, bardzo pyszne z dobrym składem, więc ratuje nas ono jedzeniowo, ogarnia nas Grecja totalna i już nic się nie chce. Lubimy dodać sobie drobno posiekanych warzyw – zieloną paprykę, papryczkę chili, cebulkę i ogórka.

Tzatziki. Zimny ogórek, orzeźwiający jogurt, chłodząca mięta, czosnek. Idealne np do karkówki z grilla (tu już wchodzimy w fazę późnowieczorną).

Macie jeszcze jakieś propozycje?
 

25 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikulinarniepodróże i wycieczkiprzyjemności

Co na piknik?

by Paulina 13 czerwca, 2015

Dzisiaj druga część wpisu piknikowego. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi ulubionymi przekąskami plenerowymi. Takie przekąski muszą być pożywne (wiadomo, na wycieczce trzeba mieć siły), wygodne (najchętniej o chwycenia w rękę) , smaczne i nieskomplikowane.

Do naszych ulubionych, fajnie sprawdzających się w plenerze przekąsek należą:

– tarty i quiche różnego rodzaju, najchętniej wytrawne. Pieczone w wieczór przed wyjazdem.

– wytrawne ciasto – serowo warzywne, uwaga podaję przepis, jest pyszne, wilgotne i sycące:

Składniki:
3jaja
150g mąki
proszek do pieczenia
100ml mleka
100ml oliwy z oliwek
100g startego gruyera
sól, pieprz
nadzienie:
100g cukinii
100g roladki koziej

(w formie nadzienia fajnie sprawdzą się też oliwki, suszone pomidory, szynka, zioła)

Udusić cukinię na patelni, kozę pokroić.
Mieszamy jajka z mąką i proszkiem do pieczenia i dodajemy
po trochu mleka a następnie oleju i wsypujemy gruyera. Dodajemy cukinię i kozę.
Pieczemy 45min w 180stopniach.
(też dobrze jest je upiec wieczorem przed wycieczką)

– sałatki różnorakie (ale takie, którym nie zaszkodzą wstrząsy)
– cukiniowe „spaghetti”, wspaniale orzeźwiające, lekkie a jednocześnie sycące. My, jako nie-weganie, dodaliśmy jeszcze parmezanu

– szybkie zawijanki z ciasta francuskiego,
pakujemy co nam wpadnie w ręce na środek kwadratu wyciętego z
francuskiego ciasta, zawijamy rogi, pieczemy (ja dodawałam roladkę
kozią, morele i tymianek)
– spring rollsy, o których już pisałam
w upały – tabouleh (nie gotowana kasza kuskus z pomidorami, ogórkami, cebulą, oliwą z oliwek, miętą pietruszką i cytryną. ) lub gazpacho w termosie
i, gdy nie mamy czasu nic przygotować, kupujemy melona i szynkę suszoną, albo awokado i zwykłą szynkę, camemberta, pomidorki koktajlowe i bagietkę. Fajnym, sezonowym pomysłem są też najzwyklejsze warzywa na parze- bób, szparagi, fasolka szparagowa… I owoce, z którymi nic nie trzeba robić.
 


13 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarnie

Pomysł na lunch

by Paulina 15 kwietnia, 2015

Dzisiaj będzie smacznie. I zdrowo. Coś, co sprawdza się zawsze, gdy nie wiem, co by tu zjeść w południe, czyli nie całkiem obiadowo, ale żeby nie zwykła kanapka.

Quinoa. Superfood, czyli jedzenie wszystkomające.Magnez, żelazo, miedź, fosfor i wapń. A także wszystkie aminokwasy, których nasz organizm nie jest w stanie wytworzyć sam. I niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe (w tym omega 6). I mnóstwo wapnia (więcej niż mleko). Do tego witaminy i błonnik.

Jest też smaczna i sycąca.
A jednak dość długo nie mogłam znaleźć na nią pomysłu.

Aż w końcu odkrycie roku. Sałatka idealna,zdecydowane w smaku łosoś i pomidory świenie się uzupełniają. Awokado daje łagodną kremowość. Wszystko podbija cebula i czosnkowy vinaigrette. No i quinoa, która jest dla tego wszystkiego dość neutralnym, ale ciekawym – lekko orzechowym tłem. Robi się prosto i szybko, jemy ją bardzo często na lunch. 

Potrzebujemy:
1 szklankę suchej quinoi
2 awokado
około 300g łososia albo pstrąga wędzonego
parę suszonych pomidorów
kawałek czerwonej cebuli drobno posiekanej

(w sezonie suszone pomidory zmieniam na świeże i dodaję jeszcze rzodkiewkę) 

Quinoę gotujemy (ja płuczę ją parę razy, potem zalewam zimną wodą – tak, że woda przykrywa ziarna, doprowadzam do wrzenia i gotuję na wolnym ogniu do miękkości.)
Resztę kroimy na takie kawałki, jakie nam odpowiadają.

Polewamy sosem vinaigrette z czosnkiem (rozgnieciony ząbek czosnku i trochę ziół prowansalskich zalewam octem winnym. Po jakimś czasie dodaję łyżeczkę musztardy dijon. Mieszam. Potem, powoli, ciągle mieszając dolewam oliwę z oliwek aż sos zrobi się gęsty.)

Et voilà 

15 kwietnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarnieprzyjemności

O chlebie

by Paulina 25 marca, 2015

Chleb. Coś najprostszego na świecie. Mąka, woda, drożdże, sól. I czas.
Chleb
z masłem i dojrzałym pomidorem, posypany grubą solą morską. Chleb maczany w
oliwie z oliwek. Albo w oleju lnianym. Chleb z hummusem i kiełkami. Albo
z pastą z zielonego groszku. Chleb z twarogiem i miodem. Chleb z masłem
orzechowym i dżemem. Chleb, chleb.

Zapach chleba. Jeden z najpiękniejszych, budzących najpiękniejsze skojarzenia. Dom, ciepło, bezpieczeństwo.

Od
wielu lat chleby piekę w domu. Zaczęło się od słoiczka zakwasu od
koleżanki. Rytualne wieczorne dokarmianie, dobranoc zakwasiku, rośnij
zdrowo. Wyszukiwanie nowych przepisów, próby formowania bochenków, walki
z żytnim pełnoziarnistym, który zawsze z wierzchu pięknie wyrastał, a w
środku bulgotał spektakularny zakalec… Uwielbiałam wyrabiać ciasto
ręcznie, to ten rodzaj relaksu, jaki daje fizyczny kontakt,
przesypywanie piasku między palcami, czy głaskanie bazi.

Dalej
jestem wielką miłośniczką domowych bochenków, pachnących, jedynych w
swoim rodzaju. Chociaż od jakiegoś czasu trochę odpuściłam z tym całym
ceremoniałem. (zgadnijcie, dlaczego, i jaki wpływ miała na to
konieczność wysadzania na nocnik / wycierania nosa / wyjmowania z buzi
nielegalnych przedmiotów ręką w trudnozmywalnym chlebowym cieście).
Ciasto zagniata się samo, w robocie kuchennym, a bochenki pieką w
zwykłej keksówce albo żeliwnym okrągłym garnku z Ikei (żeby nie
przywarły, smaruję je olejem i wysypuję otrębami żytnimi). A zakwas…
czasami pokrywa się imponującą pleśnią… Ale w ciągu tygodnia powstaje
nowy, nie ma może tego klimaciku, że wieloletni zakwas od prababci, ale,
co najważniejsze, działa.

Przepisy… Mąka, woda, drożdże, sól. I czas. Dużo czasu.

Generalnie
na dzień przed pieczeniem trzeba nastawić zaczyn. Zaczyn to zakwas,
mąka i woda. A zakwas to mąka żytnia i woda. I czas.
Do gotowego
zaczynu dodajemy resztę składników. Czyli mąkę, wodę, sól. Drożdże.
Zioła, jak się lubi. Siemię lniane, czarnuszkę, mak, miód, oliwki,
śliwki suszone, pestki słonecznika… Możliwości jest mnóstwo.

Ja teraz rzadko eksperymentuję. Od wielu miesięcy mam trzy ulubione chleby. Chleb orkiszowy z miodem, Chleb biały, ja robię pszenno-żytni, szybki,idealny, gdy zapomnę nastawić zaczyn. I orkiszowy razowy.

Bardzo polecam, to wspaniała sprawa.

 

25 marca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowokulinarniezima

C’est chaud, le vin chaud!

by Paulina 2 lutego, 2015

Klimacik może trochę grudniowy, przedświąteczny…ale z pewnością umilający zimne dni (które, miejmy nadzieję, mają się ku końcowi).
Umilający, rozgrzewający, zdecydowanie poprawiający buro-zimowy nastrój… grzaniec!

Śmiem twierdzić, że mój ślubny robi najlepszego na świecie grzańca. Grzańca winno – piwnego, korzennego, o mocnym smaku, i, co ważne, nie zamulającego. Uwaga, dzielę się przepisem!

Do jego wykonania potrzebujemy:
czerwone wino wytrawne
piwo jasne
imbir (najlepiej świeży)
cynamon (najlepiej w lasce)
kardamon (najlepiej niełuskany)
goździki (najlepiej niemielone)
anyż gwiazdkowy
pomarańczę
miód

Wszystkie przyprawy, w zależności od potrzeb, ścieramy, rozdrabniamy, łuskamy i rozgniatamy. To wymaga więcej roboty niż wsypanie gotowej przyprawy do grzańca (której połowę składu stanowi cukier), albo wybranie tych przypraw w wersji sproszkowanej, ale zapewniam, warto. Aromat będzie intensywny, smak zdecydowany, a wrażenia niebiańskie.

Teraz starty (lub pokrojony na cienkie plastry) imbir, starty cynamon, wyłuskany i rozgnieciony w moździerzu kardamon, rozdrobnione goździki i anyż gwiazdkowy, wrzucamy do garnka i wlewamy wino z piwem. Podgrzewamy. Jeśli zależy nam na zachowaniu właściwości alkoholowych napoju, uważamy, żeby nie podgrzać bardziej niż do 78 stopni (powyżej ten temperatury procenty się ulotnią). Dodajemy miód do smaku, do kubków dodajemy plaster pomarańczy.

Et voilà! Doskonale komponuje się na przykład z takimi ciasteczkami gryczanymi.

2 lutego, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry