Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckorozmyślaniawychowanie

O wychowaniu. Co u nas działa?

by Paulina 20 września, 2022

 

Zaczął się nam w rodzicielstwie taki przyjemny okres.

Dzieciaki robią się coraz bardziej samodzielne, nie są tak bezwarunkowo zależne od nas. Fajnie się same bawią, czytają, tworzą, same wychodzą na dwór. A jednocześnie trwamy wciąż przed nastoletnim okresem burzy i naporu. Ciągle się przytulają, a jednocześnie nie jest tak, że musimy ich przytulać ciągle.

Gdy były młodsze, nie raz myślałam sobie że wszystkie mądre książki i teorie to wielka ściema, że moje podejście i metody wychowawcze są nieskuteczne, że rodzicielstwo to same dni świstaka a mówienie do dzieci i tłumaczenie im wszystkiego to jak rzucanie grochem o ścianę, bo i tak nic nie dociera.

Teraz – może nie są to sytuacje nagminne – ale coraz częściej zbieramy plony naszych starań. Patrzymy na nich i przybijamy sobie mentalną piątkę, widzimy że te wszystkie dni świstaka jednak przynoszą efekty. A rzucanie grochem o ścianę ma jednak więcej wspólnego z kroplą drążącą skałę.

Ten tekst chciałam skierować głównie do rodziców młodszych dzieci, może czasem, jak ja jeszcze niedawno, wątpiących w sens swoich działań. Ku pokrzepieniu:)

Nie chcę się wymądrzać, to nie będzie tekst typu 5 cudownych metod wychowawczych, albo nie rób tych 8 rzeczy jeśli nie chcesz wywołać trwałej traumy u dziecka. To po prostu luźne uwagi, nasze zachowania, podejście, sposób mówienia, które u nas się sprawdzają, wydają nam się sensowne i w które wierzymy.

Dzieci naśladują zachowania rodziców.

To taka dość wyświechtana zasada i chyba wszyscy o niej słyszeli. Ale warto ją mieć cały czas z tyłu głowy – że jesteśmy dla swoich dzieci wzorcami zachowań wszelkich, dobrych i złych. Dzieci chłoną je zupełnie bezwiednie. Nasiąkają tym, jak zwracamy się do siebie i rozwiązujemy problemy, jak mówimy o innych, jak okazujemy radość i niezadowolenie, naszym podejściem do zasad i prawa, tym, jak spędzamy czas, jakie mamy nawyki, czy próbujemy nowych rzeczy i tak dalej. To jest niesamowite patrzeć jak czasem dzieci zmieniają się w nasze kopie – jak coś tłumaczą używając dokładnie naszych argumentów czy wręcz sformułowań.

To taka strasznie prosta zasada i cholernie skuteczna, a do tego świetnie motywująca do pracy nad sobą.

Mamy prawo do różnych emocji. 

Wszyscy mamy prawo, do wszystkich emocji, bo wszyscy i tak je odczuwamy. Jeśli czujemy złość, ale starannie ją ukryjemy to ona nie zniknie – co najwyżej przepoczwarzy się w ból głowy, niekontrolowany płacz albo brak cierpliwości. U nas panuje zasada, że każdy ma prawo odczuwać najróżniejsze stany, ale pracujemy nad tym, żeby zachowania z nich wynikające nie krzywdziły innych. Mówimy o tym, co czujemy – to pomaga wszystkim, zarówno odczuwającemu jak i całej reszcie. Nazywanie tego, co czujemy przynosi jakiś rodzaj ulgi, no i otwiera na ewentualną rozmowę. Rozumiemy też, że zbyt dużo intensywnych (nawet pozytywnych) emocji może skutkować awanturką, a mając takie zrozumienie łatwiej jest takową przetrwać.

Aha, i Rodzice też mają to prawo. Podkreślam to bo często mówi się w tym kontekście tylko o dzieciach – „pozwól dziecku poczuć emocje”. Sobie też pozwólmy, to działa tak samo i u dzieci i u dorosłych. A do tego nawiązując do poprzedniego punktu – dzieci widzą nas jak przeżywamy smutek, złość, czy radość. Tym sposobem nawet mając po kilka lat nasze dzieci mówiły wprost: „jest mi smutno, chcę się przytulić”, „jestem zły, chcę pobyć sam”. Wiecie, to bardzo działa i bardzo usprawnia wspólne życie.

Rodzic też człowiek

Odkąd jestem mamą, odnoszę wrażenie, że takiej ogólnej narracji, przynajmniej w Polsce, cała uwaga w rodzinach kierowana jest na dzieci. Zaczyna się w ciąży – najlepiej, żeby kobieta położyła się (na lewym boku!), jadła kleik i słuchała Mozarta. Potem jest tylko lepiej – dziecko ma mieć odpowiednie rozrywki, odpowiednie posiłki, odpowiednie buty, odpowiednio rozwojowe książki, stymulowanie, wyciszanie, szanowanie ich granic… A gdzie granice rodziców? Rodzice też potrzebują wyciszenia, ciekawych rozrywek, posiłków, książek i butów! Ciekawie o tym pisze Mataja, zwłaszcza w kontekście porównywania tego jak się wychowuje dzieci teraz i jak wychowywani byliśmy my. Zresztą, to znowu sprowadza się do prostej zasady – jeśli chcemy żeby dzieci nas szanowały, szanujmy sami siebie. „Teraz jem, pomogę ci jak skończę” „Teraz nie, pobawimy się jak wypijemy kawę”.

Przytulanie zawsze działa pozytywnie.

… jak mawiał pewien sympatyczny Miś z książki Przemysława Wechterowicza. Tulimy się dużo, wszyscy. Są przytulasy smuteczkowe i szczęśliwe. Przytulanie wycisza, poprawia nastrój, daje poczucie bezpieczeństwa, wzmacnia. W ogóle zresztą dotyk jest w wychowaniu bardzo ważny – smyranie po pleckach, masowanie, przepychanki, turlanie się.

Nie dziamdziamy. 

No dobra, czasem dziamdziamy, ale to chyba bardziej dla siebie, żeby z siebie wyrzucić wszystko. Czasem sobie pogadam, ale bez nadziei na to, że zostanę wysłuchana, bo generalnie mamy świadomość, że do dzieci zwyczajnie nie docierają przydługie kazania. Zdarzyło mi się po płomiennej mowie o znaczeniu porządku w naszym życiu usłyszeć np „mamo, a z jaką prędkością pływają orki?”. Dlatego, nie mówię „znowu zostawiłeś skarpetki na podłodze! naucz się wreszcie wyrzucać je do brudów, ja i tak je piorę i susze i składam przestańcie mnie traktować jak służącą nie będziecie mieć w końcu czystych skarpet z gołymi stopami będziecie chodzić robaki ci się zaplęgną w tym pokoju niedługo”ufff… Zamiast tego stawiam na maksymalnie uproszczone komunikaty, „na podłodze leżą brudne skarpety Iskry” „Wilczku, miska po jaglance”. Ograniczam się do suchych faktów, to jakoś bardziej dociera do umysłów całych pochłoniętych Asterixem i Obelixem albo życiem ssaków morskich.

Ograniczamy decyzyjność

Wszyscy znamy te dylematy w sklepie przed lodówką z serkami i rozterki, który by tu wybrać żel pod prysznic. Oraz długie godziny w poszukiwaniu butów idealnych w internecie. Wybór bywa przekleństwem, już o tym wiemy wszyscy, od czasów fredrowskiego osiołka. Dla dzieci też, jeszcze bardziej ich to obciąża. Dużo się mówi o tym, że dzieci potrzebują decyzyjności, że to ważne żeby samodzielnie dokonywały wyborów, ale czasem dla kilkulatka jest tych decyzji do podjęcia zwyczajnie za dużo. Co chcesz na śniadanko, Co dziś założysz, Na który chcesz iść plac zabaw, którą książę czytamy, z kim dzisiaj zasypiasz. I tak dalej. Decyzyjność bywa fajna, wzmacnia poczucie sprawczości, ale jej nadmiar jest zwyczajnie bardzo obciążający i męczący. Dlatego, jeśli dajemy wybór, to ten zamknięty (np dwie bluzki do wyboru zamiast pytania w co chcesz się ubrać)

Nauka sprawczości. Pozwalamy próbować 

Pisałam już o tym, że jest taka prosta zasada – jeśli chcemy żeby dziecko było samodzielne i odważne, trzeba pozwolić próbować. Niech włażą na drzewa, niech wspinają się na drabinki, niech zjeżdżają rowerem z górki. Niech się nawet czasem skaleczą, nabiją guza, zedrą kolano. W końcu „jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. Ja tez mam wtedy duszę na ramieniu i różne makabryczne wizje przed oczami. Stoję obok, cała spięta i w razie czego gotowa, do łapania, ratowania i przytrzymywania, ale się powstrzymuję – żadnych komentarzy, żadnych samospełniających się „zaraz spadniesz” i „nie tak szybko bo się wywrócisz”. Ewentualnie stwierdzenie faktów „ta górka jest stroma, rower się rozpędzi”, „pamiętaj że jesteś wysoko”.

Granice

Stawiamy granice. Są pewne zasady, których trzeba przestrzegać i tyle. To my jesteśmy dorośli i my musimy podejmować te decyzje o nie kupieniu jakiejś zabawki, o odmowie słodycza przed obiadem itd. Czasem sprawiamy im w ten sposób przykrość – którą przyjmujemy i rozumiemy, „Rozumiem, że jest ci przykro, ale i tak się nie zgadzam”.

Grzeczność

Ja wiem, że teraz dużo się mówi w kontekście grzeczności, że jest przestarzała, że to łamanie charakteru dziecka, i że w ten sposób tworzy się potulnych ludzi bez własnego zdania, nie potrafiących bronić siebie, a w ogóle to czym konkretnie ta grzeczność jest. Sama bardzo nie lubię określania dzieci (zwłaszcza małych), że są grzeczne lub nie – bo np płaczą. Ale chodzi mi może bardziej o uprzejmość, szacunek dla innych. Staramy się pokazać naszym dzieciom, że oczywiście mają prawo do swoich emocji, czy do odmowy, ale niekoniecznie trzeba być chamowatym. Zazwyczaj można pozostać w zgodzie ze sobą, bez sprawiania przykrości. Czyli przykładowo nie muszą dawać buziaczków na powitanie, ale mają powiedzieć dzień dobry.

Konsekwencja, czyli nie rzucamy słów na wiatr

Jak obiecujemy, to robimy wszystko żeby dotrzymać słowa. Jeśli umawiamy się plac zabaw z rakietą po szkole, to idziemy, nawet jeśli kanapa wzywa. Jak mówimy, że to ostatni zjazd na zjeżdżalni, to też się tego raczej trzymamy. Nie grozimy ani nie obiecujemy czegoś, czego nigdy nie chcieliśmy spełnić. Zdarza się czasem rzucić coś w stylu „kiedyś wejdę z miotaczem ognia do tego pokoju”, albo zgodzić się na ten już teraz naprawdę ostatni zjazd, ale generalnie po prostu traktujemy dzieci jak rozumne istoty, które kumają co się
do nich mówi, i które właśnie uczą się tego, że to, co się mówi, ma
znaczenie.

Przyznajemy się do błędów

Jak już wspomniałam, rodzic też człowiek, popełniamy błędy. Czasem się krzyknie za bardzo, czasem nie uda się dotrzymać obietnicy, czasem powie się o słowo za dużo, czasem źle oceni sytuację. Zdarza się, bierzemy to na klatę, przepraszamy, proponujemy rozwiązanie. To ważne dla dzieci, bo pokazuje, że traktujemy ich poważnie, że nie jesteśmy doskonali, no i daje dobry przykład:)

Zauważanie, czyli jak mądrze chwalić

Dzieci są jedną wielką potrzebą dostrzeżenia, zwłaszcza gdy jest ich więcej i muszą o to zauważenie konkurować jeszcze między sobą. Mamo patrz, mamo zobacz, mamo widzisz mnie? Patrzę, widzę. I mówię to, co widzę. Niekoniecznie od razu oceniająco, niekoniecznie o, jaki piękny rysunek, jeju jak ślicznie tańczysz, ach jak wspaniale jedziesz na nartach. Raczej o, jak szczegółowo narysowałeś tego smoka, lubię patrzeć jak tańczysz, widzę że coraz sprawniej idzie ci szusowanie. Czasem wystarczy zwykłe „widzę cię”, „patrzę jak robisz fikołka”. Bo tu chodzi właśnie o dostrzeżenie bez oceny, żeby dziecka od naszych pochwał nie uzależnić.

Dużo czasu razem w naturze

To punkt dość oczywisty z mojej perspektywy;) Wspólny czas na świeżym powietrzu zwyczajnie sprawia nam mnóstwo radochy. Ale też wspaniale integruje, stwarza przestrzeń na zupełnie inne rozmowy niż na co dzień, między lekcjami a obiadem. Wspólna uważność tworzy zupełnie nową jakość w relacjach, a wspólny zachwyt nas światem uczy się tym światem zachwycać a to tworzy fajną bazę do życia pełnego radości i pasji.

Uff. Jest tego trochę, ale myślę, że większość tych zasad dałoby się sprowadzić do wzajemnego szacunku po prostu.

Nie jesteśmy idealni, nasze dzieci też nie są. Wciąż często bywa tak, że nie wiemy, jak sobie poradzić, jak zareagować w tej, konkretnej sytuacji, ale jest dobrze, widzimy że idziemy w dobrym kierunku, i zwyczajnie lubimy być rodzicami naszych dzieci.

 

 

I wiecie, jeszcze Wam dodam, że mam ten post wstępnie napisany od
jakiegoś czasu, ale ilekroć do niego siadałam, dzieciaki były… hmmm…
powiedzmy, że pokazywały nam, że w kwestii wychowania jeszcze długa
droga przed nami;) Takie lekcje pokory w temacie:)

20 września, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
lubelszczyznarozmyślaniaslow lifestyleuważność

„… don’t forget to dance”

by Paulina 6 kwietnia, 2022

 Wiadomość zastała nas, gdy w klimatycznym sycylijskim domku zastanawialiśmy się, planując trekking, czy Etna wybuchnie. Nie wybuchła. Wybuchła wojna.

Zrobiliśmy parę przelewów, zmartwiliśmy się. Ale prawda jest taka, że wciąż byliśmy na wakacjach. Ciągle to nie była nasza wojna.

Gdy wróciliśmy, rzeczywistość, która zwykła witać nas obuchem w postaci prania i pilnych spraw, tym razem, cóż… wiadomo. Zmroziło mnie .

Tym bardziej chwyciłam się codzienności, tym bardziej łapię momenty. Jakie
to ważne, po raz kolejny uświadamiamy sobie od ponad miesiąca. Gdy z
tyłu głowy mam świadomość kruchości życia, dobrobytu i pokoju, gdy każda
chwila przefiltrowana przez wieści z frontu.

Codziennie wracam do bezpiecznego domu, pachnącego drewnem i wyciszającą mieszanką olejków eterycznych. Pieczemy chleb, czytamy książki na dobranoc. Na spacerach wypatrujemy rozwijających się listków. Utulamy, bardziej niż kiedykolwiek. Trochę żeby dać im poczucie bezpieczeństwa. Trochę żeby dać poczucie bezpieczeństwa sobie.

Oczywiście jak wszyscy, chciałabym nie mieć tak namacalnych dowodów, że nic nie jest na pewno, że trzeba cieszyć się życiem już natychmiast.

Ale cieszę się nim, mimo wszystko, choć czasem jednak trochę przez łzy.

Nie chodzi o to, żeby zamykać oczy, udawać, że nic się nie dzieje. Dzieją się rzeczy potworne, tragiczne, i dziać się będą, jeszcze pewnie długo. Dlatego trzeba się wzmacniać, podawać sobie najpierw tę maskę tlenową – o tej porze roku bardzo dosłowną, z tlenem przedwiosennym, pachnącym rozmarzającą ziemią, i mimo wszystko wystawiać buzię do słońca i zachwycać kwiatkami, bo one od tego są żeby się nimi zachwycać.

Wiecie, może to brzmi dość beztrosko, ale mam takie przekonanie, że zamartwianie się i spalanie w bezsilnej złości nikogo ani niczego nie ratuje. Wychodzę z założenia, że energię lepiej spożytkować na działanie, niż na rozpacz. Każdy ma coś, czym może się podzielić bez nadmiernego nadużywania
siebie, bez doszczętnego wypalenia. Jedni mają trochę więcej czasu, inni trochę więcej pieniędzy,
jeszcze inni konkretne umiejętności lub wolne metry kwadratowe.  Ważne, żeby pomagać, i żeby w tym pomaganiu koncentrować się na potrzebach innych a nie głaskaniu własnego sumienia.

A tymczasem słońce znowu robi robotę. Wyłażą liście, ptaki zaczynają swoje wariackie koncerty. Znowu wygrywa życie, życie zachłanne i nienasycone. A to przecież w tym wszystkim chodzi. 

O życie.

6 kwietnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latolubelszczyznamój stylpodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestyle

o wakacyjności, co bucha znienacka

by Paulina 8 lipca, 2021

Wakacje. W tym roku to znów nie będą spektakularne wakacje pełne długaśnych i dalekich wyjazdów, inne sprawy mamy teraz na liście priorytetów, ostatnie, i najbliższe tygodnie to dużo pracy a także remont i w najbliższej przyszłości także przeprowadzka. Już nie łudzę się że uda się wydobyć spod ziemi jakoś specjalnie długi czas wolny. Dlatego skupiam się na tym, co w letnich wakacjach jest najważniejsze. Na chwilowej beztrosce. Na poczuciu lekkości. Na nicniemuszeniu, choć czasami. Na gapieniu się w chmury.

Będę moczyć nogi w przygodnie napotkanych jeziorkach i rzekach. Będę jeść bób, fasolkę i pomidory. Będę głaskać zboże i zachwycać się makami. Wdychać zapach lip. Pić różowe, zimne wino. Nosić luźne, letnie sukienki. Poza wycieczkowymi siatami z ikei znosić do domu najpiękniejsze kamienie, bukiety polnych kwiatów, wianki na głowie, bąble po komarach i kilogramy piachu. Obiady będą najprostsze na świecie i tak pełne smaków i aromatów, że bardziej się nie da.

Będziemy jeździć na rowerach, włóczyć się po bezdrożach, pływać na kajakach. Będziemy przedłużać nieprzyzwoicie i tak długie wieczory, żeby pozachwycać się zachodem słońca. 

Liczę na długie godziny popołudniowe, spędzone na liczeniu płatków kwiatów i weekendy pełne wycieczek w naturę, wieczory brzmiące graniem świerszczy albo koncertów plenerowych.

Wierzę, że wyskoczymy gdzieś pod namiot, naładować akumulator z sensem życia. 

To jest tak, że lato na tym właśnie polega, na wakacjach i beztrosce, na makaronie z bobem i sałatce z pomidorów.W lecie po wakacje wystarczy sięgnąć ręką, od niechcenia. Tu rozkoszny zapach lip, tam zrywanie dzikich czereśni, bose stopy na trawie i nagle wakacyjność bucha znienacka. 

Człowiek niby łuska młody groszek, patrzy, a w dłoniach wyłuskana dziecięca radość życia.

8 lipca, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamój styl podróżniczypodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemrozmyślaniaslow lifestylespacerwiosna

wiosna w naliczaniu minutowym

by Paulina 24 kwietnia, 2021

 

Czasem jest tak, że trzeba dobro z rzeczywistości łuskać jak słonecznik, albo przesiewać przez sito z błotem jak złoto.

Tak się ma aktualnie sytuacja z wiosną, trochę zołzowata w tym roku która przebłyskuje czasem jak promień słońca odbity od rozbitej butelki po piwie. 

Taki mamy klimat, chciałoby się zacytować klasyka, kwiecień plecień, wiadomo, chociaż serio uważam, że w tym roku porządne osiemnaście na plusie i słońce bardzo by nas wszystkich pandemicznie zestresowanych poratowało.

Ale jest jak jest, pozostaje nam zatem, wiosna w naliczaniu minutowym. Każda chwila bez śniegu i wichru jest na wagę złota, każdy promień słońca chciałoby się multiplikować lustrami. Gorliwie sprawdzamy prognozę pogody, odczytujemy emocje ze słów powitania pana synoptyka w audycji u redaktora Strzyczkowskiego, wróżymy z zachowań mrówek. I dostosowujemy się, polujemy na okna pogodowe, by czerpać i napawać się wiosennością.

Trochę nam się udało dotychczas wiosny złowić, może tym bardziej ją doceniamy teraz.

Tęsknię tak naprawdę bardzo mocno, jak wszyscy, do wiosny bez granic, w każdym tych słów znaczeniu. Tęsknię bardzo za swobodnym polegiwaniem na trawie, za odsłanianiem bladych nóg, za wydarzeniami w plenerze bez przejmowania się zimnem i wirusem. Chce mi się wycieczek i podróży, chce mi się cieszyć światem bez ograniczeń.

Ale tak sobie myślę… może to właśnie teraz dostajemy kolejną niemiła lekcję o docenianiu rzeczywistości. Nie jest idealnie, ale tak nigdy nie jest.
Mimo, że zimno, to słońce ciągle nam świeci, zawilce rozkwitają jak szalone, mimo tego że muszą walczyć o leśną powierzchnię ze śmieciami, deszcz poi drzewa w festiwalu życia. Bo jesteśmy, trwamy w tym świecie, w którym ciągle dzieją się dobre rzeczy. I chociaż w szalikach i maseczkach, ciągle możemy pójść w naturę i podziwiać to, jak z każdym dniem świat zielenieje, rozkwita i rozśpiewuje ptakami.
Wszystko będzie dobrze.

skojarzyło mi się z lembas bread…

24 kwietnia, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedlubelszczyznamój styl podróżniczypodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestylespacerwiosna

wiosenne wycieczki terapeutyczne

by Paulina 1 kwietnia, 2021

wycieczka do poleskiego parku narodowego
Jeśli cholerna pandemia dała mi coś dobrego, to jest to rodzaj soczewki na priorytety.
Chociaż zawsze wiedziałam raczej co jest ważne, a co ważniejsze i dobrze sobie tym balansowałam. Pandemia pokazała, że miałam rację. Że to, co ważne,  jest naprawdę bardzo, bardzo ważne. I że równowaga w tych różnych stopniach ważności bardzo wpływa na równowagę w życiu jako takim.

Co roku jest tak, że pierwsza wiosenna (albo przedwiosenna) wycieczka wprowadza mnie w stan totalnej euforii. Ten koktajl ciepłych słonecznych promieni, pęczniejących pączków na drzewach, świergolących ptaków i oszałamiającej jasności, wywołuje we mnie taki wyrzut endorfin, że prawie mnie trzeba trzymać żebym nie pofrunęła w niebo.
A w tym roku efekt jest spotęgowany.
W tym roku, po brzegi wypełnionym beznadzieją, złością i smutą, w tym roku wycieczka w przedwiosenne bagniste Polesie było jak szybki wypad na Olimp na parę łyków ambrozji z widokiem na świat.
I pojechaliśmy połazić wśród mokradeł. Przylatywały żurawie. Bociany poprawiały swoje gniazda. Drzewa powoli i cierpliwie uruchamiały krążenie swoich soków. Świeżo podcięte przez bobry drzewa, mnóstwo małych śladów wydr, pierwsze mrówki na ogromnym mrowisku, wszystko tak bardzo było zaaferowane życiem, że solidarnie zaaferowaliśmy się nim i my. Przypatrywaliśmy się, nasłuchiwaliśmy, wąchaliśmy. Zachwycaliśmy się. Wszędzie było życie, zachłanne i intensywne, natura robiła swoje jak zawsze, nie patrząc na zachorowania i obostrzenia.
I to było dobre. To było potrzebne, wręcz terapeutyczne.
Ta przewidywalność, niewzruszoność natury, pewność, że choćby nie wiem co, na wiosnę dzień się wydłuża a trawa zazielenia, to bardzo bardzo kojąca rzecz. 
I zupełnie niesamowite rzeczy dla psychiki robi takie parę godzin w rzeczywistości, takiej jaka powinna być, gdzie wszystko płynie zgodnie z odwiecznym porządkiem, wszystko zajmuje się życiem, pławi się w świeżym powietrzu i okraszone jest rozkosznymi promieniami słońca.
Myślę, że mogliby to przepisywać na receptę:)
 

 

1 kwietnia, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieciństwo unpluggeddzieckointegracja sensorycznarozmyślania

dzieci w pandemii

by Paulina 7 marca, 2021

 

Temat krąży od prawie roku. Jednak, w obecnych czasach, gdy ciężko chorują i umierają ludzie, gdy upadają biznesy życia, gdy ogólna niestabilność, jest to temat odsuwany, bo doraźnie jakoś jest oganiany. JAKOŚ.

Dzieci w pandemii.

Uważam się za wyjątkową szczęściarę, bo moje prywatne dzieci są w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, wiec „błogosławieństw” zdalnego nauczania doświadczyliśmy stosunkowo niewiele.

Widzę też jednak, że w tym wieku dzieci są bardzo chłonne i podatne na wpływy. Różnice w zachowaniu Wilczka zaczęliśmy zauważać po pierwszych dwóch tygodniach szkoły online. I mogę sobie tylko wyobrażać, co dzieje się z dzieciakami, które od roku nie chodzą do szkoły. Które są pozbawione tego, wokół czego w zasadzie kręciło się ich życie do tej pory. 

Skuteczność zdalnej nauki to jedna kwestia. Mówi się o obniżaniu poziomu matury np, co – nawet jeśli w założeniu ma wyrównywać szanse ( choć obstawiam że założenia są czysto polityczne) samo w sobie jest dowodem na to, że zdalne nauczanie jest zwyczajnie nieskuteczne. Przypuszczam, że poskutkuje ono pogłębieniem rozwarstwienia – będzie pewnie garstka wybitnych i zmotywowanych (i ich zmotywowanych rodziców) i cała masa niedouczonych.

Ale. Nauka nauką. Ale przecież szkoła to jest życie dzieci. To są kontakty społeczne, codzienne sytuacje, tak banalne, że nawet ich nie zauważamy, a które mają ogromny wpływ na rozwój społeczny. To, że muszą się „społecznie wysilić”, ubrać chociażby, odezwać czasem do kogoś, kogo nie znają. Całe życie około-szkolne, różne kółka zainteresowań, teatry szkolne, czy choćby załatwienie czegoś w sekretariacie, zrypka od pani woźnej, zapytanie o coś w obcej klasie. Oczywiście mnóstwa z tych sytuacji można doświadczać poza szkołą, ale to już wymaga dodatkowego wysiłku, zmotywowania przez rodzica, często wypchnięcia kolanem „idź sobie sam do biblioteki”, a nie zawsze takie wsparcie od rodziców jest.

Co zresztą prowadzi mnie do kolejnej kwestii. Rodzice w tym wszystkim są potwornie przeciążeni. Zżerani przez stres, bo sytuacja na rynku pracy, bo strach o własnych rodziców, wiadomo, że bardziej narażonych, bo monitorowanie tej nieszczęsnej zdalnej szkoły, bo niepewność, kwarantanny, ciągłe siedzenie sobie na głowie. To napięcie przenosi się na dzieci, i dobre relacje w rodzinie stają się kolejnym wyzwaniem.

Utwierdzam się w przekonaniu, że w tym momencie najlepszą „inwestycją” w moje dzieci jest offline. Pisałam o tym już nie raz (np tutaj). To procentuje już teraz, bo bawią się ze sobą, wymyślają mnóstwo rzeczy, tworzą, chce im się, rozmawiają z nami, rozmawiają z innymi. A jak bumelują, to czytając komiksy albo rysując.

Wiem , że jest mnóstwo wartościowych stron, podcastów, filmów, blogów, gier także. Nie skreślam internetu jako narzędzia do nauki, czy rozrywki, absolutnie nie. Jednak osobiście uważam, że wchodzi tu w grę cenzus wieku. Dzieci się kształtują, ich mózgi się rozwijają, szare komórki tworzą, to teraz ta przysłowiowa skorupka nasiąka. To teraz rodzą się nowe połączenia w neuronach, teraz uczą się myślenia, analizowania, tworzenia. To teraz budują się schematy więzi społecznych.

Wiecie że przy tworzeniu gier zatrudniani są specjaliści odpowiedzialni za uzależnianie graczy od siebie? Dzisiejsze gry (nawet jeśli mają walor edukacyjny czy jakikolwiek inny), z założenia mają uzależniać. I to jest tak, że nawet jeśli zrobimy ograniczenie typu za 10 minut koniec grania i nawet jeśli jesteśmy w tym temacie konsekwentni, to owoc pracy specjalistów od uzależniania dzieciaków od siebie już tam jest i hula.

Dziecko, które ma lat 5, 8, czy 11, to ciągle dziecko w intensywnej fazie rozwoju.

Do tego dochodzi kwestia integracji sensorycznej. Kiedyś już o niej wspominałam kiedyś, w kontekście zabaw wspomagających integrację sensoryczną. Ekran smartfona to gładka, szklana powierzchnia i nienaturalne bodźce dla mózgu dziecka. Zamiast potrzebnych im ruchu, faktur, zapachów, trójwymiarowości, mamy przeciwieństwa: siedzenie w bezruchu, płaski ekran, niebieskie światło i syntetyczne dźwięki.

Absolutnie nie oceniam, nie krytykuję, nie potępiam, każdy podejmuje decyzje samodzielnie, każdy waży plusy i minusy swoich decyzji, każdy ma swoją sytuację, a za każda decyzją kryją się najróżniejsze motywacje. 

Chodzi mi tylko o to, że warto na dzieci spojrzeć całościowo, i na to, że nie wszystkie kompetencje i umiejętności są mierzalne, a rozwój dziecka jest dużo bardziej skomplikowany niż ten sprawdzany ocenami w szkole.

Czasy są, jakie są. Wiem, że obecnie internet tworzy naszą rzeczywistość i nie ma od tego ucieczki.

I naprawdę daleka jestem od idealizowania „niegdysiejszych śniegów”. Żyjemy w czasach pełnych możliwości, gdy rodzice są najbardziej świadomi w historii, gdy nie ma tabu i granic, gdy można wszystko. I gdy jest najwięcej samobójstw wśród młodzieży w historii. 

Dzieci powinny wrócić do szkół. Oczywiście, zamknięcie to nie jest niczyj kaprys, ale obawiam się że w dalszej perspektywie, ta zdalna szkoła może poczynić dzieciom (i nam wszystkim) więcej szkód niż pandemia.

A tymczasem zwróćmy na dzieciaki uwagę. Ale naprawdę na nich – ich marzenia i lęki, ich pasje i zajawki. Zauważmy ich osobowość, posłuchajmy tego, co mają do powiedzenia, a może uda się nam wszystkim zbudować fajną jakość, mimo okoliczności.

7 marca, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

i to zapiera dech że jest coś a nie nic

by Paulina 13 lutego, 2021


I to zabiera wdech
Że obok jest ktoś i że
Mogło być nic
A jest wszystko

Piszę* do Was tego posta z ciągnącej się w nieskończoność kwarantanny, która szczęśliwie się kończy, a trwa już jakieś pięćset lat. Nie był to najłatwiejszy czas, nauczanie domowe, strach o zdrowie bliskich, ciągła intensywna rodzinna bliskość, energia niewybieganych na dworze dzieci, brak przestrzeni dla siebie, i sytuacja w kraju, jak wisienka na gównianym torcie.

Ale mimo to, a może właśnie dlatego, przy okazji urodzin skupiam się na pozytywach i powodach do wdzięczności.

To jest działanie bardzo samoobronne, bo to taki moment, kiedy podstępnie zbliża się czarna dupa**, czyli miejsce, gdzie wszystko jest wkurzające i nie ma nadziei, i człowiek największa ochotę ma wyjść z domu, i iść, byle dalej, od wszystkiego i wszystkich i tego kraju też na pewno.

I staram się nie pogrążyć w tej beznadziei, która nic nie da, a tylko rozsieje złą energię, a ja będę skubać paznokcie, rozboli mnie brzuch i spadnie odporność. Dlatego bronię się. Bronię się wdzięcznością.

Jestem wdzięczna

Za zdrowie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Śnieg. nie dość że świat się zrobił całkiem bajkowy, to jeszcze daje to nadzieję, że w kwietniu nie będzie suszy

Za Wilczka, Iskrę i Pirata.

I Autora trzech powyższych, mojego męża.

Za to, że mam dystans do siebie i do świata.

Że mi się chce. Ćwiczyć, czytać, ubierać się, fajnie gotować, starać się.

Za czas na macie do akupresury, z audiobookiem, albo prowadzoną medytacją w słuchawkach

Że wyleczyłam buzię z koszmarnego stanu zapalnego. Nie tylko wyleczyłam, ale mam teraz najładniejszą cerę odkąd pamiętam.

Za wspólne gotowanie i jedzenie. Dobrze jest mieć za małżonka drugiego hobbita.

Za Rodzinę. Bliższą i dalszą.

Za Poczucie humoru.

Filmy. I platformy streamingowe. Po tym weekendzie mam zamiar częściej chodzić do kina, samotnie również bo bardzo to lubię. Ale jednak przez ostatnie lata, gdyby nie filmy online, byłabym bardzo mocno do tyłu. A tak, jestem nie aż tak bardzo;)

Książki. I audiobooki.

Wycieczki. Że w najbliższym zasięgu mamy lasy, jeziora, wąwozy i bezdroża. I że mamy świetną ekipę wycieczkową.

Za sytuację zawodową.

Nasze mieszkanie. Robi się już dla nas przymaławe, ale jest nam tu naprawdę dobrze.

Że żyjemy w czasach pokoju. 

Że pandemia naszych czasów to nie jest pandemia czarnej ospy na przykład.

Że w zasięgu paru godzin mam Bieszczady. I Puszczę Białowieską.

Że umiem tańczyć.

Że w eterze jest czego słuchać. 

Że dzień robi się coraz dłuższy.

Że…

 

* Kwarantanna zdążyła się w międzyczasie skończyć;)

** Czarna dupa, to nie to samo co smutny dzień, melancholia. Smuteczek miewa nawet swój klimacik.

 

13 lutego, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleświęta

Nie tylko dzwoneczki, czyli jak żyć w grudniu

by Paulina 9 grudnia, 2020

Zaczęło się. Rozhulało się wręcz konkretnie

Internet pęka w szwach od prezentowników, zdjęć z
pięknych świątecznych przygotowań, zdjęcia puchatych swetrów, skarpet w
reniferki, migającymi światełkami. Czas chyba największego rozdźwięku
między internetami a rzeczywistością. W świecie wirtualnym wszyscy od
pierwszego grudnia nucą sobie sympatycznie świąteczne piosenki, ich
wysprzątane domy przystrajane są pięknymi ozdobami, ich dzieci ubrane w
białe wełenki, a oni (ci wszyscy) nie mają nic do roboty poza fikuśnym
przystrajaniem pierniczków. Nikogo nie dotknął kryzys ani pandemia,
wszyscy są zbyt zajęci zapalaniem świeczek o zapachu cynamonu.

I
niby wiemy wszyscy że to kreacja. Niby wiemy, że ściema i że te piękne
obrazki mają po prostu robić kasę (a poza tym to też naturalne, że wszyscy staramy się robić raczej ładne zdjęcia). Ale sączy się ta okropna doskonałość i
słodycz jak miód po palcach i ani się spostrzeżemy a ręce się całe
lepią, i podłoga też. I przytłacza to wszystko, co w kontekście roku
bieżącego jest szczególnie okrutne.

I tu wkraczam ja, cała
potargana, w chaosie i w asyście mojego równie chaosiastego potomstwa, by
przekonać Was (i siebie), że naprawdę nie musimy od 1 do 24 grudnia snuć
się na świątecznym haju, odurzeni magią świąt i upojeni pierniczkowym zapachem.

Bo nawet w świątecznym uniesieniu
wciąż trzeba pracować, odrabiać lekcje (i pilnować te zdalne), składać
skarpety i wycierać gile. Klocki lego, mimo jednorazowej akcji
sprzątania przed mikołajem wciąż boleśnie wbijają się w stopy. Moja
racja jest mojsza
w wydaniu rodzeństwa nie traci na intensywności, wręcz się
nasila napędzana emocjami.

Nie jestem cynikiem, daleko mi do
tego. Sama daję się ponieść. Ba, łapię się na proste chwyty wełnianych
rękawic z warkoczowym splotem, przeklikuję te wszystkie piękne,
nierealistyczne prezentowniki i wzdycham, że z takim lnianym obrusem to
by jednak zupełnie inaczej wyglądała kuchnia, a przy okazji cała nasz
rzeczywistość około posiłkowa. Na pewno śmialibyśmy się wesoło miło rozmawiając o kulturze i sztuce, zakąszając karczochem i zerkając na
wysprzątany blat kuchenny. Wszystko to jak tylko ten obrus lniany…

A potem schodzę na ziemię. Do życia.

A w nim wciąż walczę z bałaganem, jednocześnie pracuję
i rozmawiam z Wilczkiem o kostkomeduzie śmiercionośnej oglądam
pięknowe lysunki Pirata (pociąg) i słucham pieśni o Dziadkuuuu do
Orzechóww wykonaniu Iskry. W międzyczasie ogarniamy zdalne nauczanie. Codziennie przytakuję, gdy podniecone szepty
zwierzają mi się jak to już się nie mogą doczekać świąt mamo.
Załadowuję/rozładowuję pralkę nalewam picie
nie-do-tego-kubka-chciałem-buuuuuuu, robię kanapki, podaję syropki.
Odpowiadam na (lub zadaję) zajebiście ważne pytanie… „co dzisiaj jemy?”. Regularnie doprowadzona do ostateczności zapowiadam wtargnięcie z
miotaczem ognia do pokoju dzieci.  Biegają, tupią, roznoszą playmobile i
wycinanki, kłócą się o pierdoły i z pierdół zaśmiewają. Przytulają
znienacka najmocniej, przy okazji rąbiąc łokciem w brzuch.

Życie. A ja, w zależności od ilości snu i stresu pokrzykuję jak ostatnia zołza, albo łzawo się uśmiecham.

A w kwestii atmosfery świątecznej? Powoli ją sobie dawkujemy.

Codziennie
piszę im zadania do kalendarza adwentowego. To oczywiście piękne, mieć taki
kalendarz przygotowany od A do Z już w listopadzie, może są takie rodziny,
które są w stanie zaplanować wszystkie adwentowe aktywności na parę
tygodni wstecz, ale my nie. Dlatego karteczki piszę wieczorami (albo rano), i gdy
dzieciaki się budzą znajdują nową karteczkę co rano. „Drogie dzieci…
Czasem to po prostu dzień bycia miłym dla siebie, czasem pieczenie pierników, czy
robienie ozdób, a czasem zadzwonienie do babci.

Codziennie
wieczorem czytamy Tajemnicę Bożego Narodzenia Josteina Gaardera. Już
kolejny rok, znają to doskonale, ale tu chyba właśnie chodzi o tradycję,
więc inne świąteczne książki zostawiam na popołudnia, albo na po
świętach.

Mamy parę żelaznych punktów – pieczenie gryczanych
ciasteczek dla Mikołaja, zbieranie szyszek i gałązek w lesie do
ozdobienia domu, coroczna wyprawa po nowe bombki. Klejenie łańcucha. Parę
dni przed Wigilią ubieranie choinki do trzeszczącej płyty Piotra
Kaczkowskiego – włączamy ją raz w roku, właśnie przy tej okazji.

I
nie trzeba więcej. Trzeba się dużo przytulać. Trzeba wwąchać się w
zapach drzew iglastych w lesie. Trzeba się wyluzować, być razem i znaleźć swoją własną
esencję.

 

 

9 grudnia, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry