Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

codziennośćdomoworozmyślaniaslow lifestyle

codzienność w kwarantannie

by Paulina 3 kwietnia, 2020

Moje średnie dziecko (niespełna sześcioletnie) napisało dziś list do swojej Pani z przedszkola. Prawdziwy list, nie maila. A w nim, poza standardowymi buziaczkami i serduszkami, biała krfinka na odporność dla Pani.



Wczoraj cała trójka bawiła się w przedszkole waranów.

Wilczek siedzi nad lekcjami, komiksami i mikroskopem
Iskra tańczy, ćwiczy ze mną jogę i ciągle jej mało szkolnych zadań.
Pirat niestrudzenie para się szerzeniem chaosu .

Pirat oznajmił tacie ostatnio: „Maś duzią blodę tato, ale nie umiesz śpiewać”

Ustalono również ostatnio, kto kim zostanie w przyszłości. Wilczek będzie przewodnikiem w Puszczy Białowieskiej (!), Iskra – baletnicą lub panią tańczącą na szarfach, a Pirat chomiczkiem.

Do niedawna wymykaliśmy się na niedługie spacerki w pobliskie odludzia.

Dużo czytamy. O Garfieldzie, Dzieciach z Bullerbyn, Lesie i naleśniczym, i Ewolucji. I o wielkich himalaistach wieczorami.
Gramy w Azula, szachy, Leśne Duchy, Domek na Drzewie, Znikające ciasteczka, Farmera.
Oglądamy. Dzieciaki Pippi Pończoszankę, Psi Patrol i Misia Uszatka. Wspólnie wspaniałe filmy przyrodnicze. A sami wieczorami ostatnio Babilon Berlin.
Siedzimy nad lekcjami. Czasem myślę sobie, że w zasadzie to moglibyśmy pójść w nauczanie domowe, tak nam wyśmienicie idzie.
Czasem myślę, że lepsza byłaby jednak szkoła (i przedszkole) z internatem, gdzieś w okolicach Sydney.
Nieskutecznie próbujemy pracować.
Krycha piecze chleb. I croissanty.
Ja pasjami oddaję się przedwiosennym porządkom. 

I z premedytacją otulamy się zwykłością jak kocem. Zakotwiczamy w codzienności. Walczymy o normalność. Bo zwykłość, codzienność i normalność stały się ostatnio  największym luksusem.

„Codzienność. Zwykłe pojedyncze dni, z których składa się nasze życie. Dni pełne chaosu i upajającego poczucia ogarniania, wesołego śmiechu i rechotliwej głupawki, czułości i awantur. Niefotogeniczne dni pełne walających się po podłodze skarpet i samochodzików. Dobre, naprawdę dobre dni, bezpieczne, w miłości i w dobrobycie.”

Tak pisałam zupełnie niedawno i dziś jestem cholernie wdzięczna, że mimo wszystko ciągle dane nam jest ciągle naszej zwykłości doświadczać. I bardzo doceniam, że we względnym poczuciu bezpieczeństwa możemy być w domu – razem. I wielowymiarowo zwolnić. Turlać się rodzinnie po łóżku, powoli jeść śniadanie, nie gnać tymi samochodami wszędzie, siedzieć wspólnie w salonie i słuchać sobie muzyki. I, w tradycyjnym o tej porze roku zachwycie, wystawiać twarz na słońce, co z tego że na balkonie. Być z dzieciakami. Ze sobą być.

3 kwietnia, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylrozmyślaniawiosna

w wiośnie nadzieja!

by Paulina 7 marca, 2020

Pod koniec lutego, gdy przez brudne okna wpadły energiczne,
przedwiosenne promienie słońca rozejrzałam się wokół siebie. Nie było
pięknie.
Na łóżku w sypialni piętrzą się tradycyjnie stosy prania do poskładania. 
Ciuchy dzieciaków czekają na posegregowanie, bo nie wiadomo kiedy wszystkie spodnie zrobiły się za krótkie.
Szuflady
w przedpokoju, które miały być gwarantem porządku (wiecie, „jak tylko
będą te szuflady, to już będzie miejsce na wszystko”) pełne są
dziecięcych rysunków, opakowań chusteczek, ozdób świątecznych (do
wyniesienia do piwnicy), pojedynczych rękawiczek („gdzieś widziałem tą
drugą”), buteleczek na bańki mydlane („bo nie będę tak wyrzucać ciągle,
zrobię im płyn i będę wlewać do tych”), kabli i wielu innych.
Ja z oskubanymi z nerwów paznokciami, brzydką ze stresu cerą i flakowatym brzuchem z zimowego pojadania.
Zmęczona. Zajęta. Zestresowana.
Pokrzykująca na dzieci, dzieci dotknięte słuchem wybiórczym.
Wszędzie panoszą się klocki lego i zasmarkane chusteczki (bo choróbska w tym roku wybitnie obecne).

Gdy
mam już bardzo dość takiego stanu rzeczy, wychodzę, choć na chwilę.
Oczywiście w głowie kotłują mi się dalekie rejsy, wyprawy na biegun,
pustynię… byle dalej. Ale idę nad rzekę.
Wiecie, ta perspektywa energicznego spacerku nad rzeką działa jak meliska dożylnie. Wychodzę, idę i oddycham, krok za krokiem, idę i oddycham. I dzieją się cuda.
Ta
dobrze oświetlona przez przedwiosenne promienie szpetota przestaje
drażnić, a zaczyna motywować. Zmęczenie magicznie ustępuje. Stres
zmienia się w spokój. Wkurzenie zmienia się w energię.

Najgorsze za nami, będzie tylko lepiej.

7 marca, 2020 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

36 zwykłych lat

by Paulina 16 lutego, 2020

Świta. Albo chcemy wierzyć że świta, bo o tej porze roku to jest najgłębsza i najbardziej senna część nocy. Zwlekam się z łóżka te pół godziny później niż on, tłumacząc się sama przed sobą tym, że statystycznie i sumarycznie i tak na pewno mniej śpię.
Nieletni śpią jak anioły.


Wkładam wełniane kapcie, idę do łazienki, potem staram się rozruszać zmurszałe części ciała krótką gimnastyką.
Z kuchni dobiega Trójka i zapach gotującej się jaglanki. Buziak na dzień dobry, jest miło i dobrze. Czas zwlekać dzieci, poranna sielanka dobiega końca, zaczyna się poranna orka na ugorze. Dzieci są zazwyczaj rozproszone, niewspółpracujące, niewsypane, niezadowolone, niespakowane do szkoły, niewiedzące w co się ubrać. Zadające trudne i abstrakcyjne pytania, albo nie reagujące na nasze słowa. Ciągle w piżamach na 5 minut przed wyjściem, porwane w wir cudownej (w innym momencie i okolicznościach) zabawy, albo kłócące się, że „mamooooo, on mi nie pozwalaaa przeeeeejść” i „mamoooooo, ja to pierwszy chciałeeeeeeem”. I głodne.
To ten czas, który podnosi ciśnienie jak żadna kawa.
Starszaki wychodzą z tatą, ja mam chwilę na ogarnięcie siebie i najmłodszego i też wyruszamy w świat żłobka i pracy.
W ciągu dnia na łączach internetowych przemyka standardowa romantyczna małżeńska wymiana wiadomości – co dziś jemy – czy trzeba coś z Lidla – o której dziś kończy Wilczek – czy odbierzesz mi przesyłkę z paczkomatu – zrób zaczyn na chleb.

Następuje skomplikowany logistycznie powrót do domu. Idealnie, gdy uda się przed zapadnięciem nocy o 16, wyjść z nimi na jakiś plac zabaw. Zdarza się (za rzadko!!!), że po szybkim obiedzie, gdzieś sobie jeszcze wyskakujemy, zażyć trochę kultury i cywilizacji lub sportu i rekreacji (wybaczcie rym, nie mogłam się powstrzymać).

Przed wieczorem jest czas na swobodne zabawy i aktywności, typu klocki Lego, puzzle, rysowanie,  snucie się, składanie prania i mycie kuchenki.

Wieczorem, tradycyjnie na hasło „umyjcie zęby” dzieci robią się okropnie głodne. Następuje długie, różnorodnie burzliwe szykowanie się do snu. Wreszcie (ach, jak wiele mieści się w tym słowie czasami), każde wybiera jedną książkę do czytania. Znowu robi się całkiem miło, bo to jedna z moich ulubionych rodzicielskich chwil, nawet jeśli często czytając zasypiam i zamiast czytać snują mi się jakieś bzdurki z półsnu.

Później jest cudowny, za krótki czas tylko dla starych. Nawet jakbym chciała, to moje mądre ciało nie pozwala mi na żadne pożyteczności. Jest już tylko przyjemnie, z książką, filmem, serialem, ze sobą.

Codzienność. Zwykłe pojedyncze dni, z których składa się nasze życie. Dni pełne chaosu i upajającego poczucia ogarniania, wesołego śmiechu i rechotliwej głupawki, czułości i awantur. Niefotogeniczne dni pełne walających się po podłodze skarpet i samochodzików. Dobre, naprawdę dobre dni, bezpieczne, w miłości i w dobrobycie. Życzę sobie kolejnych 36 lat takich dni.

16 lutego, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleświęta

by Paulina 23 grudnia, 2019

Zaraz Święta.
Powoli budowaliśmy świąteczny klimat. Ale w międzyczasie jest jeszcze życie.
Mimo zadań z kalendarza trzeba odrobić lekcje.
Mimo pieczenia ciastek dla Mikołaja, trzeba następnego dnia wstać rano.
Mimo porozwieszanych światełek mieszkanie się samo nie sprzątnie.
Mimo panoszącego się wszędzie ducha świąt, atakują wirusy żłobkowe, przedszkolne i szkolne.

Dużo
odpuszczamy, ale i tak dużo jest do zrobienia, dużo przeżyć i emocji w
małych główkach do przerobienia, w związku z czym i awanturek jakby
więcej.

Czasem łapię się na tym, że czuję presję, że wszędzie ten klimat taki
świąteczny, tylko my jak te łajzy w jakimś chaosie. Wszyscy w domach na pewno już od tygodnia mają umyte
okna, zapakowane prezenty i w czerwonych swetrach piją grzańca i
słuchają George’a jak co roku oddającego serce komuś specjalnemu.*

Ale potem przychodzi otrzeźwienie, np za sprawą takich dialogów:
– ja wierzę w Świętego Mikołaja. Bo kto by przecież zjadł ciasteczka. Przecież nie duchy!
– no właśnie! I nie rodzice przecież! (NO SKĄD!)
– no właśnie. I rodzice też dostali prezenty, skąd by sobie wzięli.

Albo
gdy ten kalendarz co rano, wieczną prowizorkę na bieżąco uzupełnianą,
sprawdzają z namaszczeniem godnym spraw najważniejszych. (Swoją drogą, ta prowizorka kalendarzowa zupełnie niechcący stała się naszą tradycją. Co rano budzą się ze słowami: Mamo, napisałaś już karteczkę?)
Gdy wyśpiewują kolędy całą trójką (łącznie z Piratem, który przecież zupełnie nie wie o co chodzi).
Gdy zbieramy w lesie podłysiałe gałęzie sosen i szyszki (do pomalowania na złoto!).
Gdy pierniczki pieczemy, wzruszająco koślawe, pachnące i tak strasznie okropnie wystarane.
Gdy zapachniało choinką.

Piszę
o tym zresztą co roku. Że to o to właśnie chodzi, o te małe momenty, o mikro tradycje rodzinne.
Najpiękniejsze, bo najprawdziwsze.
Nie warto ich przyćmiewać nadmiernymi atrakcjami, bo zwyczajnie nie ogarniemy tego całego blasku.

 Bo fajnie jest naprawdę w takiej codzienności. Wcale nie zawsze musi być najsuper. Wcale nie ciągle musi migotać i lśnić. Wcale nie cały grudzień musi być magicznym świątecznym uniesieniem i cudowną fuzją między ślicznością jak u Kasi Tusk i sielanką jak w Dzieciach z Bullerbyn. Można też sobie normalnie pożyć;)

Może
być różnie. Bywa, że męcząco i wkurzająco, bywa, że zmęczenie i dość
wszystkiego. Bywa. W rozmigotanym grudniu też. Ale bywa też tak, że
błyska tym szczęściem, że ze śmiechu bolą policzki, że wzruszenie
zniekształca głos. W grudniu chyba jednak bardziej.

Najlepszego!
Zróbcie sobie takie Święta, o jakich marzycie

*Post pisany był w okolicach bardziej przedświątecznych, ale z publikacją się zeszło…. wiecie jak jest, życie;)

23 grudnia, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylespacer

Strange, baby, don’t you think I’m looking older

by Paulina 6 listopada, 2019

Powiem Wam, że szczerze i serdecznie
się cieszę na ten listopad, na szarość i spokojność.

Ostatnie
tygodnie, poza słońcem, obfitowały u nas w najrozmaitsze emocje. Wszystkie
najintensywniejsze. Nie wszystkie przyjemne.
Męczące to
było, czuję się starsza o parę lat.

Wśród tych
tygodni przeintensywnych, zdarzały się na szczęście też cudowne momenty, pełne szurania w
liściach i wystawiania twarzy do słońca, momenty błogie i powolne.
Bo ta
energetyczność tego złota i słońca, którą się człowiek tradycyjnie próbuje
nasycić na zapas, jest jednak inna niż soczysta energetyczność wiosenna. Jest
spokojniejsza, powolniejsza, bardziej wyciszona.
I wiecie co,
chociaż skończył się festiwal złota i październikowa uczta dla wszystkich
zmysłów, to największą ochotę aktualnie mam na zakopanie się pod kocem i
bezruch.
Po prostu.
Zmęczona jestem okropnie.
Zmęczona, bo
ciągle robię i nic nie jest porządnie zrobione. A wyrzuty sumienia tłoczą się w
kolejce, który pierwszy, który większy. Cała gama.
Zmęczona
tymi emocjami ostatnich tygodni.
Dlatego ten
kocyk, ten sen zimowy.
Chce mi się
klasycznego jazzu i przejmującego bluesa, plumkającego jak krople deszczu
pianina i rzewnej gitary.
Chce mi się
wełny i herbaty z sokiem malinowym od mamy. 
Chce mi się
rutyny, zwykłości i spokoju.
Grubaśnych,
wciągających powieści. 
Spacerów w
szarzejących lasach. 
A szary i
niedoceniany listopad to wszystko umożliwia i usprawiedliwia. Listopad to
jedyny taki miesiąc kiedy można sobie legalnie nicniechcieć.
Odpaliliśmy
nawilżacz powietrza, który dyfuzuje nam cudowne mieszanki olejków eterycznych.
Powiesiliśmy
dodatkowe światełka w salonie.
Zaopatrzyliśmy
się w swetry i wygodne, ciepłe buty. Na czytniku kilka książek, na półce nowe
płyty.
Zwolnimy,
uspokoimy chaos.
To będzie
dobry listopad.

6 listopada, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latomindfulnessmój stylrozmyślania

today you are the oldest you’ve ever been, and the youngest you’ll ever be again

by Paulina 25 lipca, 2019

Nigdy tak jak w lecie przemijanie nie jest takie zachwycające.
Lipy, na których kwitnienie tak czekałam spacerując w ich cieniu podczas piekielnych czerwcowych upałów, otuliły nagle swoim słodkim zapachem i już przekwitły.


W ogrodzie nagłe i krótkie triumfy warzywno owocowe, na talerzu co tydzień nowy motyw przewodni. Skończył się czas sałatki z bobem, pomidorem i czosnkiem, makaronu z pesto bobowo-bazyliowym i bobu ot tak podjadanego jak orzeszki. Teraz będą kurki i risotto z kurkami, pomidorami i rozmarynem, grzanki z kurkami, suszonymi pomidorami i serem kozim, makaron w sosie śmietanowym z kurkami. Będzie też kalafior, i fasolka szparagowa.
Zaczynają się jędrne, szczupłe cukinie i porządne, nierówne pomidory.
Porzeczki, rubinowe i błyszczące. Może nie są to najlepsze owoce świata, ale są dla mnie tak naładowane wspomnieniami z dzieciństwa, że garść kwaskowatych czerwonych kulek to esencja wakacji i sielskości jak nic innego (no, może kalarepka lekko brudna ziemią).
Skończyły się piwonie i jaśmin. Właśnie patrzę na dogorywający szalony bukiet chabrów, rumianków i koniczyny po ostatniej wycieczce .
Zaraz będą słoneczniki.
Krajobraz się zmienia, zmieniają się kolory. Soczysta zieleń dojrzewa i mięknie, niedługo zacznie blaknąć i płowieć.

Paradoksalnie teraz, kiedy przepuszczamy czas przez palce jak piasek na plaży, kiedy snuje się on jak obłoki na gorącym niebie, gdy nieuchwytny jest jak zapach maciejki, kiedy nie jestem super-efektywna i zarobiona, gdy nie próbuję gonić, łapać i nadrabiać to jakoś to życie przestaje pędzić. 
Życie też zwalnia, przysiada razem z czasem na chmurce i machają nogami. Przycupnę i ja z boku, choć na chwilę.

A wtedy, z tego wspólnego nogami dyndania, rodzi się zupełnie nowa jakość. Życia, czasu i mnie.

Dzisiaj jesteśmy starsi niż kiedykolwiek byliśmy, i młodsi niż kiedykolwiek będziemy.

Może już nigdy nie będzie takiego lata.
Może to teraz jest ten czas. 
Może teraz jest czas na życie.

ps Podczas robienia tych zdjęć nie ucierpiały żadne zboża, chodziłam po miedzy, między żytem a łąką;)

25 lipca, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedlatomoda rowerowapodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestyle

idzie lato, jedno z tych miłosnych lat

by Paulina 21 czerwca, 2019

Wybuchło po tej niezdecydowanej wiośnie.
Po kapryśnej, płaczliwej wiośnie, niezdecydowanym kwietniu i nabucanym maju, wszedł on, czerwiec, cały na zielono. Pachnący jaśminem, piwoniami, rzodkiewką i botwinką.

Słońce stawia pieczątki piegów na nosie. Muchy buczą. Ptaki świergolą, kosiarki irytują.

Zaczęły się te dni. Kiedy wstajemy rano, słońce w jadalni razi trzy pary nieletnich oczu, takich samych w formie a różnych w gradiencie brązu. Jemy śniadanie, pijemy kawę i ktoś nagle rzuca:  to co, rowery, piknik, woda? I ten nasz chaos wycieczkowy się pojawia: sakwy ze skrzyni, torba ciuszków i pieluch na zmianę, jedzenie, picie. Punkt na mapie. A potem, ileś kilometrów dalej, zanurzamy się łagodnie  w ten letni świat z jego makami, rumiankami i chabrami.

Te dni, kiedy zwykłe po-pracowe i po-przedszkolne popołudnia wydłużają się nieprzyzwoicie, zamiast obiadu jest buła i kefir, albo torba nieumytych owoców, i lody.A my, gdzieś na placu zabaw, boso na trawce, w parku na kocu.

Dni, gdy niebo przybledzone od upału, gdy nagła ulewa zaskakuje i moczy ulubioną sukienkę.

Jedyne w swoim rodzaju letnie lenistwo. Wgapianie się w chmury, bezmyślne bujanie w hamaku, szuranie stopą po zaroszonej trawie, przesypywanie piasku między palcami.

Brudne stopy, palce lepkie od owoców, bąble od komarów.

Wieczory, brzmiące cykadami i żabami, z zimnym białym winem albo chłodną melisą.

Dzieciaki, ubabrane naturą, zajęte produkowaniem wspomnień o szczęśliwym dzieciństwie.

Niewyszukaność i prostota, w lecie najlepsze są proste sukienki, proste jedzenie (najlepiej prosto z krzaka lub ziemi), proste przyjemności. W lecie zwyczajność jest rajska.

21 czerwca, 2019 6 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedmój stylpodróże i wycieczkiprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylewiosna

Majówka

by Paulina 13 maja, 2019

Takich zwykłych dni mi brakowało przez ostatnie miesiące. Zwykłych, bez fajerwerków zupełnie, czasem słońce, czasem deszcz. Dni, w których przeplatały się ze sobą fochy i śmiech do utraty tchu, szorty i szaliki, wspólne ćwiczenia z Chodą i wieczorne nie-fit kolacyjki z mężem, serce ściśnięte ze wzruszenia i gardło zaciskające się ze smutku, baśniowo kwitnące jabłonie i upierdliwie gołębie z uporem maniaka próbujące założyć sobie rodzinę na naszym balkonie.

Tak bardzo się cieszę, że nie wyruszyliśmy jak wszyscy w długą drogę na długi weekend.
Że głównie lokalnie (poza jednym, na wpół służbowym wyjazdem do Warszawy). Że bez napiętych planów, wreszcie na luzie i powoli.

Byliśmy na Polesiu, w Parku Narodowym, przedweekendowo jeszcze i prawdziwie letnio. Znów trochę próbowaliśmy Tropić, ale jednak wiosna wybuchła nam prosto w twarz więc z lubością i bez analizowania zanurzyliśmy się w ten prawie-majowy świat, na rowerach, hamakach i kocykach.

Odwiedziliśmy warszawskie zoo.
Lubelski ogród botaniczny.

Spacerki, dużo spacerków. Np ten nad zalew. Pirat spał, starszaki zaznajamiały się z łabędziami. Las wokół zazieleniał się coraz mocniej dębowymi listkami i oszałamiał tym charakterystycznym słoneczno – sosnowym nadwodnym zapachem. Wyjątkowo trafiliśmy na niebywałą w tym miejscu pustkę – żadnych grilli, puszek po piwie i pierdzącego bitu z telefonów.

Dużo przez te dni się przyglądaliśmy dzieciakom, chętnie z niewielkiego dystansu, tak, żeby nie zwracali na nas uwagi. Fajnie było utwierdzić się po raz kolejny w przekonaniu, że jedna z ważniejszych powinności rodzica jest odsunąć się czasem, dać wolność (ale nie, że wolność w korzystaniu ze smartfona)- Piratowi, by samodzielnie pokonywał coraz to nowe wyzwania, schody i drabinki, a starszakom, by sami rozwiązali swoje konflikty, sami tworzyli zabawy, sami wymyślali sobie światy i historie. Wszyscy – by sami odczuli głód, chłód i pragnienie.

Pograliśmy trochę razem w planszówki. Wilczek staje się coraz częściej równoprawnym planszówkowym partnerem, Iskra współtworzy drużynę ze mną, Pirat niestety głównie rozwala elementy.

Momentami było wybitnie chaosiaście, głośno i brudno. Było parę awanturek, kłótni i łokci w brzuch. Ale, w tym ogólnym poczuciu idealnej harmonii, ten chaos był jak puchate kociątko z wielkimi oczami, pośród pobojowiska którego właśnie dokonało. Jakoś rozczulający.

Wilczek skończył siedem lat!

cześć maleńka

porozumienie

kawa i dziecko, czyli najważniejsze atrybuty matki

I cholerny gołąb się załapał

13 maja, 2019 13 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessmój stylprzyjemnościrozmyślaniawiosna

Momenty wiosenne.

by Paulina 28 kwietnia, 2019

Czas już nawet nie pędzi, rozkręcił się tak, że nawet nie próbuję go złapać, zatrzymać. Pamiętam, że chwilę temu dzieliłam się wieścią o Nowym z brzuchu – a tymczasem Nowe śmiga po zjeżdżalniach, psuje gramofon i każe sobie czytać jak to Lalo gra na bębnie. Pamiętam, że przedwczoraj wracaliśmy z Francji, a tymczasem dłużej już jesteśmy tu na miejscu niż w sumie byliśmy tam. Zresztą, te cydne studenckie wagary, gdy urywaliśmy się z wykładu z gramatyki opisowej, żeby przysiąść na pierwszej aromatycznej trawce z piwkiem, to przecież też było zupełnie niedawno, prawda? Prawda??

Ostatnio z tym pędem przestałam się ścigać, przestałam walczyć. Czasem po prostu, z tego niewygrywalnego wyścigu dyskretnie się wycofuję na boczek, i zalegam na trawce. Urywam sobie, trochę nielegalnie (bo tyle do zrobienia!) minutki i Gapię Się Bez Celu. Gapię się, i dostrzegam. Momenty, drobiazgi, które zakotwiczają w rzeczywistości, zakochują w życiu.

Pierwsze rzodkiewki, nieduże i szczypiąco ostre, z ogródka mojej mamy. Najpyszniejsze.

Zapach nagrzanych słońcem główek dzieci na pierwszych tegorocznych wycieczkach.

Cisza, która ogarnia, gdy wjedzie się rowerem do lasu.

Dywan z zawilców w lesie.

Odkrywanie świata zwierząt. Oglądamy ślady i kupy, zastygamy nieruchomo nad jaszczurką zmieniającą skórę, liczymy bociany. Najlepsze lekcje przyrody, których nie miałąm w szkole, odbywam z dziećmi.

Gdy moje przytulenie leczy do zera rozpacz totalną. Ma się te supermoce.

Skóra pachnąca słońcem.

Uczucie po posprzątaniu szafy.

Migotliwe zajączki w mieszkaniu i plamy światła wpadające przez umyte (kochany mąż) okna.

Moment, gdy spakowani (po dach, jak zwykle), z kawą w kubkach termicznych, włączamy muzykę uśmiechamy się do siebie i wyruszamy w drogę, na wycieczkę.

Uczucie lekkości po obcięciu włosów.

Gra światła między pierwszymi, jasnozielonymi listkami.

Wszystkie rysunki  podarowane mi przez Iskrę, wszystkie tańce Pirata, wszystkie lego-budowle Wilczka.

Pierwszy piknik wśród tego wiosennego festiwalu życia. I hamak pierwszy.

Zachwycające, obłędnie pachnące, fioletowe plamy fiołków na trawnikach.

Gdy razem z Piratem przychodzimy po starsze rodzeństwo do przedszkola, ich powitanie, jego czucie się jak u siebie i potem wspólny spacer (prowadzą go za rączkę!) na plac zabaw.
I leniwe doglądanie potomstwa, radośnie brudzącego się w piaskownicy.

Zielona sukienka łopocząca na wietrze.

zielona sukienka

28 kwietnia, 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowodzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

A przecież stoisz taki młody, taki młody

by Paulina 6 grudnia, 2018

Nie ma ich tak dużo, tych momentów. Ale, gdy już się pojawią, tym bardziej robią robotę.

Szczególnie teraz, gdy tak często mam to uczucie nieogarniania, mrugam okiem i mija dzień, trzy razy westchnę i mija tydzień. Grudzień zaczął się dwie chwile po styczniu. A ja ciągle w niedoczasie, ciągle jakaś spóźniona, coś zawalam, nie dopilnuję…
I tylko dzieci coraz większe. „I tylko popiół masz”.

Ale są takie chwile, takie rozbłyski. Łapię się ich kurczowo, zakotwiczam nimi w rzeczywistości, przywracam się nimi do równowagi.
To teraz chyba czuje się najbardziej. Teraz rozbłyski błyskają zdecydowanie gęściej. Może koniec roku – może atmosfera przedświąteczna. Emocje chwytające za serce. Dziecięcość w najsielankowszym wydaniu, czyli oczekiwanie na Mikołaja, zadania z kalendarza adwentowego, „Jingle bells” z obowiązkowym podrygiem i pirłętem kilkuletniej nóżki, rumieńce i oczy błyszczące.

 
 

Patrzę sobie na nich, całą trójkę.
Podobni do siebie wszyscy, a im młodsze dziecko tym większy chochlik w oczach.

Wilczek, wrażliwy i mądry, przyrodnik i wędrowiec. Cudowna ciekawość świata, zachwycone chłonięcie wiedzy, które wzrusza do bólu i o które tak się boję gdy pójdzie do szkoły.

Iskra, sam żywioł. Ledwo dotyka ziemi, tańczy i śpiewa. Jak strzela focha, to spektakularnie, jak przytula, to najsłodziej.

I Pirat, obserwujący bystro starszą dwójkę, płaczący pod drzwiami, gdy idą do przedszkola. Uosobienie bezinteresownej, najczystszej radości życia. Coach optymizmu.

Coraz mocniej do mnie dociera, jak wiele z tych momentów, to już po raz ostatni. Ostatni w życiu.
Te ciastka dla Mikołaja.
Radość ze śniegu.
Czytanie wieczorne.
Naleśniki na kolację.
Te łapki ciepłe garnące się do mnie.
Wyprzytulanie smutków.
Spacery pełne odkryć. 

Rysunki produkowane w ilościach przemysłowych. I historie do tych rysunków.
Pytania  niekończące się.
Największe na świecie sekrety szeptane do ucha ciepłym chuchem.
I nawet te jęki, że mamoooo… Mamooo gdzie moja kredka którą przed chwilą trzymałam, mammooo zooobacz, mamooo patrz, mamoo chooodź. To bywa czasem sto miliardów maaaaam. Ale za dwie chwile już tego nie będzie, spadnę z tego znienawidzonego czasem piedestału, i zatęsknię. Z pewnością zatęsknię.

6 grudnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry