Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

aktywnie z dziećmidzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowanie

Must-have dla dzieci!

by Paulina 1 czerwca, 2018

Dziś (jeszcze) Dzień Dziecka!
Moje drogie, pamięć, kalendarz, reklamy, radio, telewizja, instagram i blogi bywają zawodne. Być może umknęło Wam, że dziś święto naszych pociech! Rety! Szybko szybko! Co tu robić, co robić, prezenty przecież trzeba, laboga, bez prezenta nie ma świenta, wszyscy to wiemy przecież. Tylko, co robić jeśli dziecko ma już wszystko? Iść w skomlikowańszą elektronikę, stawiać na gadżety z kreskówek, niezawodny (milionowy) zestaw lego…? Quad, dron, weeked w mini-spa dla małej lolitki?

Moje drogie. Tu wchodzę ja, cała na biało. Doświadczona matka wielodzietna, been there, done that.
Po serii skomplikowanych doświadczeń, badań testów.
Okazuje się, że atrakcją dla dziecka może być… ŚWIAT.

Dzisiaj, z okazji dnia dziecka
zapraszam na rewolucyjny i spektakularny sposób zajęcia naszego malucha. 

Co więcej, ta sensacyjna zabawa może odbywac się wszędzie. Pod domem, na pikniku, na wakacjach. Sprawdzi się na Lazurowym wybrzeżu i pod blokiem we wschodniej Polsce. Zajęcie dla dziewczynek i chłopców. Rozwija dużą i małą motorykę, integrację sensoryczną, świetnie wpływa na zdolności matematyczne, wprowadza podstawy fizyki. Działa cuda na wyobraźnię przestrzenną. Dostarcza bodźców wyobraźni. Fantastycznie oddziałuje na kreatywność. Słowem, rozwija mózg jak wariat.
Mało tego, do tej wszechstronnie rozwojowej zabawy nie potrzeba wiele.
W
zasadzie, wystarczą kamyczki.

Kamyczki. Duże i małe. Najchętniej w połączeniu z dowolną wodą. I już.
Powyższy tekst jest może trochę prześmiewczy, ale cudowności rozwojowe, które po prostu DZIEJĄ SIĘ przy kontakcie dzieciaków z kamykami, patykami, naturą, są faktyczne zupełnie realne.
Dzieci nie potrzebują gadżetów, potrzebują świata.

1 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckona macierzyńskimrozmyślania

Dzień Matki Wielodzietnej.

by Paulina 26 maja, 2018

Miałam iść do fryzjera. Nic spektakularnego, żadnych metamorfoz, podcięcie po prostu. A potem kawka, może jakieś sklepy, tak mało fantazyjnie może, ale przede wszystkim Bez Dzieci.
Wiem doskonale jak odświeżająco działają takie beztroskie trzy godzinki. I bardzo takiego odświeżenia potrzebowałam. Bardzo.

Ale, skoro o tym piszę, domyślacie się pewnie, że plany mi się posypały.
Zamiast fryzjera miałam dom z trójką kaszlących nieletnich, zamiast spaceru i sklepów, głośny dom z bałaganem, wszystko okraszone niewyspaniem spowodowanym praca do późna i licznymi pobudkami najmłodszego. No nie tak to miało wyglądać. Zupełnie nie tak.
To nie tragedia oczywiście, wiem doskonale.
Bo to kaszelki tylko i jedno bolące ucho, a nie okropne poważne choroby które przecież też się przydarzają.
Bo dzieci, choć głośne i kłócące się, to przecież mądre, dobre, kochane i w ogóle najwspanialsze na świecie.
Bo mieszkanie, choć zabałaganione, to własne (no, trochę banku;) ), bezpieczne.
Bo to tylko włosy niepodcięte.
Tylko głowa nieprzewietrzona.
To gorszy dzień po prostu. Bywa.
Wiem, że to nic.

Ale tego dnia to nie było nic. To była ta słynna kropla w czarze zmęczenia, niewyspania, braku czasu dla siebie.
No więc, czara przelana.
Warczę na dzieci, a dzieci, cholerne papierki lakmusowe wyczuwają potężny wkurw, więc na wszelki wypadek stają się trochę bardziej roszczeniowe. Warczę bardziej. Dzieci robią kolejną awanturę nie-wiadomo-o-co, najmłodsze wzgardza snem. Po wydarciu się na nich boli gardło i sumienie. Przecież to dzieci, do tego chore i jeszcze mają wredną matkę pohukującą że nie może teraz, bo musi pracować. Mamusiu, a kiedy skończysz pracować. Nigdy jak mi będziecie ciągle przeszkadzać. [oddech] Przepraszam kochani, niemiło się zachowuję dzisiaj, jestem zmęczona i smutna. Przytulają mnie trochę nieporadnie małe ciepłe rączki, a ja staję się jednym wielkim wyrzutem sumienia. Oddycham. Ale za chwilę sytuacja się powtarza. Jęki-awantura-krzyk. A praca czeka.
Wieczorem czuję że zawaliłam na każdym polu.

Sprawdzam bilety lotnicze. Dwie osoby dorosłe, zero dzieci.
Może jesienią.

***

Minął ten dzień. Jak każda najdłuższa żmija.
Jest później o meliskę, trochę bezdzietnej przestrzeni, dzisiejsze laurki.

Dziś Dzień Mamy.
Życzę nam wszystkim, żebyśmy miały czasem chwilę dla siebie. Żebyśmy czasem mogły złapać oddech i dystans. Żeby z tego dystansu spojrzeć na najpiękniejsze i najtrudniejsze szczęście jakim jest bycie mamą. Bo wiecie, pełny obraz widać dopiero z pewnej odległości, nie widać magii w wyciągnięciu królika z kapelusza, jeśli tkwimy gdzieś na króliku. Więc dystansu życzę, tego metaforycznego i zupełnie rzeczywistego.
I, chociaż bycie mamą to najcudowniejsza rzecz na świecie, to żebyśmy nie były tylko mamami. Żebyśmy zachowały dla siebie trochę siebie.
Żebyśmy nie były dla siebie takie surowe. Dla siebie samych i dla siebie wzajemnie. Żebyśmy w gorszych chwilach miały kogoś, kto na nasze narzekanie nie powie, że wszystko jest kwestią organizacji, tylko rozumiem, że jest ci ciężko (pozdrawiam Basiu!).
Bądźmy dla siebie dobre dziewczyny. Nie dosrywajmy sobie wzajemnie, nie oceniajmy pochopnie innych matek, nie toczmy krwawych batalii o metody wychowawcze. Wspierajmy się.

 

26 maja, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowaniezmysły

zabawy wspomagające integrację sensoryczną

by Paulina 27 marca, 2018

Tytuł brzmi okropnie przemądrzale, wiem.
Ale zapewniam, że moje propozycje takie nie będą:)

Problemy z integracją sensoryczną to dzisiaj spory problem. Objawia się w zachowaniu (i tzw grzeczności dziecka), trudności z koncentracją, słabą koordynacja ruchowa, niezdarnością, nadwrażliwością na bodźce (np wszystkie ubrania są gryzące, dziecko nie chce się przytulać), lub wręcz przeciwnie, ciągłym poszukiwanie bodźców – nadaktywność i brak hamulców. 
Z
czego one wynikają, oczywiście nie do końca wiadomo, jak zwykle, ale
wiele ekspertów jako jedno ze źródeł problemu mówi o tym że dzisiejsze
dzieci nie eksplorują świata wszystkimi zmysłami.

Wszystko jest
strasznie bezpieczne, kanty są usuwane, brud wycierany, na placach zabaw
co chwilę słychać, zostaw, nie siadaj nie dotykaj, to brudne (same
place zabaw zresztą też zrobiły się aż do znudzenia przewidywalne,
sztampowe i z dokładnie wyznaczonymi rodzajami zabaw).
Zabawki są
gładkie i plastikowe – jeśli dostarczają bodźców zmysłowych, to tych
agresywnych i bezsensownych, czyli świecąco migocących i głośnych
syntetycznych dźwięków. Do tego dochodzą oczywiście smartfony i tablety i
najmłodsze maluchy które sprawnie smyrają sobie po gładkich szybkach.
„90% dzieci poniżej 2. roku życia ogląda jakiś rodzaj mediów
elektronicznych, a dzieci do 2. roku życia oglądają średnio 1-2 godziny telewizji dziennie.
1/3 dzieci ma telewizor w sypialni w wieku 3 lat. 39% rodziców małych
dzieci potwierdza, że telewizor jest w ich domach włączony, przez co
najmniej 6 godzin dziennie! (źródło)” To też nie pomaga…


Wszystkie zmysły są ważne. Ważne jest dotykanie, czucie różnych struktur, słuchanie najróżniejszych dźwięków, smakowanie, wąchanie i oglądanie oczywiście też.

Moje propozycje wzmacniające integrację sensoryczną są zupełnie zwykłe,
nie ma w nich nic odkrywczego, integracja sensoryczna wzmacnia się
tutaj trochę przy okazji. Nasze pokolenie po prostu się tak bawiło (i
może dlatego nie doceniamy takich właśnie zabaw jako rozwojowych). Nie
potrzeba żadnych specjalnych
zajęć, drogich zabawek, ani mnóstwa czasu, ani specjalnych przygotowań. 
Kluczem tutaj
jest uważność. Uważność na daną chwilę. Robimy obiad? (prosty makaron z
cukinią i tymiankiem), dajemy do pomacania mąkę, kawałek makaronowego
ciasta, dajemy do wąchania tymianek, i, np dla porównania, oregano.
Zwracamy uwagę na świeży śnieg, na pierwsze pączki na drzewach, na kwiatki, na strukturę owoców. Zachęcamy – dotknij, poczuj, zauważ. To świat jest właśnie, cudownie różnorodny. Zadajemy
pytania, jakie to jest, czy zimne czy ciepłe, czy przyjemne, z czym ci się kojarzy.
Dzieci
naturalnie mają tę fantastyczną skłonność do poznawania totalnego. Nie
przeszkadzajmy im w tym. Pozwólmy wziąć do ręki pasikonika, chrabąszcza,
gąsienicę i żabę, nawet jeśli sami się trochę brzydzimy. Głaszczmy
trawę. Wąchajmy. Kucnijmy razem z nimi, weźmy lupę na spacer i
obserwujmy mrówki.

 

rozszerzanie diety

  • Wspomaganie integracji sensorycznej można zacząć już w okresie niemowlęcym. Polecam noszenie w chuście i delikatne relaksujące masaże przed kąpielą. Głaskanie i przytulanie, bujanie. BLW przy rozszerzaniu diety.
  • Smyranie, głaskanie, rysowanie palcem na pleckach
    prostych rzeczy (typu serduszko, słońce, domek) i odgadywanie co to
    jest – to pozwala fajnie skupić się tylko na dotyku. I jest zwyczajnie
    przyjemne.
  • Wąchanie przypraw przy okazji. Zresztą, nie tylko przypraw, w ogóle wąchanie, opisywanie tego, co czujemy.

  • Jedzenie z zamkniętymi oczami.
    Fajna jest zabawa w jedzeniowe odgadywanki. Zawiązuję dzieciakom oczy,
    sadzam je na blacie w kuchni i daję do próbowania różne rzeczy – mają je
    opisywać i odgadnąć, co dostały. Arcyprosta rzecz, bardzo przyjemna a
    jednocześnie trochę otwierająca na nowe smaki.
  • Chodzenie na bosaka, nie tylko po delikatnym ciepłym piaseczku, ale też po trawie, po ziemi, po błocie, po lesie, generalnie po podłożu o różnej fakturze – same korzyści, dla zdrowia, postawy, przyjemności.

gotowanie a integracja sensoryczna,

  • Robienie ciasta z rodzicami, wspólne gotowanie,
    zabawy w mące, wkładanie rączek do kaszy, ryżu, soczewicy. To bywa
    nieco bałaganogenne, ale czy jakiekolwiek dziecięce aktywności nie są?
    Poza tym dziecięce „pomaganie” w kuchni działa też dobrze na ich
    otwartość kulinarną, angażuje w domowe obowiązki (widzą, że jedzenie nie
    przygotowuje się samo), daje im poczucie że są potrzebne i ważne.

  • Kontakt ze zwierzętami. Ten oczywisty, jak głaskanie kotów, czy zabawy z psami, ale też dżdżownice, chrabąszcze i żaby
  • Przyroda przyroda przyroda. Szyszki, błoto, piasek, trawa. Wspinanie się po drzewach, bieganie, skakanie, najróżniejsze naturalne przeszkody. Puszczenie dzieci wolno w plener – nie tylko latem na plaży, ale nawet teraz, przy tej pogodzie zimno błotnistej. Pozwalanie dziecku na eksperymenty, próby, pobrudzenie się i przewracanie.
  • rowerek biegowy,
  • huśtanie się, wieszanie, 
  • Ciecz nienewtonowska i wszelkiego rodzaju mazie, piankoliny, ciastoliny i inne eksperymenty z mąką ziemniaczaną, piasek kinetyczny.
  • Wspólne zabawy ruchowe, w domu i na dworze.
    Turlanie się, przepychanki, łaskotki, robienie taczki, zawijanie się w
    koc, robienie baz z koców i poduszek. To tez jest bardzo naturalne i
    bardzo potrzebne, a jakoś zanikło mam wrażenie.
  • Bujanie w kocu, dzieci to uwielbiają. A poza tym wyciszają się i uspokajają, rozwijają im się wtedy mózgi.

  • Robienie zup błotnych (z szyszkami, igłami, ziemią, owocami, patykami), wszelkie babranie się.

I tak dalej. Jak widzicie, większość tych zabaw nasze pokolenie traktowało jak niezbywalną część rzeczywistości, zupełnie naturalną, a nasze dzieci, wychowywane na ogół w czystości, komforcie, bezpieczeństwie już takiej rzeczywistości naturalnie nie mają. Dlatego warto się na takie uważne odczuwanie świata otworzyć, to pomoże nie tylko dzieciom.


*Dla porządku i ścisłości dodam tylko, że nie jestem terapeutą i te propozycje zabaw wspomagają SI, ale nie zastąpią profesjonalnej terapii jeśli taka jest potrzebna.

27 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

post na Post czyli pochwała nie-dostatku

by Paulina 2 marca, 2018

Chodzą za mną te myśli już od jakiegoś czasu.
Chodzą, jak jakieś odkrycie przełomowe i olśniewająca prawda wyjaśniająca różne problemy, uniwersalna odpowiedź na różne egzystencjalne „jak żyć”…
I, jak większość z tych największych mądrości, zamyka się w banale.

Otóż, moi drodzy, w życiu nie może być za łatwo.

Nachodzi mnie ta myśl ostatnio zaskakująco często.

Gdy dzieciaki marudzą, grymaszą i wybrzydzają którą łyżką będą jeść zupę. Gdy robią awanturę o ubranie, jakie mają założyć, gdy wywalają zabawki na podłogę i nie robi na nich wrażenia, że jakieś elementy się zniszczą lub zgubią.

W zimie. Gdy lodowato-wilgotny wiatr przenika do szpiku kości, gdy
każde wyjście z domu (a już zwłaszcza z dziećmi) wymaga Dzielności i
Hartu Ducha.

W górach. Gdy człowiek porządnie zmęczy się na szlaku, zobaczy potem te widoki i czuje się potem wobec świata piękną pokorę i harmonię.

Nachodzi wobec ostatnio popularnych trendów. Trochę w kontrze do powszechnego dobrobytu, dostępności wszystkiego i kompulsywnego kupowania, szybkiej i łatwej mody, i związanym z nią wyrzucaniem nienoszonych ciuchów, marnowania jedzenia, popularne staje się pozbywanie się nadmiaru, odpowiedzialne zakupy, zwracanie uwagi na ilość śmieci.

Za łatwo nie może być też w kontekście dbania o zdrowie. Nadmierność jest dla zdrowia zwyczajnie szkodliwa. Zwłaszcza nadmierność tego przyjemnego i łatwego jedzonka, kiedyś dostępnego tylko od święta, jak słodycze, mięso, białe pieczywo.

Formy fizycznej też nie wyrabia się wśród wygody i komfortu.

I jeszcze kwestia zdrowia psychicznego i rosnącej liczby zachorowań na depresję. Czytałam ostatnio wywiad z dr Cezarym Żechowskim, który powiedział o przesycie tak: „Niedosyt kreował myślenie iluzyjne, które jest bardzo
potrzebne. A dzisiaj, mam wrażenie, młodzi ludzie są tak konsumpcyjnie
nasyceni, że nawet fajne rzeczy już im się nie podobają”

Oczywiście fajnie jest się porozpieszczać czasami, spędzić dzień snując się w piżamie, zrobić sobie dobrze gorącą czekoladą pod kocykiem, poczytać nieambitne gazetki, kupić coś co nam się podoba ot tak. Pogłasiać się wewnętrznie. Nic nie musieć, nie ścigać się i nie starać. To jest super. I to też jest nam potrzebne. Ale nie cały czas, nie zawsze, nie bezustannie.

Okazuje się, że zbytni i bezustanny komfort, puch i udogodnienia są niewskazane.
Okazuje się, że naszym rodzicom, mimo kolejek, prania we frani i różnych braków, było w pewnym sensie wychowawczo prościej. Nie było łatwo, ale było prosto. Nie było wielu dzisiejszych udogodnień, ale nie było też nadmiaru wszystkiego i wynikającego z tego zblazowania, tylu pokus i reklam, milionów bodźców każdego dnia.
Bo obiektywny brak i trudności, taki niezależny od nas, w jakimś sensie pomaga, upraszcza – przyjmujemy go do wiadomości i mnóstwa problemów po prostu nie ma. To nie rodzic musi codziennie odmawiać – różnych atrakcji, kupienia zabawki, zjedzenie słodycza, oglądania kolejnej bajki. Nie musi tego ograniczać, bo brak jest obiektywy, nie zależny od nas, a do takich braków dzieci przystosowują się zadziwiająco szybko i bezboleśnie. Zauważamy to doskonale, gdy jesteśmy na wakacjach pod namiotem, dzieciaki, które nie mają prawie żadnych gotowych zabawek, są zajęte i bezproblemowe jak nigdy.

Gdy czasem będziemy trochę głodni, nie najemy się do syta, nie zjemy pysznego słodyczka, to wyjdzie nam to tylko na zdrowie. Podobnie na zdrowie wyjdzie nam hartowanie się na zimnym powietrzu i wylanie siódmych potów na treningu.

Gdy sobie czasem odmówimy przyjemności, zmniejszymy wygody i spełnianie wszystkich zachcianek, ograniczymy wygody i narzucimy jakieś limity, wyjdzie nam to naprawdę na dobre.

Swoją drogą, gdy nie mamy pieniędzy, to zupełnie naturalny staje się ekologiczny
minimalizm, zero waste, „projekt denko” i kupowanie tylko tego co dobre i
potrzebne. Nic nas nie nauczyło minimalizmu i zero waste tak bardzo jak
trudności finansowe. We względnym dobrobycie nie jest to takie naturalne,
bo pierwsze, do czego dążymy, to wygoda.

Tak to chyba jest, że dążymy do komfortu, że chcemy mieć wszystko i już, a dzisiejsze czasy trochę nam to wszystko już zapewniają. Ale, co zdobywa się bez trudu, nie jest cenne. Wszystko, co dobre podbija siła kontrastu. Największe przyjemności to te wyczekane. Najlepsze jest słońce po zimie, najsmaczniejsza woda na pustyni, najwygodniejsze łóżko po kilkunastu dniach na karimacie a najlepszą przyprawą jest głód.

Dlatego w jakimś sensie lubię Post. Wiem, że warto się samoograniczać czasami, dobrze, jak czasem nie jest nam miło, ciepło i błogo, dobrze jest się czasem postarać, potrudzić, pomęczyć. Uważam, że to jest naprawdę jest ważne.
Dla Was też? Uważacie, że niewygody są czasem potrzebne?

2 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

minimalizm i dzieci

by Paulina 4 listopada, 2017

Minimalizm i dzieci, brzmi trochę jak dwa przeciwieństwa, odległe bieguny, prawda?

A jednak czepię się dzisiaj tego tematu, opowiem Wam jak sytuacja wygląda z naszej perspektywy, czyli rodziny z trójką dzieci, w dość dużym mieście na wschodzie Polski.

O moim ogólnym podejściu do minimalizmu już pisałam (tu i tu). Pogląd mam wciąż ten sam, jeśli bym koniecznie miała się etykietować, nazwałabym się raczej esencjalistką niż minimalistką. Nie lubię gromadzić, wszelki nadmiar mnie przytłacza, robię przemyślane i nienadmierne zakupy. A jednocześnie nie liczę posiadanych przedmiotów, nie lubię stawiać sobie limitów, zdarza mi się ulec impulsowi i wolę zamiast na pozbywaniu się rzeczy skupić na tym, co mam.

Jak to się ma do dzieci? Stali czytelnicy myślę znają moje podejście do wychowania, choć nie siedzę w parentingu. Generalnie staramy się otaczać nasze dzieci światem, a nie przedmiotami, staramy się dać im wartości, a nie rzeczy. Takie jest założenie, pisałam o nim tutaj, natomiast z praktyką bywa różnie.
W naszym przypadku muszę powiedzieć, że z filozofią wygrało prawdziwe
życie. Filozofia połknęła porażkę z godnością i nawet z prawdziwym
życiem się zbratała, koegzystują sobie razem całkiem zgodnie, zobaczcie jak.

Jeszcze przed urodzeniem się Wilczka wychodziłam z założenia, że nie potrzebujemy masy gadżetów z licznych list dziecięcych masthewów dostępnych w internecie. Nasza pierwsza wyprawka była dość skromna, i, jak się okazało, zupełnie wystarczająca. Nie będę Wam tu przedstawiać naszych list, bo każdy ma swoje priorytety, ale przede wszystkim mieliśmy świadomość, że nie trzeba kupować wszystkiego zanim urodzi się dziecko. Bo oczywiście małe dziecko angażuje i później jest mniej czasu i możliwości na snucie się po sklepach, ale za to gdy już dziecko jest na świecie, wiemy najlepiej, czego w danym momencie faktycznie potrzebujemy.

Gdy młody miał 9 miesięcy, wyjechaliśmy do Francji, a przeprowadzka wiązała się z wieloma decyzjami o stanie posiadania i intensywnym jego ograniczaniem. We Francji pojawiło się jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedna przeprowadzka, a potem wizja powrotu do Polski i kolejnych przenosin dobytku. Ta tymczasowość i przeprowadzki pomogły w ustatkowaniu naszego „esencjalistycznego” podejścia.

Gdy wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zadowolona, że mogę maluchom zorganizować fajną, przyjazną przestrzeń o charakterze „miejsce na wszystko i wszystko na miejscu”. Ale wtedy też pojawiły się różne trudności… 
Np. dary losu. Prezenty są fajne oczywiście i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale… przedmioty mnie przerosły i przytłoczyły. Zabawek było zatrzęsienie. Codziennie potykałam się o masy pierdółek z jajek niespodzianek, i błyszczących koszmarków, które dzieci dostawały zewsząd pod byle pretekstem. Było też sporo naprawdę fajnych zabawek, ale było ich zwyczajnie za dużo. A jak zabawek jest za dużo, dzieciaki szybko się rozpraszają i nudzą i niczym nie bawią tak naprawdę.
Do tego dochodzi kwestia ubranek. Używane ciuszki są super i zawsze bardzo się cieszę, gdy dostajemy coś po innych dzieciach, ale potwornie irytuje mnie segregowanie na milion stert: za małe na jedno, ale jeszcze za duże na drugie, na lato, na zimę, do oddania, do sprzedania, do odziedziczenia… I zawsze mi jest głupio, gdy dostajemy coś, co teoretycznie jest dobre, ale zwyczajnie mi się nie podoba, albo nie jest nam potrzebne.
Są jeszcze same dzieci – i ich gust, pasje i wola, objawiające się np maniakalnym zbieraniem kasztanów, płomienną miłością do tandetnego świecącego motylka, fantastyczną zabawą w gotowanie z papierowych wycinanek (i masą ścinków makaronu na podłodze)
Jest to wszystko upierdliwe i serio wystarczy chwila nieuwagi, a dziecięce gadżety namnażają się i opanowują całą przestrzeń w mieszkaniu. A walka z nimi jest zdecydowanie nierówna. Ale walczę!

Przede wszystkim kupujemy bardzo rzadko, są to zakupy przemyślane i z konkretnej
okazji
lub potrzeby. Wyjątek stanowią książki, dziecięca biblioteczka jest raczej
bogata.

Regularnie przeglądam te ich nieszczęsne ciuchy i pozbywam się tych nienoszonych i nie do noszenia w przyszłości przez któreś. Dzieciaki nie mają wiele miejsca na ubrania i ta ograniczona przestrzeń trochę reguluje ilość ich ciuchów (ta sama zasada panuje przy naszych ubraniach) – starszaki mają klasyczną szafę z Ikei (Stuva), a Małe komodę.

Przeglądam też ich pokój pod katem zabawek i niektóre rzeczy (zepsute, zniszczone, paskudne, do niczego nie przydatne) po prostu dyskretnie wyrzucam. Początkowo je chowam – na wypadek, gdyby okazało się, że chcę się pozbyć jakiegoś Ogromnie Ważnego Skarbu, i po jakimś czasie wyrzucam (lub oddaję, w zależności od stanu).

Staram się też wymieniać zabawki na widoku, bo z zabawkami i zabawą działa zasada pareto – przez 80% czasu bawią się 20% zabawek.

I przestrzeń mają zorganizowaną dość logicznie i przyjaźnie dla nich. Nie ma żadnych przepastnych „koszy zabawkowych” i stert pudełek jedno na drugim, które wymagają wywalenia wszystkiego, żeby dostać się do poszukiwanej rzeczy. Są szuflady i półki (i pudełka na klocki), pudełka z puzzlami i grami są ustawione pionowo, nie jedno na drugim, żeby do każdego był dostęp. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieci są demonami porządku, ale łatwiej (i efektywniej) jest mi zarządzić: klocki do pudełka, książki na półkę, kredki do puszki, niż rzucić enigmatyczne proszę tu posprzątać.

I tak to wygląda u nas z tym minimalizmem przy nieminimalistycznej rodzinie;)
Leo Babauta i inni ultrasi mogliby w naszym mieszkaniu dostać zawału z tego nadmiaru przedmiotów. Nie uprawiamy też minimalizmu instagramowego, który polega głównie na pokazywaniu pewnej biało – szarej estetyki. Po prostu panujemy nad naszym stanem posiadania.

Jak jest u Was? Próbujecie łączyć minimalizm z dziećmi, uważacie że to walka z wiatrakami i odpuszczacie, a może w ogóle odrzucacie koncepcję minimalizmu?

4 listopada, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggeddzieckojesieńlasmindfulnessmój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

let’s play birds

by Paulina 28 października, 2017
spacer po lesie, spacer z dziećmi, jesień

Wiecie, z czego jestem chyba najbardziej dumna jako rodzic?
Że moje dzieci są zachwycone światem

Że w kolorowych, migających i grających czasach wymyślnych atrakcji i jeszcze wymyślniejszych zabawek, centrów handlowych i sal zabaw, na hasło „jedziemy do lasu” moje dzieci wykrzykują głośne „hurra!”


A w tym lesie…
w tym lesie wybierają najpiękniejsze liście, bo z tych wszystkich tysięcy właśnie ten mamusiu, dla ciebie
tłoczą się w emocjach przed samodzielnie dostrzeżonym grzybem i głośno zastanawiają, czy nadgryzły go ślimaki, czy może żuczki
przepychają przy błyszczącej pajęczynie
szurają w dywanach liści, robiąc skomplikowane systemy dróg
na wyścigi pokonują przeszkody
głaszczą mech
zastanawiają się, czy piękniejsze są czerwone, czy żółte liście
zbierają patyki, ale tylko najspecjalniejsze

I
oczy im się błyszczą. Policzki różowieją. I tak sobie idziemy wśród tych drzew pełnych magii,
grzejąc czasem zziębnięte łapki, słuchamy ich opowieści o musująco
zmiennej tematyce, odpowiadamy na najróżniejsze pytania, i chłoniemy leśność i ten wspólny czas.

 

28 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorozmyślania

… na macierzyńskim, czyli nowy cykl

by Paulina 25 października, 2017

Urlop macierzyński to taki specyficzny czas, pozwalający poznać się od zupełnie nowej strony. Rodzimy się jako mamy, to oczywiste, zajmujemy maleństwem i odkrywamy nowe, niesamowite cechy naszej osobowości, trochę pewnie wymuszone przez okoliczności (np. niezwykłe pokłady cierpliwości, umiejętność organizacji, ogromną odpowiedzialność i obowiązkowość itd). To jest też czas, kiedy poznajemy się zupełnie na nowo, kiedy kobieta zostaje trochę sama ze sobą, ze swoimi myślami (choć czasem ciężko jest je usłyszeć…). A przy tym, ten czas z dzieckiem w domu, choć rozwijający w jedyny w
swoim rodzaju sposób zostawia nas bez pewnej stymulacji, jaką w
naturalny sposób daje praca i różne „dorosłe” wyjścia.

Zostajemy bez pewnych ram, bez rytmu dom-praca-dom.

To jedna z rzeczy, na które narzeka się mocno pracując na etacie, że kierat i dzień świstaka, ale ten kierat jakoś nas… ustawia. Daje pewne ramy.
No dobra, dziecko też nas ustawia i na pewno nie jest tak, że można spać nie wiadomo do której, a potem bumelować w piżamie, oglądać seriale i leniwie prokrastynować. Na prokrastynację nie ma czasu, dziecięce potrzeby są w trybie super-asap, i – dla własnego dobra – dobrze jest jakiś rytm wypracować i się go trzymać. Ale wszyscy znamy przypadki spektakularnego psucia planów przez rozkoszne maluchy, które raczyły się rozespać, rozwyć lub malowniczo przekroczyć możliwości pieluchy w momencie gdy właśnie mieliście wychodzić na spacer. Albo zlekceważyć potrzebę drzemki (na czas której mama miała intensywne plany). Albo niespodziewanie zasnąć na długie godziny podarowując matce cenny czas do wykorzystania.
Na macierzyńskim trzeba wyrobić w sobie umiejętność elastycznego (bardzo elastycznego) zarządzania czasem.

Bez motywacji i wyzwań intelektualnych.

Umówmy się, opieka nad dzieckiem nie stanowi wyzwania intelektualnego. Całe dnie spędzone na zmienianiu pieluch, spacerach, karmieniu, zabawach klockami nie dają naszym mózgom szczególnie dużo wyzwań. Choćbyśmy nie wiadomo jak stymulowały malucha Mozartem, bujaniem i mówieniem do niego, nie będzie on dla nas inspirujący w żaden sposób.
Na macierzyńskim, jakaś część naszego mózgu śpi sobie błogo, beztroskim snem niemowlęcia.

Poza tym, w przestrzeni ograniczonej do domu i standardowych spacerków widzimy te same rzeczy i osoby, nie dostarczamy sobie nowych bodźców i stymulacji, a to też może dodatkowo zawężać nasz świat. A w zawężonym świecie przestaje się chcieć – wyglądać, poznawać, doznawać.

A to wszystko jest cholernie ważne, wiem z autopsji, że nieużywane cechy osobowości i intelektu, tak jak mięśnie, usychają i kurczą się.
Wszyscy też znamy odkrywczą prawdę, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Zresztą, już zostawmy to dziecko nawet – mama nie jest tylko mamą, kiedyś pewnie wrócimy do pracy, kiedyś też dzieci przestaną być takie przyklejone do nas, kiedyś dzieci odejdą. Dlatego nie wolno pozwolić na uśpienie nie-mamowej części nas, bo potem może być naprawdę ciężko ją obudzić.

Jestem na macierzyńskim po raz trzeci, sporą część pierwszych dwóch razy byłam we Francji, bez własnych znajomych, za to z dwójką dzieci i ciągle jeszcze z powodzeniem funkcjonuję jako nie-rodzic, dlatego pomyślałam sobie o stworzeniu małego cyklu o pielęgnowaniu nie-mamy w sobie. Co myślicie, będziecie czytać?

25 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggeddzieckolatoodporność u dziecirozmyślaniazmysły

Dzikie Dzieci czyli pochwała wsi

by Paulina 23 sierpnia, 2017

 

wakacje na wsi, integracja sensoryczna, radosne dzieciństwo

Zdejmują buty już w samochodzie. Wysiadają na bosaka i biegną. Zanim my dojdziemy z licznymi naszymi torbami do domu i wejdziemy do ogrodu, oni już malowniczo ubrudzeni w samych gaciach zbierają borówki, maliny, albo obserwują robaczki.

Potem zazwyczaj następuje mały kryzys, zaczynają się kręcić, jęczeć i nie wiedzieć czego chcą, proszą o włączenie bajki albo przeczytanie książeczki, kłócą się i standardowo jedno (co najmniej) przychodzi do mnie z płaczem. A potem, po jakiś dwóch godzinach, zmieniają się w

wolne dzieci

czasem widać złociste główki zza owocowych krzewów
czasem słychać ich śmiech
czasem docierają do nas strzępki rozmów i planów na kolejne budowle
czasem stajemy się świadkami spektakularnej akcji policyjnej, sceny z życia dinozaurów lub spotkania dwóch młodych rodziców rozmawiających o swoich dzidziusiach w brzuchach
czasem widzimy jak zaaferowani podlewają kwiatki swoimi małymi konewkami
zbierają małe pomidorki i wożą taczkami
wymyślają historie
przyglądają się, przysłuchują, wąchają i dotykają
chłoną
a czasem w ogóle ich nie widzimy, mija czas, a oni ciągle w swoim magicznym dziecięcym świecie

dzieci na wsi, integracja sensoryczna, wakacje na wsi

W te wakacje spędzamy u moich rodziców nieprzyzwoicie dużo czasu. Jeździmy te 15 km od Lublina, by spędzić tam parę dni, albo chociaż parę godzin. Jedziemy ratować się przed upałami, objeść grządki i wykąpać w basenie. Jedziemy po spokój, odpoczynek, równowagę psychiczną i masy korzyści dla dzieciaków.

relaks  dla rodziców

Dzieci, które przez dłuższy czas zajmują się same sobą, to jedno z milszych doświadczeń rodzicielskich.To jedyne w swoim rodzaju połączenie odpoczynku doskonałego z dumą i satysfakcją, że takie mamy samodzielne dzieci (bo oczywiście tego typu zasługi przypisujemy sobie). A do tego to przepiękny i cholernie wzruszający widok, jeden z tych z cyklu „życie jest piękne”.

wzmacnianie odporności

Pisałam  w tamtym roku o letnim budowaniu odporności. Wieś, bose stopy (także po chłodnej rosie, czy deszczu), świeże powietrze, owoce prosto z krzaka i ruch przez cały dzień. Czyli wszystko, co najprostsze, najnaturalniejsze i najskuteczniejsze przy wzmacnianiu i hartowaniu młodych organizmów. Zupełnie za darmo, bezwysiłkowo i tak cudownie przy okazji.

na bosaka a hartowanie, wakacje na wsina bosaka a hartowanie, wakacje na wsi

Integracja sensoryczna

Coraz więcej dzieci w dzisiejszych czasach ma problemy z integracją sensoryczną (SI). Wikipedia tłumaczy pojęcie SI jako „podświadome współdziałanie zmysłów człowieka umożliwiające wykonywanie codziennych czynności.” A Polskie Stowarzyszenie Terapeutów Integracji Sensorycznej uzupełnia: „Termin integracja sensoryczna określa prawidłową organizację wrażeń
sensorycznych (bodźców) napływających przez receptory. Oznacza to, że
mózg, otrzymując informacje ze wszystkich zmysłów (wzrok, słuch,
równowaga, dotyk, czucie ruchu-kinestezja) dokonuje ich rozpoznania,
segregowania i interpretacji oraz integruje je z wcześniejszymi
doświadczeniami. Na tej podstawie mózg tworzy odpowiednią do sytuacji
reakcję nazywaną adaptacyjną. Jest to adekwatne i efektywne reagowanie
na wymogi otoczenia. Może to być odpowiedź ruchowa jak i myślowa.
Integracja
sensoryczna jest procesem, dzięki któremu mózg otrzymując informację ze
wszystkich systemów zmysłowych dokonuje ich segregacji, rozpoznania,
interpretacji i integracji z wcześniejszymi doświadczeniami.
„
Objawy zaburzeń SI są mało precyzyjne i w jakimś stopniu przejawia je wiele dzieci. Może to być np. zbyt duża, lub zbyt mała ruchliwość, „niedotykalskość”, nadwrażliwość na niektóre faktury, zbyt mała wrażliwość i poszukiwanie pobudzenia (np. intensywne kręcenie się w kółko, albo walenie głową w ścianę), trudności z koncentracją, problemy z koordynacją ruchową.

Zaburzenia mają oczywiście różne przyczyny, często zupełnie od rodziców niezależne. Faktem jest też jednak to, że kiedyś tego typu problemów było mniej (oczywiście mniej też była rozwinięta pedagogika i psychologia pozwalająca diagnozować takie problemy). A właśnie zanurzenie w przyrodę i pozwolenie na to by się pobrudziły, by doświadczały, odczuwały świat to coś, co kiedyś dzieci po prostu miały. To także coś, co możemy, i powinniśmy wszyscy dać swoim dzieciom, . Dzieciaki „puszczone wolno” w naturę będą turlać się po trawie, pocierać stópkami o piasek, głaskać błotko, brać do rączek żaby i świerszcze, wąchać kwiatki, czyli przepięknie wzmacniać wszystko, co ważne w SI. I tu chodzi o dokładnie te same doświadczania, co na terapiach SI – ale bez ich „terapiowej” aury pt. jest problem i pracujemy (w domyśle ciężko) nad polepszeniem sytuacji.
W naturze, na wsi, dzieciaki integrują się sensorycznie tak po prostu, o ćwiczeniach małej i dużej motoryki już nawet nie wspominam.

zabawa w glinie, bose stopy, dzieciństwo unplugged

huśtanie, wakacje na wsi

Kreatywność

Odkąd dzieciaki chodzą do przedszkola, jestem zadziwiona przebogatą ofertą zajęć dodatkowych dla maluchów. Oczywiście są standardowe zajęcia muzyczne, sportowe, językowe. Ale jest coraz więcej kwiatków typu stymulacja zmysłów, rozwój mózgu i chyba największy hit, czyli nauka kreatywności. Stymulowanie kreatywności u dzieci! Jak mawiał klasyk, nie ucz dziada charchać, czyli dzieci są samą kreatywnością! Kreatywność to drugie imię dzieciństwa a jedyna rola dorosłych w tej kwestii to dać dzieciom przestrzeń (także metaforyczną) i nie wtrącać się. Dać się ponudzić, i nie stymulować na siłę. A potem już tylko obserwować dyskretnie, jak powstają nowe fascynujące rzeczywistości pełne zwrotów akcji, odgrywane co chwilę nowe role, wyobrażane nowe światy. Wymyślają te zabawy aż furczy. Wyścigi, tworzenie, odgrywanie ról, zabawy zręcznościowe – mądre, piękne, uroczo bezsensowne, cudownie naiwne. A przede wszystkim ich.

Nie będę Was zanudzać peanami o wspaniałych korzyściach takich zabaw dla dziecięcego rozwoju. Może wspomnę tylko jedną oczywistą oczywistość, że dzieci, którym pozwala się bawić samodzielnie i zajmować sobą, będą umiały się sobą zajmować i będą samodzielne (Eureka!)

A do tego wspomnienia szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa, jakie właśnie im się wdrukowują.
Najzwyklejsza i najcudowniejsza na świecie dziecięca radość totalna.
Wyjedźmy z dziećmi z miasta.

23 sierpnia, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry