Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

aktywna mamadzieckomój stylna macierzyńskimrozmyślania

głowa na macierzyńskim

by Paulina 24 czerwca, 2018

Dzisiaj zapraszam na kolejną część cyklu o dbaniu o nierodzicielską część siebie na macierzyńskim. Pisałam już o tych bardziej zewnętrznych aspektach. Świadomie w takiej kolejności, bo często efekty dbania o to, w co się ubieramy czy dbania o formę fizyczną widać dość szybko. A poza tym zewnętrze wpływa na wnętrze. Bo dzisiaj będę mówić o wnętrzu. O tym, o czym myśli mama niemowlęcia.

Opieka nad niemowlęciem jest niewątpliwie angażująca, także głowę. Ale nie czarujmy się, prawda jest taka, że jeśli zafiksujemy wszystkie nasze
myśli i uczucia na dziecku, nie wyjdzie nam to na dobre. Dlatego warto
ubrać się inaczej niż w dresy, dlatego warto dbać o ciało, kochane
ciało, które wykonało niezwykły wysiłek.
Dobrze jest też pomyśleć o głowie. Naprawdę, bycie mamą nie oznacza, że musimy już teraz myśleć tylko i wyłącznie o dziecku.
Myślenie
o dziecku jest dobre i potrzebne, dla dziecka oczywiście, dla więzi i 
dla samej mamy też zresztą może być rozwojowe (patrz tekst o tym co wpisać do cv po macierzyńskim). Chodzi mi o unikanie takiego 100% skupienia na dziecku.
Ten
rok, rok macierzyńskiego wbrew pozorom może być dla kobiety bardzo
rozwijający, nie tylko pod względem kompetencji z rozszerzania diety,
wiedzy o szczepieniach i sprawnego zmieniania pieluchy. Po pierwszych
tygodniach otrzaskiwania się z nową rzeczywistością, robi się naprawdę
fajnie, i całkiem sporo jest przestrzeni na kwestie nie związane z
dzieckiem. To dobrze, wykorzystajmy te przestrzenie, wyjdzie to na dobre
całej rodzinie.

Zdjęcia zrobiliśmy podczas ostatniego Warszawskiego Weekendu Bez Dzieci

 
Najważniejsze to trochę zmienić perspektywę. Mama na macierzyńskim nie jest tylko mamą.
Rodzicielstwo bliskości oznacza bliskość, a nie totalny fokus na dziecku. Tak jak pisałam już kiedyś, nie raz zresztą, dziecko
wkracza do rodziny nie jako jądro, ale jako pełnoprawny jej członek –
pełnoprawny członek jak mama i tata. Co oznacza, że uwaga-uwaga, mama i
tata są równoprawnymi członkami tej komórki społecznej a nie
obsługiwaczami potrzeb małego człowieka.

Co to dla mnie oznacza w praktyce?

No, prawie bez dzieci;)

Mamo, wyjdź z domu

Przede wszystkim, mama z dzieckiem może wyjść –
i to niekoniecznie na standardowy spacerek okołodomowy. Niemowlak, taki
jeszcze niechodzący, w chuście, nosidle lub wózku, to idealny kompan na
różne wyjścia. Nie nudzi się, nie ucieka i nie grymasi, mama jest obok,
to dla niego priorytet.
Ja z moimi kolejnymi dziećmi w chuście bywałam w muzeach, galeriach, na mniejszych i większych wycieczkach, na rowerze (z przyczepką rowerową) , na imprezach i w kinie.
Takie
wyjścia w zupełnie cudowny sposób odświeżają, pomagają złapać dystans,
dają bodźce inne niż dziecięce, budzą uśpione szare
komórki-nie-odpowiedzialne-za-dziecko.
Teraz, gdy jest ciepło,
wychodzę więcej niż w poprzednich miesiącach, zima nas jednak trochę
powstrzymała, bo przewijanie i karmienie w plenerze zimą to nie jest
oczywista sprawa. Wiosną i latem nie ma problemu, można karmić na
dowolnej ławce, przewijać się na kawałku trawki i w sumie niewiele
więcej dzieciakowi potrzeba.

Bez dziecka

Można! Naprawdę!
Na długo i krótko, do sklepu,
do kina, na spotkanie, na koncert. A mama bez dziecka regeneruje się
bardzo szybko. Te wizyty w Lidlu, wyczekane, jak jakieś wakacje pod
palmami, te dwie godzinki w kinie, inspirujące jak cała fura festiwali
kulturalnych, załatwianie spraw w urzędzie stymulujące jak milionowe
kontrakty. Chwilowy brak dziecka otwiera nowe drzwi w naszych głowach,
bardzo polecam, w miarę potrzeb i możliwości.

No cześć.

Intelekt

Jest taki stereotyp o odpieluszkowym zapaleniu mózgu,
ale wbrew temu, macierzyński to ten czas, kiedy można zrobić dla głowy
naprawdę sporo.
Np. czytanie.
Uwielbiam karmić piersią, także między innymi dlatego, że tylko przystawiam dziecko, a głowę mogę zająć czymś zupełnie innym.
Można smyrać w smartfonie (i frustrować się idealnym internetowym
światem) ale można tez poczytać na czytniku. Książki najróżniejsze,
smakowite powieści, nie Tracy Hogg ani Searsowie. Wspominam tu o
czytniku, bo przy karmieniu jest on dużo wygodniejszy niż klasyczna
książka, zwłaszcza jeśli mówimy o grubszych pozycjach. Dobrze sprawdzi
się też na spacerkach;)
Z innych dobrodziejstw technologii, są
audiobooki, podcasty i samouki językowe do słuchania przy sprzątaniu,
wieszaniu prania, prasowaniu (jeśli ktoś prasuje;) ), gotowaniu i całej
masie innych czynności.
Nie dość, że jakoś lżej się te gacie składa,
to jeszcze jakoś się mózg odświeża i jest zwyczajnie przyjemniej. I
naprawdę, to, że ich słuchamy nie oznacza, że w jakiś sposób
zaniedbujemy dziecko, nie musimy wiecznie do niego gugać, może sobie
maluch posłuchać jakiejś dobrej literatury. Ja polecam Audiotekę i
darmowy Librivox, i Podcast Addict. Jeśli chodzi o szlifowanie języków
nie mam teraz żadnej fajnej dedykowanej aplikacji, słucham książek,
radia i podcastów w obcych językach po prostu.
Są też wszelkiego rodzaju łamigłówki, w wersji analogowej i mobilnej.

Ludzie

Mama zamknięta w domu to mama zdziczała niestety. Prawda jest taka, że jeśli nie spotykamy się z ludźmi, to tracimy pewne społeczne umiejętności, znam to niestety z własnego doświadczenia, i wtedy człowiek czuje się ta zakompleksioną kurą domową, co to zna się tylko na kupkach i zupkach, więc coraz mniejsza jest motywacja do spotykania się…i koło się zamyka. Powstaje oczywiście pytanie, z kim się spotykać, bo przecież większość znajomych pracuje w ciągu dnia wieczór przy małym dziecku bywa nieoczywisty. Najprostsza odpowiedzią jest szukanie innych w podobnej sytuacji. Warto też rozejrzeć się za spotkaniami / warsztatami / zajęciami dla mam z dziećmi, to – poza fajnie spędzonym czasem okazja do poznania nowych ludzi. Zresztą, niech to będzie odwiedzenie koleżanki też na macierzyńskim i wspólne narzekanie na zmęczenie, czy rozmowa o rozwoju pociech, ale wychodźmy z domu i odzywajmy się do innych dorosłych ludzi.

Pustka

Polecam też wyciszenie, przerwy i drzemki. Nie bombardujmy się ciągle sieczką niusów i obrazków z internetu. Wyciszmy. Będąc z dzieckiem czasem można sobie po prostu potrwać w ciszy. Tu i teraz. Nicnierobienie też jest odświeżające.

Pasja

Ta pustka, to zwrócenie się do środka, no i nowa rola, i odejście od dotychczasowego schematu życia, wyzwalają pewien rodzaj pytań i poszukiwań. O sens, o sposób przeżywania życia, jakie znaczenie ma to, co robimy. I co tak naprawdę lubimy. Fajnie jeśli te poszukiwania nie polegają na szukaniu co lubi instagram, tylko co lubię ja – a to jest różnica, choć w dzisiejszych czasach coraz częściej to się zaciera.
W każdym razie, macierzyński to dobry moment na odkrycie pasji. Bo może, karmiąc piersią przypomnimy sobie o dawnym zainteresowaniu Indianami z Ameryki Północnej, bezsenne noce zainspirują nas do poszukiwania wiedzy o kosmosie, przemierzając kilometry po mieszkaniu zaczniemy szukać estetykę i odkrywać design. Być może taniec z dzieckiem w chuście nakieruje nas na taniec, jogging z wózkiem popchnie do maratonów, śpiewanie kołysanek obudzi muzykalność. Bądźmy otwarte, miejmy dobrą wolę. Tylko proszę pamiętajcie, że pasja naprawdę nie musi przekształcić się w dochodową firmę, ma nam przede wszystkim dawać radochę.

Praca

Jest jak najbardziej możliwa i realna. Z kilkumiesięcznym dzieckiem może być wbrew pozorom łatwiej niż z półtoraroczniakiem czy dwulatkiem, serio 🙂

Ja pracuję (w domu) od jakiegoś czasu, napiszę Wam o tym więcej za jakiś czas.

I jeszcze. Ja wiem oczywiście, że dzieci są różne, są high need babies, bywa ciężko. Czasem jedyne, czego potrzebuje nasz mózg, to sen.  Ale, tak, jak pisałam wcześniej – z nikim się nie ścigajmy, to nie zawody. Absolutnie nie chodzi mi o kolejne poprzeczki dla mam. 
Dbajmy o siebie dla siebie – tak jak pisałam kiedyś, „nie używane cechy osobowości i intelektu kurczą się i usychają”, nie zatracajmy się w tym macierzyństwie do imentu.

24 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowanie

Must-have dla dzieci!

by Paulina 1 czerwca, 2018

Dziś (jeszcze) Dzień Dziecka!
Moje drogie, pamięć, kalendarz, reklamy, radio, telewizja, instagram i blogi bywają zawodne. Być może umknęło Wam, że dziś święto naszych pociech! Rety! Szybko szybko! Co tu robić, co robić, prezenty przecież trzeba, laboga, bez prezenta nie ma świenta, wszyscy to wiemy przecież. Tylko, co robić jeśli dziecko ma już wszystko? Iść w skomlikowańszą elektronikę, stawiać na gadżety z kreskówek, niezawodny (milionowy) zestaw lego…? Quad, dron, weeked w mini-spa dla małej lolitki?

Moje drogie. Tu wchodzę ja, cała na biało. Doświadczona matka wielodzietna, been there, done that.
Po serii skomplikowanych doświadczeń, badań testów.
Okazuje się, że atrakcją dla dziecka może być… ŚWIAT.

Dzisiaj, z okazji dnia dziecka
zapraszam na rewolucyjny i spektakularny sposób zajęcia naszego malucha. 

Co więcej, ta sensacyjna zabawa może odbywac się wszędzie. Pod domem, na pikniku, na wakacjach. Sprawdzi się na Lazurowym wybrzeżu i pod blokiem we wschodniej Polsce. Zajęcie dla dziewczynek i chłopców. Rozwija dużą i małą motorykę, integrację sensoryczną, świetnie wpływa na zdolności matematyczne, wprowadza podstawy fizyki. Działa cuda na wyobraźnię przestrzenną. Dostarcza bodźców wyobraźni. Fantastycznie oddziałuje na kreatywność. Słowem, rozwija mózg jak wariat.
Mało tego, do tej wszechstronnie rozwojowej zabawy nie potrzeba wiele.
W
zasadzie, wystarczą kamyczki.

Kamyczki. Duże i małe. Najchętniej w połączeniu z dowolną wodą. I już.
Powyższy tekst jest może trochę prześmiewczy, ale cudowności rozwojowe, które po prostu DZIEJĄ SIĘ przy kontakcie dzieciaków z kamykami, patykami, naturą, są faktyczne zupełnie realne.
Dzieci nie potrzebują gadżetów, potrzebują świata.

1 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckona macierzyńskimrozmyślania

Dzień Matki Wielodzietnej.

by Paulina 26 maja, 2018

Miałam iść do fryzjera. Nic spektakularnego, żadnych metamorfoz, podcięcie po prostu. A potem kawka, może jakieś sklepy, tak mało fantazyjnie może, ale przede wszystkim Bez Dzieci.
Wiem doskonale jak odświeżająco działają takie beztroskie trzy godzinki. I bardzo takiego odświeżenia potrzebowałam. Bardzo.

Ale, skoro o tym piszę, domyślacie się pewnie, że plany mi się posypały.
Zamiast fryzjera miałam dom z trójką kaszlących nieletnich, zamiast spaceru i sklepów, głośny dom z bałaganem, wszystko okraszone niewyspaniem spowodowanym praca do późna i licznymi pobudkami najmłodszego. No nie tak to miało wyglądać. Zupełnie nie tak.
To nie tragedia oczywiście, wiem doskonale.
Bo to kaszelki tylko i jedno bolące ucho, a nie okropne poważne choroby które przecież też się przydarzają.
Bo dzieci, choć głośne i kłócące się, to przecież mądre, dobre, kochane i w ogóle najwspanialsze na świecie.
Bo mieszkanie, choć zabałaganione, to własne (no, trochę banku;) ), bezpieczne.
Bo to tylko włosy niepodcięte.
Tylko głowa nieprzewietrzona.
To gorszy dzień po prostu. Bywa.
Wiem, że to nic.

Ale tego dnia to nie było nic. To była ta słynna kropla w czarze zmęczenia, niewyspania, braku czasu dla siebie.
No więc, czara przelana.
Warczę na dzieci, a dzieci, cholerne papierki lakmusowe wyczuwają potężny wkurw, więc na wszelki wypadek stają się trochę bardziej roszczeniowe. Warczę bardziej. Dzieci robią kolejną awanturę nie-wiadomo-o-co, najmłodsze wzgardza snem. Po wydarciu się na nich boli gardło i sumienie. Przecież to dzieci, do tego chore i jeszcze mają wredną matkę pohukującą że nie może teraz, bo musi pracować. Mamusiu, a kiedy skończysz pracować. Nigdy jak mi będziecie ciągle przeszkadzać. [oddech] Przepraszam kochani, niemiło się zachowuję dzisiaj, jestem zmęczona i smutna. Przytulają mnie trochę nieporadnie małe ciepłe rączki, a ja staję się jednym wielkim wyrzutem sumienia. Oddycham. Ale za chwilę sytuacja się powtarza. Jęki-awantura-krzyk. A praca czeka.
Wieczorem czuję że zawaliłam na każdym polu.

Sprawdzam bilety lotnicze. Dwie osoby dorosłe, zero dzieci.
Może jesienią.

***

Minął ten dzień. Jak każda najdłuższa żmija.
Jest później o meliskę, trochę bezdzietnej przestrzeni, dzisiejsze laurki.

Dziś Dzień Mamy.
Życzę nam wszystkim, żebyśmy miały czasem chwilę dla siebie. Żebyśmy czasem mogły złapać oddech i dystans. Żeby z tego dystansu spojrzeć na najpiękniejsze i najtrudniejsze szczęście jakim jest bycie mamą. Bo wiecie, pełny obraz widać dopiero z pewnej odległości, nie widać magii w wyciągnięciu królika z kapelusza, jeśli tkwimy gdzieś na króliku. Więc dystansu życzę, tego metaforycznego i zupełnie rzeczywistego.
I, chociaż bycie mamą to najcudowniejsza rzecz na świecie, to żebyśmy nie były tylko mamami. Żebyśmy zachowały dla siebie trochę siebie.
Żebyśmy nie były dla siebie takie surowe. Dla siebie samych i dla siebie wzajemnie. Żebyśmy w gorszych chwilach miały kogoś, kto na nasze narzekanie nie powie, że wszystko jest kwestią organizacji, tylko rozumiem, że jest ci ciężko (pozdrawiam Basiu!).
Bądźmy dla siebie dobre dziewczyny. Nie dosrywajmy sobie wzajemnie, nie oceniajmy pochopnie innych matek, nie toczmy krwawych batalii o metody wychowawcze. Wspierajmy się.

 

26 maja, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowaniezmysły

zabawy wspomagające integrację sensoryczną

by Paulina 27 marca, 2018

Tytuł brzmi okropnie przemądrzale, wiem.
Ale zapewniam, że moje propozycje takie nie będą:)

Problemy z integracją sensoryczną to dzisiaj spory problem. Objawia się w zachowaniu (i tzw grzeczności dziecka), trudności z koncentracją, słabą koordynacja ruchowa, niezdarnością, nadwrażliwością na bodźce (np wszystkie ubrania są gryzące, dziecko nie chce się przytulać), lub wręcz przeciwnie, ciągłym poszukiwanie bodźców – nadaktywność i brak hamulców. 
Z
czego one wynikają, oczywiście nie do końca wiadomo, jak zwykle, ale
wiele ekspertów jako jedno ze źródeł problemu mówi o tym że dzisiejsze
dzieci nie eksplorują świata wszystkimi zmysłami.

Wszystko jest
strasznie bezpieczne, kanty są usuwane, brud wycierany, na placach zabaw
co chwilę słychać, zostaw, nie siadaj nie dotykaj, to brudne (same
place zabaw zresztą też zrobiły się aż do znudzenia przewidywalne,
sztampowe i z dokładnie wyznaczonymi rodzajami zabaw).
Zabawki są
gładkie i plastikowe – jeśli dostarczają bodźców zmysłowych, to tych
agresywnych i bezsensownych, czyli świecąco migocących i głośnych
syntetycznych dźwięków. Do tego dochodzą oczywiście smartfony i tablety i
najmłodsze maluchy które sprawnie smyrają sobie po gładkich szybkach.
„90% dzieci poniżej 2. roku życia ogląda jakiś rodzaj mediów
elektronicznych, a dzieci do 2. roku życia oglądają średnio 1-2 godziny telewizji dziennie.
1/3 dzieci ma telewizor w sypialni w wieku 3 lat. 39% rodziców małych
dzieci potwierdza, że telewizor jest w ich domach włączony, przez co
najmniej 6 godzin dziennie! (źródło)” To też nie pomaga…


Wszystkie zmysły są ważne. Ważne jest dotykanie, czucie różnych struktur, słuchanie najróżniejszych dźwięków, smakowanie, wąchanie i oglądanie oczywiście też.

Moje propozycje wzmacniające integrację sensoryczną są zupełnie zwykłe,
nie ma w nich nic odkrywczego, integracja sensoryczna wzmacnia się
tutaj trochę przy okazji. Nasze pokolenie po prostu się tak bawiło (i
może dlatego nie doceniamy takich właśnie zabaw jako rozwojowych). Nie
potrzeba żadnych specjalnych
zajęć, drogich zabawek, ani mnóstwa czasu, ani specjalnych przygotowań. 
Kluczem tutaj
jest uważność. Uważność na daną chwilę. Robimy obiad? (prosty makaron z
cukinią i tymiankiem), dajemy do pomacania mąkę, kawałek makaronowego
ciasta, dajemy do wąchania tymianek, i, np dla porównania, oregano.
Zwracamy uwagę na świeży śnieg, na pierwsze pączki na drzewach, na kwiatki, na strukturę owoców. Zachęcamy – dotknij, poczuj, zauważ. To świat jest właśnie, cudownie różnorodny. Zadajemy
pytania, jakie to jest, czy zimne czy ciepłe, czy przyjemne, z czym ci się kojarzy.
Dzieci
naturalnie mają tę fantastyczną skłonność do poznawania totalnego. Nie
przeszkadzajmy im w tym. Pozwólmy wziąć do ręki pasikonika, chrabąszcza,
gąsienicę i żabę, nawet jeśli sami się trochę brzydzimy. Głaszczmy
trawę. Wąchajmy. Kucnijmy razem z nimi, weźmy lupę na spacer i
obserwujmy mrówki.

 

rozszerzanie diety

  • Wspomaganie integracji sensorycznej można zacząć już w okresie niemowlęcym. Polecam noszenie w chuście i delikatne relaksujące masaże przed kąpielą. Głaskanie i przytulanie, bujanie. BLW przy rozszerzaniu diety.
  • Smyranie, głaskanie, rysowanie palcem na pleckach
    prostych rzeczy (typu serduszko, słońce, domek) i odgadywanie co to
    jest – to pozwala fajnie skupić się tylko na dotyku. I jest zwyczajnie
    przyjemne.
  • Wąchanie przypraw przy okazji. Zresztą, nie tylko przypraw, w ogóle wąchanie, opisywanie tego, co czujemy.

  • Jedzenie z zamkniętymi oczami.
    Fajna jest zabawa w jedzeniowe odgadywanki. Zawiązuję dzieciakom oczy,
    sadzam je na blacie w kuchni i daję do próbowania różne rzeczy – mają je
    opisywać i odgadnąć, co dostały. Arcyprosta rzecz, bardzo przyjemna a
    jednocześnie trochę otwierająca na nowe smaki.
  • Chodzenie na bosaka, nie tylko po delikatnym ciepłym piaseczku, ale też po trawie, po ziemi, po błocie, po lesie, generalnie po podłożu o różnej fakturze – same korzyści, dla zdrowia, postawy, przyjemności.

gotowanie a integracja sensoryczna,

  • Robienie ciasta z rodzicami, wspólne gotowanie,
    zabawy w mące, wkładanie rączek do kaszy, ryżu, soczewicy. To bywa
    nieco bałaganogenne, ale czy jakiekolwiek dziecięce aktywności nie są?
    Poza tym dziecięce „pomaganie” w kuchni działa też dobrze na ich
    otwartość kulinarną, angażuje w domowe obowiązki (widzą, że jedzenie nie
    przygotowuje się samo), daje im poczucie że są potrzebne i ważne.

  • Kontakt ze zwierzętami. Ten oczywisty, jak głaskanie kotów, czy zabawy z psami, ale też dżdżownice, chrabąszcze i żaby
  • Przyroda przyroda przyroda. Szyszki, błoto, piasek, trawa. Wspinanie się po drzewach, bieganie, skakanie, najróżniejsze naturalne przeszkody. Puszczenie dzieci wolno w plener – nie tylko latem na plaży, ale nawet teraz, przy tej pogodzie zimno błotnistej. Pozwalanie dziecku na eksperymenty, próby, pobrudzenie się i przewracanie.
  • rowerek biegowy,
  • huśtanie się, wieszanie, 
  • Ciecz nienewtonowska i wszelkiego rodzaju mazie, piankoliny, ciastoliny i inne eksperymenty z mąką ziemniaczaną, piasek kinetyczny.
  • Wspólne zabawy ruchowe, w domu i na dworze.
    Turlanie się, przepychanki, łaskotki, robienie taczki, zawijanie się w
    koc, robienie baz z koców i poduszek. To tez jest bardzo naturalne i
    bardzo potrzebne, a jakoś zanikło mam wrażenie.
  • Bujanie w kocu, dzieci to uwielbiają. A poza tym wyciszają się i uspokajają, rozwijają im się wtedy mózgi.

  • Robienie zup błotnych (z szyszkami, igłami, ziemią, owocami, patykami), wszelkie babranie się.

I tak dalej. Jak widzicie, większość tych zabaw nasze pokolenie traktowało jak niezbywalną część rzeczywistości, zupełnie naturalną, a nasze dzieci, wychowywane na ogół w czystości, komforcie, bezpieczeństwie już takiej rzeczywistości naturalnie nie mają. Dlatego warto się na takie uważne odczuwanie świata otworzyć, to pomoże nie tylko dzieciom.


*Dla porządku i ścisłości dodam tylko, że nie jestem terapeutą i te propozycje zabaw wspomagają SI, ale nie zastąpią profesjonalnej terapii jeśli taka jest potrzebna.

27 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

post na Post czyli pochwała nie-dostatku

by Paulina 2 marca, 2018

Chodzą za mną te myśli już od jakiegoś czasu.
Chodzą, jak jakieś odkrycie przełomowe i olśniewająca prawda wyjaśniająca różne problemy, uniwersalna odpowiedź na różne egzystencjalne „jak żyć”…
I, jak większość z tych największych mądrości, zamyka się w banale.

Otóż, moi drodzy, w życiu nie może być za łatwo.

Nachodzi mnie ta myśl ostatnio zaskakująco często.

Gdy dzieciaki marudzą, grymaszą i wybrzydzają którą łyżką będą jeść zupę. Gdy robią awanturę o ubranie, jakie mają założyć, gdy wywalają zabawki na podłogę i nie robi na nich wrażenia, że jakieś elementy się zniszczą lub zgubią.

W zimie. Gdy lodowato-wilgotny wiatr przenika do szpiku kości, gdy
każde wyjście z domu (a już zwłaszcza z dziećmi) wymaga Dzielności i
Hartu Ducha.

W górach. Gdy człowiek porządnie zmęczy się na szlaku, zobaczy potem te widoki i czuje się potem wobec świata piękną pokorę i harmonię.

Nachodzi wobec ostatnio popularnych trendów. Trochę w kontrze do powszechnego dobrobytu, dostępności wszystkiego i kompulsywnego kupowania, szybkiej i łatwej mody, i związanym z nią wyrzucaniem nienoszonych ciuchów, marnowania jedzenia, popularne staje się pozbywanie się nadmiaru, odpowiedzialne zakupy, zwracanie uwagi na ilość śmieci.

Za łatwo nie może być też w kontekście dbania o zdrowie. Nadmierność jest dla zdrowia zwyczajnie szkodliwa. Zwłaszcza nadmierność tego przyjemnego i łatwego jedzonka, kiedyś dostępnego tylko od święta, jak słodycze, mięso, białe pieczywo.

Formy fizycznej też nie wyrabia się wśród wygody i komfortu.

I jeszcze kwestia zdrowia psychicznego i rosnącej liczby zachorowań na depresję. Czytałam ostatnio wywiad z dr Cezarym Żechowskim, który powiedział o przesycie tak: „Niedosyt kreował myślenie iluzyjne, które jest bardzo
potrzebne. A dzisiaj, mam wrażenie, młodzi ludzie są tak konsumpcyjnie
nasyceni, że nawet fajne rzeczy już im się nie podobają”

Oczywiście fajnie jest się porozpieszczać czasami, spędzić dzień snując się w piżamie, zrobić sobie dobrze gorącą czekoladą pod kocykiem, poczytać nieambitne gazetki, kupić coś co nam się podoba ot tak. Pogłasiać się wewnętrznie. Nic nie musieć, nie ścigać się i nie starać. To jest super. I to też jest nam potrzebne. Ale nie cały czas, nie zawsze, nie bezustannie.

Okazuje się, że zbytni i bezustanny komfort, puch i udogodnienia są niewskazane.
Okazuje się, że naszym rodzicom, mimo kolejek, prania we frani i różnych braków, było w pewnym sensie wychowawczo prościej. Nie było łatwo, ale było prosto. Nie było wielu dzisiejszych udogodnień, ale nie było też nadmiaru wszystkiego i wynikającego z tego zblazowania, tylu pokus i reklam, milionów bodźców każdego dnia.
Bo obiektywny brak i trudności, taki niezależny od nas, w jakimś sensie pomaga, upraszcza – przyjmujemy go do wiadomości i mnóstwa problemów po prostu nie ma. To nie rodzic musi codziennie odmawiać – różnych atrakcji, kupienia zabawki, zjedzenie słodycza, oglądania kolejnej bajki. Nie musi tego ograniczać, bo brak jest obiektywy, nie zależny od nas, a do takich braków dzieci przystosowują się zadziwiająco szybko i bezboleśnie. Zauważamy to doskonale, gdy jesteśmy na wakacjach pod namiotem, dzieciaki, które nie mają prawie żadnych gotowych zabawek, są zajęte i bezproblemowe jak nigdy.

Gdy czasem będziemy trochę głodni, nie najemy się do syta, nie zjemy pysznego słodyczka, to wyjdzie nam to tylko na zdrowie. Podobnie na zdrowie wyjdzie nam hartowanie się na zimnym powietrzu i wylanie siódmych potów na treningu.

Gdy sobie czasem odmówimy przyjemności, zmniejszymy wygody i spełnianie wszystkich zachcianek, ograniczymy wygody i narzucimy jakieś limity, wyjdzie nam to naprawdę na dobre.

Swoją drogą, gdy nie mamy pieniędzy, to zupełnie naturalny staje się ekologiczny
minimalizm, zero waste, „projekt denko” i kupowanie tylko tego co dobre i
potrzebne. Nic nas nie nauczyło minimalizmu i zero waste tak bardzo jak
trudności finansowe. We względnym dobrobycie nie jest to takie naturalne,
bo pierwsze, do czego dążymy, to wygoda.

Tak to chyba jest, że dążymy do komfortu, że chcemy mieć wszystko i już, a dzisiejsze czasy trochę nam to wszystko już zapewniają. Ale, co zdobywa się bez trudu, nie jest cenne. Wszystko, co dobre podbija siła kontrastu. Największe przyjemności to te wyczekane. Najlepsze jest słońce po zimie, najsmaczniejsza woda na pustyni, najwygodniejsze łóżko po kilkunastu dniach na karimacie a najlepszą przyprawą jest głód.

Dlatego w jakimś sensie lubię Post. Wiem, że warto się samoograniczać czasami, dobrze, jak czasem nie jest nam miło, ciepło i błogo, dobrze jest się czasem postarać, potrudzić, pomęczyć. Uważam, że to jest naprawdę jest ważne.
Dla Was też? Uważacie, że niewygody są czasem potrzebne?

2 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

minimalizm i dzieci

by Paulina 4 listopada, 2017

Minimalizm i dzieci, brzmi trochę jak dwa przeciwieństwa, odległe bieguny, prawda?

A jednak czepię się dzisiaj tego tematu, opowiem Wam jak sytuacja wygląda z naszej perspektywy, czyli rodziny z trójką dzieci, w dość dużym mieście na wschodzie Polski.

O moim ogólnym podejściu do minimalizmu już pisałam (tu i tu). Pogląd mam wciąż ten sam, jeśli bym koniecznie miała się etykietować, nazwałabym się raczej esencjalistką niż minimalistką. Nie lubię gromadzić, wszelki nadmiar mnie przytłacza, robię przemyślane i nienadmierne zakupy. A jednocześnie nie liczę posiadanych przedmiotów, nie lubię stawiać sobie limitów, zdarza mi się ulec impulsowi i wolę zamiast na pozbywaniu się rzeczy skupić na tym, co mam.

Jak to się ma do dzieci? Stali czytelnicy myślę znają moje podejście do wychowania, choć nie siedzę w parentingu. Generalnie staramy się otaczać nasze dzieci światem, a nie przedmiotami, staramy się dać im wartości, a nie rzeczy. Takie jest założenie, pisałam o nim tutaj, natomiast z praktyką bywa różnie.
W naszym przypadku muszę powiedzieć, że z filozofią wygrało prawdziwe
życie. Filozofia połknęła porażkę z godnością i nawet z prawdziwym
życiem się zbratała, koegzystują sobie razem całkiem zgodnie, zobaczcie jak.

Jeszcze przed urodzeniem się Wilczka wychodziłam z założenia, że nie potrzebujemy masy gadżetów z licznych list dziecięcych masthewów dostępnych w internecie. Nasza pierwsza wyprawka była dość skromna, i, jak się okazało, zupełnie wystarczająca. Nie będę Wam tu przedstawiać naszych list, bo każdy ma swoje priorytety, ale przede wszystkim mieliśmy świadomość, że nie trzeba kupować wszystkiego zanim urodzi się dziecko. Bo oczywiście małe dziecko angażuje i później jest mniej czasu i możliwości na snucie się po sklepach, ale za to gdy już dziecko jest na świecie, wiemy najlepiej, czego w danym momencie faktycznie potrzebujemy.

Gdy młody miał 9 miesięcy, wyjechaliśmy do Francji, a przeprowadzka wiązała się z wieloma decyzjami o stanie posiadania i intensywnym jego ograniczaniem. We Francji pojawiło się jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedna przeprowadzka, a potem wizja powrotu do Polski i kolejnych przenosin dobytku. Ta tymczasowość i przeprowadzki pomogły w ustatkowaniu naszego „esencjalistycznego” podejścia.

Gdy wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zadowolona, że mogę maluchom zorganizować fajną, przyjazną przestrzeń o charakterze „miejsce na wszystko i wszystko na miejscu”. Ale wtedy też pojawiły się różne trudności… 
Np. dary losu. Prezenty są fajne oczywiście i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale… przedmioty mnie przerosły i przytłoczyły. Zabawek było zatrzęsienie. Codziennie potykałam się o masy pierdółek z jajek niespodzianek, i błyszczących koszmarków, które dzieci dostawały zewsząd pod byle pretekstem. Było też sporo naprawdę fajnych zabawek, ale było ich zwyczajnie za dużo. A jak zabawek jest za dużo, dzieciaki szybko się rozpraszają i nudzą i niczym nie bawią tak naprawdę.
Do tego dochodzi kwestia ubranek. Używane ciuszki są super i zawsze bardzo się cieszę, gdy dostajemy coś po innych dzieciach, ale potwornie irytuje mnie segregowanie na milion stert: za małe na jedno, ale jeszcze za duże na drugie, na lato, na zimę, do oddania, do sprzedania, do odziedziczenia… I zawsze mi jest głupio, gdy dostajemy coś, co teoretycznie jest dobre, ale zwyczajnie mi się nie podoba, albo nie jest nam potrzebne.
Są jeszcze same dzieci – i ich gust, pasje i wola, objawiające się np maniakalnym zbieraniem kasztanów, płomienną miłością do tandetnego świecącego motylka, fantastyczną zabawą w gotowanie z papierowych wycinanek (i masą ścinków makaronu na podłodze)
Jest to wszystko upierdliwe i serio wystarczy chwila nieuwagi, a dziecięce gadżety namnażają się i opanowują całą przestrzeń w mieszkaniu. A walka z nimi jest zdecydowanie nierówna. Ale walczę!

Przede wszystkim kupujemy bardzo rzadko, są to zakupy przemyślane i z konkretnej
okazji
lub potrzeby. Wyjątek stanowią książki, dziecięca biblioteczka jest raczej
bogata.

Regularnie przeglądam te ich nieszczęsne ciuchy i pozbywam się tych nienoszonych i nie do noszenia w przyszłości przez któreś. Dzieciaki nie mają wiele miejsca na ubrania i ta ograniczona przestrzeń trochę reguluje ilość ich ciuchów (ta sama zasada panuje przy naszych ubraniach) – starszaki mają klasyczną szafę z Ikei (Stuva), a Małe komodę.

Przeglądam też ich pokój pod katem zabawek i niektóre rzeczy (zepsute, zniszczone, paskudne, do niczego nie przydatne) po prostu dyskretnie wyrzucam. Początkowo je chowam – na wypadek, gdyby okazało się, że chcę się pozbyć jakiegoś Ogromnie Ważnego Skarbu, i po jakimś czasie wyrzucam (lub oddaję, w zależności od stanu).

Staram się też wymieniać zabawki na widoku, bo z zabawkami i zabawą działa zasada pareto – przez 80% czasu bawią się 20% zabawek.

I przestrzeń mają zorganizowaną dość logicznie i przyjaźnie dla nich. Nie ma żadnych przepastnych „koszy zabawkowych” i stert pudełek jedno na drugim, które wymagają wywalenia wszystkiego, żeby dostać się do poszukiwanej rzeczy. Są szuflady i półki (i pudełka na klocki), pudełka z puzzlami i grami są ustawione pionowo, nie jedno na drugim, żeby do każdego był dostęp. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieci są demonami porządku, ale łatwiej (i efektywniej) jest mi zarządzić: klocki do pudełka, książki na półkę, kredki do puszki, niż rzucić enigmatyczne proszę tu posprzątać.

I tak to wygląda u nas z tym minimalizmem przy nieminimalistycznej rodzinie;)
Leo Babauta i inni ultrasi mogliby w naszym mieszkaniu dostać zawału z tego nadmiaru przedmiotów. Nie uprawiamy też minimalizmu instagramowego, który polega głównie na pokazywaniu pewnej biało – szarej estetyki. Po prostu panujemy nad naszym stanem posiadania.

Jak jest u Was? Próbujecie łączyć minimalizm z dziećmi, uważacie że to walka z wiatrakami i odpuszczacie, a może w ogóle odrzucacie koncepcję minimalizmu?

4 listopada, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggeddzieckojesieńlasmindfulnessmój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

let’s play birds

by Paulina 28 października, 2017
spacer po lesie, spacer z dziećmi, jesień

Wiecie, z czego jestem chyba najbardziej dumna jako rodzic?
Że moje dzieci są zachwycone światem

Że w kolorowych, migających i grających czasach wymyślnych atrakcji i jeszcze wymyślniejszych zabawek, centrów handlowych i sal zabaw, na hasło „jedziemy do lasu” moje dzieci wykrzykują głośne „hurra!”


A w tym lesie…
w tym lesie wybierają najpiękniejsze liście, bo z tych wszystkich tysięcy właśnie ten mamusiu, dla ciebie
tłoczą się w emocjach przed samodzielnie dostrzeżonym grzybem i głośno zastanawiają, czy nadgryzły go ślimaki, czy może żuczki
przepychają przy błyszczącej pajęczynie
szurają w dywanach liści, robiąc skomplikowane systemy dróg
na wyścigi pokonują przeszkody
głaszczą mech
zastanawiają się, czy piękniejsze są czerwone, czy żółte liście
zbierają patyki, ale tylko najspecjalniejsze

I
oczy im się błyszczą. Policzki różowieją. I tak sobie idziemy wśród tych drzew pełnych magii,
grzejąc czasem zziębnięte łapki, słuchamy ich opowieści o musująco
zmiennej tematyce, odpowiadamy na najróżniejsze pytania, i chłoniemy leśność i ten wspólny czas.

 

28 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorozmyślania

… na macierzyńskim, czyli nowy cykl

by Paulina 25 października, 2017

Urlop macierzyński to taki specyficzny czas, pozwalający poznać się od zupełnie nowej strony. Rodzimy się jako mamy, to oczywiste, zajmujemy maleństwem i odkrywamy nowe, niesamowite cechy naszej osobowości, trochę pewnie wymuszone przez okoliczności (np. niezwykłe pokłady cierpliwości, umiejętność organizacji, ogromną odpowiedzialność i obowiązkowość itd). To jest też czas, kiedy poznajemy się zupełnie na nowo, kiedy kobieta zostaje trochę sama ze sobą, ze swoimi myślami (choć czasem ciężko jest je usłyszeć…). A przy tym, ten czas z dzieckiem w domu, choć rozwijający w jedyny w
swoim rodzaju sposób zostawia nas bez pewnej stymulacji, jaką w
naturalny sposób daje praca i różne „dorosłe” wyjścia.

Zostajemy bez pewnych ram, bez rytmu dom-praca-dom.

To jedna z rzeczy, na które narzeka się mocno pracując na etacie, że kierat i dzień świstaka, ale ten kierat jakoś nas… ustawia. Daje pewne ramy.
No dobra, dziecko też nas ustawia i na pewno nie jest tak, że można spać nie wiadomo do której, a potem bumelować w piżamie, oglądać seriale i leniwie prokrastynować. Na prokrastynację nie ma czasu, dziecięce potrzeby są w trybie super-asap, i – dla własnego dobra – dobrze jest jakiś rytm wypracować i się go trzymać. Ale wszyscy znamy przypadki spektakularnego psucia planów przez rozkoszne maluchy, które raczyły się rozespać, rozwyć lub malowniczo przekroczyć możliwości pieluchy w momencie gdy właśnie mieliście wychodzić na spacer. Albo zlekceważyć potrzebę drzemki (na czas której mama miała intensywne plany). Albo niespodziewanie zasnąć na długie godziny podarowując matce cenny czas do wykorzystania.
Na macierzyńskim trzeba wyrobić w sobie umiejętność elastycznego (bardzo elastycznego) zarządzania czasem.

Bez motywacji i wyzwań intelektualnych.

Umówmy się, opieka nad dzieckiem nie stanowi wyzwania intelektualnego. Całe dnie spędzone na zmienianiu pieluch, spacerach, karmieniu, zabawach klockami nie dają naszym mózgom szczególnie dużo wyzwań. Choćbyśmy nie wiadomo jak stymulowały malucha Mozartem, bujaniem i mówieniem do niego, nie będzie on dla nas inspirujący w żaden sposób.
Na macierzyńskim, jakaś część naszego mózgu śpi sobie błogo, beztroskim snem niemowlęcia.

Poza tym, w przestrzeni ograniczonej do domu i standardowych spacerków widzimy te same rzeczy i osoby, nie dostarczamy sobie nowych bodźców i stymulacji, a to też może dodatkowo zawężać nasz świat. A w zawężonym świecie przestaje się chcieć – wyglądać, poznawać, doznawać.

A to wszystko jest cholernie ważne, wiem z autopsji, że nieużywane cechy osobowości i intelektu, tak jak mięśnie, usychają i kurczą się.
Wszyscy też znamy odkrywczą prawdę, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Zresztą, już zostawmy to dziecko nawet – mama nie jest tylko mamą, kiedyś pewnie wrócimy do pracy, kiedyś też dzieci przestaną być takie przyklejone do nas, kiedyś dzieci odejdą. Dlatego nie wolno pozwolić na uśpienie nie-mamowej części nas, bo potem może być naprawdę ciężko ją obudzić.

Jestem na macierzyńskim po raz trzeci, sporą część pierwszych dwóch razy byłam we Francji, bez własnych znajomych, za to z dwójką dzieci i ciągle jeszcze z powodzeniem funkcjonuję jako nie-rodzic, dlatego pomyślałam sobie o stworzeniu małego cyklu o pielęgnowaniu nie-mamy w sobie. Co myślicie, będziecie czytać?

25 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry