Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

minimalizm

minimalizmrozmyślania

post na Post czyli pochwała nie-dostatku

by Paulina 2 marca, 2018

Chodzą za mną te myśli już od jakiegoś czasu.
Chodzą, jak jakieś odkrycie przełomowe i olśniewająca prawda wyjaśniająca różne problemy, uniwersalna odpowiedź na różne egzystencjalne „jak żyć”…
I, jak większość z tych największych mądrości, zamyka się w banale.

Otóż, moi drodzy, w życiu nie może być za łatwo.

Nachodzi mnie ta myśl ostatnio zaskakująco często.

Gdy dzieciaki marudzą, grymaszą i wybrzydzają którą łyżką będą jeść zupę. Gdy robią awanturę o ubranie, jakie mają założyć, gdy wywalają zabawki na podłogę i nie robi na nich wrażenia, że jakieś elementy się zniszczą lub zgubią.

W zimie. Gdy lodowato-wilgotny wiatr przenika do szpiku kości, gdy
każde wyjście z domu (a już zwłaszcza z dziećmi) wymaga Dzielności i
Hartu Ducha.

W górach. Gdy człowiek porządnie zmęczy się na szlaku, zobaczy potem te widoki i czuje się potem wobec świata piękną pokorę i harmonię.

Nachodzi wobec ostatnio popularnych trendów. Trochę w kontrze do powszechnego dobrobytu, dostępności wszystkiego i kompulsywnego kupowania, szybkiej i łatwej mody, i związanym z nią wyrzucaniem nienoszonych ciuchów, marnowania jedzenia, popularne staje się pozbywanie się nadmiaru, odpowiedzialne zakupy, zwracanie uwagi na ilość śmieci.

Za łatwo nie może być też w kontekście dbania o zdrowie. Nadmierność jest dla zdrowia zwyczajnie szkodliwa. Zwłaszcza nadmierność tego przyjemnego i łatwego jedzonka, kiedyś dostępnego tylko od święta, jak słodycze, mięso, białe pieczywo.

Formy fizycznej też nie wyrabia się wśród wygody i komfortu.

I jeszcze kwestia zdrowia psychicznego i rosnącej liczby zachorowań na depresję. Czytałam ostatnio wywiad z dr Cezarym Żechowskim, który powiedział o przesycie tak: „Niedosyt kreował myślenie iluzyjne, które jest bardzo
potrzebne. A dzisiaj, mam wrażenie, młodzi ludzie są tak konsumpcyjnie
nasyceni, że nawet fajne rzeczy już im się nie podobają”

Oczywiście fajnie jest się porozpieszczać czasami, spędzić dzień snując się w piżamie, zrobić sobie dobrze gorącą czekoladą pod kocykiem, poczytać nieambitne gazetki, kupić coś co nam się podoba ot tak. Pogłasiać się wewnętrznie. Nic nie musieć, nie ścigać się i nie starać. To jest super. I to też jest nam potrzebne. Ale nie cały czas, nie zawsze, nie bezustannie.

Okazuje się, że zbytni i bezustanny komfort, puch i udogodnienia są niewskazane.
Okazuje się, że naszym rodzicom, mimo kolejek, prania we frani i różnych braków, było w pewnym sensie wychowawczo prościej. Nie było łatwo, ale było prosto. Nie było wielu dzisiejszych udogodnień, ale nie było też nadmiaru wszystkiego i wynikającego z tego zblazowania, tylu pokus i reklam, milionów bodźców każdego dnia.
Bo obiektywny brak i trudności, taki niezależny od nas, w jakimś sensie pomaga, upraszcza – przyjmujemy go do wiadomości i mnóstwa problemów po prostu nie ma. To nie rodzic musi codziennie odmawiać – różnych atrakcji, kupienia zabawki, zjedzenie słodycza, oglądania kolejnej bajki. Nie musi tego ograniczać, bo brak jest obiektywy, nie zależny od nas, a do takich braków dzieci przystosowują się zadziwiająco szybko i bezboleśnie. Zauważamy to doskonale, gdy jesteśmy na wakacjach pod namiotem, dzieciaki, które nie mają prawie żadnych gotowych zabawek, są zajęte i bezproblemowe jak nigdy.

Gdy czasem będziemy trochę głodni, nie najemy się do syta, nie zjemy pysznego słodyczka, to wyjdzie nam to tylko na zdrowie. Podobnie na zdrowie wyjdzie nam hartowanie się na zimnym powietrzu i wylanie siódmych potów na treningu.

Gdy sobie czasem odmówimy przyjemności, zmniejszymy wygody i spełnianie wszystkich zachcianek, ograniczymy wygody i narzucimy jakieś limity, wyjdzie nam to naprawdę na dobre.

Swoją drogą, gdy nie mamy pieniędzy, to zupełnie naturalny staje się ekologiczny
minimalizm, zero waste, „projekt denko” i kupowanie tylko tego co dobre i
potrzebne. Nic nas nie nauczyło minimalizmu i zero waste tak bardzo jak
trudności finansowe. We względnym dobrobycie nie jest to takie naturalne,
bo pierwsze, do czego dążymy, to wygoda.

Tak to chyba jest, że dążymy do komfortu, że chcemy mieć wszystko i już, a dzisiejsze czasy trochę nam to wszystko już zapewniają. Ale, co zdobywa się bez trudu, nie jest cenne. Wszystko, co dobre podbija siła kontrastu. Największe przyjemności to te wyczekane. Najlepsze jest słońce po zimie, najsmaczniejsza woda na pustyni, najwygodniejsze łóżko po kilkunastu dniach na karimacie a najlepszą przyprawą jest głód.

Dlatego w jakimś sensie lubię Post. Wiem, że warto się samoograniczać czasami, dobrze, jak czasem nie jest nam miło, ciepło i błogo, dobrze jest się czasem postarać, potrudzić, pomęczyć. Uważam, że to jest naprawdę jest ważne.
Dla Was też? Uważacie, że niewygody są czasem potrzebne?

2 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

minimalizm i dzieci

by Paulina 4 listopada, 2017

Minimalizm i dzieci, brzmi trochę jak dwa przeciwieństwa, odległe bieguny, prawda?

A jednak czepię się dzisiaj tego tematu, opowiem Wam jak sytuacja wygląda z naszej perspektywy, czyli rodziny z trójką dzieci, w dość dużym mieście na wschodzie Polski.

O moim ogólnym podejściu do minimalizmu już pisałam (tu i tu). Pogląd mam wciąż ten sam, jeśli bym koniecznie miała się etykietować, nazwałabym się raczej esencjalistką niż minimalistką. Nie lubię gromadzić, wszelki nadmiar mnie przytłacza, robię przemyślane i nienadmierne zakupy. A jednocześnie nie liczę posiadanych przedmiotów, nie lubię stawiać sobie limitów, zdarza mi się ulec impulsowi i wolę zamiast na pozbywaniu się rzeczy skupić na tym, co mam.

Jak to się ma do dzieci? Stali czytelnicy myślę znają moje podejście do wychowania, choć nie siedzę w parentingu. Generalnie staramy się otaczać nasze dzieci światem, a nie przedmiotami, staramy się dać im wartości, a nie rzeczy. Takie jest założenie, pisałam o nim tutaj, natomiast z praktyką bywa różnie.
W naszym przypadku muszę powiedzieć, że z filozofią wygrało prawdziwe
życie. Filozofia połknęła porażkę z godnością i nawet z prawdziwym
życiem się zbratała, koegzystują sobie razem całkiem zgodnie, zobaczcie jak.

Jeszcze przed urodzeniem się Wilczka wychodziłam z założenia, że nie potrzebujemy masy gadżetów z licznych list dziecięcych masthewów dostępnych w internecie. Nasza pierwsza wyprawka była dość skromna, i, jak się okazało, zupełnie wystarczająca. Nie będę Wam tu przedstawiać naszych list, bo każdy ma swoje priorytety, ale przede wszystkim mieliśmy świadomość, że nie trzeba kupować wszystkiego zanim urodzi się dziecko. Bo oczywiście małe dziecko angażuje i później jest mniej czasu i możliwości na snucie się po sklepach, ale za to gdy już dziecko jest na świecie, wiemy najlepiej, czego w danym momencie faktycznie potrzebujemy.

Gdy młody miał 9 miesięcy, wyjechaliśmy do Francji, a przeprowadzka wiązała się z wieloma decyzjami o stanie posiadania i intensywnym jego ograniczaniem. We Francji pojawiło się jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedna przeprowadzka, a potem wizja powrotu do Polski i kolejnych przenosin dobytku. Ta tymczasowość i przeprowadzki pomogły w ustatkowaniu naszego „esencjalistycznego” podejścia.

Gdy wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zadowolona, że mogę maluchom zorganizować fajną, przyjazną przestrzeń o charakterze „miejsce na wszystko i wszystko na miejscu”. Ale wtedy też pojawiły się różne trudności… 
Np. dary losu. Prezenty są fajne oczywiście i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale… przedmioty mnie przerosły i przytłoczyły. Zabawek było zatrzęsienie. Codziennie potykałam się o masy pierdółek z jajek niespodzianek, i błyszczących koszmarków, które dzieci dostawały zewsząd pod byle pretekstem. Było też sporo naprawdę fajnych zabawek, ale było ich zwyczajnie za dużo. A jak zabawek jest za dużo, dzieciaki szybko się rozpraszają i nudzą i niczym nie bawią tak naprawdę.
Do tego dochodzi kwestia ubranek. Używane ciuszki są super i zawsze bardzo się cieszę, gdy dostajemy coś po innych dzieciach, ale potwornie irytuje mnie segregowanie na milion stert: za małe na jedno, ale jeszcze za duże na drugie, na lato, na zimę, do oddania, do sprzedania, do odziedziczenia… I zawsze mi jest głupio, gdy dostajemy coś, co teoretycznie jest dobre, ale zwyczajnie mi się nie podoba, albo nie jest nam potrzebne.
Są jeszcze same dzieci – i ich gust, pasje i wola, objawiające się np maniakalnym zbieraniem kasztanów, płomienną miłością do tandetnego świecącego motylka, fantastyczną zabawą w gotowanie z papierowych wycinanek (i masą ścinków makaronu na podłodze)
Jest to wszystko upierdliwe i serio wystarczy chwila nieuwagi, a dziecięce gadżety namnażają się i opanowują całą przestrzeń w mieszkaniu. A walka z nimi jest zdecydowanie nierówna. Ale walczę!

Przede wszystkim kupujemy bardzo rzadko, są to zakupy przemyślane i z konkretnej
okazji
lub potrzeby. Wyjątek stanowią książki, dziecięca biblioteczka jest raczej
bogata.

Regularnie przeglądam te ich nieszczęsne ciuchy i pozbywam się tych nienoszonych i nie do noszenia w przyszłości przez któreś. Dzieciaki nie mają wiele miejsca na ubrania i ta ograniczona przestrzeń trochę reguluje ilość ich ciuchów (ta sama zasada panuje przy naszych ubraniach) – starszaki mają klasyczną szafę z Ikei (Stuva), a Małe komodę.

Przeglądam też ich pokój pod katem zabawek i niektóre rzeczy (zepsute, zniszczone, paskudne, do niczego nie przydatne) po prostu dyskretnie wyrzucam. Początkowo je chowam – na wypadek, gdyby okazało się, że chcę się pozbyć jakiegoś Ogromnie Ważnego Skarbu, i po jakimś czasie wyrzucam (lub oddaję, w zależności od stanu).

Staram się też wymieniać zabawki na widoku, bo z zabawkami i zabawą działa zasada pareto – przez 80% czasu bawią się 20% zabawek.

I przestrzeń mają zorganizowaną dość logicznie i przyjaźnie dla nich. Nie ma żadnych przepastnych „koszy zabawkowych” i stert pudełek jedno na drugim, które wymagają wywalenia wszystkiego, żeby dostać się do poszukiwanej rzeczy. Są szuflady i półki (i pudełka na klocki), pudełka z puzzlami i grami są ustawione pionowo, nie jedno na drugim, żeby do każdego był dostęp. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieci są demonami porządku, ale łatwiej (i efektywniej) jest mi zarządzić: klocki do pudełka, książki na półkę, kredki do puszki, niż rzucić enigmatyczne proszę tu posprzątać.

I tak to wygląda u nas z tym minimalizmem przy nieminimalistycznej rodzinie;)
Leo Babauta i inni ultrasi mogliby w naszym mieszkaniu dostać zawału z tego nadmiaru przedmiotów. Nie uprawiamy też minimalizmu instagramowego, który polega głównie na pokazywaniu pewnej biało – szarej estetyki. Po prostu panujemy nad naszym stanem posiadania.

Jak jest u Was? Próbujecie łączyć minimalizm z dziećmi, uważacie że to walka z wiatrakami i odpuszczacie, a może w ogóle odrzucacie koncepcję minimalizmu?

4 listopada, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

Dlaczego nie jestem minimalistką

by Paulina 27 stycznia, 2016

Wiele z dotychczasowych moich postów wskazywały na fascynację nurtem minimalizmu.
Faktycznie, minimalistyczne zacięcie towarzyszy mi od dawna. 

Pamiętam, że pierwszy raz uderzyła mnie niepotrzebność nagromadzonych przedmiotów przy wielkiej przeprowadzce, jeszcze z  czasów mieszkania z rodzicami, z mieszkania zagracanego przez lata (wiecie, to ten typ mieszkania mieszkanego przez długie lata, z dwoma pawlaczami i piwnicą, masą przydasiów jeszcze z dawnych lat itd), do domu pod miastem…
Pamiętam też brak sentymentów i skrupułów przy pozbywaniu się zeszytów, notatek i książek po zdaniu matury. Którego potem żałowałam (po cichu).
To było dawno temu, ale chyba od tamtego czasu mam skłonność do niegromadzenia. Dlatego stanowiłam bardzo podatny grunt na trend minimalistyczny, Ostatnie lata, obfitujące w nowe dzieci (i ich gadżety), przeprowadzki i przenosiny całego dobytku, tylko mnie w tej tendencji utwierdzały. Nie warto gromadzić, bo nadmiar przedmiotów przytłacza, przeszkadza, jest męczący i generalnie wstrzymuje flow. Jak pisałam kiedyś, oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu
pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety.
Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień.
Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.
(tu całość)

Ale, jak to zwykle bywa, fajna koncepcja trochę się wykrzywiła.
Minimalizm stał się modny. A jak coś jest modne, to się wypacza. Traktowane powierzchownie, bez zrozumienia i poczucia tematu.

„Filozofia prostoty” przekonuje, że przedmioty zabierają nam cenną energię i czas (bo myślimy o nich, musimy je wybierać, dbać o nie, sprzątać, dokupować do nich dodatki itp). Tymczasem wielką część poradników i popularnych blogów minimalistycznych przeznacza absurdalnie dużo energii na wyrzucanie i organizację, selekcję wstępną i właściwą, zastanawianie się, systemy itd. Czy to nie zabiera cennego czasu i energii? Wiadomo, że jak narosło i chcemy „coś” z tym zrobić, to trzeba to robić z głową, ale czasem dochodzi do zdecydowanego przerostu formy nad treścią.

Minimalizm obecnie bywa traktowany jest jako usprawiedliwienie dla wielkiego wyrzucania, które jest przyczółkiem dla Wielkiego Kupowania. Minimalistycznego Kupowania rzecz jasna.

A minimalistyczne zakupy wiążą się z dość konkretna, jedynie słuszną linią. Teoretycznie nazywa się ona idziemy w jakość a nie w ilość, ale w praktyce często chodzi o jakiś styl i estetykę.
Geometryczne, surowe, często niekobiece i zwyczajnie brzydkie ubrania (pokazywane na stronach internetowych na smutnych chudych modelkach z przylizanymi włosami i pozie pt „nabucałam się, jestem jaka jestem, taka trochę uduchowiona”. Czerń i biel, ewentualnie szarość. Żadnych wzorów.
W wnętrzach też biało, czasem trochę pastelowo, metal, beton, czasem jakieś trójkąty i kropki.
Do tego gadżeciarskie plannery i organizery, specjalne naklejki i długopisy.
I cała masa minimalistycznych kubków na kawę, biżuterii, i innych gadżetów.

Poza tym, wielkie wyrzucanie, to wielkie góry śmieci na wysypiskach. (tu fajny tekst na ten temat) Weszliśmy do bogatego świata i mamy problemy bogaczy A problemem bogaczy jest rozstanie się z nadmierną ilością przedmiotów, i szczytem heroizmu jest eufemistyczne pozbywanie się nadmiaru. W praktyce oznacza to masy śmieci.Nie chcemy sie nad tym zastanawiać, bo wystarczająco dużo energii i silnej woli wymagało od nas zastanawianie się nad tym czy ta rzecz przynosi mi szczęście i sam akt pozbywania się rzeczy.
I czujemy się wtedy tacy rozsądni i świadomi. Bo się pozbyliśmy balastu. I tacy silni, bo bez skrupułów wyrzuciliśmy zbędności na śmietnik.

A tymczasem, jest sporo rzeczy, które nam się chwilowo znudziły. Ubrania, których nie nosimy od roku, czy innego przepisowego okresu. Ale są dobrej jakości i wyglądamy w nich obiektywnie ładnie. Książki, do których ostatnio nie zaglądaliśmy, jakieś pamiątki z dzieciństwa, ekwipunek dla pasji ostatnio nie praktykowanej, itd.
Ja osobiście, mam wór takich rzeczy i zaglądam do nich raz na jakiś czas i regularnie jakieś sztuki zyskują drugie (lub kolejne) życie. Wiadomo, ze nie zawsze jest na coś takiego miejsce, że to stwarza pokusę wrzucenia tam wszystkich w sumie nieźle wyglądających rzeczy, ale ja już się przekonałam, ze nie warto być zawsze takim ostatecznym.
Poza tym, mnóstwo rzeczy można naprawić, przerobić.
Można spróbować sprzedać, nawet za niewielkie pieniądze, wtedy jest szansa, że rzecz zyska drugie życie u kogoś, kto autentycznie jej potrzebuje, skoro wydał na nią jakieś pieniądze (chodzi o ten prosty mechanizm, że bardziej cenimy i szanujemy rzeczy, których nie dostajemy za darmo). Albo i oddać za darmo, ale tez jakiejś konkretnej osobie – można umieścić ogłoszenie w internecie, albo w sklepie.

Prawdziwym, choć mniej spektakularnym i nie będącym żadnym rewolucyjnym systemem oczyszczającym naszą życiową przestrzeń sposobem jest rozsądek. Stary, nudny i nieatrakcyjny rozsądek, który pomoże nam zdecydować o kolejnym zakupie, impulsie (do kupowania, wyrzucania czy przeorganizowania). I nasz zwykły gust podpowiadający czy coś jest w zgodzie zanim się na to zdecydujemy. I świadomość. Świadomość tego, że stanowimy tę szczęśliwą część 30% konsumujących 70% zasobów, że jesteśmy bezpieczni i syci i stąd są nasze Wielko – Straszne problemy pt nie mam się w co ubrać i grubo w tym wyglądam. I jeszcze trochę dystansu – do siebie, do świata i tych problemów.

27 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślaniawiosna

mniej

by Paulina 24 lutego, 2015

Parę dni temu zaczął się Wielki Post. Trochę niewygodny, nieciekawy, bardzo nieatrakcyjny marketingowo okres, w dzisiejszym laickim i konsumpcyjnym świecie. W czasach, kiedy nie chcemy sobie niczego odmawiać, kiedy wszystko nam się należy, i to natychmiast, „jesteśmy tego warci”, nie mamy czasu czekać, nie chcemy się wysilać.

Tymczasem rosnąca popularność nurtu minimalizmu pokazuje, że czasem asceza jest nam zwyczajnie potrzebna.
Bo ileż można zapychać się bylejakością- brzuch bezwartościowym
jedzeniem, mózg – szumem informacyjnym, oczy – „inspirującymi” (głównie
do zakupów) zdjęciami i rysunkami,  szafę kiepskiej jakości ubraniami.  Tracimy na to czas, energię i pieniądze, pędzimy nie mając nawet czasu
zastanowić się dokąd…nie ma czasu taczki załadować…

Sam moment końca zimy jest na post idealny, po bożonarodzeniowych hulankach zakupowych, karnawale, szaleństwie wyprzedaży, po zimie kiedy tak chętnie rozganiamy zimowe smutki kolejnymi batonikami.
To moment, kiedy świat się przyczaił przed buchnięciem nowym życiem, czas przedświtu. Dzień jest coraz dłuższy, słońce świeci jakoś optymistyczniej (i skuteczniej… Jak doskonale widać teraz niewytarty kurz, brudne okna, chaos organizacyjny, sflaczałe ciało, rozślamazarniony umysł i ogólną mułowatość). O tej porze roku zupełnie naturalnie dążymy do jakiejś odnowy.

Oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety. Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień. Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.

Dlatego tak się cieszę na te tygodnie. Wprowadzam trochę ograniczeń (zakupowych, jedzeniowych, internetowych), chcę walczyć z rozproszeniem i niezorganizowaniem, chcę walczyć o jasny umysł,  o kondycję ciała i mózgu. Chcę ćwiczyć systematyczność, uważność i pełną koncentrację.

Warto, niezależnie od poglądów religijnych, taki czas sobie podarować.

24 lutego, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

O prezentach dla dziecka

by Paulina 19 grudnia, 2014

Nie do końca może na miejscu ten post, w grudniu, tuż przed Świętami, gdy piosenki z dzwoneczkami, zapach mandarynek i cynamonu, światełka, i wszechobecne listy propozycji prezentowych napędzają kupowanie w ekstazie i poczuciu że oto wpisaliśmy się właśnie w ducha Świąt…

Na mnie też działają te zapachy, ten klimacik, ta cała sympatyczność i przytulność około świąteczna.

Ale moje dzisiejsze przemyślenia stanowią raczej przeciwny biegun.

Mówi się, że dziecko to luksus. Że skarbonka bez dna, że ludzi nie stać na dziecko. I można by się z tym zgodzić, jeśli chce się uznać faktyczną niezbędność dziecięcych niezbędników.
Których dziecko tak na prawdę nie potrzebuje. Nie potrzebuje tej ciężkiej kasy, potrzebuje rodziców po prostu…
Nie potrzebuje masy zabawek, potrzebuje zabawy.

A my, otoczeni reklamami, blogami parentingowymi, ofertami sklepów, mamy wrażenie, że bez kolejnej wspaniałej zabawki, czy gadżetu dziecko się nie rozwinie, nie nauczy nic, będzie leżało bezbronne, zaniedbane nic nie umiejące… Wszystko zaczyna się już w ciąży, człowiek wtedy zaczyna odkrywać ten nieznany dotąd świat. Nagle okazuje się, że na wyprawkę trzeba wydać grube tysiące, bo przecież nie da się bez sterylizatorów, elektronicznych niań, karuzel, grających zabawek, gadżetów przewijakowych, bajerów wózkowych, dizajnerskich ubranek z ekobawełny… Później jest jeszcze lepiej, dochodzą gadżety około jedzeniowe, jeździki i chodziki, no i cała masa nowych zabawek, przytulanek, drobiazgów… Inna sprawa, to wszystko najzwyczajniej w świecie przemawia do rodziców – bo takie piękne, rozwojowe, ja to o takiej mogłam tylko pomarzyć… A do tego dochodzi takie ogólne przeświadczenie, że dziecku się nie żałuje, sobie od ust trzeba odebrać, a dziecku dać.

A dziecko przytłoczone zabawkami, choćby najwspanialszymi, nie będzie się nimi cieszyć. Nie rozwija wyobraźni, pomysłowości, kreatywności. Staje się zblazowane, nienasycone i niedoceniające, nie umiejące się cieszyć, rozproszone.
W dobrych przedszkolach, mądre nauczycielki organizują czasem akcję „Przedszkole bez zabawek” (choć brzmi to jak oksymoron). Chodzi o dwu- trzymiesięczny projekt, podczas którego zabawki „jadą na wakacje”, a dzieci odkrywają potęgę wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw i zabawek. Odświeżające.

A w domach warto czasem zrobić czystkę… Powyrzucać, pooddawać, sprzedać. Część schować, tak, żeby dostęp na bieżąco był tylko do niewielkiej ilości, dać dzieciakowi trochę oddechu od bodźców. A na prezent, dać trochę zaangażowania, podsunąć pomysł na zabawę, zwyczajnie spędzić trochę czasu, na spacerze np.

Nie jestem hipokrytką, nie twierdzę, że dziecko nic nie kosztuje, że moje dzieci bawią się wyłącznie szyszkami, ludzikami z kasztanów i rolkami po papierze toaletowym, przytulają do gałganków udających misie, czytane mają książki tylko z biblioteki, jeżdżą wyimaginowanymi pojazdami, a mnie jest obojętne, co mają na sobie. Nie jest tak, nie raz uległam zachwytom tego, czy innego blogera, lubię, jak jest estetycznie, lubię, jak jest rozwojowo, lubię, jak dziecko jest zaangażowane. Lubię piękne książki, lubię klocki, lubię puzzle, mój syn uwielbia samochodziki.

Wiem też jaką przyjemnością jest sprawianie dziecku przyjemności, obdarowywanie własnego dziecka jest niewątpliwie wspaniałe. Ale nie wyprzedzajmy pragnień. Dobrze jest dać dziecku trochę poczekać, pomarzyć, niech faktycznie czegoś bardzo chce. Jeśli prezent jest wyczekany, wymarzony, to dopiero jest fajne.

Ale dobrze jest mieć świadomość, że to nie jest niezbędne. Niezbędni są rodzice, ich miłość i bliskość. Mniej to często lepiej.

19 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjaminimalizmrozmyślania

A jeśli dom będę miał…

by Paulina 13 lipca, 2014

 …to będzie bukowy
koniecznie, pachnący i słoneczny…

Śpiewam codziennie bukowinowe kołysanki
dzieciakom, a w głowie przesuwają mi się obrazy 
z tumblra i pinteresta, jasnych, przestrzennych miejsc urządzonych
minimalistycznie i ze smakiem, w których na pewno nie ma miejsca na
samochodziki i klocki lego. A także nierozpakowanych kartonów.
Kolejna przeprowadzka. Znowu zszokowała mnie
ilość przedmiotów, jakie posiadamy. (Gromadzą się same, bez naszego udziału,
powoduje to ta sama tajemnicza siła splątująca ze sobą kable w trybie
błyskawicznym, gdy tylko znajdą się obok siebie.)
Być może mieszkańcy tumblrowych mieszkań nie
gotują, wyjeżdżając na wakacje biorą ze sobą jedynie stylową torbę z kartą
kredytową i smartfonem, nie gromadzą dokumentów, a już na pewno nie mają dzieci.
Ale już jesteśmy na nowym. Nie obyło się bez
komplikacji (francuscy techniciens, tradycyjnie wytrwale pracuj
ą na swój wizerunek świetych krów – na podłączenie gazu czekalismy półtora tygodnia, internetu nie mamy do tej pory…), ale teraz starsza młodzież
cieszy się swoim własnym pokojem, a ja przy każdym wyjściu doceniam brak
schodów i mały ale sympatyczny parczek pod samym nosem.

13 lipca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

mniej mieć bardziej być

by Paulina 23 października, 2012

 

To chyba magia ekwinokcjum. Albo, bardziej prozaicznie, sezonowe porządki. Zaczęte pod koniec września chowanie sandałów i szortów, wyjmowanie swetrów i szalików. U mnie zawsze się to wiąże z wielkim wyrzucaniem. Z końcem sezonu i początkiem nowego, czuję sie przytłoczona materialnością. Nadmiar rzeczy. Przerost przedmiotów. Można się zagubić, wśród kolejnych bluzek i butów, cudownych kremów i balsamów, uroczych pamiątek i ślicznych kurzołapów, sezonowych „must have’ów”, absolutnie-niezbędnej-do-rozwoju grzechotki. Robi się jakoś duszno, ciężko złapać oddech i równowagę goniąc za kolejnymi zakupami, tonąc w przedmiotach.

A jak już się zacznie wyrzucać, dopiero widać, ile posiadamy i jak bardzo tego nie potrzebujemy.

W nablizszych miesiącach czeka nas wielkie wyrzucanie. I dobrze. Mam jeszcze nadzieję, że uda nam się nie zapełnić powstałej przestrzeni (życiowej)

Tym, którzy nie widzieli, szczerze polecam dokument „Śmietnisko”. Opowiada on o ludziach segregujących odpady i o sztuce, jaka rodzi się z współpracy z nimi. I nieco z boku pokazane jest niewyobrażalnie wielkie wysypisko, „Jardim Gramacho” (na które dziennie wyrzucane jest 7000 ton odpadów). Dobrze jest mieć świadomość istnienia takich miejsc podczas kolejnych zakupów…

„Doceń fakt
posiadania niewielu rzeczy. Nikt nigdy nie zbierze wszystkich muszli
morskich. A ile w nich piękna, gdy jest ich zaledwie kilka!”

23 października, 2012 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

post dla zmysłów

by Paulina 14 sierpnia, 2012

Nasze zmysły są karmione na każdym kroku. Wręcz przekarmiane. Takim zmysłowym fast foodem – wszystkiego jest za dużo, za bardzo. Ciągły hałas, mrugające sztuczne światła, wszechobecne reklamy, zapachy… Bodźce są intensywne, agresywne, szybkie.

Dlatego raz na jakiś czas dobrze zafundować sobie higienę dla ducha. Zmysłową ascezę. Post od bodźców – z wyłączoną komórką i komputerem, bez brzęczącego radia. Chwila w totalnej ciszy, z zamkniętymi oczami, i oddychaniem jako jedyną aktywnością. Trochę mniej jeść przez parę dni. Odpocząć od kupowania i konsumowania.

Jak potem cudownie słucha się muzyki – prawdziwej, z dobrych głośników, z zamkniętymi oczami. Jak doskonale smakuje świeżo ugotowany kalafior, albo soczysty pomidor. Nie potrzeba przypraw,  wzmacniaczy. Godzinami można wpatrywać się w ogień. Albo w wodę. Albo w niebo.
Nagle okazuje się że taka prostota jest cudowna i doskonała i że w gruncie rzeczy już nic nie potrzebujemy. „Nogi mają ziemię oczy mają niebo, nos ma powietrze. Więcej niekonieczne.”

14 sierpnia, 2012 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry