Temat krąży od prawie roku. Jednak, w obecnych czasach, gdy ciężko chorują i umierają ludzie, gdy upadają biznesy życia, gdy ogólna niestabilność, jest to temat odsuwany, bo doraźnie jakoś jest oganiany. JAKOŚ.
Dzieci w pandemii.
Uważam się za wyjątkową szczęściarę, bo moje prywatne dzieci są w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, wiec „błogosławieństw” zdalnego nauczania doświadczyliśmy stosunkowo niewiele.
Widzę też jednak, że w tym wieku dzieci są bardzo chłonne i podatne na wpływy. Różnice w zachowaniu Wilczka zaczęliśmy zauważać po pierwszych dwóch tygodniach szkoły online. I mogę sobie tylko wyobrażać, co dzieje się z dzieciakami, które od roku nie chodzą do szkoły. Które są pozbawione tego, wokół czego w zasadzie kręciło się ich życie do tej pory.
Skuteczność zdalnej nauki to jedna kwestia. Mówi się o obniżaniu poziomu matury np, co – nawet jeśli w założeniu ma wyrównywać szanse ( choć obstawiam że założenia są czysto polityczne) samo w sobie jest dowodem na to, że zdalne nauczanie jest zwyczajnie nieskuteczne. Przypuszczam, że poskutkuje ono pogłębieniem rozwarstwienia – będzie pewnie garstka wybitnych i zmotywowanych (i ich zmotywowanych rodziców) i cała masa niedouczonych.
Ale. Nauka nauką. Ale przecież szkoła to jest życie dzieci. To są kontakty społeczne, codzienne sytuacje, tak banalne, że nawet ich nie zauważamy, a które mają ogromny wpływ na rozwój społeczny. To, że muszą się „społecznie wysilić”, ubrać chociażby, odezwać czasem do kogoś, kogo nie znają. Całe życie około-szkolne, różne kółka zainteresowań, teatry szkolne, czy choćby załatwienie czegoś w sekretariacie, zrypka od pani woźnej, zapytanie o coś w obcej klasie. Oczywiście mnóstwa z tych sytuacji można doświadczać poza szkołą, ale to już wymaga dodatkowego wysiłku, zmotywowania przez rodzica, często wypchnięcia kolanem „idź sobie sam do biblioteki”, a nie zawsze takie wsparcie od rodziców jest.
Co zresztą prowadzi mnie do kolejnej kwestii. Rodzice w tym wszystkim są potwornie przeciążeni. Zżerani przez stres, bo sytuacja na rynku pracy, bo strach o własnych rodziców, wiadomo, że bardziej narażonych, bo monitorowanie tej nieszczęsnej zdalnej szkoły, bo niepewność, kwarantanny, ciągłe siedzenie sobie na głowie. To napięcie przenosi się na dzieci, i dobre relacje w rodzinie stają się kolejnym wyzwaniem.
Utwierdzam się w przekonaniu, że w tym momencie najlepszą „inwestycją” w moje dzieci jest offline. Pisałam o tym już nie raz (np tutaj). To procentuje już teraz, bo bawią się ze sobą, wymyślają mnóstwo rzeczy, tworzą, chce im się, rozmawiają z nami, rozmawiają z innymi. A jak bumelują, to czytając komiksy albo rysując.
Wiem , że jest mnóstwo wartościowych stron, podcastów, filmów, blogów, gier także. Nie skreślam internetu jako narzędzia do nauki, czy rozrywki, absolutnie nie. Jednak osobiście uważam, że wchodzi tu w grę cenzus wieku. Dzieci się kształtują, ich mózgi się rozwijają, szare komórki tworzą, to teraz ta przysłowiowa skorupka nasiąka. To teraz rodzą się nowe połączenia w neuronach, teraz uczą się myślenia, analizowania, tworzenia. To teraz budują się schematy więzi społecznych.
Wiecie że przy tworzeniu gier zatrudniani są specjaliści odpowiedzialni za uzależnianie graczy od siebie? Dzisiejsze gry (nawet jeśli mają walor edukacyjny czy jakikolwiek inny), z założenia mają uzależniać. I to jest tak, że nawet jeśli zrobimy ograniczenie typu za 10 minut koniec grania i nawet jeśli jesteśmy w tym temacie konsekwentni, to owoc pracy specjalistów od uzależniania dzieciaków od siebie już tam jest i hula.
Dziecko, które ma lat 5, 8, czy 11, to ciągle dziecko w intensywnej fazie rozwoju.
Do tego dochodzi kwestia integracji sensorycznej. Kiedyś już o niej wspominałam kiedyś, w kontekście zabaw wspomagających integrację sensoryczną. Ekran smartfona to gładka, szklana powierzchnia i nienaturalne bodźce dla mózgu dziecka. Zamiast potrzebnych im ruchu, faktur, zapachów, trójwymiarowości, mamy przeciwieństwa: siedzenie w bezruchu, płaski ekran, niebieskie światło i syntetyczne dźwięki.
Absolutnie nie oceniam, nie krytykuję, nie potępiam, każdy podejmuje decyzje samodzielnie, każdy waży plusy i minusy swoich decyzji, każdy ma swoją sytuację, a za każda decyzją kryją się najróżniejsze motywacje.
Chodzi mi tylko o to, że warto na dzieci spojrzeć całościowo, i na to, że nie wszystkie kompetencje i umiejętności są mierzalne, a rozwój dziecka jest dużo bardziej skomplikowany niż ten sprawdzany ocenami w szkole.
Czasy są, jakie są. Wiem, że obecnie internet tworzy naszą rzeczywistość i nie ma od tego ucieczki.
I naprawdę daleka jestem od idealizowania „niegdysiejszych śniegów”. Żyjemy w czasach pełnych możliwości, gdy rodzice są najbardziej świadomi w historii, gdy nie ma tabu i granic, gdy można wszystko. I gdy jest najwięcej samobójstw wśród młodzieży w historii.
Dzieci powinny wrócić do szkół. Oczywiście, zamknięcie to nie jest niczyj kaprys, ale obawiam się że w dalszej perspektywie, ta zdalna szkoła może poczynić dzieciom (i nam wszystkim) więcej szkód niż pandemia.
A tymczasem zwróćmy na dzieciaki uwagę. Ale naprawdę na nich – ich marzenia i lęki, ich pasje i zajawki. Zauważmy ich osobowość, posłuchajmy tego, co mają do powiedzenia, a może uda się nam wszystkim zbudować fajną jakość, mimo okoliczności.






























































