Rzym z dziećmi, czy warto?

by Paulina

Jest coś w starożytności szalenie pociągającego. Może dlatego, że mimo dwóch tysięcy lat różnicy ci ludzie wydają się zaskakująco podobni do nas. A może po prostu łatwiej nam ich zrozumieć, kiedy sami mamy wrażenie schyłku pewnej epoki. Świetnie pokazał to serial Rzym – jeśli go nie widzieliście, naprawdę warto. Dzieciaki sa starożytnością zafascynowane od dawna, na co oczywiście wpłynęły książki i komiksy (Asterix i Obelix, Mali Bogowie, Percy Jackson), w których nurzają się codziennie.

Dlatego, kiedy pojawiła się okazja pojechania do Rzymu nie zastanawialiśmy się długo. Ostatnio bylismy w wiecznym mieście jakieś 20 lat temu, spędziliśmy tam dobre dwa tygodnie u mieszkającej tam cioci. To był dobry wyjazd, włóczenie się uliczkami, zwiedzanie sladami książki Anioły i Demony, małe i większe odkrycia, smaczki do odkrycia i ciekawostki dotyczące miasta podawaane przez ciocię.

Teraz, po latach, uderzyła nas ilość ludzi. Chociaż może nawet nie ilość ludzi, w końcu nie spodziewaliśmy się pustek w jednym z najsłynniejszych miast na świecie. Bardziej uderzył mnie sposób zwiedzania. Telefon przed twarzą. Obowiązkowe zdjęcie przy każdej atrakcji. Czekanie w długiej kolejce nie po to, żeby coś zobaczyć czy przeżyc, ale żeby stanąć dokładnie w tym miejscu, z którego wychodzi najlepszy kadr do wrzucenia na insta.

tak, my wszyscy ustawiliśmy się w kolejce do tradycyjnego zdjęcia z Ustami Prawdy

Ale wtedy złapałam się na czymś niewygodnym. Przecież my tez to trochę robimy.

Ogarnięci jakimś podróżniczym FOMO, chodzimy po tym Rzymie, od miejsca do miejsca, bo chcemy żeby dzieci poznały pewien kanon. Przemierzamy kilometry, pokazujemy barokowe kościoły, prowadzimy ich od Koloseum, przez Forum Romanum na Kapitol. Spójrzcie, to posąg wilczycy która wykarmiła Romulusa i Remusa, tu świątynia Westalek. A to jest słynny Mojżesz Michała Anioła. Zobaczcie, poznajcie, nasiąknijcie tym. Zależy mi na tym, żeby w miarę możliwości zobaczyli najważniejsze miejsca dla naszej kultury i cywilizacji. Tak samo jak chciałabym, żeby kiedyś przeczytali Pana Tadeucza i Mistrza i Małgorzatę, czy wzruszyli się przy Riders on the Storm.

Z drugiej strony, jesteśmy przebodźcowani wszyscy.Atrakcje. Wrażenia. Przeżycia. Nawet te najpiękniejsze są dziś na wyciągnięcie ręki. Okazuje się, że wspaniałość też można przedawkować. I coraz częściej łapię się na tęsknocie za takimi wakacjami, jakie miałam ja przez większość mojego dzieciństwa. Parę tygodni nad jednym jeziorem, pod namiotem. Bez dodatkowych atrakcji, momentami nawet trochę nudne, gdy czas snuł się leniwie, człowiek leżał sobie na piaseczku i przyglądał się przez długie chwile, jak woda przepływa między palcami u stóp. Wieczorami grało się w karty albo w kości. Czasem szło się na jagody, czytało się po kilka razy ta samą książkę.

zachwycająca łąka rośnie sobie na starożytnych zabytkach

I nie wiem, trochę jestem jak ta rozdarta sosna. Chcę tej powolności, tego nic-nie-muszenia, gdy „cisza, ja i czas”. A jednocześnie nie chcę rezygnować z poznawania, doświadczania i chłonięcia.

Ale może właśnie nie chodzi o to, żeby wybierać między zachwytem nad tym, co daleko, a uważnością na to, co blisko. Może właśnie cały urok tej sosny w jej rozdarciu?

You may also like

1 comment

Ania 9 lipca, 2026 - 4:19 am

Bardzo dobrze rozumiem ten tekst.Rzym jest na naszej liście wyjazdowej. Trzeba pokazać go dzieciakom i już , a na uspokojenie głowy niech nam pozostaną nadwiślańskie krzaczory.

Reply

Leave a Comment