Te wakacje planowaliśmy już chyba od jesieni. Plan prezentował się ekscytująco: Dolomity, słońce, wędrówki, górskie jeziora, odpoczynek i
przygoda, namiot w bajkowej scenerii.
Z upływem czasu, jak wiemy wszyscy, sytuacja zmieniała się dynamicznie, zarówno we Włoszech, jak i w Polsce,
do tego urlop przesuwał się i nieco skurczył. Dlatego postawiliśmy na
wakacyjną esencję, czyli odpoczynek i przygodę (z naciskiem na
odpoczynek). No, i jeszcze ten namiot w bajkowej scenerii. Zmieniliśmy tylko
bajkę – na polską, mazurską.
A zatem, Mazury!
Mazury z
dziećmi to kierunek idealny. Baliśmy się trochę tłumów, które podobno
były w tym roku wszędzie. Ale Mazury są duże, wystarczy jezior dla żeglarzy, amatorów nadwodnych rozrywek i dla tych, którzy chcą pobyć po prostu wśród natury.
Udało nam się zaszyć w krainie spokoju i
ciszy (przerywanej krzykami żurawi). Był hamak nad wodą, dzieci
obserwujące ryby, raki i wędrówki małży na dnie jeziora, lub bawiące się w
wymyślonych przez siebie światach, lub pytające „mamo, mogę już do
wody?”, bóbr mieszkający w pobliżu, książki, codzienne ogniska.
To był czas o jakim marzyliśmy, gdy nasza decyzyjność ograniczała się do kierunku wycieczki danego dnia i tego co sobie zjemy wieczorem.
Mazury na rowerach
Udało
nam się zabrać wszystkie nasze rowery ( i przyczepkę). Do tej pory
uważałam że na rowery bezkonkurencyjne jest Podlasie, ale muszę
przyznać, że Mazury bardzo dają radę. Jest co prawda trochę pagórów, ale
są one łagodne i przyjemne, w ogóle nie dają się w kość, za to
wprowadzają przyjemne urozmaicenie i zapewniają cudowne, sielskie widoki
– zielone pola a na nich krowy, gdzieniegdzie błyskają jeziora, tu i
ówdzie lasy lub zagajniki, i obłoki pierzaste (jak stosy ciastek) na
błękitnym niebie.
Pirat i kolmolany
Niespełna trzyletni Pirat stoi na pomoście przysłaniając sobie brudnymi rączkami oczy i wypatrując czarne ptaki na środku jeziora „to kolmolany mamo„. Wilczek co chwilę zaskakuje jakąś soczystą ciekawostką przyrodniczą. Iskra ze szczerbatym uśmiechem pokonuje kolejne podjazdy na rowerze. Naszym dzieciakom
w takich warunkach można przyprawiać aureolki, a my puchniemy z
rodzicielskiej dumy, bo oczywiście wszystkie zasługi przypisujemy sobie, wiadomka;)
Nie obyło się oczywiście bez kryzysików, kłótni i jęków, o nie. Ale stworzyli
sobie w tym lesie magiczny świat i my z nudnym „nie jest wam zimno”
albo „czy jesteście głodni” tylko im wszystko psuliśmy. Z rozkoszą
ograniczaliśmy więc to psucie do minimum czytając, bujając na hamaku
albo wgapiając w wodę.
Wiecie, to były naprawdę dobre wakacje. Dokładnie takie, jak potrzebowaliśmy.
Zwykły namiot nad jeziorem. Woda, niebo, drzewa. (Po)wolność. Więcej niekonieczne.

































