
Rumunia. Gdzieś w górach. Wracaliśmy z pewnej jaskini. Krycha nie zauważył niewykończonego, ostrego krawężnika. Huk, syk, i już wiemy – opona poszła. Na dojazdówce dotarliśmy do najbliższego warsztatu wulkanizatorskiego, gdzie młody chłopak w klapkach z rozkosznym uśmiechem zaoferował nam zjechaną niskoprofilową oponę i poinformował, że sprzęt do wyważania „jest kaput”. Czekał nas zakup nowej opony, co nie było takie oczywiste w środku rumuńskich gór. Wróciliśmy na camping, kilkanaście kilometrów dalej, na sam początek bardzo solidnej burzy. I dobrze, że zdążyliśmy, bo wiatr wiał naprawdę mocno i trzeba było trzymać namiot, żeby nie połamał się stelaż. Tak rozpoczęły się nasze rumuńskie wakacje.
Podobną zresztą historię mieliśmy w Norwegii, parę lat wcześniej, gdy z dwulatkiem, pięciolatką i siedmiolatkiem nocowaliśmy gdzieś na dziko. Wtedy burza przyszła w nocy i dzieciaki nawet nic nie zauważyły, za to my mieliśmy spora dawkę adrenaliny, namiot został solidnie wytargany, wiatr wyrwał nawet parę odciągów. Pogoda na tym wyjeździe była swoją drogą wybitnie niesprzyjająca, do dziś wspominamy naszą wyprawę na Preikestolen, z której ostatecznie, przemoczeni do gaci, zawróciliśmy.


Albo taka sytuacja w Finlandii, gdy późnym wieczorem pośrodku niczego w zimie utknął nam klucz w zamku, nie dało się dostać do domku, więc dwie godziny czekając na właściciela spędziliśmy w saunie, w kurtkach. W Lyonie, wyjątkowo zimnym jak na kwiecień nie działał nam kod do zamka w mieszkaniu z airbnb, a z właścicielka nie było kontaktu.

W Portugalii w środku nocnej zlewy przenosiliśmy namiot do campingowego budynku z łazienkami, bo napadało do tego stopnia, że z podłogi zrobiło nam się łóżko wodne.

Kiedyś pod namiot w góry, jeszcze we Francji, zapomnieliśmy wziąć smoczka, bez którego mały Wilczek nie był w stanie zasnąć. O żadnej aptece gdzieś w Alpach nie było mowy, więc spędziliśmy dobre dwie godziny, próbując utulić małego biwakowicza i ciesząc, że rozbiliśmy się na uboczu.
Mieliśmy na wyjazdach jelitówki i gorączki, mieliśmy kwarantannę, złamaną rękę, mamy bogatą i barwną historię choroby lokomocyjnej.
O zwykłych fochach, buntach i awanturkach nawet nie wspominam.

Czasem to są przygody, niektóre nawet dość spektakularne, które szybko stają się śmiesznymi anegdotkami do opowiadania. A czasem zwykłe upierdliwości, kłopoty, przebodźcowanie, zmęczenie, nie do końca zgodne z wyobrażeniem miejsce*
Nie zawsze jest idealnie. Niby wiemy o tym wszyscy, gdy oglądamy idealne życie innych, ale człowiek naogląda się obrazków, a te są zdecydowanie bardziej sugestywne niż opisy, w których czasem można doczytać o mniej fotogenicznych kulisach. To w sumie normalne, że nikt nie ma ochoty robić zdjęć, gdy dziecko robi awanturę, albo ma jelitówkę, ani kręcić filmików w chwilach innych kryzysów, więc zazwyczaj widzimy ładne zdjęcia pięknych chwil, co potęguje ten dysonans.


(Swoją drogą, pamiętam, że moi rodzice, w czasach aparatów analogowych, mieli specjalny album obciachowych zdjęć. Gdy po wywołaniu filmu jakieś zdjęcie okazywało się wybitnie niepiękne, trafiało do tego właśnie albumu, który był nieustającym źródłem chichotów wszystkich, więc miał swoją bardzo ważną rolę.)
W każdym razie. Czasy mamy takie, że oczekiwania są wygórowane, także w stosunku do urlopów. A może nawet zwłaszcza w stosunku do nich. Tak bardzo wyczekane, mają napompowane do granic możliwości baloniki presji. Robimy na lato formę, kupujemy kostiumy kąpielowe i wielkie kapelusze, które tak ładnie wyglądają na zdjęciach. Uznajemy, że dobra, może codzienność jest taka niezbyt doskonała, czasu nie ma, nastrój bywa różny, obowiązki nie pozwalają cieszyć się życiem, czy realizować marzeń. Ale wakacje… wakacje to już na pewno będą idealne. Widzimy się w tych kapeluszach i romantycznych sukniach, z rozkosznymi dziećmi w białych, lnianych ubrankach, jak śmiejąc się zwiedzamy kolejne miasteczka, albo podziwiamy naturę, zjadamy razem pyszny lokalny obiad, a wieczorem oglądamy zachód słońca. W tle przygrywa muzyka. Urlop idealny, taki na jaki napatrzyliśmy się miesiącami na instagramie i jaki maja WSZYSCY po prostu. No i przychodzi ta rzeczywistość, a w niej okazuje się, że natura jest pełna upierdliwych owadów, urocze miasteczka pełne tłumów turystów, a lokalny obiad drogi i niezbyt smaczny. Dzieciaki, zaplamione lodami, i zmęczone upałem pokłóciły się, „bo ona na mnie patrzy”. Ten dysonans, ta przepaść między oczekiwaniami a rzeczywistością jest jak rów mariański.
Jest coś takiego jak bowaryzm. Według wikipedii to postawa rozczarowania wiążąca się z poczuciem niezgodności pomiędzy wyidealizowanym obrazem własnej osoby a rzeczywistością. W dzisiejszych czasach cierpimy, z większym lub mniejszym stopniu wszyscy na tę przypadłość, ale wakacje są pod tym względem wybitne.

A tymczasem wakacje to też życie. Czasem boli ząb, czasem komuś zaszkodzi kiełbaska, pogoda bywa różna, czasem komary uprzykrzają życie, wakacji nie omijają bunty dwulatków i nastolatków. Chodzi o to, żeby to zaakceptować i nie tracić energii na oczekiwanie, że będzie inaczej. Zresztą, idealne jest nudne.
No i nie ma cudów, przez te dwa tygodnie nie nadrobimy życia, czy poczucia satysfakcji. Wakacje nie zrobią z nas zgodnego małżeństwa, jeśli na co dzień na siebie warczymy. Nie zaczniemy zachwycać się wspaniałą architekturą zwiedzanych miast, jeśli na co dzień karmimy zmysł estetyczny filmikami na tiktoku. Nie docenimy piękna natury nawet na Mauritiusie, jeśli w codziennym życiu nie zauważamy, że zmieniają się pory roku a pod oknem rozkwita jaśmin. Wakacje pod wieloma względami są jak codzienność, tylko bardziej. Tak po prostu jest. I jeśli chociaż trochę zdejmiemy z siebie i z tych biednych dwóch tygodni tą presję wspaniałości wszelakiej, będzie nam po prostu milej urlopować.
Czego nam wszystkim życzę:)

* To na koniec jeszcze jedna historia w temacie oczekiwania versus rzeczywistość. Byliśmy w Macedonii, stopem, przed dziećmi. Okolica słynąca ze świetnych win, była to też nasza rocznica ślubu, więc mimo tego, że mieliśmy dobrą okazję dotarcia do Skopje (skąd następnego dnia ruszyliśmy autokarem do domu), postanowiliśmy wysiąść od przemiłego kierowcy na symbolicznych rozstajach dróg i skręcić w tę mniejszą, w stronę romantycznie brzmiącego Kavadarci. Wyobraziłam sobie fantastyczny dzień, zwiedzanie okolicznych winnic, w klimacie jak z filmów, wiecie o co chodzi na pewno – stare, kamienne budynki, przemili ludzie zakochani w swoim fachu i my, kosztujący co nieco, a potem rozbijający namiot w tych pięknych okolicznościach, tuż pod tym urokliwym miasteczkiem, może nawet – fantazjowałam dalej – ten sympatyczny właściciel winnicy pozwoli nam rozbić się na swoim terenie z widokiem na zbocze góry porośnięte winoroślą… Pierwsze wątpliwości dopadły nas, gdy po długim czasie na drodze, (szliśmy, bo nie było w ogóle ruchu), złapaliśmy stopa, rozklekotanego wartburga, i mrukliwego kierowcę w gumowcach, który dwa razy dopytywał, gdzie planujemy jechać, i czy na pewno tam (dodam tylko, że były to czasy przed smartfonami). Dotarliśmy na miejsce, czyli do postkomunistycznej betonozy małego miasteczka, typu Lubartów (czytelnicy z Lublina wiedzą o co chodzi) . Jeśli chodzi o wino, to można było sobie kupić w lokalnym spożywczaku (co zresztą uczyniliśmy). Z miasteczka, w upale lokalną komunikacją publiczną bez klimy dotarliśmy pod Skopje, i tam późno w nocy rozbiliśmy namiot. Rocznica marzeń.

3 komentarze
Dokładnie tak! Wakacje to część życia, a nie jakiś cud raz w roku. Wczoraj np. jechaliśmy pociągiem, do którego wsiadły 2 pary z dziećmi w wieku 4-10 lat. I te dzieci miały piękne białe stroje. (Zawsze podziwiam ludzi ubierających dzieci w białe rzeczy, bo nie mam pojęcia jak je potem dopierają). Rodzice zajęli kilka miejsc dalej, dzieciom siedzącym obok nas podali brzoskwinie. I te dzieci po 5 min. wyglądały jak realne dzieci. Te piękne, białe stroje zostały ozdobione pomarańczowymi zaciekami na całej długości, a włosy sklejone owocowym sokiem 🙂
Macie może jakieś sprawdzone sposoby na chorobę lokomocyjną? U nas działa tylko aviomarin, ale to jest straszny usypiacz.
Ania, te alternatywne sposoby u nas też nie działają. Pozostaje aviomarin i pochodne. Chociaż, ostatnio, odpukać, jest trochę lepiej.