Wreszcie!
Do trzech razy sztuka, jak mówią.
Przyjechaliśmy na Podlasie wśród takich gwiazd, że można je było strącać grabiami, na gęsto rozsiane po niebie. Wysiedliśmy z samochodu, skrzypnął śnieg pod nogami, skrzypnęły drzwi naszego drewnianego domku i przepadliśmy, znowu.
Na zimę na Podlasiu polowaliśmy już wcześniej. Puszcza w zimowym dekorum wydawała mi się jakimś cudownym zespoleniem baśni, skandynawskich zimowych opowieści Astrid Lindgren, i moich wyimaginowanych ferii na wyimaginowanej wsi.
Tymczasem dotychczas w porze lutowej zaznawaliśmy przemrożonych resztek śniegu, lub przedwczesnego przedwiosennego błocka. Aż do teraz. Teraz trafiło się naprawdę pięknie.
Odwiedziliśmy rezerwat dzikich zwierząt, tym razem ludzi nie było prawie wcale, zwierzaki leżały sobie zrelaksowane na śniegu i mogliśmy się im przyjrzeć naprawdę uważnie. Odwiedziliśmy szlaki i miejsca znane i nieznane. Dzieci (my też w sumie;) ) napawały się śniegiem. Puszcza koiła i zachwycała, mówiła co jest ważne, jak zawsze.
Wiecie, pisałam już o Podlasiu parę razy. Jest w tym regionie coś dobrego. Coś, co przytula do serca, coś jak powrót do sielskości dzieciństwa. Lubię tu wracać.























































































