
Są takie soboty, kiedy co chwilę robię w głowie stop-klatki.
Budzą nas ptaki, ale wtedy przekręcamy się na drugi bok. Po jakimś czasie wstajemy, leniwie, spokojnie. Zasaidamy do śniadania. Jajko na miękko, świeży domowy chleb, masło, chrupiące rzodkiewki. Potem przenosimy się na kanapę, na pierwszą sobotnią kawę. Kawa parzy się powoli, w chemexie, nabiera mocy i aromatu. Gra radio, gapimy się na rybki w akwarium. Za oknem robi się jakoś ciemno, wietrznie, ale tym milej siedzi się wtedy na naszej miodowej kanapie. Czasem, brzydko przekręcając nazwę lipca, przykrywamy nogi wełnianym kocykiem. Trochę się na to lato obrażamy, a trochę jesteśmy wdzięczni za tę domowość, której nie wybraliśmy, tylko tak wyszło, bo deszcz. Jest takie islandzkie słowo, sólarkvíði, które opisuje wyrzut sumienia związany z niewykorzystaniem ładnej pogody. Mogłabym mieć tak na imię.
