gdy zwykły weekend

by Paulina
drewniana chata w letni dzień

Są takie soboty, kiedy co chwilę robię w głowie stop-klatki.

Budzą nas ptaki, ale wtedy przekręcamy się na drugi bok. Po jakimś czasie wstajemy, leniwie, spokojnie. Zasaidamy do śniadania. Jajko na miękko, świeży domowy chleb, masło, chrupiące rzodkiewki. Potem przenosimy się na kanapę, na pierwszą sobotnią kawę. Kawa parzy się powoli, w chemexie, nabiera mocy i aromatu. Gra radio, gapimy się na rybki w akwarium. Za oknem robi się jakoś ciemno, wietrznie, ale tym milej siedzi się wtedy na naszej miodowej kanapie. Czasem, brzydko przekręcając nazwę lipca, przykrywamy nogi wełnianym kocykiem. Trochę się na to lato obrażamy, a trochę jesteśmy wdzięczni za tę domowość, której nie wybraliśmy, tylko tak wyszło, bo deszcz. Jest takie islandzkie słowo, sólarkvíði, które opisuje wyrzut sumienia związany z niewykorzystaniem ładnej pogody. Mogłabym mieć tak na imię.

Delektujemy się kawą i wizją dwóch dni, gdy nic nie trzeba.

Mamy spokój. Słuchamy ciszy albo muzyki. Popijamy kawę i próbujemy wyczuwać te subtelne aromaty opisane na opakowaniu. Aromat owoców jagodowych jest podobnie nieuchwytny, jak „okrągła nuta dojrzałej śliwki” w czerwonym winie, ale lubimy to smakowanie. Chwilo trwaj! Chwila trwa.

I to jest ten moment kiedy nade wszystko nie biorę telefonu do ręki. Nie biorę do ręki narzędzia przypominającego mi o potrzebach, których nie mam, o brakach, których nie doświadczam i o niewygodach, których nie odczuwam. Wiem, że cokolwiek innego wybiorę na ten czas, da mi spokój i relaks. Może album Muniera. Może „Proste rzeczy” Wichy, które od tygodni czytam po kawałku. Może nowe Zwierciadło. A może nic. Może sobie porozmawiamy. Może będą z nami dzieci, takie już strasznie duże i może będziemy oryginalnie dziwić się jak ten czas Grażynko… W każdym razie, będziemy obecni, nie rozmienimy tego dobrego czasu na drobne.

Na obiad robimy risotto z kurkami. To risotto ze ścisłej czołówki naszych ulubionych i właśnie teraz jest na nie czas. Pomidory są dojrzałe na słońcu, słodkie i czerwone, kurki aromatyczne, podsmażone na maśle razem z czosnkiem i rozmarynem. Całośc pachnie trochę śródziemnomorsko, letnio.

Zjedliśmy. Zostaliśmy przy stole. Jesteśmy w nastroju przedwakacyjnym, bardzo nam się chce jakiś namiotowych przygód. I zaczynamy wspominać. A pamiętacie wyprawę na Preikestolen, jak zawracaliśmy w tym deszczu? Albo tą burzę w Rumunii, jak trzymaliśmy namiot? A te komary w delcie Dunaju? Albo jak niemal wywołaliśmy pożar w Szwecji? Wspomnienia prowadzą nas do albumów (bo zapamiętaliśmy rózne wydarzenia w różny sposób, chcemy to zweryfikować zdjęciami). No i wsiąkamy całą piątką w te albumy, na dobrą godzinę. Dlatego właśnie wywołuję zdjęcia. Albumy mają w sobie coś, czego telefon nigdy nie będzie miał. Gromadzą nas przy jednym stole.

Pojawia się okno pogodowe, więc wyskakuję na spacerek po osiedlu. Uwielbiam tak sobie pójść w pojedynkę, pochodzić, pogapić się na drzewa, wąchać zapach powietrza po deszczu, pobyć z własnymi myślami. Bo rodzinny chaos jest cudowny, ale żeby naprawdę go docenić, czasem trzeba z niego wyjść. Nie da się zobaczyć magii w wyciąganiu królika z kapelusza, kiedy tkwisz głęboko w króliczym futrze.

Więc łapię dystans i ciszę. Chodzę sobie wśród mokrych drzew i ptaków. Omijam ślimaki i dżdżownice na chodniku.

Wracam dość szybko, bo znowu zaczyna kropić. W domu zasłaniamy rolety i odpalamy rzutnik – wjeżdżają Piraci z Karaibów.

Idziemy spać dość późno, jutro niedziela.

I po takich dniach myślę sobie, że szczęścia chyba nie trzeba szukać.

Wystarczy go nie przegapić.

You may also like

1 comment

paula 20 lipca, 2026 - 5:27 pm

Piękny weekend.

Reply

Leave a Comment