Za taką polską sielskością tęskniłam.
Odbyliśmy ostatnio małą wycieczkę na Roztocze. To piękny region na wschód od Lublina, o wspaniałej przyrodzie, cudnych lasach, klimatycznych (przynajmniej dla turysty) wioskach, zupełnie inny świat.
Wjeżdża się tam i przenika ten inny świat na wskroś.
Wąskie, kręte i wyboiste drogi, które wręcz dodają uroku malowniczym krajobrazom (o ile tylko podskoki na wybojach nie obudzą nieletnich śpiących na tylnym siedzeniu. Bo jak obudzą, to uroki i okoliczności przyrody są jakby mniej widoczne). Lasy, lasy ukochane, pachnące najpiękniej. Z wrzosami i jeżynami, które przenikają tę miękką zieloność fioletowymi plamami. Pięknie świetliste.
Wioski, z drewnianymi domami otoczonymi kwiatami – trochę niesfornymi,
kolorowymi, niekontrolowanymi. I z kapliczkami – kolorowymi, z
wstążkami, chorągiewkami, przyozdobione na bogato. (Trzeba co prawda przymknąć oko na wieżyczki Gargamela, niewykończone klocki z pustaków, szalone kolory elewacji i dachów. Ale i tak warto)
Pojeździliśmy trochę rowerami, choć ścieżki leśne, miękkie i sucho – piaszczyste, na rower się nie nadawały za bardzo. Inna sprawa, że jadąc tamtejszymi drogami, i tak jest się w środku lasu. Spacerowaliśmy, przysiadaliśmy na kocu. Bujaliśmy się w hamaku. A wieczorami płonęły ogniska, uczta prawdziwa dla wszystkich zmysłów, medytacja doskonała. I gwiazdy, obłędnie widoczne, jak nigdy w mieście, jak jedna, doskonała wisienka na torcie.



















































































































































