Nareszcie, całodniowa wycieczka rowerowa. Okraszona cudownym słońcem, zapachem kwitnących mirabelek, zawilcowym leśnym dywanem i przemiłym towarzystwem.
Ach jak mocno mi brakowało tej włóczęgi przez ostatnie miesiące.
Wybraliśmy się tym razem na sympatyczną przejażdżkę w okolice lubelskie. Trzeba przyznać, że niezależnie od kierunku, nasze miasto otoczone jest arcysielskimi przestrzeniami. Zielone pola, delikatne pagóry, lasy i skowronki. Lubelszczyzna jest piękna. Choć, o tej porze roku, w zasadzie wystarczy niewielki skrawek trawnika z dowolnym krzakiem, żeby wywołać w pozimowym człowieku masy ekstatycznej miłości do urody świata. Dlatego, myślę, że możecie sobie wyobrazić naszą radość wobec całego dnia w plenerze, wśród tej entuzjastycznie świeżej, pachnącej zieleni.
Cudownego dnia i pozytywnych wrażeń nie zepsuło nam nawet intensywnie kłócące się cargo. Chociaż przyznaję, że poważnie rozważamy zamontowanie pleksi lub wręcz dykty w królewskiej przyczepce, bo nasze dzieci ostatnio zdają się nie zauważać lusksusów w jakich przyszło im podróżować, zupełnie ignorują okoliczności mijanej przyrody, a skupiają się na tym, że „ona mnie dotyka łokciem” oraz „daaaaaj, to niuniiiiiiiiiiiiiii”. Nie ustajemy jednak w (naiwnej?) wierze, że na tym właśnie polega wychowanie i dobre dzieciństwo. I że idziemy w dobrym kierunku, trochę się pokłócą, dojdą samodzielnie do porozumienia i wreszcie zaczną wyglądać przez te okna.
Tym razem wyruszyliśmy w kierunku zachodnim. Minęliśmy tradycyjny chaos architektury przedmieść i zanurzyliśmy się w sielskości wiejskiej. Radawiec, z lotniskiem szybowców i wrażenie żurawi origami. Mam takie marzenie, żeby polecieć szybowcem, szalenie podobają mi się te samoloty, z ich delikatną konstrukcją, brakiem silnika, smukłością i skojarzeniem latawcowym.
A potem szlak rowerowy, prowadzący przez las. Las pełen światła wiosennego i przestrzeni, usłany zawilcami, grający promieniami.
Potem był piknik na polanie, i jeszcze trochę kilometrów wśród już-za-chwilę-kwitnących sadów. A także, ponieważ byliśmy w pobliżu, odwiedziny u dziadków i kawka na ogrzanym tarasie. Pięknie, wspaniale i sycąco.
W drodze powrotnej przyczepka zgodnie śpiewała o panie Janie, z naciskiem na bim-bam-bom, by przed samym Lublinem zamilknąć i zacząć błogo pochrapywać. W końcu, tyle kilometrów przebyli…













8 komentarzy
Faktycznie pieknie tam, ale jakos tak.. morza brak 🙂 Ja wychowana na Kaszubach, gdzie wysyp jezior, rzek rwacych idealnych na kajaki, mieszkajac przez pewien czas we Wrocławiu za woda tesknilam najbardziej i za lasami z klimatem jedynym w swoim rodza ju. Mam nadzieje, ze kiedys jeszcze oprocz samego Trojmiasta bedziecie mieli okazje pobuszowac po moich terenach, bo szwajcaria kaszubska nie bez powodu je mianuja. Gdyby cos sluze pomoca i licze, ze uda mi sie gdzies na Was trafic w weekend 🙂 w razie klopotow tez sluze pomoca 🙂 Pozdrawiam z wietrznego dzis Gdanska i mam nadzieje, ze pogoda mimo wszystko dopisze. Martyna
Jak pięknie! Czytam.. oglądam, uśmiecham się 🙂
Pięknie! Nic więcej do szczęścia nie potrzeba :)) Pozdrawiam
Alez slodko wygladaja Wasze dzieciaczki w tej przyczepce!!!
Wspaniala wycieczka!!! My tez planujemy weekendowe wojaze, zeby tylko pogoda dopisywala :)!!! A w wakacje namawiam Miska na Roztocze i szeroko rozumiane okolice Lublina :)!!!
Cudna zawilcowa kraina:)
Tak naprawdę trochę Ci się nie dziwię, morze jest jednak jedyne w swoim rodzaju:)
Kaszub nie znam wcale (jeszcze!) My korzystaliśmy zawsze z jezior pojezierza łęczyńsko włodawskiego, ewentualnie Mazury.
PS, I nie udało się spotkać… Szkoda
Super! Jak będziecie się wybierać, to daj znać koniecznie!
Bardzo szkoda! 🙁 A w jaki dzień tygodnia byliście w Experymencie? My ostatecznie nie dotarliśmy wcale, bo zepsuł nam się samochód i.. (długa historia) utknęliśmy kawał drogi przed Trójmiastem.