jesienne czasospowalniacze

by Paulina

Jesienią najbardziej lubię zmierzch. Nawet gdy o zmierzchu trzeba odwozić lub odprowadzać dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Niezależnie od tego czy szuram właśnie w liściach, jadę samochodem, czy w domu zaparzam popołudniową herbatę pu erh. Gdy jesienią zapada popołudniowy zmierzch, to jest trochę ten efekt wełnianego kocyka przykrywającego życie, „teraz już nic nie musisz, teraz się utul i napij coś ciepłego, i masz jeszcze kardamonowe ciasteczko sobie przegryź.”

Może nie jest najłatwiej wstawać jesienią, gdy jest jeszcze ciemno. Ale to tez ma ten specyficzny urok, ledwo wyczuwalny przedsmak dnia. Pachnący kawą. Rozkręcający się powoli, w rytmie radia 357, otulony szlafrokiem. Wszystko budzi się powoli, jakby świat potrzebował jeszcze minuty, jeszcze dwóch, zanim ruszy naprawdę.

I piekę jesienią. Dynię i paprykę, drożdżówki i ciasteczka, zapiekanki. A w domu pachnie masłem, cynamonem i imbirem.

Jesienią muszę mieć bezwzględnie jakąś wełnę. Wełniany sweter, który daje mi to poczucie przytulności, ciepłego, fizycznego kontaktu z ciałem.

Jesienią zawsze mam w kieszeniach kasztany. (gdyby mi zabrakło, w pokojach u dzieci niezawodnie znajdę jakieś pińcet kilo) „Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean
Powoli chodzę i rozglądam się
Kieszenie jak ocean, a ręce mam w kieszeniach
Dlatego wiem, gdzie żyję, dobrze wiem
” A w kieszeniach kasztany, jak kule antystresowe, niezawodny kontakt z naturą, zawsze dostępny.

Jesienią lubię wychodzić, ale najbardziej lubię wracać do domu.

Jesienią wszystko jest dla mnie pretekstem do (po)wolności. Wypad do paczkomatu zamienia się w rytuał szurania liśćmi. Gdy piję popołudniowa herbatę to to właśnie robię. Siadam, obejmuje ciepły kubek, wącham i smakuję. Dbam o to, żeby jak najczęściej był po drodze jakiś las, chociaż na 15 minut.

Wcale nie jest tak, że życie mi zwolniło, to patrzenie na liście sfruwające z drzew daje idealną bazę do takiego przekonania w głowie. Że oto odpuszczam i zwalniam, bo jestem częścią przyrody. Samo uświadomienie sobie tego już coś przełącza, coś uspokaja w głowie.

Jesienią łatwiej przyjmuję przemijanie. I zamiast przygnębienia — pojawia się uziemienie, miękki spokój.

Kiedy mogę, idę na spacer po cmentarzu. Lubelski cmentarz na Lipowej ma w sobie parkowy urok: ciszę, elegancję, miękkie światło. Ostateczność podana tam są tak, że nie straszą. Tylko przypominają, że życie nie trwa wiecznie, a rzeczy ważne są… po prostu ważniejsze niż reszta.


Przeczytałam ostatnio „Czas zatrzymany” Mai Lunde. Lunde jest autorką niewygodną. Jej książki czyta się bardzo dobrze, ale pozostawiają po sobie masę wątpliwości i pytań. Tym razem o czasie, o przemijaniu, którego wszyscy się boimy, i którego jak się okazuje wszyscy potrzebujemy. Bo przemijanie jest w jakimś sensie sensem naszego życia. I teraz, jesienią, to jest takie namacalne, konkretne i rzeczywiste.

A skoro mowa o książkach… Zapraszam na przegląd moich ostatnich zachwytów

Wellness – Jonathan Hill
Fenomenalna książka o dorosłym życiu, związkach, artystach i efekcie placebo (arcyciekawy wątek). Opowiada o małżeństwie, które próbuje odnaleźć się w nowoczesnym świecie pełnym złudzeń. Świetnie napisana, z fantastycznie zbudowanymi postaciami.

Intermezzo – Sally Rooney
Dobrze mi się czyta książki Rooney – mają przyjemną dynamikę, a nawet specyficzny brak dialogów nie przeszkadza. W „Intermezzo” śledzimy losy dwóch braci po stracie ojca — jeden z nich to szachowy talent, drugi to prawnik zmagający się z własnymi relacjami i oczekiwaniami. Obserwujemy ich wzajemne relacje, ich przeżywanie żałoby, związki i nowe otwarcia.

Zapomniane niedziele – Valérie Perrin
Jak zawsze u tej autorki, bohaterka żyje trochę na uboczu. To opowieść o młodej dziewczynie, która dorasta pracując w domu spokojnej starości, a w tle pojawia się stara historia miłosna. Dużo nostalgii, spokoju i pięknego podejścia do starości.

Chilijski poeta – Alejandro Zambra
Bardzo podobała mi się pogodność tej książki – historia pełna ciepła i lekkości. To opowieść o patchworkowej rodzinie, w której ojczym i pasierb szukają wspólnego języka. No i sam temat poetów – uroczo i świeżo podany.

Przyjaciele muzeum – Heather McGowan. Tu tempo jest nieco szybsze, a atmosfera gęstnieje z każdą godziną. Na początku bohaterów jest wielu i trudno od razu połapać się, kto jest kim, ale z czasem ich głosy wyraźnie się rozdzielają. Relacje i życiowe podsumowania – bohaterowie, każdy na swoim etapie, przyglądają się swoim decyzjom i temu, dokąd ich doprowadziły. A wszystko zanurzone w przestrzeni muzeum, które jest bardziej tłem niż bohaterem tej historii.

Teraz jestem w trakcie czytania „Lata marnotrawnych” Barbary Kingslover. Długo czekała na Kindlu, ale doczekała się i jestem zachwycona. Jest pięknie zanurzona w przyrodzie, ale opowiada ciekawie o ludziach. Ssmakuję ja sobie powoli, tylko wieczorami, gdy już nic nie muszę


A tu ostatnie, jesienne filmowe zachwyty:

Diamenty
Piękna, wielowątkowa opowieść o kobietach, ich przyjaźniach, sekretach i sile. Akcja toczy się w Rzymie, gdzie grupa dawnych przyjaciółek spotyka się po latach i musi zmierzyć się z przeszłością. Film ciepły, zmysłowy, a jednocześnie pełen emocji

Wszystkie odcienie światła
Powolny, pięknie nakręcony film o kobietach we współczesnych Indiach. Pokazuje ich codzienność, marzenia i ograniczenia, w zmieniającym się świecie. Dużo spokoju i czułości, dojrzewania do zmiany i do akceptacji.

Ostatni wiking.
Lubię filmy tego Andersa Jensena. Są słodko-gorz­kie, trochę śmieszne, trochę straszne. Śmiech jest tu bardzo demokratyczny. Pojawia się wątek pacjentów szpitala psychiatrycznego, więc można by się spodziewać niesmacznych żartów — a jednak wszystko jest podane naturalnie, bez złośliwości. Niektóre trudne sytuacje w życiu są po prostu… zabawne.

Droga do Vermiglio.
Niesamowicie estetyczny film, urzeka malarskimi, kadrami Dolomitów, które tworzą poetyckie tło dla historii dorastania i budzenia się kobiecej siły. Początkowo film jest spokojny, kontemplacyjny,a w pewnym momencie historia przyspiesza i robi się bardziej intensywnie emocjonalnie.

Sorry, Baby
Znów film spokojny, gadany, momentami lekki, a czasem cięższy. Opowiada o kobiecie, która powoli wychodzi z traumy i próbuje ułożyć swoje życie na nowo. Bardzo życiowy, szczery i pełen ciepła.


Wybory książkowo filmowe jak widać nie nadmiernie dynamiczne. Takiego właśnie tempa szukam jesienią. Wypisuję się z pędu, choć na krótko.

Bo jesień przypomina, że można wolniej. Że można inaczej.
Że czasem wystarczy liść, kasztan i kubek herbaty, by świat na chwilę przestał się spieszyć.

You may also like

2 komentarze

Justyna 14 listopada, 2025 - 5:51 pm

Coś w tym jest… choć jesień nigdy nie będzie moją ulubioną porą roku .
Pozdrawiam serdecznie całą rodzinkę
Justyna

Reply
Ania 17 listopada, 2025 - 9:28 pm

No ładnie. Teraz chodzę i nucę pod nosem non stop. Mam ręce w kieszeniach….

Reply

Leave a Comment