
Jak wspomniałam ostatnio, robią mi te noworoczne Bieszczady taką piękną życiową klamrę. Rozpoczęcie i zakończenie roku w tym cudownym miejscu daje mi poczucie trzymania się w życiu we właściwych torach.

Jak wspomniałam ostatnio, robią mi te noworoczne Bieszczady taką piękną życiową klamrę. Rozpoczęcie i zakończenie roku w tym cudownym miejscu daje mi poczucie trzymania się w życiu we właściwych torach.
Minął. Za szybko, co już nie dziwi zupełnie.
Rok 2025 zaczął się i skończył w Bieszczadach, co jest dla mnie cudowną klamrą i tradycją. Kolejny dobry i nieprzełomowy rok. Cieszy to, że wydarzenia spektakularne, momenty intensywne, i wielkie przeżycia przeplatają się ze spokojnymi sobotami i codzienną rutyną. Jednego dnia skaczesz ze spadochronem, a kolejnego skaczesz po cebulę do warzywniaka. Cieszy, że balansuję, że znajduję równowagę między pracą, dzieciakami, domem, zabawą, choć oczywiście bywa ta równowaga chwiejna.
Dobrze mi jest w życiu. Jest dobrze, nie idealnie, po mojemu. Pewnie dałoby się lepiej, efektywniej i efektowniej, ale serio, ale dobrze mi jest ze świadomością, że życie to nie zawody, zawody, zawodyyyyy (parafrazując Krzysia Zalewskiego).
Zapraszam na małe fotograficzne podsumowanie roku 2025.

Niech to będą dobre Święta.

To taki piękny i mądry zwrot.
Dać sobie spokój. W tych rozedrganych, szybkich, intensywnych czasach, gdy latamy, załatwiamy, ogarniamy wszystko w pędzie, multitasking, optymalizacja, przyspieszenie i instant.
Jesteśmy przebodźcowani, przegrzani, wypaleni. A gdy przydarza nam się wolna chwila, zupełnie dobrowolnie (chociaż może nie do końca, tak działa głód dopaminy i nasz mózg, przyzwyczajony, do ciągłych bodźców) bombardujemy się taką ilością obrazków, informacji i emocji, z jaką jeszcze nasi rodzice, czy dziadkowie mieli do czynienia w ciągu tygodni.
A najbardziej potrzeba na właśnie spokoju. Zatrzymania. Na chwilę, nikt nie mówi o tygodniach odosobnienia, choć czasem właśnie o tym marzę najbardziej.
Ale możemy wykrzesać z naszych intensywnych dni te kilkanaście minut i nie przeznaczać ich na dalsze bodźcowanie. Wtedy możemy dać sobie spokój.
Dać sobie 20 minut spaceru po osiedlu, z patrzeniem na łysiejące listopadowo drzewa.
Dać sobie 8 minut na medytację
Dać sobie pełnowartościowe picie herbaty, z czuciem zapachu, smaku i ciepła
Dać sobie czas na poczucie swojego ciała. Na zamknięcie oczu i oddychanie.
A w drodze do pracy podarować sobie zauważenie mgieł snujących się nad trawnikami.

Podarować to sobie, tak samo jak podarowujemy sobie nową sukienkę, „bo jestem tego warta”, należy mi się. Wiecie o co chodzi, pieniądze na tą sukienkę to zazwyczaj kilka godzin pracy, i to jest ten czas z naszego życia, który przeznaczamy na tę właśnie rzecz. A czasem można wybrać inaczej. Czasem można zastanowić się, co naprawdę daje mi spokój i odpoczynek.
Uświadomić sobie, o o nam naprawdę chodzi w życiu, to zawsze pozwala nabrać dystansu.
Zastanowić się, spróbować, poczuć.
A potem to sobie dać.
Dać sobie spokój.

Jesienią najbardziej lubię zmierzch. Nawet gdy o zmierzchu trzeba odwozić lub odprowadzać dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Niezależnie od tego czy szuram właśnie w liściach, jadę samochodem, czy w domu zaparzam popołudniową herbatę pu erh. Gdy jesienią zapada popołudniowy zmierzch, to jest trochę ten efekt wełnianego kocyka przykrywającego życie, „teraz już nic nie musisz, teraz się utul i napij coś ciepłego, i masz jeszcze kardamonowe ciasteczko sobie przegryź.”

Kiedyś, na studiach, byłam w Bretanii zbyt krótko, i od tamtej pory chciałam tam wrócić.
Celtyckość, magia, klify, lasy, zamki, klasztory, i całe miasteczka o charakterystycznych, szarych dachach z łupków. Ojczyzna Asteriksa i Obeliksa, ostatnia wolna wioska galijska. Zdecydowaliśmy w wakacje ruszamy z dziećmi do Bretanii.
Wyruszyliśmy po naszemu. Zapakowani po dach, z namiotem, mapą, przewodnikiem i dość ogólnikowym planem ruszyliśmy 2200 km na zachód.

Rumunia. Gdzieś w górach. Wracaliśmy z pewnej jaskini. Krycha nie zauważył niewykończonego, ostrego krawężnika. Huk, syk, i już wiemy – opona poszła. Na dojazdówce dotarliśmy do najbliższego warsztatu wulkanizatorskiego, gdzie młody chłopak w klapkach z rozkosznym uśmiechem zaoferował nam zjechaną niskoprofilową oponę i poinformował, że sprzęt do wyważania „jest kaput”. Czekał nas zakup nowej opony, co nie było takie oczywiste w środku rumuńskich gór. Wróciliśmy na camping, kilkanaście kilometrów dalej, na sam początek bardzo solidnej burzy. I dobrze, że zdążyliśmy, bo wiatr wiał naprawdę mocno i trzeba było trzymać namiot, żeby nie połamał się stelaż. Tak rozpoczęły się nasze rumuńskie wakacje.

Uwielbiam to, że w zasięgu godzinki mamy takie cuda.
Gdy, zwłaszcza teraz, po zimie, splotą się szczęśliwie wolny weekend i ładna pogoda, ruszamy. Ładujemy na dach i hak samochodu pięć rowerów (ale już bez przyczepki!). Pakujemy koce piknikowe i hamaki. I obowiązkowo piknikowe przekąski, w końcu mieszkało się trochę w Shire, we Francji.
Bardzo ograniczyłam użycie telefonu ostatnio.
Zauważyłam, jak pewnie wszyscy, jak dużo czasu bezwiednie kradły mi różne aplikacje, jak często potem musiałam pędzić gdzieś na złamanie karku żeby się nie spóźnić, jakie miałam ciągle wszechogarniające uczucie chomika w kołowrotku, trudności w koncentracji i ogólnego kaca intelektualnego.
Jak zmęczona psychicznie, i często sfrustrowana, byłam „odprężającej” sesyjce z instargamem
Jaką widziały mnie dzieci, które też zaczynają wchodzić w świat smartfonów i które chcemy nauczyć zdrowej relacji z internetem.
Nie oznacza to, że stałam się jakimś przodownikiem pracy, i chodzę jak uosobienie higienicznego trybu życia i produktywności.
Z telefonu dalej korzystam, żeby nie było. A mediów społecznościowych również, ale nie są już dla mnie tak atrakcyjne. Zdarza mi się popłynąć, na podobnej zasadzie, jak raz na jakiś czas zdarza mi się zjeść czipsy, choć wiem, że potem boli mnie brzuch i wyskakują pryszcze.
Pewnie idealnie byłoby spojrzeć na to, ile spędzamy czasu w telefonie, a potem cały ten czas wykorzystać sobie pożytecznie, produktywnie i rozwojowo.
Ale atrakcyjność telefonów bierze się między innymi z tego, jak niski mają „próg wejścia”. Dostarczają nam milutkich bodźców, karmią nam mózgi łatwą dopaminką, nie wymagając od nas żadnego wysiłku, fizycznego ani intelektualnego. Dlatego sięgamy po nie tak chętnie gdy jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, zestresowani, czy, o ironio, przebodźcowani. Albo, gdy mamy przed sobą tyle zadań, że aż nie wiemy od czego zacząć. Wtedy wjeżdżają storiski MLH, filmy z kotami, doskonałe życie innych, inspirujące przepisy, a nade wszystko krótkie, chaotyczne filmiki, które w zasadzie nie pokazują niczego konkretnego, ale nie da się przestać ich oglądać.
I żaden mózg nie chce tego zamienić na słynne 10 minut dziennie na język obcy, albo szybki, 15 minutowy trening pośladków.
Dlatego jakiś czas temu przestałam się łudzić, że zamienię te godziny z telefonu, na super produktywność, bo to zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żebym to ja miała kontrolę nad telefonem, a nie telefon nade mną, żebym nie była niewolnikiem urządzenia, żeby mi nie pochłaniał czasu i uwagi w sposób niekontrolowany.
Przede wszystkim, nie mam telefonu cały czas przy sobie. A już na pewno nie chcę żadnych zegarków, czy innych urządzeń, które mnie do aplikacji jeszcze bardziej przywiążą. Mam powyłączane powiadomienia, poza wiadomościami od najbliższych i sprawami pracowymi. Dzięki temu nie rozpraszają mnie ciągłe piknięcia, których nie da się zignorować, to znów cecha naszych mózgów. Telefon jest zakazany w sypialni i przy jedzeniu.
Poobserwowałam trochę swoje nawyki, żeby sprawdzić, w jakich sytuacjach sięgam po telefon, i do jakich aplikacji najbardziej mnie ciągnie. I wyszło, że jest to instagram, i to
– gdy mam tak dużo pracy, że aż nie wiem od czego zacząć
– gdy czekam na dziecko w szkole
– gdy przychodzę do domu po pracy i należałoby zaplanować jakiś obiad, coś ogarnąć, i zrobić pranie
– gdy siadam z poobiednią herbatą na kanapie
– w poczekalniach różnego rodzaju
Więc nie jest tak, że zasiadam, odpalam telefon i dwie godziny ciągiem scrolluję obrazki. To zazwyczaj szybkie akcje po 5-15 minut. Ale nawet jeśli są to takie „instagramowe szoty”, to wiem, że i tak działają. Że obniża mi się koncentracja, że mózg wyrzuca mi dopaminę i że się od tego uzależniam. Że często prowadzi to do porównywania się z innymi. I że mam zmęczone oczy, poczucie zbyt szybko gnającego czasu i jakiś taki wymiętolony umysł.
Przyglądając się tym okolicznościom sięgania po telefon, mam świadomość, że nie są to duże bloki czasowe, w których mogłabym zrobić coś konkretnego/przyjemnego. Nie zacznę czytać książki, gdy muszę brać się do roboty. To właśnie jest ta podstępna natura wszelkich szorcików, krókich storisków i całego tego świata instant. Że są dostępne szybko i bez zaangażowania, i – przynajmniej teoretycznie – można je szybko wyłaczyć.
Dlatego wynalazłam sobie alternatywy – na te właśnie dziury czasowe, w których odruchowo sięgałam po telefon.
1. Przede wszystkim – uważne nic nie robienie. Czekam przed szkołą na dziecko? To czekam, i to właśnie robię. Patrzę na drzewo, czuję wiatr na twarzy, słucham szumu drzew, oglądam liście. Świadomie siedzę, świadomie oddycham. Jestem. Okazuje się, że gdy nie zapycha się każdej dziury jakąś treścią, zdecydowanie zmniejsza mi się poczucie, że ciągle pędzę i że nie wyrabiam
2. Gdy potrzebuję czegoś na rozpęd – piszę. Zazwyczaj mam ze sobą notes-dziennik, w której spisuję co .myślę, co czuję, co przeżyłam, co mnie wkurza a co cieszy i o czym marzę, bez cenzury, nie są to memuary dla potomnych. I gdy tak sobie siądę i zapiszę, że ciężko jest mi zebrać się do roboty, i zaczynam nazywać to, że się nie wyspałam, i że nie wiem od czego zacząć, to wszystko w głowie się magicznie układa i potem zaczynam po prostu działać. Po kolei, po kawałku.
3. Gdy chce mi się popatrzeć na coś ładnego pijąc kawę – przeglądam albumy malarskie albo fotograficzne.
Gdy chce mi się coś poczytać, ale wiem, że nie chcę angażować się w książkę – sięgam po papierową gazetę, albo poezje.
I słuchajcie – wiem, że ta poezja i malarstwo brzmią egzaltowanie i nierealnie. Ale serio, warto spróbować, bo świetnie zaspokajają potrzebę ładności (a tego często szukamy w SM). Ostatnio na osiedlowym śmietniku trafiłam na serię zeszytów o sztuce angielskiego wydawnictwa. Super są też książki przybliżające historię sztuki – np „Historia obrazów” Martina Gayforda, David Hockney’a albo „Historia Sztuki” Stephena Farthinga
A poezja – zazwyczaj sięgam po ulubionych – Leśmiana, Gałczyńskiego, Szymborską, raczej nie szukam nowości, czy edukacji literackiej, tylko przyjemnych wrażeń.
4. Tańczę, tańczymy. Do przypadkowych piosenek w radiu – robię głośniej i po prostu tańczę. Uwielbiam. Dla zastrzyku ruchu, wyrzucenia stresu i czystej, czystej radochy.
5. Krzątam się. Czasami, gdy nie wiem, w co włożyć ręce, zaczynam po prostu od czegoś prostego i dającego szybkie i wymierne efekty, jak np sprzątnięcie i wytarcie blatów w kuchni, albo nieskomplikowane zajęcia w pracy. Wtedy wiem, że przynajmniej mam już na koncie coś pożytecznego i łatwiej jest się rozkręcić później;) Często włączam do tego podcast albo audiobooka.
6. Rozwiązuję krzyżówkę, najbardziej lubię te nieoczywiste, z grą słowną,
7. Utrudniam sobie dostęp, po to, by mieć chwilę na refleksję pt „po co właściwie odpalasz ten telefon”. Bo najgorsze, to zatracić się przed ekranem właściwie nieświadomie. Przesunęłam najbardziej wciągające aplikacje na ostatni ekran w telefonie. Na instagramie zrobiłam porządki – czyli odobserwowałam wszystkie konta, które mnie denerwowały, pobudzały do zakupów, wzbudzały jakieś poczucie gorszości, nic nie wnosiły. I ustawiłam sobie limit czasowy, na pół godziny – i zazwyczaj kończę, gdy pojawia się powiadomienie, że zostało mi 10 minut czasu. Działa na mnie uświadomienie sobie, że czas ucieka, i trochę mi go szkoda.
8. Albo wchodzę na te media społecznościowe, ale mając świadomość, że to robię.
I tyle. To są moje sposoby, moje podejście, które się u mnie sprawdza. U każdego może być oczywiście inaczej, bo wciągają nas różne aplikacje, w różnych życiowych momentach. Warto jest przyjrzeć się sobie i sprawdzać:) Ja zyskałam sporo cennego spokoju i poczucie większego ogarniania rzeczywistości, widzę, że nie ucieka mi tak koncentracja.
Generalnie mam takie poczucie, że w dzisiejszym świecie korzystanie z technologii, smartfonów, internetu i sztucznej inteligencji bez kompletnie żadnych regulacji przypomina trochę dziewiętnastowieczne syropki na sen dla dzieci z morfiną i heroinowe tabletki od kaszlu. Mamy do czynienia z czymś potężnym, nad czym nie panujemy i co realnie zmienia nasze życia, nasz sposób myślenia i nasze mózgi, dlatego warto nad telefonozą zapanować na tyle, na ile możemy.
W moim podejściu bardzo pomogła mi lektura książek :
„Ekonomia uwagi” Joanny Glogazy,
„Wychowanie przy ekranie” Magdaleny Bigaj
oraz „Niewolnicy dopaminy” Anny Lembke.
Polecam wszystkie z nich
„Między ciałem a dziką przyrodą jest bardzo ścisły związek. Jakby na to
nie patrzeć, ciało jest najbliższym nam kawałkiem dzikiej przyrody.
Łączy nas z całym wszechświatem, bowiem składa się z materii, tej samej,
co gwiazdy, drzewa, rzeki, zwierzęta i kamienie. Mało tego – przez
nasze ciało nieustannie przepływa cała ta materia. To, co jest chmurą za
chwilę będzie moimi łzami, krwią. To, co jest promieniem słońca za
chwilę będzie moim wewnętrznym ciepłem i energią. To, co jest wiatrem za
chwilę będzie moim oddechem, a gleba wkrótce zamieni się w moje tkanki. ” Ryszard Kulik
Wiosna. Zaczyna się ten czas, kiedy tak
bardzo jak nigdy czuje się istota biologiczną. Zbudowaną z tych samych
atomów, co forsycja, błoto i żurawie. Częścią przyrody, nie szczególnie istotną dla świata, ale „mającą prawo jak gwiazdy i drzewa być tutaj”.
W marcu, gdy natura aż przebiera nóżkami żeby buchnąć życiem szczególnie mnie to uderza. Bo czuję dokładnie to samo, tę buzującą żywotność, dokładnie tę samą pierwotną siłę, która każe drzewom wypuszczać nowe listki, budzi do życia niedźwiedzie i muchy i wypuszcza z ziemi fiołki.
Bardziej niż kiedykolwiek szukam w naturze czegoś większego. Bardziej niż kiedykolwiek koi mnie świadomość bycia jej niewielkim elementem. To, że mogę położyć się na rosnącej trawie, wdychać zapach ziemi, słuchać kosów i wypatrywać motyli i tak bardzo przynależeć do tej natury. Perspektywa, która rodzi się z tej świadomości jest mocno uzdrawiająca codzienność i życie człowieka w XXI w, przebodźcowanego sztuczną inteligencją, sztucznym światłem, sztucznie pompowanymi zachciankami konsumpcyjnymi. Przekonujemy się, że nie jesteśmy naszymi umysłami. Jesteśmy naturą. Jesteśmy naturą tak samo jak rzeka i las i żaba.
