Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

domowomindfulnessświętauważnośćzima

międzyczas

by Paulina 29 grudnia, 2024

Jak ja lubię ten czas zawieszenia między Świętami a Nowym Rokiem.

Wyświętowalismy się. Wszystkie około świąteczne rytuały spełnione. Piękna, pachnąca choinka stoi w najlepsze, ozdobiona pierniczkami pieczonymi parę dni przed Wigilią. Kalendarz adwentowy jeszcze wisi, prezenty (pakowane 23 grudnia o 23), ciągle jeszcze na wierzchu. Jest ciągle świątecznie, ale to już nie jest to świąteczne, dziko migoczące szaleństwo, a raczej spokojny, ciepły i jednolity blask.

Nawet błysnęło nam zimą na chwilę przed Świętami. Dzień
przed Wigilią przysypało odrobinę śniegu, i chociaż po paru godzinach
została z niego tylko żałosna resztka, całkowicie spowita paskudną szarą
mgłą, dzieci zdążyły zrobić dwa bałwany i fortecę, przemoczyć
rękawiczki i zyskać rumieńce w typie iście bullerbynowym.

Było wesoło, głośno, muzycznie, momentami chaosiaście. Pysznie i
pięknie, po naszemu. Masa emocji, zwłaszcza u Pirata, w końcu, jak
wiadomo, „Im jest się mniejszym, tym Boże Narodzenie większe”.

Niemniej, jak pięknie by nie było, miło jest trochę zejść na ziemię z tych wyżyn emocjonalnych. Miło jest trochę się wyciszyć, pójść na spokojny spacer w tę wilgotną szarość, a potem wrócić, napić się herbaty, posłuchać muzyki i poczytać.

Czas w tych dniach trochę zwalnia. Dużo jesteśmy wszyscy razem, chodzimy na spacery, gramy w planszówki, oglądamy filmy, czytamy, dojadamy resztki. Gdy nikt nie pędzi do pracy ani do szkoły, ani na zajęcia dodatkowe, więcej jest też takich prywatnych chwil, w różnych konfiguracjach. Jest przestrzeń na prywatne rozmowy jeden na jeden z każdym dzieckiem, co w dużej rodzinie na co dzień jest dość nieoczywiste, a to bardzo cenna sprawa. Jest przestrzeń na nudę, na rozmyślania, na snucie marzeń. I na snucie się. A snucie się jest jednym z najlepszych znanych mi sposobów na spowolnienie czasu.

Ten czas, to „między Świętami na Nowym Rokiem”, jest taki trochę nierzeczywisty. I może dlatego sprzyja refleksjom, bo łapie się trochę dystans do rzeczywistości. Trochę jak na wakacjach, ale bez wakacyjnych wrażeń. Zostaje tylko ten dystans i pustka które tak wspaniale pomagają odpowiadać na pytania o to, co jest dla nas tak naprawdę ważne i jak to deklarowane „ważne” jest ważne w prawdziwym życiu.

choinkaaa piękna jak laaaaas

Dobrych ostatnich chwil roku 2024!

29 grudnia, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmijesieńlaslubelszczyznapodróże i wycieczkiRoztoczeslow lifestylespacer

Roztocze jesienią

by Paulina 20 listopada, 2024

 

Czasem wystarczą niecałe dwa dni i niecałe dwie godziny drogi od domu.
Czasem jest tak, że po paru godzinach chodzenia po złotych lasach, człowiek ozłaca sobie serce od środka i układa wszystkie rozproszone życiowe puzelki.
Roztocze. Wyskoczyliśmy niedawno, pod koniec października w ten piękny region powłóczyć się trochę, poszurać w liściach. Załapaliśmy się też na nasze pierwsze w życiu udane rydzobranie. (byliśmy z przyjaciółmi – lokalsami, którym wystarczy 10 minut szybkiego spacerku i wracają z taczką grzybów). 
Las pachniał trochę zmurszale i wilgotno, brzmiał szeleszcząco i chrupliwie, migotał złotem. Lekko szorstka kora drzew zapraszała do głaskania i przytulania.O smak, do kompletu wrażeń zmysłowych zadbała ciepła herbata z termosu.
Każdy krok uziemiał, każdy oddech dawał wytchnienie. Z każdą chwilą rodził się ten dobry, zdrowy dystans do problemów codziennych i pojawiała właściwa życiowa perspektywa.
Wszystko ogrzane tymi ognistymi liśćmi i doświetlone charakterystycznym październikowym światłem.
Wiecie, jeśli listopady są poprzedzone takimi październikami, to niech sobie będą szare i mgliste, żebyśmy mieli czas przetrawić cały ten barok. Patrzę na te zdjęcia i nie chce mi się wierzyć, że takie rzeczy mamy dostępne ot tak sobie, w zasięgu zwykłej weekendowej wycieczki.
 

Grzybiarz i jego zdobycz

A na koniec mniej wesoło. Lasy roztoczańskie to pozostałości po pierwotnej puszczy. 
Znajdziemy tu jedne z najstarszych, największych jodeł w kraju. Spacerowaliśmy pośród tych wspaniałych, ogromnych, wiekowych drzew. Zdrowych i dorodnych. I niemal wszystkie jodły oznaczone były żółta kropką, co oznacza, że drzewa przeznaczone są do wycięcia. Wiecie, rozumiem, że czasem wycinka może i jest potrzebna, że drewno jest potrzebne do przemysłu. Ale to był park krajobrazowy z kilkusetletnimi drzewami.

Według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, „Dopuszczalne jest zmniejszenie liczby drzew i krzewów, jeśli działanie takie jest wykonywane w ramach prac pielęgnacyjnych związanych z utrzymaniem zadrzewień w należytym stanie.” zakaz wycinki „nie dotyczy wycinki wynikającej z potrzeby ochrony
przeciwpowodziowej lub zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego lub
wodnego albo budowy, odbudowy, utrzymania, remontów lub naprawy urządzeń
wodnych”.

Nie wiem, co to za prace pielęgnacyjne czy ochronne, które polegają na wyżynaniu najwspanialszych drzew z lasu.
Nie wiem, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyśmy zrozumieli, że bez drzew nie damy sobie rady. Tu nie chodzi o żadne megalomańskie ratowanie planety, bo planeta doskonale sobie bez nas poradzi. To człowiek nie przetrwa bez drzew.
20 listopada, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńlaslubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczyrozmyślaniaslow lifestyleuważność

zdjęcia

by Paulina 24 października, 2024

 Skończyłam ostatnio wklejać zdjęcia do albumu z 2022 roku. Taką mam w temacie lekką obsuwę, ale robię to regularnie. Wybieram zdjęcia do wywołania z dysku, przesyłam je do wywołania w Empiku, kupuję album. Potem następuje mozolna segregacja chronologiczna i wklejanie. Lubię to robić, to zawsze taki spokojny czas w salonie z muzyką albo audiobookiem, czasem asystują dzieciaki, wspominamy razem.

Gdy zakończyłam, przejrzeliśmy sobie album już we dwójkę, powspominaliśmy, to zawsze jest miłe. I najpierw pomyślałam, jeju, ile to półek jeszcze na te albumy zapełnimy, z niejakim lękiem, bo regały książkowe za dużo wolnego miejsca nie mają, i tak regularnie przeprowadzam selekcję, które książki chcę zachować, a które puszczam w świat.

Za chwilę się pocieszyłam, że, ee, pewnie jak dzieciaki dorosną, to tych zdjęć tyle nie będzie.

A potem przyszła refleksja. Refleksja pod tytułem, że właśnie w najlepsze trwają w naszym życiu lata, z których robi się albumy ze zdjęciami. To teraz jest czas, który chcemy zapamiętać, wspominać. Teraz tworzymy to, jakie będą te wspomnienia. A to oznacza, że teraz jest ten czas, który dobrze byłoby przeżyć na maksa uważnie, żeby te zdjęcia w albumach były tylko taką iskierką, impulsem do uruchomienia wspomnień prawdziwego przeżywania tych chwil.

Nasze mózgi są wygodne, wszyscy wiemy, jak pomocne jest robienie notatek, czy zdjęć, po to, żeby nie musieć pamiętać, zwolnić trochę „mózgowego ramu”. A mnie  chodzi teraz o coś odwrotnego. 

Chodzi o to, by wszystko, co fotografujemy, stało się dla nas pełnowartościowym, świadomym przeżyciem, i żeby poczuć je wszystkimi zmysłami, na maksa. 

Żeby zdjęcie nie było takim zapisem na później, na zasadzie – dobra zrobię zdjęcie i potem to dokładnie obejrzę. Albo nagram koncert, zamiast go autentycznie przeżyć.

Żebyśmy naprawdę zobaczyli te widoki, które uwieczniamy. Żebyśmy czuli wiatr plączący włosy na połoninach. Żebyśmy smakowali te potrawy ze zdjęć, wsłuchiwali się w te koncerty, czuli ciepły piasek pod stopami i zimne krople deszczu przed tym jak schowamy się w miłej kawiarni. Żebyśmy więcej słuchali naszych dzieci, a mniej robili im zdjęć. I jeszcze, żebyśmy nie upiększali, nie pozowali, nie reżyserowali. Bo to życie jest nasze, i jest piękne, nawet gdy wokół nie jest super estetycznie.

Być w tej chwili, nie przenosić przeżyć na dysk zewnętrzny naszych aparatów czy telefonów.

Niech wspomnienia, niech życie – autentycznie przeżywane wdrukują się w nas, a zdjęcia niech będą dodatkiem, tym bodźcem przywołującym coś, co przeżyliśmy w pełni.

Pojechaliśmy ostatnio do Janowca, do którego jeździliśmy częściej, gdy
dzieci były mniejsze. Był jeden z tych idealnych, październikowych dni.
Cudownie złote drzewa rozświetlone jesiennym słońcem. Herbata w
termosie, pieczone rano cynamonki. Liście chrupiące pod stopami.
Charakterystyczny dla tych okolic spokój. Dzieciaki, które tak już
urosły, a wciąż jeszcze chcą jeździć z nami na wycieczki. Ten czas,
trochę jak wciśnięcie pauzy w intensywnym treningu, żeby wyrównać
oddech. Ten czas trochę poza codziennością, który pozwala nabrać do tej
codzienności trochę dystansu i dzięki temu ją docenić.

 
 

Czas biegnie, najlepiej widać to na takich zestawieniach zdjęć

24 października, 2024 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

Schody

by Paulina 27 września, 2024

Mamy dwupoziomowe mieszkanie. Największą zaletą tej
dwupoziomowości jest to, że dość wyraźnie wyznacza się granica między sferą
publiczną, czyli dołem, z salonem i kuchnią, a prywatnym bordello na górze. Na
dole porządek zaprowadza się łatwiej, jest mniej rzeczy, a te, które zostają na
dole mają swoje jasne miejsce. Reszta w trakcie szybkiego ogarniania trafia na
drewniane stopnie schodów. Mało jest chwil, gdy schody są puste i nie ma na
nich przeczytanych książek dzieciaków, małych autorskich budowli z lego,
rysunków i innych rzeczy do wyniesienia przy okazji.

Na schodach siedzi Pirat podczas wspólnego oglądania filmów,
bo stamtąd, w razie straszniejszych momentów, może się szybko schować do swojego
pokoju.

Przy schodach stajemy, wrzeszcząc do dzieci, że trzeba już
wyjść do szkoły, albo że śmieci są do wyniesienia, albo żeby zeszły na obiad.
Przy schodach (na górze) stają dzieci, pytając za ile dni będzie Boże
Narodzenie, ile zer ma bilion, i czy mogą czystą kartkę.

Schodzę codziennie wieczorem po szklankę wody. I mam tak, że
zatrzymuję się na środku schodów, tuż przed takim jednym skrzypiącym. Nigdy
nie wiadomo, co może kogoś obudzić. I to jest ten moment zawsze, kiedy ogarniam
rzeczywistość, łapię dystans. Kiedy patrzę na dom. Dom bezpieczny, ciepły, nasz. Stoję tak
pomiędzy, i patrzę z góry na salon i kuchnię, we względnym porządku, wieczorne książki na niewielkim trochę
podniszczonym drewnianym stoliku. Stara, wciąż wygodna kanapa, dębowy stół po
babci, na nim kwiaty. Cicho szumi zmywarka i pompy w akwarium. Za dużymi
salonowymi oknami spokojna noc szumi sobie w liściach wierzby. Wracam na górę,
ze szklanką wody. Mijam troje drzwi, za którymi śpi troje zdrowych,
zadowolonych z życia dzieci. Być może mają brudne stopy. Oddychają spokojnie.

27 września, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakgórygóry z dzieckiemlatomój styl podróżniczynamiotnamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemRumuniawakacje

Rumunia z dziećmi pod namiotem

by Paulina 6 sierpnia, 2024

 

Do Rumunii chcieliśmy wrócić od lat, byliśmy tam razem jeszcze przed dziećmi, jechaliśmy pociągami przez Ukrainę i to zupełnie inna epoka była. Zapamiętaliśmy jednak, że kraj jest piękny, zróżnicowany, że góry wspaniałe, a mieszkańcy arcyprzyjaźni.

Dlatego zapakowaliśmy się do samochodu z naszym namiotem (okazało się że to jego ostatnia podróż z nami) i któregoś lipcowego dnia nad ranem wyruszyliśmy.

Park Narodowy Apuseni

Rumuńskie wakacje rozpoczęliśmy dość
blisko od węgierskiej granicy, w Parku Narodowym Apuseni. To Góry
Zachodniorumuńskie, które nazywane bywają rumuńskimi Bieszczadami. I
faktycznie coś w tym jest. To taka większa wersja Bieszczad, góry
przepiękne, widoki niezwykłe, szlaki dobrze oznaczone. Do tego jaskinie,
wodospady i przeurocze wioseczki z domami krytymi starą ceramiczną
dachówką.

 

camping wśród takich klimatycznych stogów siana

rumunia z dziecmi

a tu niesamowita tęcza po niesamowitej burzy. Na szczęście byliśmy na miejscu, żeby trzymać namiot, który i tak niestety oberwał dość solidnie

Niedźwiedzie w Rumunii

Jako, że Rumunia jest krajem w dużej mierze górzystym, zielonym, więc niedźwiedzi mają sporo.

To
był główny powód, dla którego nie odważyliśmy się biwakować na dziko.
Zresztą wszystkie górskie campingi zagrodzone były ogrodzeniem pod
napięciem, bo rumuńskie miśki są bardzo ciekawe i śmiałe i chętnie
sprawdzają, co dobrego akurat szykuje się na kolacje. I te właśnie cechy
stały się dla tych wspaniałych zwierząt mocno problematyczne.
Niedźwiedzie w Rumunii przyzwyczaiły się do ludzi i doskonale wiedzą, że
człowiek oznacza łatwe jedzenie. Dlatego normą stały się
niedźwiedzie siedzące przy górskich drogach i ludzie zatrzymujący się,
żeby zrobić zdjęcie i, niestety, poczęstować zwierzaki jakimś
przysmakiem…

Takie zwierzęta, które
„oswoiły się” z ludźmi zazwyczaj są zabijane, bo stanowią zagrożenie dla
ludzi. Przykre, bo zwierzęta to zwierzęta, trudno je winić o to, że,
gdy są dokarmiane przez turystów, zaczynają traktować ludzi jak źródło
jedzenia.

Między innymi dla takich zwierząt powstało niedźwiedzie
sanktuarium, Libearty. Choć u podstaw jego powstania jest wiele innych,
dużo bardziej smutnych, tragicznych historii, pełnych ludzkiego
okrucieństwa i bezmyślności. Otóż jeszcze całkiem niedawno, pod koniec XX w.
przy hotelach czy restauracjach można było trafić na „atrakcję
turystyczną”, czyli niedźwiedzia uwięzionego za żelaznymi kratami, na
betonowym podłożu o powierzchni kilku metrów kwadratowych. Zwierzęta
były głodne, chore, i totalnie wyniszczone psychicznie przez życie w
nieludzkich warunkach. Zajrzycie koniecznie na stronę sanktuarium,
zwierzaki mają tam do dyspozycji 70 hektarów górskich lasów i dożywają
swoich dni w spokoju i komfortowych, dzikich warunkach. Wizyta w
sanktuarium jest możliwa tylko w godzinach porannych, i można
powiedzieć, że to ludzie odgrodzeni są kratami od zwierząt, bo te mają
ogromne przestrzenie do swojej dyspozycji.

Pietra Craiuli i Braszow

Następnie ruszyliśmy do serca
Transylwanii (dzieci w Rumunii najbardziej chciały odwiedzić właśnie Transylwanię), do kolejnego parku narodowego, Pietra Craiuli. Ominęliśmy
trasę transfogarską, podobno spektakularną, obawiając się nieco o
chorobę lokomocyjną, z którą mamy różne, bogate doświadczenia. Okolice
Braszowa stanowią wspaniałe góry i wąwozy. Wśród dość popularny Kanion Siedmiu Drabin. Jest to miejsce spektakularne – powstałe w wyniku zawalenia się dachu jaskini, do którego dochodzi się przyjemnym szlakiem wiodącym przez malowniczy wąwóz. Do tego z fantastyczną atrakcją – otóż w dół wąwozu można zjechać serią 42 tyrolek. Jest to jednak rozrywka dla osób powyżej 16 roku życia, więc zeszliśmy piechotą, a nasze dzieci musiały zadowolić się wersją dla młodszych, czyli tyrolkami rozciągniętymi nad niższą częścią wąwozu.

A sam Braszów jest
pięknym, średniowiecznym miastem, założonym w XIII wieku przez
Krzyżaków. Wspaniale zachowana starówka, z charakterystycznymi
pomarańczowymi dachówkami i położenie wśród gór, czynią z niego jedno z najładniejszych miast w Rumunii.

popołudniowe rozrywki

a tu już Braszów

Na górę Tampa, z charakterystycznym, hollywodzkim napisem można wdrapać się, lub wjechać kolejką

spacer między starymi wieżami strażniczymi

Strada Sforii, najwęższa ulica w Rumunii, jedna z najwęższych w Europie
a tu kanion siedmiu drabin

Delta Dunaju

To miejsce, wpisane na listę światowego
dziedzictwa Unesco, chciałam odwiedzić od dawna. Z naszego campingu pod
Braszowem dzielił nas kawał drogi, ale uznaliśmy, że bliżej zbyt prędko
nie będziemy, dlatego ruszyliśmy do krainy wód, błota, ptaków i komarów.
Deltę Dunaju trzeba zobaczyć z łódki, inaczej to zupełnie nie ma sensu.
Dopiero parę godzin pływania w większych i węższych kanałach, jeziorach, rozlewiskach pozwala
zachwycić się tym miejscem. Popłynęliśmy o 5 rano na czterogodzinną
wycieczkę i było to fantastyczne doświadczenie. Początkowo zachwycaliśmy
się każdym dostrzeżonym ptakiem, robiliśmy mnóstwo zdjęć, a po jakimś
czasie daliśmy się po prostu, nomen omen, ponieść nurtowi, co dało
zupełnie nową jakość przeżyć. 

Popularnym miejscem wypadowym na Deltę jest Tulcza, my jednak wybraliśmy się trochę dalej, do mniejszej i spokojniejszej miejscowości Murighiol.

Będąc w tej okolicy,
skorzystaliśmy z okazji i spędziliśmy dzień nad Morzem Czarnym,
wyjątkowo ciepłym. Ze względu na Deltę, na naszą plażę można było
dotrzeć tylko taksówką wodną, co miało oczywiście swój dodatkowy urok i skutkowało mniejszą ilością ludzi.

 

Sighisoara i okolice

Pewien rumuński emeryt spotkany na jednym campingu powiedział nam, że ze wszystkich rzeczy absolutnie koniecznie
musimy zobaczyć Sighisoarę. „Obiecajcie mi” powiedział. Obiecaliśmy, i
właśnie w okolicach Sighisoary zatrzymaliśmy się na nasz ostatni camping
przed powrotem do domu.

Sighisoara jest wspaniale zachowanym
średniowiecznym grodem ochronnym, otoczonym murami i basztami obronnymi
(każda należąca do innego cechu. Jest więc wieża krawców, wieża szewców,
producentów sznurów i bednarzy, każda unikatowa). Pełno jest ślicznych, kolorowych kamieniczek, i brukowanych ulic.

Na koniec, zostało nam zupełnie nieoczekiwane miejsce. Płaskowyż pełen starych, ogromnych dębów, pamiętających czasy średniowieczne, kiedy w tym miejscu wykarczowano część lasów, zostawiając dęby dla cienia i żołędzi, drzewa owocowe i trawy do wypasu bydła. Miejsce pozostało przez lata w swojej, w zasadzie niezmienionej formie. Robi wrażenie.

Jak cały kraj zresztą.

6 sierpnia, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćlatomindfulnessprzyjemnościslow lifestyleuważnośćzmysły

lato, doskonale nieidealne

by Paulina 26 czerwca, 2024

 

Przyszło lato.

Zachwyca mnie ta letnia nieidealność. W ogóle odnajduję się
wspaniale w przeciętności, w zwykłości. Uwodzi niespektakularność, brak
fajerwerków. Nie muszę zdobywać najwyższych szczytów, nie muszę osiągać
wszystkiego, nie wszystko musi być perfekcyjnie.

I to lato… Lato nieuczesane, całe doskonałe w tej nieidealności.
Brudne stopy, poczochrane włosy. Obłoki pierzaste na niebie, gdy człowiek leży
sobie na kłującej trawie, i nogi trochę swędzą od komarów.

Truskawki i poziomki
oprószone ziemią, jak najlepszą przyprawą. Spontaniczne wypady pod miasto lub
do parku, wycieczki z drożdżówkami z których wypływa sok z owoców. Nierówne
pomidory. Dzikie łąki rozrastające się na cudownie rzadko koszonych trawnikach
w mieście. Złachmanione pajęczyny w krzakach malin. Wieczne siaty z Ikei stojące przy drzwiach wejściowych, z nie do końca wypakowanymi wycieczkowymi gadżetami.

Świat w lecie jest taki wspaniale nierówny, rozkosznie
chaosiasty.

Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa to właśnie babranie
się w naturze. Na działce, mieliśmy bazę na dużej śliwie. Dziadzio kroił
kalarepkę specjalnym działkowych nożem, wgłębionym na środku od wielokrotnego
ostrzenia. Zrywaliśmy jak najdłuższe kiście czerwonych porzeczek i zjadaliśmy
je za jednym razem, kulka po kulce. Albo z rodzicami, pod namiotem – zawsze na tym
samym campingu nad morzem, gdy Władysławowo było niewielką wioską, mój brat
wstawał rano i szedł do rybaków po świeżo złowione flądry, a mama oprawiała je
i smażyła na obiad ma butli gazowej. Pojadaliśmy też cudowny wynalazek, który
pojawił się we wczesnych latach 90, zupki chińskie. Graliśmy w karty i w kości.
A lato trwało całe lata.

I zaszczepiło się to we mnie. W wakacje chodzi o to, żeby było trochę nieporządnie, bo beztroska nie jest uporządkowana. Wakacje są od wąchania, smakowania,
czucia, od mrużenia oczu. Wakacje są trochę chropowate i nierówne, trochę
lepkie od lodów i soku z dojrzałych owoców.

Nawet teraz, gdy jestem osobą zorganizowaną i poważną, z trójką
dzieci i odpowiedzialną pracą. W lecie wystarczy mi zabłąkany trzmiel na balkonowej
lawendzie. Wystarczy, że idę sobie piechotą po dziecko do przedszkola. Że
wieczorny wiatr przyniesie w nozdrza zapach lip. Że o 5 zaświeci mi słońce w północne
okna sypialni, i ptaki rozświergolą się jak na rozkaz chwilę później. Jest mi
letnio, jest mi lekko. Jest mi beztrosko.

ciacho pochodzi z przepisu Rozkosznego, baaardzo polecam

26 czerwca, 2024 9 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
FrancjaLyonmój stylpodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemwiosna

Lyon z dziećmi. Podróż sentymentalna

by Paulina 30 kwietnia, 2024

 

 

To było trochę jak podróż w czasie. My już jakby inni, dzieci jakby większe (i jedno dodatkowe), ale uczucie było takie, jakbyśmy się o tę dekadę cofnęli, wskoczyli do tamtego życia w roli turystów.

O odwiedzeniu Lyonu mówiliśmy od jakiegoś czas, z rosnącą nostalgią wspominając tamte czasy, piękne miasto, Alpy w zasięgu dwóch godzin, klimatyczne rzeki, wspaniały miejski park z zoo. Przypominaliśmy sobie nasze wycieczki, urocze małe miasteczka, muzea, cudowny, stereotypowo francuski targ nad Rodanem.

To nie był jedynie sielankowy czas, pamiętamy o tym również, ale wspomnienia – a już zwłaszcza te związane z jakimś miejscem – mają to do siebie, że z czasem pięknieją do granic idealności.

I z tym właśnie podejściem – że będziemy trochę dotykać przeszłości – pojechaliśmy.

Ach, jaki to miły tydzień był. Nie wróciłabym do mieszkania we Francji, ale wpadać tam chciałabym częściej.

znajdź różnice;P

Zaskoczeń brak. To jury orzekło, że w Lyonie najfajnieszy był park ze zwierzętami.

trochę zazdroszczę tamtejszym dzieciakom, lekcje historii, czy języka w takim miejscu

występy w amfiteatrze rzymskim

makaronikowe mistrzostwo świata

jak to jest dotknąć prehistorii

Les Confluences, muzeum o tej nazwie, która oznacza złączenie, zbieg rzek, właśnie w miejscu, gdzie Saona wpada do Rodanu

i muzeum drukarstwa

i najlepsze, muzeum sztuk pięknych.

 
 

 

30 kwietnia, 2024 3 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessprzyjemnościrozmyślania

luksusy na miarę naszych czasów

by Paulina 28 lutego, 2024

 Z wiekiem (hoho, tak tak) zmienia mi się poczucie luksusowości.

Luksus, to według Wikipedii termin opisujący
kategorię dóbr materialnych, bądź usług wyróżniających się wysoką ceną,
wysoką jakością wykonania oraz trudną dostępnością dla odbiorcy
. Produkty luksusowe adresowane są do wąskich grup społecznych, należą do produktów oraz usług ekskluzywnych.

Nigdy nie należałam do fanów luksusu na pokaz, ostentacji i podejścia zastaw się a postaw się, ale im dalej w wiek, tym bardziej luksus jest dla mnie a nie dla poklasku.

Luksus ma dla mnie dużo wspólnego z miłością do siebie. Z otulaniem jakiejś cząstki siebie takim kaszmirowym kocyczkiem. Z robieniem miłych rzeczy dla siebie, i nie pokazywaniem tego w mediach społecznościowych.

Od jakiegoś czasu silny trend cichego luksusu, który jednak mocno stawia nacisk na wyglądzie, i tym jak wyglądać, żeby było bogato, ale nie ostentacyjnie, że niby nie ma to znaczenia. Dość przewrotne, zwłaszcza, gdy można znaleźć ubrania w stylu „silent luxury” na portalach typu shein. 

W czasach, gdy „luksus stracił blask” (bardzo polecam książkę o tym tytule, autorstwa Dany Thomas), a produkty marek zaliczanych do luksusowych produkowane są masowo w Chinach i w zasadzie nie różnią się od swoich podróbek, trochę nam się definicja luksusowości chwieje.

Jeśli luksusem jest coś dla wąskiej grupy społecznej, to myślę, że coraz bardziej luksusowy staje się jakościowy czas offline. Przez jakościowy wcale nie mam na myśli produktywny i pożyteczny.  Luksusowo mi jest, gdy siedzę na kocu gdzieś w plenerze i wystawiam twarz do słońca, a telefon leży gdzieś zapomniany. Gdy zamiast siekać sobie mózg szokującymi krótkimi niusami, robię temu mózgowi miły masaż krzyżówką albo grą planszową. Gdy zamiast frustrować się kreacją idealnego życia innych, jestem obecna we własnej rzeczywistości. Gdy zamiast garbić się i męczyć oczy migającymi obrazkami, idę na spacer. I bardzo luksusowo, gdy robię coś fajnego i nie mam imperatywu, żeby stworzyć z tego rolkę na instagram. Ta świadoma decyzja (zwłaszcza, że od lat prowadzę jednak ten blog i mam odpoczywalniowe konta na SM), żeby się nie dzielić w internecie różnymi działaniami, czy rzeczami dają mi właśnie to poczucie że robię coś tylko dla siebie.

Żyjemy w epoce wiecznego pośpiechu i ciągłego braku czasu. Praca, dzieci, dom, ciągłe ogarnianie czegoś. Dlatego sam czas wolny – i powolny, czas spędzony bezproduktywnie – stał się dobrem unikatowym i bardzo cennym. Luksusem jest dla mnie poranna kawa, na którą mam czasem 10 minut, a czasem godzinę. I wieczór z melisą i książką, kiedy już nic nie muszę. I niedziela, gdy nie mamy żadnych planów.

Luksusem jest dla mnie to miejsce. Prowadzę tego bloga blisko 15 lat,
bez oglądania się na statystyki i klikalność, bez kompromisów,
pokazywania więcej niż bym chciała. Cieszę się, że tu jesteście, jestem
bardzo wdzięczna za każdy like, komentarz i mail. Mam jednak ogromne
poczucie wolności, w tym, że moje pisanie się nie monetyzuje i nie muszę
nic pod tym kątem kalkulować. Myślę, że właśnie to poczucie wolności i braku presji sprawiają, że ciągle tu coś tworzę. Bo mogę, a nie muszę. (Żeby nie było, nie mam nic do blogów profesjonalnych)

Spacer po lesie. Bardzo mocno dociera do mnie jakim luksusem jest spacer po lesie. Gdy mogę zrobić sobie przerwę od wszystkiego i po prostu chodzić wśród drzew.

W kwestii rzeczy materialnych. Dobre materiały i porządne rzemiosło. Przyjemność użytkowania, estetyka, dobry projekt, trwałość.

Raz na jakiś czas kolacja fine dining. Na co dzień – jakość, dobre składniki, mniej, ale lepiej. Wspólne, ładnie podane posiłki, na ładnych talerzach, przy drewnianym stole.

To chyba starość, ale mam poczucie luksusu, gdy w domu jest posprzątane.

Podróże. Lecz znowu, nie te ostentacyjne, na pokaz, pokazujące ile pieniędzy na nie wydałam.

Dość zaskakującym dla mnie luksusem, którego doświadczam od niedawna, jest wiek. Skończyłam 40 lat. I zyskałam takie wewnętrzne poczucie… nie wiem, wolności, spokoju, odpuszczenia? Że nie muszę nic nikomu udowadniać, bo jestem wystarczająca. Mam dystans do różnych powinności życiowych, opinii innych. Oczywiście nie jest tak, że powinności życiowe nie istnieją. Istnieją, że hoho. Tak samo wychowuję troje dzieci, pracuję, zajmuję się domem, i robię różne rzeczy, ale coraz silniejsze jest we mnie to wspaniałe poczucie, że dawałam, daję, i będę dawać radę.

Co sprawia, że czujecie się luksusowo?

28 lutego, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry