Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

podsumowaniarozmyślaniaslow lifestyleuważność

2023. Podsumowanie.

by Paulina 2 stycznia, 2024

 

Już nawet nie będę pisać o tym czasie pędzącym, że styczeń 2023 był przedwczoraj i że niemożliwe, że moje najmniejsze dziecko we wrześniu pójdzie do szkoły.

Robię co mogę, żeby to życie zwalniać trochę. Z premedytacją zatrzymuję się na chwilę, łuskam z rzeczywistości takie zakotwiczające skrawki, błyski takie, zatrzymuję się, biorę oddech i uświadamiam sobie, że życie trwa właśnie teraz, i że składa się ono z niezbyt malowniczych pośpiesznych poranków, nerwówki w pracy i zwykłych popołudni w parku albo w kuchni przy garach. Że dzieje się ono także wtedy, gdy jest szaro i deszczowo, gdy dzieci są chore, a ja mam pryszcze na brodzie.

I mimo, tego, że to był rok, gdy najpierw siedziałam w domu z dzieciakiem dochodzącym do siebie po operacji, gdy miałam tak dużo stresującej pracy, że czasem płakałam ze zmęczenia. Gdy chwiała mi się równowaga życiowa, i czułam się ponadszarpywana psychicznie ze wszystkich stron. Odnajdywałam te skrawki. Zatrzymywałam się, po to, by rozejrzeć się w rzeczywistości, zauważyć moment który właśnie trwa, nieważne jak bardzo cudowny lub nie – po prostu ten który jest teraz. Myślę, że to dzięki temu nie mam poczucia, że mi ten rok zleciał nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak, bez sensu.

Czasem okazuje się że ten sens odnajduje się podczas niespiesznego spacerku powrotnego z przedszkola. Albo gdy zasiada się całą rodziną do stołu z planszówkami lub na kanapie w z filmem na rzutniku. Gdy buja się w hamaku w podkazimierskich sadach, albo jedzie na rodzinną wycieczkę rowerową. Czasem sens życia wypija się w porannej filiżance kawy zrobionej przez męża. Czasem sączy się w kwietniowych promieniach słońca, albo spływa w kroplach deszczu uderzających o namiot. Zawsze jest w lesie. Jak się jest uważnym, to jest go bardzo dużo w zupełnie zwykłych dniach.

Jedna świeczka symbolizująca ostatni rok wieku „trzydzieści kilka”

Lutowe Bieszczady

W życiu ważne jest żeby się dużo przytulać do drzew

Trochę wyżej odnaleźliśmy całkiem ładną zimę

Pierwsza, prawie wiosenna wycieczka

A tu już wiosna na pełnej.

RZEPAKIARA

Czasem zdarzają nam się spacery nie tylko po błocie

to cóż, że do Szwecji

pierwsza z naszych dzikich miejscówek szwedzkich

szef kuchni serwuje makaron z kurkami

Świat Astrid Lindgren, cudowny park rozrywki w skansenowym klimacie, dla fanów autorki

Split, czyli początek roku szkolnego na wagarach

wrześniowa niedzielka idealna

Wchodzimy w ten 2024! Z ufnością

2 stycznia, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

o pięknie zwykłych Świąt

by Paulina 21 grudnia, 2023

Pachnie mi w domu, ach jak pachnie.

Wywietrzył się już co prawda cudowny piernikowy zapach, który utrzymywał się w piekarniku dość długo i ożywał przy każdym pieczeniu chleba. Ale od wczoraj pachnie lasem.

Jest choinka, mokra od tego szarego deszczu – killera świątecznego nastroju. Stoi i emanuje tą leśnością i świątecznością i jest taka piękna i tak bardzo nie potrzebuje żadnych ozdób. Ale ozdobimy ją – będą szydełkowe gwiazdki, które robiłam w pierwszej ciąży, pierniczki, różne szklane cuda, kupowane w kolejnych latach z dzieciakami, słomkowe klasyki, parę retro bombek, które zgarnęliśmy z mężem z rodzinnych domów.

Nie miałam w tym roku wielkich oczekiwań co do Świąt*. Nigdy nie mam zresztą. Mam świadomość od dawna, że czas adwentu to też cztery tygodnie, kiedy normalnie się pracuje, gotuje obiady i odrabia lekcje i nie ma zwolnienia ani usprawiedliwienia w związku z zadaniami z kalendarza adwentowego. Mam też świadomość, że nie będzie doskonale i idealnie pięknie. Że moja estetyka nie zawsze spotka się z estetyką dzieci i nie uniknę ach-jakich-ślicznych ozdóbek kupionych na szkolnym kiermaszu. Powtarzam, że są we mnie dwa wilki – jeden chce dać radość dzieciom, a drugi chce mieć ładne pierniczki ozdobione minimalistycznie jednokolorowym lukrem. 

Lata macierzyństwa nauczyły mnie też, że dzieciaki w tych tygodniach i tak chodzą półprzytomne z podniecenia, więc nie trzeba tych emocji specjalnie dodatkowo podkręcać. Czasy też są takie, że łatwo tę świąteczną atmosferę przedawkować. Wystarczy godzina za długo w centrum handlowym, za dużo mediów społecznościowych pełnych doskonale udekorowanych domów w okolicach 3 grudnia, czy nawet codzienna presja pięknych wspólnych aktywności z kalendarza adwentowego (to mój przypadek sprzed paru lat. Teraz mam większy dystans, i w kalendarzu coraz więcej jest zadań typu, pomyśl, co lubisz najbardziej w Świętach, albo rozdaj dzisiaj przynajmniej 10 przytulasów.)

Stoję więc w tym czasie na ziemi, akceptuję tę realistyczność, biorę grudzień w całości – błyszczący brokatem i pachnący pierniczkami, ale też lepiący się od wywalonego na podłogę lukru, intensywny pracą i nerwowy z powodu opóźniającego się kuriera z ważną paczką.

Klimat jak zawsze tworzę trochę przy okazji, bardzo dbając o złoty (i brokatowy;)) środek między wyjątkowością tego czasu a zwykłym przebodźcowaniem, ale najbardziej na świecie dbam o chwile relaksu. Miło jest mieć Święta pięknie przygotowane, w domu porządek i prezenty ogarnięte wcześniej niż 23 grudnia o 19. Ale jeszcze milej jest spędzić czwartkowy grudniowy wieczór słuchając Nat King Cole’a i popijając herbatę z pomarańczą i rozmarynem i oglądając albumy ze zdjęciami.

A już zupełnie najmilej jest być w Święta w komplecie rodzinnym. W zdrowym komplecie rodzinnym. Po ubiegłym roku, to w zasadzie jest „all I want for Christmas”.

Niech Wam będzie dobrze w te dni.

* No dobra, śniegiem też bym nie pogardziła;)

21 grudnia, 2023 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowojak odpoczywaćjesieńprzyjemnościslow lifestylezima

nasze ulubione planszówki rodzinne

by Paulina 26 listopada, 2023

Wspominam o nich dość często. Są stałym elementem naszych popołudni rodzinnych i dorosłych wieczorów. A ponieważ zaczął się ten czas z długimi ciemnymi wieczorami, słotnymi niedzielami, to do planszówek na pewno będziemy siadać częściej.

Lubimy to. I lubimy, że weszliśmy w ten etap z dzieciakami, że nie trzeba z nimi grać w nogi stonogi albo potwory do szafy. I to, że to fajny, wspólny czas jest, nie podszyty jakąś poświęcanką z którejś strony. Siadamy przy stole i gramy.

Nasze dzieci są już na tyle duże, i mają tę planszówkową historię za sobą, że można z nimi grać jak z (prawie) równymi partnerami. Nie traktujemy ich bezwzględnie, ale nie dajemy forów. Oczywiście zdarzają się w związku z tym wielkie dramy, „bo ja zawsze w to przegrywam”, i „bo ona mi podebrała kartę i rozwaliła mi moją strategię”, no ale to właśnie jest ta przestrzeń, przestrzeń co ważne bezpieczna, wspierająca i zabawowa, w której dzieci mają okazję się uczyć, że czasem się przegrywa, chociaż się bardzo staramy, że czasem ktoś nam przeszkodzi w osiągnięciu celu – i nie zawsze jest to coś osobistego, po prostu „it’s just good business”, czasem los nam sprzyja a czasem nie. I że to wszystko nie zawsze jest z naszego punktu widzenia sprawiedliwe i po równo. To są bardzo trudne tematy i mam wrażenie, że to pokolenie dzieci potrzebuje bardzo je przepracować. I nie chodzi tu o specjalne przyuczanie do porażek i wychowywanie jakiś przegrywów, po prostu bywa różnie w życiu i porażki zdarzają się każdemu. A wydaje mi się że jest trochę tak, że to pokolenie płatków śniegu ma duży problem z przegrywaniem, jakimkolwiek. Planszówki w każdym razie pomagają to oswoić, i to jest ich bardzo ważny aspekt. 

Kolejny to nauka rywalizacji i współpracy, kompromisów, tego że czasem trzeba poświęcić coś od siebie dla osiągnięcia wspólnego celu. I tego, jak ze sobą rywalizować podczas rozgrywki i nie obrażać się śmiertelnie na siebie wzajemnie w życiu poza planszówkowym.

I zabawa. Świetna zabawa i super spędzony wspólnie czas. Zamiast spędzać popołudnie każdy w swoim kącie, zanurzeni gdzieś w świecie wirtualnym, wybieramy czas rodzinny i dobrą, jakościową rozrywkę.

No dobra, dość ogólnikowych zachwytów, czas przejść do rzeczy.

Jakie są nasze ulubione planszówki?

Harry Potter. Hogwarts Battle Wilczek jest wielkim fanem serii, a ta gra, zanurzona w świecie Hogwartu miała dobre recenzje. To gra kooperacyjna, czyli taka, w której wszyscy gracze współpracują, żeby osiągnąć wspólny cel. W tym przypadku celem jest oczywiście pokonanie Voldemorta i sprzymierzonych z nim złych postaci. To gra oparta na mechanice budowania talii, czyli zbierania kart, które rozwijają nasze postacie, co daje szanse najbardziej przysłużyć się sprawie.

Mamy dużo emocji, jest dość duży element losowości, ale najbardziej podoba mi się ta kooperacyjność. Wiadomo nie od dziś, że nic tak nie integruje, jak wspólna walka ze złem. Gra wg producenta od 11 lat, ale nasza 9 letnia córa ogarnia bez problemu.

Ubongo. Klasyk prawdziwy, układanka na czas, polega na tworzeniu zadanych figur z dostępnych elementów w różnych kształtach. Bardzo proste zasady, szybka rozgrywka, w zasadzie brak interakcji, każdy stara się jak najszybciej ułożyć swój kształt. Gra wg producenta od 8 lat, ale Pirat świetnie dawał radę jeszcze jako pięciolatek, jedynie grał na łatwiejszym z dwóch poziomów.

Dolina Królików. Gra karciana z elementami genetyki. Każdy z graczy ma za zadanie tworzyć królicze rodziny, tak by realizować swoje misje (np najwięcej brązowych króliczków ze wszystkich graczy, królicza rodzina z dziećmi we wszystkich kolorach itp). Podczas rozgrywki gracze muszą pamiętać o zasadach genetyki, – (np dwa białe króliki nie będą mogły mieć brązowych królicząt itp), trzeba planować swoje akcje, zwracać też uwagę na innych graczy, którzy mogą podebrać nam upatrzoną kartę. Dolina Królików jest bardzo pięknie wydaną grą, z uroczymi ilustracjami i przyjemnym klimatem. Gra wg producenta od 6 lat, i tak mniej więcej graliśmy, trzeba jedynie zwrócić uwagę że nieczytającym graczom trzeba będzie przeczytać treść ich misji.

Draftozaur. Nie mogliśmy nie kupić tej gry gdy zobaczyliśmy urocze drewniane figurki dinozaurów, no i gdy ma się w rodzinie byłych i obecnych maniaków prehistorii. Każdy z graczy ma za zadanie umieścić na swojej planszy figurki różnych gatunków dinozaurów w taki sposób, by zdobyć jak najwięcej punktów. Trzeba pamiętać o tym, że na różnych polach planszy zdobywa się punkty za różną konfigurację figurek (np najwięcej figurek tego samego gatunku, lub najwięcej parek z tego samego gatunku, największa różnorodność gatunkowa etc) Gra wg producenta od 8 lat, ale nasz 6-latek gra bez problemu, choć nie do końca ogarnia planowanie;)

Queendomino to gra bazująca na
mechanice domino, w której gracze tworzą królestwo wokół swojego zamku
za pomocą dwukolorowych kafli, które pasują do siebie jedną z części. W królestwie, czyli na dopasowanych do siebie kaflach, można stawiać budowle, które dodają nam punkty zwycięstwa. Gra prosta

Ekosystem. Przepiękna, nieduża gra, w której naszym zadaniem jest stworzenie różnorodnego, stabilnego ekosystemu, z potokami, lasami i łąkami wraz z mieszkańcami. Gracze wymieniają się kartami przedstawiającymi różne elementy ekosystemu i w każdej kolejce tworzą swoją krainę dokładając po jednej karcie, pamiętając o różnych zależnościach, które występują w przyrodzie i tym, że wszystko ma wpływ na wszystko. Punkty można zdobyć np za ilość pszczół w pobliżu łąki i pstrągi w
strumieniach, wtedy, gdy niedźwiedzie umiejscowione są w pobliżu swojego
pożywienia i tak dalej. Od 8 lat, nasz sześciolatek też daje radę, czasem z niewielką pomocą.

Pictomania. rewelacyjna gra imprezowa, polegająca na szybkim i czytelnym rysowaniu wylosowanych haseł. Zaczyna się niewinnie, gdy do narysowania jest np fotel bujany, czy kaszkietówka, z każdą kolejną rundą robi się coraz ciekawiej, gdy naszym hasłem jest hokej, albo odpoczynek. Na koniec wjeżdżają grube działa, czyli np prawa obywatelskie, albo menedżer projektu. Gramy całą rodziną, wybierając te łatwiejsze poziomy. Pirat w drużynie z jednym z rodziców (trzeba szybko czytać)

Splendor. Świetna karciana gra ekonomiczna, która uczy planowania i strategii. W grze wcielamy się w renesansowych kupców i zbieramy zasoby w postaci kart i żetonów, które umożliwiają nam dalszy rozwój. Gra ma dość prosta mechanikę, jest dynamiczna, wymaga strategicznego myślenia i szybkich reakcji. Gra wg producenta od 10 lat, ale młodsze dzieci mogą próbować, producent proponuje by młodsze dzieci otrzymały (wybudowane) na samym jej początku 1, 2 lub 3 (w zależności od
wieku) losowe karty poziomu pierwszego, wtedy szanse trochę się wyrównują.

 

Azul. Kolejne bardzo przyjemnie wydane wydawnictwo. Gra inspirowana jest portugalskimi azulejos i polega na specjalnym układaniu kafelków w sposób, który zapewni nam najwięcej punktów. Wymaga to strategicznego dobierania kafelków i planowania kolejnych ruchów (uwzględniając plany współgraczy). Zasady są proste, a kafelki bardzo przyjemne w dotyku. Od 8 lat, i tak mniej więcej nasze dzieci zaczynały

Wsiąść do pociągu. I jeszcze jeden klasyk nad klasykami. To gra rodzinna, w której uczestniczy zbierają karty wagonów do realizacji wylosowanych misji, a są nimi tworzenie tras między europejskimi miastami. Gracze mogą też, budować dworce łączące różne trasy, pokonywać tunele,  a nawet korzystać z promów. Gra wg producenta od 8 lat, nieco młodsze dzieci również dadzą radę (trzeba jednak umieć czytać).

Mamy jeszcze gry, które wjeżdżają wieczorami, gdy dzieci zasną, najulubieńsza to wciąż Cywilizacja, które dla dzieci jest jeszcze zbyt złożona, czy takie z bardzo negatywną interakcją jak np Survive.

Dajcie proszę znać, gracie w planszówki? Znacie te polecane przeze mnie? A może chcielibyście dorzucić jakiś tytuł?

Jeśli temat jest dla Was nowy, to serdecznie polecam spróbować

26 listopada, 2023 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćrozmyślaniaslow lifestyleuważność

o rytuałach codziennych

by Paulina 30 września, 2023

To były dobre, ale bardzo gęste wakacje. Mało nas było w domu, albo intensywna praca albo intensywne wakacjowanie. I przyszedł ten wrzesień, i po początkowym chaosie związanym z ostatnim wyjazdem zahaczającym o rok szkolny, budujemy na nowo rutynę, układamy codzienność, mościmy w zwykłych dniach.

Bywa różnie, to nie jest łatwizna taką sprawnie funkcjonującą codzienność stworzyć przy pięcioosobowej rodzinie. Dlatego są rytuały, jak stelaż do tej budowanej codzienności.

Nie przedłużam wstawania, bo to o 6 rano boli bardziej;) chwilę wyleguję się w weekendy, a na co dzień po prostu wstaję. Po ogarnięciu się łazienkowym wypijam szklankę ciepłej wody z łyżką octu owocowego – piję i patrzę przez okno na drzewa. Ustawiam sobie trochę dzień w głowie, ale to nie jest moment na szczegółowe planowanie, raczej takie łowienie spokoju, uśmiech do środka, „dzień dobry dniu”, jak nabranie powietrza przed zanurzeniem się pod wodę.

Idealnie mi jest, gdy rano wstanę na tyle wcześnie, żeby wjechała krótka joga, albo
po południu znajdę godzinę na trening. Albo dłuższa joga rano i fajny
spacer lub rower po południu. Jestem już w tym wieku, że bardzo mocno
odczuwam korzyści z dobrego ruchu. Odczuwam też skutki gdy na ćwiczenia
nie znajduję czasu.

Śniadanko, a potem kawa poranna, robiona przez męża. Wiecie, poranki z trójką dzieci szkolno-przedszkolnych bywają dość nerwowe. I w tym chaosie totalnym, znajdujemy sobie chwilkę na wspólną kawę. Pyszną, z chemexa. Wokół świat szaleje, gubią się klucze i zeszyty do matematyki, ktoś kogoś szturchnął, a my siadamy sobie, pijemy tę kawę, i na chwilę jesteśmy jak Suzie i Dustin ze Stranger Things śpiewający „Never ending story”, gdy wszyscy wokół walczą z potworami. To jest taki moment dla mnie, dla nas, jakoś nas ustawiający mocno, i, tak teraz patrzę na to z dystansem, wygląda mi to na bardzo mądry rytuał.

Wspólne posiłki przy stole. Nie zawsze i nie wszystkie, w ciągu tygodnia dzieciaki o różnych porach zaczynają i kończą lekcje, są popołudniowe zajęcia dodatkowe, ale staramy się zasiąść wspólnie do obiadu lub kolacji, nawet jeśli jest to odgrzewana zupa z poprzedniego dnia lub najprostszy makaron. W weekendy celebrujemy na całego.

Wieczorne czytanki z dziećmi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że Pirat jest inżynierem Mamoniem w kwestii wyboru serii książkowych (był Pucio, był Pan Kuleczka, teraz Nela). Kiedyś bardziej chciałam mu urozmaicać te lektury, a teraz myślę sobie, że może jest mu to potrzebne, ta powtarzalność właśnie. Iskrze czytam Montgomery (w nowym, pięknym tłumaczeniu) – tu też czytam z przyjemnością, chociaż dziewięciolatka już doskonale czyta sama, ale lubię ten nasz wspólny czas. Dość często w pobliżu kręci się też przysłuchujący jedenastolatek.

A potem wspólne zwykłe chwile, gdy obydwoje zasiadamy na kanapie z książkami i meliską. Albo odpalamy rzutnik.

I nastaje późny wieczór. Idę boso po drewnianej podłodze, nasłuchuję ciszy. Zawsze
zatrzymuję się na górze schodów i zerkam na uśpiony salon i myślę sobie,
jaki mamy fajny dom. Przystaję przy dziecięcych łóżkach, słucham
spokojnych oddechów moich zdrowych dzieci.

I czas do łóżka. Jeden z
najprzyjemniejszych momentów dnia. Gdy nic nie muszę. Zrzucam szlafrok i
wślizguje się pod kołdrę obleczoną w len. Ta pościel ze zmiękczonego
lnu, to jeden z najwspanialszych zakupów dla domu i dla nas ostatnich
lat. Mamy dwa komplety i śpimy pod nimi na zmianę. W lecie jest cudownie
chłodząca, w zimie ciepło otula, jest idealnie. I w tym aksamicie nocy,
w tym lnie, gdy jakoś mi się zagęszcza świat, lubię się sobie zanurzyć w
życiu, podziękować za różności, fajnie mnie to układa życiowo.

Są jeszcze spacery. Spacery to jeden z najważniejszych moich rytuałów. Chodzę gdy mi źle, i gdy mi dobrze. Chodzę po osiedlu i po górach, sama i w towarzystwie. Chodzenie mi układa wszystkie puzelki w głowie, jest mi niezbędne do dobrego funkcjonowania.

Jeszcze musimy ten rytm codzienny dopracować, dograć, ale wszystko przed nami:)

Rytuały brzmią dość emerycko. Albo kojarzą się z bardzo małymi dziećmi. Ja pewnie zwróciłam na nie większą uwagę właśnie przy dzieciach – bo dużo się mówi o tym, że budują poczucie bezpieczeństwa, że ustawiają dzień dzieciakom, mnóstwo ułatwiają, uspokajają. Okazuje się, że robią to nie tylko dzieciom. Rytuały mają podobne działanie dla dorosłych. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich, chaotycznych i intensywnych czasach, ta powtarzalność, pewność, niezmienność, daje mnóstwo ukojenia, jakoś trochę zakotwiczna, ustawia na ziemi. A w kontekście rodzinnym – tworzy tradycje, a te budują wspólność, integrują, określa, nadaje tożsamość.

PS.Wiecie, piszę dużo o tym poczuciu wspólności w rodzinie, o własnych tradycjach, a małych-wielkich wspólnych sprawach, bo czuję że to jest cholernie istotne. A to jest coś trochę zapomnianego. Dzisiaj zapewnia się dzieciom warunki, zajęcia dodatkowe, stymuluje się (ach, jak bardzo stymuluje) rozwój,zapewnia dobry start. I w dzisiejszym pędzie, w tym przeciążeniu rodzicielskim, mam wrażenie że zapominamy o takich właśnie sprawach. O znalezieniu w rodzinie wspólnego mianownika. A na dłuższą metę, to ta wspólnotowość to jest coś co nas jako rodzinę łączy.

Macie swoje rytuały codzienne, czy pełny spontan?

30 września, 2023 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latomój stylmój styl podróżniczypodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemwakacje

Chorwacja na przedłużenie wakacji

by Paulina 20 września, 2023

 

Bilety na samolot kupiliśmy jeszcze w czasie zimowej
beznadziei, gdy myśl o lecie wydawała się zupełnie abstrakcyjna, a słońce i
ciepło konceptem totalnie nierzeczywistym. Wydawało mi się że czas dzielący nas
w styczniu od tego wyjazdu na koniec wakacji nie minie nigdy. A czas, jak to ma
w zwyczaju, minął nadspodziewanie szybko.

Z końcem sierpnia ruszyliśmy w jeden z najbardziej popularnych
kierunków wakacyjnych Polaków, czyli do Chorwacji.

To nie był wybitnie aktywny wyjazd z przygodami.  Było słońce i piękne, ciepłe morze. Podziwialiśmy
urocze Chorwackie miasta i miasteczka, ciesząc oczy spójnością architektoniczną,
jasnym kamieniem, drewnianymi okiennicami i dachami pokrytymi klasyczną
dachówką. Zajadaliśmy niezwykle słodkie figi, rosnące przy drodze jak u nas
mirabelki. 

Z nowości, snorkeling, który mnie zachwycił totalnie.
Wiecie, miałam kiedyś dość regularnie takie sny, w których umiałam oddychać pod
wodą, obserwować podwodny świat, unosić się w takiej totalnej wolności. Trochę
moja wersja pięknych snów o lataniu, po których człowiek budzi się w takim
cudownym poczuciu szczęśliwej lekkości. I to było dla mnie takie właśnie wrażenie w
rzeczywistości. Nie oglądałam tam jakiś spektakularnych ławic, ale samo
wrażenie, zanurzenie się w tej wodzie, bycie tylko tam i totalne skupienie na obserwacji,
jednocześnie z tym wrażeniem nieważkości, było jak najlepsza medytacja.
Myślałam, że nie jestem typem miłośnika sportów wodnych, ale to mnie zachwyciło
i chcę więcej 😀

Zapraszam na trochę zdjęć

Split

20 września, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podróże i wycieczkiEuropa

Szwecja pod namiotem z dziećmi

by Paulina 21 sierpnia, 2023

Znowu nam się zachciało północy. Chociaż mieliśmy obawy związane z pogodą, dość srogo potraktowani przez Norwegię parę lat temu. Uznaliśmy jednak, że w tym roku wybieramy ryzyko deszczu w Skandynawii niż pożary i piekielne upały na południu.

Gdybym miała opisać Szwecję jednym słowem, byłby to spokój. Zachwycił mnie ten kraj, w którym jest tak dużo drzew i jezior, i tak mało ludzi.

Organizacja wakacji w Szwecji

Logistycznie zorganizowaliśmy to tak: Do samej Szwecji dotarliśmy promem, z Gdańska do Nynashamn, pod Sztokholmem. Potem przemieszczaliśmy się spokojnie w kierunku południowym, przejechaliśmy przez słynny most Oresund, i Danię, bo obiecaliśmy dzieciom Legoland, a potem już przez Niemcy do Polski.

Bardzo to był udany pomysł, bo mimo przebycia ponad 3tys kilometrów w dwa tygodnie, droga nie była praktycznie wcale męcząca. Do Gdańska dotarliśmy stosunkowo szybko, a gros naszej trasy na wakacje „pokonaliśmy” sobie bardzo wygodnie na promie, wysypiając się i podziwiając widoki.

Zmienialiśmy nasze bazy co 2-3 dni, przemieszczając się przeważenie po kilkadziesiąt kilometrów (czasem trochę więcej), i rozbijając namiot w coraz to bardziej malowniczych miejscówkach.

Tu namiocik pośrodku masy lasów

Warunki sanitarne momentami nieoczywiste
czasem gram z nimi;)

W Szwecji, podobnie jak w całej Skandynawii obowiązuje zasada allemansrätten, którą uwielbiam i która idealnie współgra z naszym stylem podróżowania. Mówi ona mniej więcej tyle, że każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą. Korzystamy z gościnności przyrody, pilnując się by jej nie nadużywać. To oznacza rozbijanie namiotu „na dziko” i zostawianie miejsca biwaku w takim stanie jak je zastaliśmy, bez śmieci i zniszczeń, rozpalanie ognisk tylko w wyznaczonych miejscach itp. Te nasze miejsca biwakowe, z widokiem, w sercu natury, to jedno z piękniejszych wspomnień z tych wakacji, nie rozbiliśmy się na campingach ani razu – korzystaliśmy tylko czasem z campingowych łazienek.

Przed wyjazdem znaleźliśmy trochę miejsc w przewodniku (korzystaliśmy z przewodnika Aldony Hartwińskiej, autorki bloga pofikasz.pl), zaznaczyliśmy je na mapie, i na bieżąco decydowaliśmy o planie na następne dni, raczej na spokojnie, bez wciskania nadmiaru wrażeń, z wieloma chwilami relaksu nad wodą, lub w lesie. Albo w lesie i nad wodą:D

Park Narodowy Tyresta

Byliśmy ciekawi szwedzkich parków narodowych, i akurat jeden trafił się nam na naszej trasie. Spacerowaliśmy po dość
niezwykłym, bardzo skalistym lesie, pełnym starych sosen. Ścieżka była przyjemna i dobrze oznaczona. Mam przy tym wrażenie, że Szwecja jest jednym wielkim parkiem narodowym, i ten konkretny nie różnił się tak bardzo od innych wspaniałych miejsc do których trafiliśmy.

 

Iskra na Podrfuwajce wypatruje Kapitana Efraima Pończochy

Vimmerby i Astrid Lindgren Värld

Razem z dzieciakami jesteśmy fanami książek Astrid Lindgren, a audiobooki jej autorstwa, czytane przez
niezrównaną Edytę Jungowską towarzyszą nam zawsze w samochodzie na dłuższych trasach. Dlatego nie mogliśmy nie odwiedzić miejsca, w którym urodziła się słynna pisarka. Astrid Lindgren Värld to park, w którym dosłownie wchodzi się do świata tych książek. Jest wspaniała Willa Śmiesznotka, zagroda Emila, zamek Ronji, są domki z Bullerbyn. Można wejść do sklepu z cukierkami z epoki, pozjeżdżać z dachu jak Karlsson, posłuchać piosenek Oskara i Rasmusa. Nie przepadam nadmiernie za parkami rozrywki i tu też trochę obawiałam się tandety, plastiku i poliestru, ale zupełnie niepotrzebnie. Wszystko utrzymane w miłym, skansenowym klimacie, co powinno być drewniane, lniane czy słomiane, było właśnie
takie. Świetną sprawą okazały się tez mini spektakle pokazujące fragmenty różnych książek – co prawda po szwedzku, ale gdy zna się książki nie jest to problemem. Bardzo nam się podobało, dla fanów książek miejsce magiczne. 

Rasmus i Włóczęga Oskar przechadzali się po parku i śpiewali, tak jak w książce

Drewniane figurki rzeźbione przez Emila w drewutni:)

Pippi chodzi po dachu podczas sceny z policjantami. Świetnie się oglądało

Już wieczorem, mapka z parku i dzielenie się wrażeniami, gdzie było najfajniej

A tu jedno z naszych krystalicznie czystych jezior

Olandia, kraina setek wiatraków. W pobliżu tego, jednego z największych na wyspie rozbiliśmy namiot

Olandia

Słyszałam o niej dużo i miałam na nią wielką ochotę od dawna. To urocza wyspa pełna starych, malowniczych wiatraków,
druga co do wielkości na Bałtyku. Rozbiliśmy namiot na przepięknym wybrzeżu, pocieszyliśmy się trochę kamienistą plażą, a potem ruszyliśmy na oglądanie. Wszyscy radzą, żeby podzielić zwiedzanie na północ i południe wyspy, taki też był nasz plan. Dlatego najpierw pojechaliśmy na północ zobaczyć fantastyczny Las Trolli, z sosnami powyginanymi w najróżniejsze kształty, oraz imponującym, dziewięćsetletnim dębem. Wybraliśmy się też na latarnię morską śliczną jak z obrazka. Następnego
dnia udało nam się zwiedzić zamek Borgholm, warownię z XII wieku, który jest teraz zaadoptowany na bardzo ciekawe muzeum, częściowo pod gołym – a tego dnia mocno deszczowym niebem. Odpuściliśmy już zwiedzanie południa
wyspy, bo czekała nas dalsza droga i rozbijanie namiotu w nowym miejscu.

 

„Daj mi miejsce w głębi morza
Szczyptę lądu, szczyptę skały
Tu zbuduję zamek biały
Tutaj gniazdo swe założę”
Las Trolli na północy wyspy

Trolleken, 900-letni dąb

Mały człowiek i duże drzewo

Widok z tej pięknej latarni morskiej

Zamek Borgholm. Zwiedzanie trochę utrudniał rzęsisty deszcz

Sölvesborg i ciesząca oko architektura szwedzka

Południe 

Parę kolejnych dni spędziliśmy na południu Szwecji. Znów mieszkając w sielskich okolicznościach przyrody, nad wodą, wśród
drzew, zobaczyliśmy portowe miasteczko Sölvesborg, z jednym z najdłuższych pieszych mostów w Europie, oraz żywą wioskę Wikingów pod Trelleborgiem, czyli skansen, z przeniesionymi z różnym miejsc w Skandynawii autentycznymi chatami, która zrobiła na wszystkich duże wrażenie. 

Pieszy most w Solvesborgu, mierzy 760 metrów
Wyżerka ogniskowa

Malmö i most Öresund

Ostatniego dnia odwiedziliśmy Malmö, czyli trzecie co do wielkości miasto w Szwecji. W żaden jednak sposób nie odczuliśmy tej wielkości w jakiś nieprzyjemny sposób, nawet po dwóch tygodniach spędzonych w ciszy przyrody pod namiotem. Malmö ma bardzo piękną starówkę, zwłaszcza mały rynek robi przyjemne wrażenie. Sporo jest uliczek z niewysoką zabudową, które przywodzą na myśl raczej jakieś niewielkie prowincjonalne (w najlepszym tego słowa znaczeniu) miasteczko. Jest przepiękny, rozległy park, Slottsparken mieszczący się przy imponującym zamku Malmöhus.

Po południu oddaliliśmy się w kierunku Danii, a było to oddalenie z przytupem, bo jechaliśmy słynnym mostem Oresund. Prawie ośmiokilometrowy, faktycznie robi wrażenie.

Legoland

Wracając spędziliśmy jeszcze dzień w Legolandzie, zgodnie z obietnicą daną dzieciakom jakiś czas temu. Mimo początkowego braku wielkiego entuzjazmu z naszej dorosłej strony, wybawiliśmy się wszyscy świetnie:D Atrakcje są różnorodne, wszystko cudownie zanurzone w świecie Lego. Udało się trafić tak, że nie było ogromnej ilości ludzi, dodatkowo ściągneliśmy legolandową aplikację, która pokazywała czas oczekiwania przy wszystkich atrakcjach, więc nie spędziliśmy nadmiernie dużo czasu w kolejkach. Nie jest to coś, co chciałabym powtarzać, ale wyszliśmy stamtąd po całym dniu wybawieni po kokardę. A dzieciaki są bardzo zainspirowane do tworzenia własnych budowli, co mnie cieszy najbardziej.

I takie to były nasze szwedzkie wakacje. Sierpień się zbliża ku końcowi, ale nie porzucamy wakacyjnego nastroju i szwendamy się do oporu bliżej i dalej. Mam nadzieję, że Wam również to lato obfituje w miłe wrażenia:)

21 sierpnia, 2023 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmidzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemlatopodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemwakacje

Bieszczady z dziećmi. „Lubię wracać tam gdzie byłem już”

by Paulina 23 lipca, 2023

 Nie byliśmy w letnich Bieszczadach od paru lat. Od paru lat wybieraliśmy raczej inne pory roku na nasze najulubieńsze góry. Wróciliśmy ostatnio, na chwilę. Rozłożyliśmy namiot i poczułam się, jakbym do domu wróciła.

Są takie miejsca, które zakotwiczają a jednocześnie dają poczucie wolności, gdzie wyrastają nam korzenie i skrzydła, gdzie nic nie muszę a wszystko mogę. Bieszczady są dla mnie takim miejscem właśnie.

Czapkę z głowy ściągał gdy
Wiatr gałęzie chylił drzewom
Śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd… Majster Bieda

 

Tradycyjne zdjęcie na głazie przy wejściu na przełęcz Orłowicza. Nie wiem, które to już takie?

Wiecie, od jakiegoś czasu mam tak, że czuję się w życiu trochę jakby
mi ktoś przyspieszył prędkość odtwarzania, jak pod koniec reklam wyrobów
medycznych. Za szybka jest dla mnie ta wesoła karuzela. A w górach
życie mi zwalnia, nie zatrzymuje się totalnie, tylko dostosowuje się do
tempa górskiej wędrówki. I to jest bardzo ważne dla mnie, żeby po życiu
wędrować, a nie biec. Czasem pod górę, z wysiłkiem, czasem łapiąc lekką
zadychę, ale zawsze rozglądając się na boki, zawsze uważając na drogę
pod nogami, zawsze zauważając kolor liści, słysząc śpiew ptaków, czując
zapach lasu. Zatrzymując się na trochę, by podziwiać widoki. Rozmawiając
– naprawdę rozmawiając, a nie wymieniając informacje z najbliższymi.

O tym sobie zawsze przypominam w górach. Że chcę, żeby życie bardziej przypominało górską wędrówkę niż pęd po autostradzie.

I zabieram to ze sobą do domu, do codzienności to biorę.

„bo nogi córciu podnosi się brzuchem”. Lekcje baletu (u lekko zmurszałej matki) w wydaniu górskim

Plecakowo

Dzień chillu. Przypominam sobie, jak się robi indiańskie warkoczyki do włosów

23 lipca, 2023 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latomuzykaupał

Odpoczywalnia muzyczna. Muzyka na upał

by Paulina 19 lipca, 2023

 

Pisałam już kiedyś o jedzeniu na upał, sposobach na przetrwanie upału w ciąży, a ostatnio stojąc przed półką z płytami pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami też moją muzyką, której słucham przy takiej pogodzie, jak ostatnio.

Nie jest tak, że mam specjalne półeczki oznaczone porami roku, ale jednak pewne płyty po prostu mi klikają z określonymi okolicznościami, także pogodowymi.

Muzyka, która jest dla mnie soundtrackiem do upału jest lekka, delikatnie rozmyta, beżowo – błękitna. Ma w sobie trochę senności, ale można do niej się miło pobujać. Jest trochę nostalgiczna, trochę się snuje, a jednocześnie napawa beztroska i radością życia ( całe lato zresztą dla mnie takie jest). Do tego dzban parzonej na zimno białej herbaty, miska owoców, wentylator.

Daniel Bloom „Wszystko co kocham soundtrack”

Mela Koteluk „Migawka”

Moby „Wait for me”

Lana del Rey „Born to Die”

Wszystkie właściwie płyty Smolika

David Gilmour On an island

Michael Kiwanuka „Love&Hate”

Asaf Avidan,  „Anagnorisis”

Sufjan Stevens „Call me by your name”

Skalpel „Origins” ,

Air „The Virgin Suicides”

 Czasem letnio kojarzą mi się typowo festiwalowe, koncertowe płyty. Ale na czas upału wolę, jak się trochę snuje:D

Chociaż najprzyjemniejszymi dźwiękami przy takiej pogodzie jest szum drzew, śpiew ptaków, i chlupot wody na jeziorze. I jeszcze huk morskich fal. Wtedy żadna dodatkowa muzyka nie jest potrzebna. Ale czas kanikuły w warunkach miejskich, miło jest sobie uprzyjemniać jak tylko się da.

Macie swoje ulubione typy na lato?

19 lipca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiaktywna mamadzieciństwo unpluggeddzieckojak odpoczywaćlaslubelszczyznapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrower z dzieckiemrowerki biegowe

Wycieczki z dziećmi, strona praktyczna

by Paulina 13 czerwca, 2023

wycieczki rowerowe

 

Wycieczki rowerowe, jak można tu często zobaczyć to jedna z naszych ulubionych aktywności na wolny dzień

Czytam i słucham czasem komentarze i pytania, od kiedy zacząć zabierać dzieci na wycieczki, jak zorganizować wycieczkę z dzieciakiem, albo, że „byłoby fajnie tak pojechać z maluchami w naturę, ale w sumie nie wiem, od czego zacząć.”

My uprościliśmy sprawę o tyle, że nie robiliśmy przerw, więc nie trzeba się było wdrażać specjalnie w wycieczki z dziećmi, robić tego wielkiego wdechu przed skokiem na głęboką wodę, pod tytułem, czy już jesteśmy wszyscy gotowi, czy dzieci wystarczająco duże.

W ciążach nie szarżowałam, ale czułam się na tyle dobrze, że spacery pod miastem były dla mnie idealną formą spędzania czasu, zdarzało nam się nawet wyskoczyć w góry.

Potem, każdy niemowlak lądował w chuście na wycieczkach pieszych, lub w przyczepce rowerowej, gdy decydowaliśmy się na rowery. Swoją drogą, jakiś czas temu napisałam już pieśń pochwalną na temat przyczepki rowerowej, i do tej pory zdania nie zmieniłam – to wysokie podium na liście zakupów około-dziecięcych. A dzięki temu, że nasza przyczepka była dwuosobowa, pakowaliśmy do niej zarówno aktualnego toddlera jak i niemowlaka (dzięki podczepianemu hamaczkowi). Dzięki przyczepce ( i jej dodatkowej przestrzeni załadunkowej) zupełnie nie odczuliśmy, że dzieci nam cokolwiek utrudniają, czy uniemożliwiają realizowanie pasji. 

przyczepka rowerowa

wycieczka rowerowa z dziecmi

Dwulatek i więcej – rowerek biegowy

Wraz z drugimi urodzinami wszystkie nasze dzieci dostawały rowerki biegowe. W naszym przypadku biegówki były strzałami w dziesiątkę, także na codzienne spacery, gdy dystans był za długi na krótkie nóżki metrowego człowieczka. Na dłuższe wycieczki sprawdzał się system „trochę sobie jadą na polnych drogach, a gdy się zmęczą lub na ulicach wchodzą do przyczepki, a rowerki podczepiamy”.

Gdy przesiadali się na rowery z pedałami, dostosowywaliśmy trasy do ich możliwości, a dla Pirata zakupiliśmy wspaniałą rzecz, hol do roweru, nazywa się „Follow me”. Jest to świetnie wykonany gadżet, który stabilnie podtrzymuje rower dzieciaka – nie ma efektu przechyłu na bok, który często można obserwować w prostych „pałąkach”. Rowerek do holu podczepia się łatwo i szybko, więc podczas jednej wycieczki zdarza się Pirata podczepiać i puszczać wolno kilkakrotnie. Hol jest wspaniałą sprawą, przydaje się na piaszczystych nawierzchniach, pod duże góry i generalnie zawsze gdy niespełna sześciolatek nie daje jeszcze rady. Fajne też jest to, że dziecko na rowerze podczepionym na takim holu do dorosłego ciągle pedałuje, i wnosi swój wkład w taki tandem:)

rowerek biegowy

Wybór trasy

Przy postach o naszych wycieczkach rowerowych często pada pytanie o konkretne trasy. Nie zawsze jestem w stanie powiedzieć dokładnie jak wędrujemy, czy jedziemy rowerami, jako, że jedną z głównych zasad naszych wycieczek jest nie wracamy tą samą drogą, robimy kółko, co często (przeważnie) wiąże się z zejściem ze szlaku i przedzieraniem przez chaszcze i błota, nie mam śmiałości proponować takich przygód czytelnikom;)

„to co, nie wracamy tą samą drogą?”

Korzystamy z tradycyjnych map papierowych – na nich często zaznaczone są ciekawe szlaki i miejsca do zobaczenia, różnice w wysokości itd, poza tym dają jakiś taki ogólny obraz. Świetne są też dedykowane aplikacje z mapami – używamy głównie mapy.cz lub locus map (to aplikacje, w locus map można wykupić abonament, i korzystać z map również offline) . Ich przewagą jest aktualność i interaktywność – dobrze widać na nich rodzaj dróg, ilość kilometrów do przebycia, co ma znaczenie przy zmianach planów w trakcie wycieczki.

Bardzo polecam Wam ten system łączenia map papierowych z mapowymi aplikacjami, pozwala odkryć świetne miejsca, dostosować trasę pod swoje oczekiwania i wycieczkować bez tłumów.

Bywa luksusowo;)

Przekąski wycieczkowe

Jesteśmy łasuchami, nie będę ukrywać. Wycieczki zawsze wiążą się z piknikami. Przyzwyczailiśmy się do tego wszyscy, dzieciaki potrafią zapytać o piknik po 10 minutach krótkiego leśnego spaceru poobiedniego. Popełniłam jakiś czas temu dwa wpisy na ten temat, bardzo zapraszam zobaczyć nasze piknikowe przekąski 1, piknikowe przekąski 2

Zawsze mamy też ze sobą drobiażdżki typu suszone owoce, kabanoski i żelki mocy ( nasze żelki mają specjalne moce w zależności od koloru, np czerwone dodają siły, a żółte poprawiają humor;) ). Jedzenie na wycieczkach jest dla nas ważne i przyczynia się w niemałym stopniu do naszego do wycieczek uwielbienia. Po wysiłku, na świeżym powietrzu, wśród ptasich śpiewów i wśród zieleni, jedzenie smakuje zupełnie wyjątkowo.

Dodatkowe atrakcje i gadżety

Nasze podejście jest takie, że raczej ich unikamy. Zależy nam na tym, żeby pokazać dzieciom, że świat sam w sobie jest atrakcyjny. Nie popadamy przy tym w przesadę, i lubimy zahaczyć na wycieczkach o jakieś ciekawe budowle lub ruinki, ładny widok, jakaś woda; wyznaczanie sobie celu, do którego jedziemy czy idziemy jest fajne i motywujące.Ale generalnie stawiamy na „tu i teraz”, gdzie atrakcją może się okazać piękna łąka z trzmielami, wielkie mrowisko, albo ptasie gniazdo.

Często jeżdżą z nami różne figurki playmobil, to fajna zabawa dla dzieci wśród traw, Wilczek czasem targa ze sobą książki.

Z rzeczy, które zawsze mamy ze sobą:

– apteczka – przede wszystkim mamy w niej octanisetp i plasterki oraz opatrunek w sprayu, pęsetka i kleszczołapki do wyciągania kleszczy, fenistil, żel aloesowy, coś od komarów (zawierające ikarydynę), krem z wysokim filtrem, bandaż elastyczny

– koc piknikowy

– hamak turystyczny, lekki i wytrzymały, nasz jest z firmy La Siesta i sprawdza się świetnie 

– rowerowy zestaw naprawczy (klucze, pompka, dętki)

– woda termalna w sprayu – przydaje się do schłodzenia, do przemycia ranek czy spryskania otarć

– kompas – aplikacje aplikacjami, ale technologia bywa zawodna

I jeszcze  jedna ważna kwestia

 Bardzo proszę, jeśli idziemy korzystać z uroków natury, to bądźmy też dla tej natury w porządku, zostawiajmy świat takim, jakim chcielibyśmy go zastać.  Na wycieczkach trochę jest tak, jakbyśmy szli w gości, szanujmy miejsce i jego mieszkańców, wszystkich (tych wielonożnych i nie za ślicznych też). Zabierajmy nasze śmieci za sobą (jak się trafią cudze, to też), unikajmy krzyków i głośnej muzyki, nie płoszmy zwierząt, nie niszczmy mrowisk, czy gniazd, samochód można zostawić na parkingu, w oddaleniu od miejsca piknikowego… itd

Aż mi głupio pisać tutaj o takich oczywistościach, wierzę, że to dla moich czytelników zupełnie niepotrzebny akapit, i mam nadzieję, że się nie obrazicie za niego, ale biorąc pod uwagę to, co się dzieje w naszych lasach, myślę, że lepiej powiedzieć o tym za dużo niż za mało:)

Nasze ogólne podejście wycieczkowe

jeśli zaglądacie tu regularnie, chyba znacie. Nic nikomu nie udowadniamy, z nikim się nie ścigamy. Nie startujemy w konkursie pt najbardziej szalone wycieczki rodzinne, ani kto więcej przejedzie na rowerze z dziećmi.

Wycieczki z dziećmi to coś co nam wszystkim daje radochę, integruje nas wszystkich, pisałam już o tym zresztą nie raz i zdania nie zmieniłam:D

A jednodniowe wypady rowerowe i piesze to esencja weekendu – nic mnie nie relaksuje przed i po pracy jak taka wycieczka, nic tak nie ładuje baterii z radością życia.

Przy czym, mam jeszcze jedną refleksję na temat spędzania czasu z dziećmi, nie bardzo odkrywczą zapewne. Najistotniejsze wydaje mi się znaleźć tę wspólną zajawkę. W naszym przypadku, są to mniejsze i większe wypady w naturę. W Waszym to może być wspólne zwiedzanie zamków, wspólne jeżdżenie na nartach, wspólne nurkowanie, układanie puzzli czy scrabble, jeżdżenie na konwenty fantastyki, albo pieczenie ciast razem. Jeśli lubimy coś robić, róbmy to, nawet jeśli nie jest to typowo rodzinna rzecz, a towarzyszące nam dzieciaki z dużym prawdopodobieństwem staną się dzieciakami partnerującymi, a to daje naprawdę fajny podmuch w żagle.

Wycieczkujecie z dzieciakami? Czy dopiero myślicie o tym, żeby zacząć? (może macie jeszcze jakieś pytania?) A może to kompletnie nie Wasza bajka, i kręci Was coś innego? (ciekawa jestem, co:) )

13 czerwca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślaniawychowanie

śpieszmy się cieszyć naszymi dziećmi, tak szybko rosną

by Paulina 27 maja, 2023

 

Pojechałam ostatnio z dzieciakami na najfajniejszy plac zabaw w Lublinie. Zaparkowaliśmy rowery, ja zasiadłam na ławce z kaweczką, ptaki śpiewały, lekkie podmuchy wiatru przynosiły pod nos cudowny zapach bzu, dzieci zajmowały się swoimi sprawami. Rozejrzałam się wokół i oddałam się nostalgii. Wokół dzieciaki w różnym wieku, rodzice, niektórych pamiętam jeszcze za czasów naszego dzieciństwa, z tego samego placu zabaw.

Jestem mamą od ponad dekady. I myślę sobie, że macierzyństwo jest spoko, naprawdę.

 

Bywało naprawdę sielankowo, pierwsze wakacje z pierwszym dzieckiem wspominam jak jeden wielki niespieszny spacer. Przy Wilczku byłam oczywiście bardziej przejęta, w końcu wszystko było pierwsze i nowe, i jakoś ostateczne – każdy etap był ostatnim, jaki znałam, więc rodzaj porodu, wybór pieluch, czy kredek był najważniejszym na świecie. Z czasem okazało się, że nowe wyzwania pojawiają się za każdym rogiem. I często pozorne „teraz już z górki” okazuje się być rozbiegiem przed zupełnie nowym górzyskiem. Nie chodzi mi o to, że poród, pieluchy, czy kredki nie mają znaczenia, po prostu nie mają aż tak wielkiego znaczenia jak czasem próbuje nam się wmawiać.

 

Bo dobre macierzyństwo to suma wszystkiego. Tych pieluch, kredek, i rowerków też. To suma codziennych decyzji, tych dużych i malutkich, problematycznych niuansików, zwykłej radochy z bycia razem, wspólnego gapienia się na drzewa, przeprosin i przytulin, trzymania ich za rękę, milionowego tego dnia „widzę jak się wspinasz”, rozpływającego się serca ze wzruszenia, syczenia „nie wytrzymam tego jęczenia, wystrzelę się w kosmos” i wytrzymywania kolejny raz, i kolejny, wspólnych rodzinnych tradycji, lęku że sobie nie poradzę i dumy, że jednak sobie poradziłam, łez zmęczenia i łez szczęścia. To proces, który trwa i trwa i trwa, latami, dzień po dniu. Co bywa zarówno piękne jak i przytłaczające. Ale chyba jednak bardziej piękne.

 

Iskra urodziła się we Francji, i to był czas najintesywniejszego chyba macierzyństwa. Krycha, choć wspierał, jak mógł, długo pracował, a ja byłam sama z tym dwulatkiem i niemowlakiem, bez swoich znajomych, bez pomocy. Tylko ja i moja dzielność. No i dzieci. I uparta radość z życia. Ciekawe w sumie, bo bywało naprawdę niełatwo, dzieci miały swoje kryzysy, a ja razem z nimi. A mam do tego czasu ogromny sentyment i wspominam bardzo pięknie. Może to, że było trudno tak nas fajnie zintegrowało jako rodzinę? Robiliśmy razem wszystko, bo nie było innej opcji, a nie wyobrażaliśmy sobie mieszkać we Francji i jej nie poznawać. Dlatego chodziliśmy na koncerty z dziećmi, jeździliśmy z dziećmi w góry, i na rowery, z dziećmi chodziliśmy do muzeów.

Przyjście na świat Pirata już w Polsce, zbiegło się z bardzo dużym przyspieszeniem mojego życia zawodowego. Czas zachrzania jeszcze bardziej i muszę się pilnować, żeby zatrzymywać się z premedytacją. Bo czas zwalnia, gdy my zwalniamy. 

I teraz, gdy dzieciaki mają lat 11, 9 i prawie 6, i są już coraz bardziej samodzielne, wiem, że ma ogromne  znaczenie to nasze bycie razem. Że szwendamy się gdzieś w naturze, że nasze wypady bliższe i dalsze są takie nasze. Że mamy wspólne rytuały. Za nasze wielkie osiągnięcie rodzicielskie uważam to, że lubimy wszyscy być razem.

Wiem, że wszystko mija, zarówno dwulatkowe jęczenie jak i słodkie przekręcanie słów. Nie wrócą już te pieluchy i nieprzespane noce, a ich stópki będą coraz mniej urocze i wybitnie nie-do-całowania. Skończyło się targanie nosideł na wycieczki, niedługo zaczną wyjeżdżać sami. Już nie przyjdą do mnie ze stłuczonym kolankiem, mam nadzieję, że będą chcieli przyjść z poobijanym sercem. Dlatego patrzę na nich teraz, tacy jacy są i ryję piętami w ziemię, zatrzymując się z codziennego pędu w tej konkretnej chwili.

 

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Mam! 

(swoją drogą, ciekawa jestem bardzo, czy czytają mnie jakieś świeże Mamy, czy raczej mamy z podobnym stażem? Albo mamy dorosłych dzieci?)

27 maja, 2023 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry