Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmijak odpoczywaćlubelszczyznamoda rowerowapasjapodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemwiosna

rowerowa wycieczka w najpiękniejszy dzień kwietnia

by Paulina 2 maja, 2023

wycieczka rowerowa lubelszczyzna

 

Właśnie o takim dniu marzyło mi się w mrokach stycznia. O dniu ze słońcem, rowerami, piknikiem, wodą.

Wycieczka zaczęła się idealnie. Parę domków, i miła, wąska, ale równa droga w lesie. Las wiosenny, wiadomo, jak malowany, cały we fluorescencyjnej zieloności, rozświergolony i świetlisty. Dzieciaki radośnie wystrzeliły do przodu, cała trójka, łącznie z Piratem maniakalnie przerzucającym przerzutki. Jechaliśmy za nimi, a na naszych skroniach niemal czuliśmy fizyczny ciężar Lauru Dobrego Rodzica.

„Ale nam traskę znalazłeś idealną” – powiedziałam do Krychy, i wtedy zaczął się Piach.

Dalej było pięknie, zielono, ptaki dalej śpiewały jak szalone a słońce szafowało promieniowaniem UVA i UVB z kwietniową gorliwością.

Laur na skroni super rodziców zapewniającym dzieciom super sprzęt z grubymi oponami i porządne przygotowanie jakby się rozrósł, bo świetnie dawali radę oraz Nie Jęczeli, nawet jeśli jednak trzeba było chwilę zeskoczyć z rowerów. Pięcioipółletni Pirat został podczepiony do holu i dziarsko wspomagał tatę jadącego lub pchającego podwójny konwój.

Mój rower co prawda jest bardzo ciężki, ale za to ma cienkie opony, więc pchałam go sporą część czasu. Ale, hej, jakże inaczej jest gdy zmagasz się ze swoimi trudami wycieczkowymi, a nie z marudzeniem i jękiem. Ta świadomość, że dzieci stają się wycieczkowymi partnerami, a nie najbardziej wymagającym wyzwaniem, była chyba równie upajająca co okoliczności przyrody, a te stawiały poprzeczkę naprawdę wysoko.

Do tego postoje nad wodą, migoczącą w słońcu. Bociany, perkozy i czaple. Zapach świeżych listków i trawy, i rozkwitających dzikich jabłoni. Trzmiele. Wyjątkowo długi zaskroniec nad rzeką. I wgapianie się w tę wodę, w te szuwary, w to niebo. Ależ mnie to karmi.

rowerowa wycieczka po lubelszczyznie

lubelszczyzna rowerem

PS. W temacie samej trasy. Zaczęliśmy w Opolu Lubelskim i szlakiem rowerowym dojechaliśmy do Żmijowisk, wróciliśmy do Opola lekko inną trasą. Tak to mniej więcej wyglądało: (screen ze strony Traseo ) Planuję swoją drogą przygotować dla Was taki wpis mniej o moich uczuciach i emocjach, a bardziej od strony praktycznej o naszych wycieczkach w dzieciakami. Dajcie proszę znać, czy chcecie, i o czym chcielibyście w takim wpisie przeczytać:)

2 maja, 2023 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

nie wszystko jest kwestią organizacji, czyli o możliwościach

by Paulina 18 kwietnia, 2023

Zacznę banałem. Czasem, przeglądając media społecznościowe, można odnieść takie wrażenie – wszyscy mają czas i energię na wszystko. Oczywiście wszyscy wiemy, że to wyreżyserowany fragmencik rzeczywistości, ale w naszych głowach chłonących te podróże, wymyśle gotowanie, lepienie z ciastoliny DIY z dziećmi i angażujące treningi, zasiewa się to ziarenko, że wszystko jest możliwe, a wszystko jest, za przeproszeniem kwestią organizacji.

Na mnie zawsze najbardziej działała ta podróżująca część instagrama, moje wrażenie było takie, że wszyscy ciągle coś zwiedzaaaaaaająąąąąą, dlaczego oni mogą a ja wciąż mam tyle ograniczeń. Pewnie dlatego, że podróżowanie to był taki mój plan na życie, gdy byłam nastolatką. Szalenie mnie pociągało włóczęgostwo, jakaś praca w terenie, pomieszkiwanie to tu, to tam. Ostatecznie spotkałam najwspanialszego faceta na świecie i postawiliśmy na stabilizację i rodzinę, nie żałuję, jestem szczęśliwa. Ale otwarcie jednych drzwi zamyka inne, po prostu. W życiu, jakie wybrałam, podróże są bardzo ważnym, ale jednak dodatkiem. Nie da się jednocześnie zapuścić korzeni i skakać z miejsca na miejsce.

Te możliwości, które teraz są, to niemiły pozór. „Możesz wszystko” i „sky is the limit”, budują jakąś koszmarną presję i są w gruncie rzeczy szalenie frustrujące. Skoro jest tyle możliwości w życiu, i wszystkie są takie wspaniałe, to ciężko wybrać jedną drogę. Bo być może inne będą atrakcyjniejsze. A dopóki nie zdecydujemy się na jedną rzecz, dopóki nie otworzymy jednych drzwi (zamykając inne), stoimy bezsensownie w korytarzu, nie wybierając niczego i nie wchodząc do żadnego z pomieszczeń.

Jest jeszcze, chyba nawet naukowo zbadany, żal za podjętą decyzją, że może ta druga opcja była lepsza. (u dzieci przybiera on silniejszą formę. Chcę zupę ogórkową. Proszę, to twoja ogórkowa. Nie chcę ogórkowej, chcę pomidorową!!!!)

FOMO to nie tylko lęk, że coś nas ominie w internetach. Znacie to uczucie po obejrzeniu świetnego filmu i sprawdzeniu całej filmografii reżysera czy aktora? Jeju, kiedy ja to wszystko obejrzę! Albo na wakacjach? Nie zdążyłam zobaczyć tylu miejsc w okolicy. I jeszcze, jest tak pięknie, że dobrze byłoby tu wrócić, ale przecież tyle innych pięknych miejsc czeka na odkrycie. Zawrót głowy w księgarni. Sprawdzanie listy i programów festiwali, na które można by pojechać… Możliwości, możliwości, wszystkie takie wspaniałe, że aż z żadnej porządnie nie skorzystam.

Jest coś pociągającego w dawnych czasach i małych miejscowościach, z życiem z mniejszymi możliwościami, ale jakże innym spokojem. Nie jest szkoda czegoś, co przynajmniej potencjalnie nie jest w zasięgu.

Oczywiście mam świadomość, że cała masa mieszkańców tych małych, spokojnych miejscowości, oddałaby wszystko, za nasze możliwości i brak ograniczeń. Możliwości to piękna rzecz. Ale nieuniknioną i oczywistą konsekwencją możliwości wyboru jest to, (i na tym też wybór polega), że jeśli wybieramy coś jednego, to nie wybieramy czegoś innego. A te wszystkie rzeczy, które „przecież nie wymagają od nas wielkiego wysiłku i jakoś strasznie dużo czasu”, jak wybranie się na targ lub do kooperatywy po warzywa, regularne ćwiczenia, czy szybkie przetarcie kurzu, też się sumują i też zajmują ostatecznie mnóstwo czasu i energii.

Dlatego nie da się w jednym czasie pracować, zajmować się dziećmi, gotować, ćwiczyć, rozwijać pasji i talentów, działać społecznie czy ekologicznie. I wbrew pozorom, to może przynieść ulgę: ok, w tym momencie jestem na przedstawieniu w przedszkolu, więc nie wymyślę nowej strategii sprzedażowej. Teraz robię ważne tabelki w excelu, więc nie poczytam tej fascynującej książki (ale tez nie poscrolluję sobie. Jeśli scrolluję, to nie pracuję). Jedna rzecz w jednym czasie. To wyzwalające, kojące i koniec końców bardziej efektywne niż tzw multitasking. Gdy układam puzzle z dzieckiem z jednym okiem gdzieś w telefonie, jedną myślą planując obiad na jutro, a drugą myśląc co napisać w mailu do tego trudnego klienta, to w gruncie rzeczy wszystko na tym traci.

W optymalnej sytuacji życiowej raczej udaje mi się żonglować moimi zasobami czasowymi i energetycznymi tak, żeby zachować względną równowagę między pracą, rodziną a sobą. Ale przychodzą też takie okresy, kiedy wszystko się zaburza, tak jak ostatnio u mnie – w styczniu wyszliśmy ze szpitala i początek roku był totalnie skupiony na piłeczce z napisem rodzina, i wszystko inne musiało się podporządkować. Luty i marzec był przeciążony sprawami zawodowymi i siłą rzeczy miałam mniej czasu na moje prywatne rozrywki, czy fajny, rodzinny czas. W kwietniu jest trochę spokojniej, więc staram się nadrobić jedno i drugie. Chociaż nie. Nie nadrobić, bo czas i uważność to nie jest coś co się nadrabia – po prostu świadomie przekierować uwagę na siebie – takie wielowymiarowe dbanie o siebie, i na rodzinę, na miły czas razem, wcale niekoniecznie specjalnie ekscytujący, po prostu autentycznie wspólny, bez rozpraszenia pracą czy martwieniem się o zdrowie. Wiem, że mam wspaniały dom, moje miejsce na ziemi, więc nie spędzę życia na włóczędze z miejsca na miejsce. Wiem, że gdy mam szalony czas w pracy, nie będę sobie popołudniami chodzić do
kina i eksperymentować w kuchni. Gdy mam chore dziecko, zrobię w pracy
minimum i nie będę robić codziennie godzinnego treningu. A gdy siedzę na trawie i słucham szalonego wiosennego chóru ptaków, i wwąchuję się w fiołki i kwitnące mirabelki, to właśnie to robię i nic innego.

Są takie możliwości, których realizacja musi poczekać na odpowiedni moment, są takie które możliwościami pozostaną. Trochę czasem szkoda tych niezrealizowanych, ale naprawdę uwalniająca jest świadomość, że wbrew super popularnym hasłom, wcale nie możesz wszystkiego. I nie musisz wszystkiego. Świat da sobie radę bez Ciebie.

18 kwietnia, 2023 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieciństwo unpluggedjak odpoczywaćlubelszczyznamój styl podróżniczypodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemwiosna

Polesie z dziećmi, czyli tradycyjna wycieczka inaugurująca sezon

by Paulina 26 marca, 2023

 

wycieczka do poleskiego  parku narodowego 
 
To już nasza wycieczkowa tradycja się zrobiła. Kolejny rok na pierwszą wycieczkę w sezonie wyruszamy do Poleskiego Parku Narodowego. Wyruszamy w szarość i burość podbitą cudownym, coraz mocniejszym słońcem. Wyruszamy w błoto, w zeszłoroczne liście, w suche badyle. I to marcowe Polesie, z tą szarością, burością i badylami i błotem, jest takim uosobieniem wszystkiego, co najwspanialsze w nadchodzącym sezonie. Słońce, rowery, ptaki, tropy zwierząt, piknik. I powietrze jakieś inne, natlenione, odżywcze, świeże.
Pojeździliśmy, łowiliśmy słońce, wwąchiwaliśmy się w tę świeżość przedwiosenną. Zrobiliśmy miły piknik nad wodą. A woda migotała, odbijała promienie słońca i niebieskie niebo. Listki rosły, bociany i żurawie wracały do swoich gniazd, bobry ścinały młode drzewka. Odbywało się całe to cudowne, wiosenne zamieszanie, które daje taki spokój.
Przeczołgała mnie ta zima. Ale warto było ją przeżyć dla tego końca marca, gdy wszystko przed nami, małe weekendowe wypady, kilkugodzinne wakacje, zastrzyki z naturą. Leczy mi ta perspektywa wszystkie kryzysy.
 

niby suche badyle, ale w tym świetle zyskują inny wymiar

polesie rowerami z dziecmi

wrzucanie do wody kamyczków i patyków, ciągle w czołówce ulubionych zabaw

człowiek fotowoltaiczny

26 marca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomój stylrozmyślaniaslow lifestylewiosnazmysły

jak zrobić sobie wiosnę

by Paulina 20 marca, 2023

Już niedługo. Już niedługo. Zawsze czekam na wiosnę, ale w tym roku jestem na prawdziwym głodzie słońca, nie mogę sobie znaleźć miejsca.

A to jest ten moment. Nie wiem, jak Wy (choć przeczuwam, że jest nas więcej), ale ja średnio od połowy lutego jestem jedną wielką potrzebą odnowy wszelakiej. Od diety i stylu życia, po drobne remonty (chociaż po roku 2021 tych ostatnich wciąż z taką lekką powściągliwością;) )

Wiadomo, że pod koniec lutego (a wtedy zaczynałam pisać ten tekst) do prawdziwej wiosny jeszcze trochę, i dzieli nas od niej zazwyczaj parę śnieżyc i trochę lodowatych wichur, oraz cała masa błota, ale ta zwiększona ilość światła działa prawdziwe cuda. Chociaż, tak jak pisałam już kiedyś, to ten rodzaj światła bezlitośnie obnażające wszelkie zimowe zasiedziałości. Co motywuje bardzo bardzo.

Ja w każdym razie z dziką radością rzucam się na młode listki, kiełki i ziołowe herbatki, a serowe zapiekaneczki nieco tracą na atrakcyjności. Kombinuję z mrożonkami, piję koktajle, śnię o truskawkach i odczuwam fantomowe zapachy pomidorów. Dobrze mi się ćwiczy ostatnio, nie zawsze niby się chce, ale już przestałam na to zwracać uwagę. Jeśli mam czas, po prostu wyciągam sportowe buty i robię trening, jeśli mam mniej czasu, robię choćby 20 minut jogi.

Dom wiosenny

Mamy w salonie duże okna i teraz popołudniami wreszcie widać na ścianach plamy światła i grę cieni, totalnie uwielbiam te moment. Nawet jeśli są to błyski krótkie i przetykane burzami śnieżnymi.

Dlatego robimy porządki. To pewnie starość, ale znajduję w tym coraz więcej przyjemności. Zwłaszcza teraz, przy tym świetle, aż chce się wyrzucać na balkon te wszystkie poduchy z kanapy, prać narzuty i poszewki, odświeżać dywany. Dzielę sobie te wiosenne wielki porządki na mniejsze akcje. Rozpisuję, dość szczegółowo, co jest do zrobienia i robię, nie czekając na sobotę, czy inny wolny dzień na sprzątanie od rana do nocy. Czasem wystarczy wolne pół godzinki, np na przejrzenie leków i zebranie tych przeterminowanych, a już jedną rzecz można sobie wykreślić z listy:). Innym razem jest to porządek w szufladzie ze skarpetkami i rajstopami, a jeszcze kiedy indziej przejrzenie książek i zdecydowanie, do których nie będziemy wracać. A jednocześnie nie robię z tego zawodów, to nie jest kolejne „muszę to zrobić pilnie”, gdy mam dużo pracy, jestem zmęczona, albo po prostu mi się nie chce (co jest równie częste jak energetyczne zrywy, w końcu przesilenie i w marcu jak w garncu;) ), odpuszczam, uporządkowana przestrzeń jest dla mnie, nie ja dla niej.

Potem okna. Absolutnie nie jestem maniaczką w temacie, ale na wiosnę zdecydowanie, umyte okna robią różnicę. Myślałam tu o jakiejś
profesjonalnej pomocy, ale mąż zapowiedział, że będzie bohaterem w
naszym domu.

Jak już trochę ogarniemy, zmieniamy poszewki na poduszki w salonie. To chyba najprostszy, najszybszy i najbardziej efektowny sposób na zmianę klimatu w pomieszczeniu. Korzystam z przyjemnością:D

 

Uwielbiam moment zmiany płaszcza z zimowego na lżejszy

Ubrania

To jest ten moment, kiedy robię pierwszą delikatną sezonową wymianę w szafie. Lubię mieć w zasięgu te ubrania, w których autentycznie w danym czasie chodzę. Marzec jest momentem, kiedy chowam najgrubsze swetry, ciepłe, wełniane spódnice, i wyciągam trochę lżejsze sukienki. No i przy okazji robię mały przegląd, i trochę ubrań wystawiam na vinted (znajdziecie mnie pod nickiem Odpoczywalnia) a trochę wrzucam do kontenera PCK. Lubię te wiosenne porządki ubraniowe, dają mi takie świeże spojrzenie na szafę i w ogóle moje ubieranie się.

Zapachy wiosny

Wysiewamy rzeżuchę. Ten charakterystyczny zapaszek daje ten sam efekt, co zapach świerku i pierniczków przed Bożym Narodzeniem. Domowy chleb z masłem i rzeżuchą, do przegryzania jajeczka na miękko jest dla mnie smakiem zapowiadaczem wiosny i Wielkanocy. I z powodu tych miłych powiązań właśnie, zostawiamy sobie akurat te kiełki na przedwiośnie, żeby nam się przyjemnie kojarzyło.

Wszędzie stają kwiaty. Rozkwitające hiacynty, żonkile i tulipany, pierwsze gałązki forsycji. Za chwilę cudowne bukieciki fiołków od dzieci. Czy może być coś bardziej oczywistego?

Zmieniam mieszankę olejków eterycznych w nawilżaczu. W zimie używamy mieszanki czerech alchemików Klaudyny Hebdy, teraz najczęściej pachnie Spokój, ale będę jeszcze szukać czegoś zielono-cytrusowo-drzewnego.

Mam wielką nadzieję na przedwiosenną wycieczkę, w jeszcze mocno bury i niepiękny świat, ale świat, który cały aż tętni życiem buzującym podskórnie, o którym wiemy i czujemy, że to życie zaraz tak buchnie, że zakręci nam się w głowach. Niech się przedrze tylko to słońce na więcej dni.

Już niedługo. Już niedługo. 

20 marca, 2023 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmigórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady z dziećmi. Zima nie-zima w Baligrodzie.

by Paulina 2 marca, 2023

bieszczady zima

 

Znowu Bieszczady. To miały być tradycyjne góry noworoczne, ale zdrowie pokrzyżowało nam plany. Bardzo się cieszę, że wyjazd udało się przesunąć, i w lutym zawitaliśmy na naszych ukochanych bieszczadzkich szlakach.

Tym razem trafiliśmy do Baligrodu, nadleśnictwa trochę na uboczu od najbardziej uczęszczanych szlaków i w związku z tym z większymi szansami na spotkania z fauną. Śnieg topniał dość dramatycznie, zresztą nawet w dniu przyjazdu padał całkiem solidny deszcz (lubimy deszcz w górach, ale niekoniecznie zimą;) ), a termometry pokazywały wiosenne 8 na plusie, co nie napawało optymizmem w kwestii wędrówek, o nartach nie wspominając. Ale nie zrażaliśmy się za bardzo. Jak pisałam ostatnio, gór potrzebowałam już bardzo mocno i brak pięknej śnieżnej pokrywy nie wpływał na tę potrzebę specjalnie.

To był błotnisty górski wypad, i z przygodami. Wezbrane rzeki nie raz komplikowały nam wycieczki. Czasem trzeba było iść mocno naokoło, i z małego spacerku robiła się konkretna (i błotnista) wycieczka. Wyżej w górach śniegu zostało całkiem sporo, i, na nieprzetartych, zupełnie bezludnych, szlakach zapadaliśmy się po kolana i głębiej. 

Ostatecznie skorzystaliśmy bardziej, niż można by się spodziewać. Było niemal wszystko, czego można chcieć podczas zimowego wyjazdu w Bieszczady. Wycieczki, liczne ślady zwierząt (nawet tych naprawdę dużych), przygody, popołudniowa sauna. Trochę wyżej śnieg, skrzący się cudnie w zimowym coraz silniejszym słońcu, nawet jeden dzień nart się udał. No i wędrówka górska, za którą tak się stęskniłam, a która niezmiennie działa cuda na głowę.

Zobaczcie, całkiem malowniczo, jak na górskie przed-przed-wiośnie.

dziewczyny na połoniny!

wspominałam o błotku?

a tu największa jodła w Polsce, Lasumiła, potrzebne były wszystkie nasze wyjazdowe dzieci, żeby ją objąć

przygody przygody

a wyżej całkiem miłe zimowe krajobrazy

gruba, dobrze zaimpregnowana tłuszczem i woskiem skóra w butach, i skarpety po takim spacerku suche

ktoś się już obudził

2 marca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowania

2022. podsumowanie

by Paulina 10 stycznia, 2023

Tak sobie myślę o tym minionym roku, że chociaż wojna, chociaż kryzys i zakończenie z przytupem w szpitalu, to nie myślę o nim źle. Nie wiem, czy tak silnie działa u mnie mechanizm wyparcia i wspomnienia u mnie takie różowe, ale fakty są takie, że dobrze zapamiętam 2022.

Zapamiętam, że po raz kolejny bardzo mocno, i brutalnie dotarło do nas, że ciepły i bezpieczny dom to nie jest oczywista oczywistość, tylko ogromne, ogromne szczęście.

Tym bardziej, że po ostatkach remontowych zadomowiliśmy się na dobre w naszym nowym wspaniałym mieszkaniu, urządziliśmy i umościliśmy, zbrataliśmy się z sąsiadami ( wspaniałą sprawą jest wpadać do siebie w kapciach po cebulę albo na wino).

I to, że dzieci mamy już takie duże i mądre, chodzą same do szkoły, wychodzą same na dwór, a wspólnie gramy sobie w planszówy i generalnie jest nam sympatycznie ze sobą.

Podróże też zapamiętam, to był rok paru spełnionych marzeń. Zaczęliśmy, a jakże, w Bieszczadach, początek roku w górach ustawia życie w najlepszy możliwy sposób. Była cudowna, lutowa Sycylia, na przełamanie ponurej późnozimowej aury w Polsce. Były wymarzone letnie Dolomity. I wypad do Wiednia tylko we dwoje, pierwszy odkąd jesteśmy rodzicami. I było trochę polskich dróg i bezdroży, Śląsk, Kaszuby, Góry Słonne.

I to, że poza tym, udało się trochę zwolnić. Na nowo odkryłam, jakie cudowne są leniwe popołudnia bez planów, miłe wieczory bez pracy i spokojne weekendy domowo spacerowe.

A końcówka roku, to wielka oda do zdrowia. Przeczołgało nas solidnie, było poważnie, i teraz dochodzimy do siebie. Ale, jesteśmy na najlepszej drodze, nawet jeśli to jeszcze długa droga.

Najlepszego w nowym roku!

 

Buongiorno Sicilia!

trekking etna
trekking na Etnie

PUF

cannoli, jakie to jest dobre!

cudowne polskie przedwiośnie

homo solaris z naładowanymi bateriami

błotko

Beskid Śląski

i nasze wąwozy podlubelskie

komunista ze starymi

wycieczka połączona z przeprawą przez Wisłę

dolomity z dzieckiem
Dolomity!

dzieci w górach

dzieci w dolomitach

katedra w Bolzano

maliny przy szlaku

i Kaszuby

mimozami jesień się zaczyna…

Szczerbatek na torcie autorstwa wuja

zupa na wycieczce. Zaopatrzyliśmy się z termosy i nasz repertuar pikników jesiennych bardzo na tym zyskał

Las jesienią. Uwielbiam.

Góry Słonne

Turnicki Park Narodowy, którego formalnie ciągle nie ma

Las listopadowy. A w domu ciacho drożdżowe.

tradycyjne ciastka dla Mikołaja

10 stycznia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniaświętawdzięczność

zdrowych, spokojnych…

by Paulina 25 grudnia, 2022

To będzie bardzo osobisty wpis. Jest Boże Narodzenie, a ja piszę do Was, a może do siebie,
te słowa patrząc na kroplówkę spływającą miarowo do żyły mojego dziecka. Jeden
z bardziej przejmujących widoków jakie może sobie wyobrazić rodzic. 

Już jesteśmy na dobrej drodze, wygląda na to, że najgorsze za nami, ale pewnie trochę czasu tu spędzimy.

W tym wszystkim, gdy niebezpieczeństwo minęło, ogarnęło mnie uczucie
ogromnej wdzięczności. To standardowe objawienie spłynęło, które zawsze spływa
w takich momentach, „szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż
się zepsujesz”. To objawienie, jak dużo mamy na co dzień, gdy wstajemy rano z
łóżka, otwieramy oczy, gdy na sprawnych nogach idziemy do łazienki i kuchni,
sprawnymi rękami szykujemy śniadanie. Że działają nam płuca, żołądki i nerki. I
dzieci. Jak wielką wygraną na loterii jest każdego dnia obserwowanie zadowolonego
(lub naburmuszonego) dzieciaka, który, też na tych sprawnych nóżkach do tej
kuchni idzie i to śniadanie trafia do jego dobrze działającego przewodu
pokarmowego. W zasadzie, jakby spojrzeć na te organizmy, ile tam jest elementów,
większych i drobniejszych, które potencjalnie mogłyby przestać działać, to aż
nie mieści się w głowie i wydaje się jakimś totalnym cudem, że na co dzień tych funkcjonujących
organizmów w naszej rodzinie jest aż pięć.

I druga rzecz. Ilość ciepła, życzliwości i dobroci, jaka na mnie
spłynęła w ostatnich dniach, była aż oszałamiająca. Dostałam masę wsparcia, duchowego i bardzo namacalnego, które pokazało ile mam
wspaniałych, kochających ludzi wokół siebie. A to jest szalenie budujące i dające poczucie sensu, no i podbijające tę moją wdzięczność zupełnie w kosmos. A do tego, poza tym osobistym poczuciem spełnienia, mam taki krzepiący wniosek, że jako ludzkość, może
nie jesteśmy takim znowu najgorszym gatunkiem. Jesteśmy solidarni,
empatyczni i życzliwi.

 Mamy Boże Narodzenie.
Nie jest mi wesolutko, zamiast dzwoneczków i kolęd słychać cichy świergot pompy
kroplówkowej. Zamiast miłych światełek choinkowych mamy kable aparatów
medycznych, zamiast dzielenia się opłatkiem i odpinania guzików w pasie po
kolejnej porcji karpika, daję dziecku wody przez rurkę i namawiam na kawałek
sucharka.

Ale wiecie co. Mam tu cholernie dużo prawdziwej esencji tych
Świąt. Mam miłość i dobroć, mam bliskich blisko – chociaż nie fizycznie, to
czuję tę bliskość bardzo mocno. Mam wdzięczność i nadzieję. A o tym właśnie są te Święta. O nadziei na to co będzie i o wdzięczność za to, co jest. Chodzi o miłość i dobroć i bliskich.

Wszystkiego dobrego!

 

25 grudnia, 2022 5 komentarzy
1 FacebookTwitterPinterestEmail
domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry