Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmigórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady z dziećmi. Zima nie-zima w Baligrodzie.

by Paulina 2 marca, 2023

bieszczady zima

 

Znowu Bieszczady. To miały być tradycyjne góry noworoczne, ale zdrowie pokrzyżowało nam plany. Bardzo się cieszę, że wyjazd udało się przesunąć, i w lutym zawitaliśmy na naszych ukochanych bieszczadzkich szlakach.

Tym razem trafiliśmy do Baligrodu, nadleśnictwa trochę na uboczu od najbardziej uczęszczanych szlaków i w związku z tym z większymi szansami na spotkania z fauną. Śnieg topniał dość dramatycznie, zresztą nawet w dniu przyjazdu padał całkiem solidny deszcz (lubimy deszcz w górach, ale niekoniecznie zimą;) ), a termometry pokazywały wiosenne 8 na plusie, co nie napawało optymizmem w kwestii wędrówek, o nartach nie wspominając. Ale nie zrażaliśmy się za bardzo. Jak pisałam ostatnio, gór potrzebowałam już bardzo mocno i brak pięknej śnieżnej pokrywy nie wpływał na tę potrzebę specjalnie.

To był błotnisty górski wypad, i z przygodami. Wezbrane rzeki nie raz komplikowały nam wycieczki. Czasem trzeba było iść mocno naokoło, i z małego spacerku robiła się konkretna (i błotnista) wycieczka. Wyżej w górach śniegu zostało całkiem sporo, i, na nieprzetartych, zupełnie bezludnych, szlakach zapadaliśmy się po kolana i głębiej. 

Ostatecznie skorzystaliśmy bardziej, niż można by się spodziewać. Było niemal wszystko, czego można chcieć podczas zimowego wyjazdu w Bieszczady. Wycieczki, liczne ślady zwierząt (nawet tych naprawdę dużych), przygody, popołudniowa sauna. Trochę wyżej śnieg, skrzący się cudnie w zimowym coraz silniejszym słońcu, nawet jeden dzień nart się udał. No i wędrówka górska, za którą tak się stęskniłam, a która niezmiennie działa cuda na głowę.

Zobaczcie, całkiem malowniczo, jak na górskie przed-przed-wiośnie.

dziewczyny na połoniny!

wspominałam o błotku?

a tu największa jodła w Polsce, Lasumiła, potrzebne były wszystkie nasze wyjazdowe dzieci, żeby ją objąć

przygody przygody

a wyżej całkiem miłe zimowe krajobrazy

gruba, dobrze zaimpregnowana tłuszczem i woskiem skóra w butach, i skarpety po takim spacerku suche

ktoś się już obudził

2 marca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowania

2022. podsumowanie

by Paulina 10 stycznia, 2023

Tak sobie myślę o tym minionym roku, że chociaż wojna, chociaż kryzys i zakończenie z przytupem w szpitalu, to nie myślę o nim źle. Nie wiem, czy tak silnie działa u mnie mechanizm wyparcia i wspomnienia u mnie takie różowe, ale fakty są takie, że dobrze zapamiętam 2022.

Zapamiętam, że po raz kolejny bardzo mocno, i brutalnie dotarło do nas, że ciepły i bezpieczny dom to nie jest oczywista oczywistość, tylko ogromne, ogromne szczęście.

Tym bardziej, że po ostatkach remontowych zadomowiliśmy się na dobre w naszym nowym wspaniałym mieszkaniu, urządziliśmy i umościliśmy, zbrataliśmy się z sąsiadami ( wspaniałą sprawą jest wpadać do siebie w kapciach po cebulę albo na wino).

I to, że dzieci mamy już takie duże i mądre, chodzą same do szkoły, wychodzą same na dwór, a wspólnie gramy sobie w planszówy i generalnie jest nam sympatycznie ze sobą.

Podróże też zapamiętam, to był rok paru spełnionych marzeń. Zaczęliśmy, a jakże, w Bieszczadach, początek roku w górach ustawia życie w najlepszy możliwy sposób. Była cudowna, lutowa Sycylia, na przełamanie ponurej późnozimowej aury w Polsce. Były wymarzone letnie Dolomity. I wypad do Wiednia tylko we dwoje, pierwszy odkąd jesteśmy rodzicami. I było trochę polskich dróg i bezdroży, Śląsk, Kaszuby, Góry Słonne.

I to, że poza tym, udało się trochę zwolnić. Na nowo odkryłam, jakie cudowne są leniwe popołudnia bez planów, miłe wieczory bez pracy i spokojne weekendy domowo spacerowe.

A końcówka roku, to wielka oda do zdrowia. Przeczołgało nas solidnie, było poważnie, i teraz dochodzimy do siebie. Ale, jesteśmy na najlepszej drodze, nawet jeśli to jeszcze długa droga.

Najlepszego w nowym roku!

 

Buongiorno Sicilia!

trekking etna
trekking na Etnie

PUF

cannoli, jakie to jest dobre!

cudowne polskie przedwiośnie

homo solaris z naładowanymi bateriami

błotko

Beskid Śląski

i nasze wąwozy podlubelskie

komunista ze starymi

wycieczka połączona z przeprawą przez Wisłę

dolomity z dzieckiem
Dolomity!

dzieci w górach

dzieci w dolomitach

katedra w Bolzano

maliny przy szlaku

i Kaszuby

mimozami jesień się zaczyna…

Szczerbatek na torcie autorstwa wuja

zupa na wycieczce. Zaopatrzyliśmy się z termosy i nasz repertuar pikników jesiennych bardzo na tym zyskał

Las jesienią. Uwielbiam.

Góry Słonne

Turnicki Park Narodowy, którego formalnie ciągle nie ma

Las listopadowy. A w domu ciacho drożdżowe.

tradycyjne ciastka dla Mikołaja

10 stycznia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniaświętawdzięczność

zdrowych, spokojnych…

by Paulina 25 grudnia, 2022

To będzie bardzo osobisty wpis. Jest Boże Narodzenie, a ja piszę do Was, a może do siebie,
te słowa patrząc na kroplówkę spływającą miarowo do żyły mojego dziecka. Jeden
z bardziej przejmujących widoków jakie może sobie wyobrazić rodzic. 

Już jesteśmy na dobrej drodze, wygląda na to, że najgorsze za nami, ale pewnie trochę czasu tu spędzimy.

W tym wszystkim, gdy niebezpieczeństwo minęło, ogarnęło mnie uczucie
ogromnej wdzięczności. To standardowe objawienie spłynęło, które zawsze spływa
w takich momentach, „szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż
się zepsujesz”. To objawienie, jak dużo mamy na co dzień, gdy wstajemy rano z
łóżka, otwieramy oczy, gdy na sprawnych nogach idziemy do łazienki i kuchni,
sprawnymi rękami szykujemy śniadanie. Że działają nam płuca, żołądki i nerki. I
dzieci. Jak wielką wygraną na loterii jest każdego dnia obserwowanie zadowolonego
(lub naburmuszonego) dzieciaka, który, też na tych sprawnych nóżkach do tej
kuchni idzie i to śniadanie trafia do jego dobrze działającego przewodu
pokarmowego. W zasadzie, jakby spojrzeć na te organizmy, ile tam jest elementów,
większych i drobniejszych, które potencjalnie mogłyby przestać działać, to aż
nie mieści się w głowie i wydaje się jakimś totalnym cudem, że na co dzień tych funkcjonujących
organizmów w naszej rodzinie jest aż pięć.

I druga rzecz. Ilość ciepła, życzliwości i dobroci, jaka na mnie
spłynęła w ostatnich dniach, była aż oszałamiająca. Dostałam masę wsparcia, duchowego i bardzo namacalnego, które pokazało ile mam
wspaniałych, kochających ludzi wokół siebie. A to jest szalenie budujące i dające poczucie sensu, no i podbijające tę moją wdzięczność zupełnie w kosmos. A do tego, poza tym osobistym poczuciem spełnienia, mam taki krzepiący wniosek, że jako ludzkość, może
nie jesteśmy takim znowu najgorszym gatunkiem. Jesteśmy solidarni,
empatyczni i życzliwi.

 Mamy Boże Narodzenie.
Nie jest mi wesolutko, zamiast dzwoneczków i kolęd słychać cichy świergot pompy
kroplówkowej. Zamiast miłych światełek choinkowych mamy kable aparatów
medycznych, zamiast dzielenia się opłatkiem i odpinania guzików w pasie po
kolejnej porcji karpika, daję dziecku wody przez rurkę i namawiam na kawałek
sucharka.

Ale wiecie co. Mam tu cholernie dużo prawdziwej esencji tych
Świąt. Mam miłość i dobroć, mam bliskich blisko – chociaż nie fizycznie, to
czuję tę bliskość bardzo mocno. Mam wdzięczność i nadzieję. A o tym właśnie są te Święta. O nadziei na to co będzie i o wdzięczność za to, co jest. Chodzi o miłość i dobroć i bliskich.

Wszystkiego dobrego!

 

25 grudnia, 2022 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemlasmój styl podróżniczypodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Góry Słonne i Turnicki Park Narodowy

by Paulina 6 listopada, 2022

góry słonne, gory slonne, turnicki park narodowy, góry z dziećmi

 

Kiedyś rzucało się wszystko i wyjeżdżało w Bieszczady, choć na chwilę, po spokój, po oddech, po koniec świata. Jednak, odkąd robi to pół Polski, główna idea nieco się zdezaktualizowała, dlatego odludnego i dzikiego końca świata trzeba szukać gdzie indziej.

Tak trafiliśmy w Góry Słonne, do Turnickiego Parku Narodowego

Rzuć wszystko i wyjedź w… Góry Słonne?

I to jest moi drodzy ten moment, kiedy cieszę się z małych zasięgów mojego blożka, bo gdybym była dużą influenserką, miałabym duże wątpliwości przed opisaniem tu tego wyjazdu i promowaniu miejsca, którego urok w dużej mierze polega na byciu odludziem. A tak, wątpliwości są znacznie mniejsze;)

Góry Słonne to w zasadzie przedgórze Bieszczad, oficjalnie należą do pasma Sanocko-Turczańskiego, położone są na północ od Soliny, i są takim miksem Bieszczad i Beskidu Niskiego. Jest pięknie, malowniczo, i pusto.

Nie mieliśmy dużo czasu, chodziło o ten oddech od codzienności, o szybkie zachłyśnięcie się dzikością, naturą, widokami i wędrówką, kolory jesienne na zboczach, o płonące na złoto liście buków, o szelest liści dębowych, o sfruwające powoli liście brzóz i grabów. O błyszczące pajęczyny i unikatowe, miękkie, jesienne światło.

Wszystko to w górach Słonnych odnaleźliśmy. Odnaleźliśmy tez specjalną ciszę górsko leśną, ciszę do usłyszenia, gdy przystanie się na chwilę i ustanie cudowny skądinąd, donośny szelest liści. Gdy się przystanie, i jeszcze gdy się zamknie oczy to już w ogóle słychać tylko to powietrze jesienne, przetykane szmerem spadających suchych liści.

Zatrzymaliśmy się u przemiłej Moniki, w domku La Luna di Ropienka. Domek taki właśnie z końca świata, stary, klimatyczny i drewniany, bardzo ładnie urządzony, położony w zasięgu miłych górskich spacerów. A sama Monika, dusza człowiek, karmiła nas iście królewskimi śniadaniami, polecała ciekawe miejsca, opowiadała.

Zobaczcie.

góry słonne

dzieci w górach, trekking z dziećmi, góry słonne z dziećmi, turnicki park narodowy

Szybowisko na Bezmiechowej, fascynujący spetkakl

nasza wersja sali zabaw z kulkami

rzeźby w umarłych drzewach w lesie przy Bezmiechowej

nasza baza, La Luna di Ropienka

i zabawa z gliną tez była

wspinaczka na Kamieniu Leskim

góry słonne, trekking z dziećmi

A o co chodzi z Turnickim Parkiem Narodowym?

Góry Słonne leżą na terenie najdłużej powstającego parku narodowego w Polsce. Według naukowców, najwięcej fragmentów reliktowej puszczy karpackiej w Polsce, znajduje się właśnie tam. 

Za WWF : „To właśnie tu, w sercu Karpat rośnie prawie 6,5 tys. drzew o wymiarach pomnikowych – wiekowych jodeł, buków i jaworów, osiągających wiek nawet 300 lat. O tym, jak jest to cenne przyrodniczo miejsce świadczy ogromna liczba żyjących tu gatunków roślin, zwierząt i grzybów. To wyjątkowa w Polsce ostoja drapieżników takich jak niedźwiedź, wilk, ryś i żbik. Niezwykłym bogactwem projektowanego Turnickiego Parku Narodowego są również ptaki, wśród nich orzeł przedni, orlik krzykliwy, puszczyk uralski, sóweczka, bocian czarny oraz podobnie jak w Puszczy Białowieskiej, wszystkie występujące w Polsce gatunki dzięciołów.  

Tymczasem łącznie w latach 2017-2026 na obszarze projektowanego parku narodowego przewiduje się pozyskanie aż 1,2 mln m3 drewna. To równowartość 15 000 dużych tirów załadowanych po brzegi.”

Piętnaście TYSIĘCY TIRÓW.

Turnicki Park Narodowy nie powstaje, chociaż pierwsze postulaty na ten temat zgłoszono w 1982roku. Zamiast tego  wycina się drzewa spełniające kryteria drzew pomnikowych, niszczy się niezwykle ważne dla ekosystemu strefy przypotokowe i bezlitośnie rżnie całą puszczę.

I to jest ten moment, kiedy żałuję moich małych zasięgów… W każdym razie, polecam Wam zajrzeć na stronę turnickiego parku i może w miarę różnych możliwości spróbować wesprzeć ich działania.

Ochrona drzew jest w interesie nas wszystkich. Bo wiecie, drzewa bez nas poradzą sobie znakomicie, my bez drzew zupełnie nie.

6 listopada, 2022 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckorozmyślaniawychowanie

O wychowaniu. Co u nas działa?

by Paulina 20 września, 2022

 

Zaczął się nam w rodzicielstwie taki przyjemny okres.

Dzieciaki robią się coraz bardziej samodzielne, nie są tak bezwarunkowo zależne od nas. Fajnie się same bawią, czytają, tworzą, same wychodzą na dwór. A jednocześnie trwamy wciąż przed nastoletnim okresem burzy i naporu. Ciągle się przytulają, a jednocześnie nie jest tak, że musimy ich przytulać ciągle.

Gdy były młodsze, nie raz myślałam sobie że wszystkie mądre książki i teorie to wielka ściema, że moje podejście i metody wychowawcze są nieskuteczne, że rodzicielstwo to same dni świstaka a mówienie do dzieci i tłumaczenie im wszystkiego to jak rzucanie grochem o ścianę, bo i tak nic nie dociera.

Teraz – może nie są to sytuacje nagminne – ale coraz częściej zbieramy plony naszych starań. Patrzymy na nich i przybijamy sobie mentalną piątkę, widzimy że te wszystkie dni świstaka jednak przynoszą efekty. A rzucanie grochem o ścianę ma jednak więcej wspólnego z kroplą drążącą skałę.

Ten tekst chciałam skierować głównie do rodziców młodszych dzieci, może czasem, jak ja jeszcze niedawno, wątpiących w sens swoich działań. Ku pokrzepieniu:)

Nie chcę się wymądrzać, to nie będzie tekst typu 5 cudownych metod wychowawczych, albo nie rób tych 8 rzeczy jeśli nie chcesz wywołać trwałej traumy u dziecka. To po prostu luźne uwagi, nasze zachowania, podejście, sposób mówienia, które u nas się sprawdzają, wydają nam się sensowne i w które wierzymy.

Dzieci naśladują zachowania rodziców.

To taka dość wyświechtana zasada i chyba wszyscy o niej słyszeli. Ale warto ją mieć cały czas z tyłu głowy – że jesteśmy dla swoich dzieci wzorcami zachowań wszelkich, dobrych i złych. Dzieci chłoną je zupełnie bezwiednie. Nasiąkają tym, jak zwracamy się do siebie i rozwiązujemy problemy, jak mówimy o innych, jak okazujemy radość i niezadowolenie, naszym podejściem do zasad i prawa, tym, jak spędzamy czas, jakie mamy nawyki, czy próbujemy nowych rzeczy i tak dalej. To jest niesamowite patrzeć jak czasem dzieci zmieniają się w nasze kopie – jak coś tłumaczą używając dokładnie naszych argumentów czy wręcz sformułowań.

To taka strasznie prosta zasada i cholernie skuteczna, a do tego świetnie motywująca do pracy nad sobą.

Mamy prawo do różnych emocji. 

Wszyscy mamy prawo, do wszystkich emocji, bo wszyscy i tak je odczuwamy. Jeśli czujemy złość, ale starannie ją ukryjemy to ona nie zniknie – co najwyżej przepoczwarzy się w ból głowy, niekontrolowany płacz albo brak cierpliwości. U nas panuje zasada, że każdy ma prawo odczuwać najróżniejsze stany, ale pracujemy nad tym, żeby zachowania z nich wynikające nie krzywdziły innych. Mówimy o tym, co czujemy – to pomaga wszystkim, zarówno odczuwającemu jak i całej reszcie. Nazywanie tego, co czujemy przynosi jakiś rodzaj ulgi, no i otwiera na ewentualną rozmowę. Rozumiemy też, że zbyt dużo intensywnych (nawet pozytywnych) emocji może skutkować awanturką, a mając takie zrozumienie łatwiej jest takową przetrwać.

Aha, i Rodzice też mają to prawo. Podkreślam to bo często mówi się w tym kontekście tylko o dzieciach – „pozwól dziecku poczuć emocje”. Sobie też pozwólmy, to działa tak samo i u dzieci i u dorosłych. A do tego nawiązując do poprzedniego punktu – dzieci widzą nas jak przeżywamy smutek, złość, czy radość. Tym sposobem nawet mając po kilka lat nasze dzieci mówiły wprost: „jest mi smutno, chcę się przytulić”, „jestem zły, chcę pobyć sam”. Wiecie, to bardzo działa i bardzo usprawnia wspólne życie.

Rodzic też człowiek

Odkąd jestem mamą, odnoszę wrażenie, że takiej ogólnej narracji, przynajmniej w Polsce, cała uwaga w rodzinach kierowana jest na dzieci. Zaczyna się w ciąży – najlepiej, żeby kobieta położyła się (na lewym boku!), jadła kleik i słuchała Mozarta. Potem jest tylko lepiej – dziecko ma mieć odpowiednie rozrywki, odpowiednie posiłki, odpowiednie buty, odpowiednio rozwojowe książki, stymulowanie, wyciszanie, szanowanie ich granic… A gdzie granice rodziców? Rodzice też potrzebują wyciszenia, ciekawych rozrywek, posiłków, książek i butów! Ciekawie o tym pisze Mataja, zwłaszcza w kontekście porównywania tego jak się wychowuje dzieci teraz i jak wychowywani byliśmy my. Zresztą, to znowu sprowadza się do prostej zasady – jeśli chcemy żeby dzieci nas szanowały, szanujmy sami siebie. „Teraz jem, pomogę ci jak skończę” „Teraz nie, pobawimy się jak wypijemy kawę”.

Przytulanie zawsze działa pozytywnie.

… jak mawiał pewien sympatyczny Miś z książki Przemysława Wechterowicza. Tulimy się dużo, wszyscy. Są przytulasy smuteczkowe i szczęśliwe. Przytulanie wycisza, poprawia nastrój, daje poczucie bezpieczeństwa, wzmacnia. W ogóle zresztą dotyk jest w wychowaniu bardzo ważny – smyranie po pleckach, masowanie, przepychanki, turlanie się.

Nie dziamdziamy. 

No dobra, czasem dziamdziamy, ale to chyba bardziej dla siebie, żeby z siebie wyrzucić wszystko. Czasem sobie pogadam, ale bez nadziei na to, że zostanę wysłuchana, bo generalnie mamy świadomość, że do dzieci zwyczajnie nie docierają przydługie kazania. Zdarzyło mi się po płomiennej mowie o znaczeniu porządku w naszym życiu usłyszeć np „mamo, a z jaką prędkością pływają orki?”. Dlatego, nie mówię „znowu zostawiłeś skarpetki na podłodze! naucz się wreszcie wyrzucać je do brudów, ja i tak je piorę i susze i składam przestańcie mnie traktować jak służącą nie będziecie mieć w końcu czystych skarpet z gołymi stopami będziecie chodzić robaki ci się zaplęgną w tym pokoju niedługo”ufff… Zamiast tego stawiam na maksymalnie uproszczone komunikaty, „na podłodze leżą brudne skarpety Iskry” „Wilczku, miska po jaglance”. Ograniczam się do suchych faktów, to jakoś bardziej dociera do umysłów całych pochłoniętych Asterixem i Obelixem albo życiem ssaków morskich.

Ograniczamy decyzyjność

Wszyscy znamy te dylematy w sklepie przed lodówką z serkami i rozterki, który by tu wybrać żel pod prysznic. Oraz długie godziny w poszukiwaniu butów idealnych w internecie. Wybór bywa przekleństwem, już o tym wiemy wszyscy, od czasów fredrowskiego osiołka. Dla dzieci też, jeszcze bardziej ich to obciąża. Dużo się mówi o tym, że dzieci potrzebują decyzyjności, że to ważne żeby samodzielnie dokonywały wyborów, ale czasem dla kilkulatka jest tych decyzji do podjęcia zwyczajnie za dużo. Co chcesz na śniadanko, Co dziś założysz, Na który chcesz iść plac zabaw, którą książę czytamy, z kim dzisiaj zasypiasz. I tak dalej. Decyzyjność bywa fajna, wzmacnia poczucie sprawczości, ale jej nadmiar jest zwyczajnie bardzo obciążający i męczący. Dlatego, jeśli dajemy wybór, to ten zamknięty (np dwie bluzki do wyboru zamiast pytania w co chcesz się ubrać)

Nauka sprawczości. Pozwalamy próbować 

Pisałam już o tym, że jest taka prosta zasada – jeśli chcemy żeby dziecko było samodzielne i odważne, trzeba pozwolić próbować. Niech włażą na drzewa, niech wspinają się na drabinki, niech zjeżdżają rowerem z górki. Niech się nawet czasem skaleczą, nabiją guza, zedrą kolano. W końcu „jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. Ja tez mam wtedy duszę na ramieniu i różne makabryczne wizje przed oczami. Stoję obok, cała spięta i w razie czego gotowa, do łapania, ratowania i przytrzymywania, ale się powstrzymuję – żadnych komentarzy, żadnych samospełniających się „zaraz spadniesz” i „nie tak szybko bo się wywrócisz”. Ewentualnie stwierdzenie faktów „ta górka jest stroma, rower się rozpędzi”, „pamiętaj że jesteś wysoko”.

Granice

Stawiamy granice. Są pewne zasady, których trzeba przestrzegać i tyle. To my jesteśmy dorośli i my musimy podejmować te decyzje o nie kupieniu jakiejś zabawki, o odmowie słodycza przed obiadem itd. Czasem sprawiamy im w ten sposób przykrość – którą przyjmujemy i rozumiemy, „Rozumiem, że jest ci przykro, ale i tak się nie zgadzam”.

Grzeczność

Ja wiem, że teraz dużo się mówi w kontekście grzeczności, że jest przestarzała, że to łamanie charakteru dziecka, i że w ten sposób tworzy się potulnych ludzi bez własnego zdania, nie potrafiących bronić siebie, a w ogóle to czym konkretnie ta grzeczność jest. Sama bardzo nie lubię określania dzieci (zwłaszcza małych), że są grzeczne lub nie – bo np płaczą. Ale chodzi mi może bardziej o uprzejmość, szacunek dla innych. Staramy się pokazać naszym dzieciom, że oczywiście mają prawo do swoich emocji, czy do odmowy, ale niekoniecznie trzeba być chamowatym. Zazwyczaj można pozostać w zgodzie ze sobą, bez sprawiania przykrości. Czyli przykładowo nie muszą dawać buziaczków na powitanie, ale mają powiedzieć dzień dobry.

Konsekwencja, czyli nie rzucamy słów na wiatr

Jak obiecujemy, to robimy wszystko żeby dotrzymać słowa. Jeśli umawiamy się plac zabaw z rakietą po szkole, to idziemy, nawet jeśli kanapa wzywa. Jak mówimy, że to ostatni zjazd na zjeżdżalni, to też się tego raczej trzymamy. Nie grozimy ani nie obiecujemy czegoś, czego nigdy nie chcieliśmy spełnić. Zdarza się czasem rzucić coś w stylu „kiedyś wejdę z miotaczem ognia do tego pokoju”, albo zgodzić się na ten już teraz naprawdę ostatni zjazd, ale generalnie po prostu traktujemy dzieci jak rozumne istoty, które kumają co się
do nich mówi, i które właśnie uczą się tego, że to, co się mówi, ma
znaczenie.

Przyznajemy się do błędów

Jak już wspomniałam, rodzic też człowiek, popełniamy błędy. Czasem się krzyknie za bardzo, czasem nie uda się dotrzymać obietnicy, czasem powie się o słowo za dużo, czasem źle oceni sytuację. Zdarza się, bierzemy to na klatę, przepraszamy, proponujemy rozwiązanie. To ważne dla dzieci, bo pokazuje, że traktujemy ich poważnie, że nie jesteśmy doskonali, no i daje dobry przykład:)

Zauważanie, czyli jak mądrze chwalić

Dzieci są jedną wielką potrzebą dostrzeżenia, zwłaszcza gdy jest ich więcej i muszą o to zauważenie konkurować jeszcze między sobą. Mamo patrz, mamo zobacz, mamo widzisz mnie? Patrzę, widzę. I mówię to, co widzę. Niekoniecznie od razu oceniająco, niekoniecznie o, jaki piękny rysunek, jeju jak ślicznie tańczysz, ach jak wspaniale jedziesz na nartach. Raczej o, jak szczegółowo narysowałeś tego smoka, lubię patrzeć jak tańczysz, widzę że coraz sprawniej idzie ci szusowanie. Czasem wystarczy zwykłe „widzę cię”, „patrzę jak robisz fikołka”. Bo tu chodzi właśnie o dostrzeżenie bez oceny, żeby dziecka od naszych pochwał nie uzależnić.

Dużo czasu razem w naturze

To punkt dość oczywisty z mojej perspektywy;) Wspólny czas na świeżym powietrzu zwyczajnie sprawia nam mnóstwo radochy. Ale też wspaniale integruje, stwarza przestrzeń na zupełnie inne rozmowy niż na co dzień, między lekcjami a obiadem. Wspólna uważność tworzy zupełnie nową jakość w relacjach, a wspólny zachwyt nas światem uczy się tym światem zachwycać a to tworzy fajną bazę do życia pełnego radości i pasji.

Uff. Jest tego trochę, ale myślę, że większość tych zasad dałoby się sprowadzić do wzajemnego szacunku po prostu.

Nie jesteśmy idealni, nasze dzieci też nie są. Wciąż często bywa tak, że nie wiemy, jak sobie poradzić, jak zareagować w tej, konkretnej sytuacji, ale jest dobrze, widzimy że idziemy w dobrym kierunku, i zwyczajnie lubimy być rodzicami naszych dzieci.

 

 

I wiecie, jeszcze Wam dodam, że mam ten post wstępnie napisany od
jakiegoś czasu, ale ilekroć do niego siadałam, dzieciaki były… hmmm…
powiedzmy, że pokazywały nam, że w kwestii wychowania jeszcze długa
droga przed nami;) Takie lekcje pokory w temacie:)

20 września, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakcodziennośćdzieciństwo unpluggedlatolubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczynamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

lekki był i cygański taniec sierpnia

by Paulina 4 września, 2022

Ach sierpniu, sierpniu.

Ależ mi ten miesiąc wzrusza serce. 

Sierpień smakuje i pachnie jabłkami, niewielkimi, o białym miąższu i cudownej różowawo słomkowej skórce. I cukinią, papryką (najchętniej pieczoną w piecu chlebowym na wsi u moich rodziców), kurkami z czosnkiem i rozmarynem. Malinami, najlepiej prosto z krzaka. I pomidorami, tak bardzo pomidorami.

Sierpień to rój Perseidów, rżysko po zbożu (słyszycie jak to brzmi?), leżenie na trawie i patrzenie w chmury. Ciepłe wieczory. I ta delikatna nostalgia malująca się czerwieniejącymi jarzębinami i żółtością nawłoci.

To zmysłowość nasycona i spokojna, dojrzała.

To był dobry miesiąc, sielankowością mocno nawiązujący do Bullerbyn. Pojechaliśmy na Kaszuby (śladami Pucia) spędzić parę dni w piaszczystym lesie nad jeziorem, leniwie chlupiąc się w wodzie i jeżdżąc na rowerach. Poszwendaliśmy się też po Lubelszczyźnie, Roztocze i okolice kazimierskie nie zawodzą.

W sierpniu nigdzie się nie spieszyliśmy, a czas sunął powoli jak te obłoki na niebie, przesypywał się między palcami jak piasek na plaży, płynął jak świetliste falki na jeziorze. Czas często tak robi, że dopasowuje się do naszego tempa.

Serce mam tkliwe jak mocno wycałowane usta

medytacja uważności w dziecięcym wydaniu, czyli chlapanie wody i wgapianie się w opadające kropelki w świetle zachodzącego słońca.

4 września, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry