Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

co robię zamiast telefonu

by Paulina 28 kwietnia, 2025

 

Bardzo ograniczyłam użycie telefonu ostatnio. 

Zauważyłam, jak pewnie wszyscy, jak dużo czasu bezwiednie kradły mi różne aplikacje, jak często potem musiałam pędzić gdzieś na złamanie karku żeby się nie spóźnić, jakie miałam ciągle wszechogarniające uczucie chomika w kołowrotku, trudności w koncentracji i ogólnego kaca intelektualnego.

Jak zmęczona psychicznie, i często sfrustrowana, byłam „odprężającej” sesyjce z instargamem

Jaką widziały mnie dzieci, które też zaczynają wchodzić w świat smartfonów i które chcemy nauczyć zdrowej relacji z internetem.

Nie oznacza to, że stałam się jakimś przodownikiem pracy, i chodzę jak uosobienie higienicznego trybu życia i produktywności.

Z telefonu dalej korzystam, żeby nie było. A mediów społecznościowych również, ale nie są już dla mnie tak atrakcyjne. Zdarza mi się popłynąć, na podobnej zasadzie, jak raz na jakiś czas zdarza mi się zjeść czipsy, choć wiem, że potem boli mnie brzuch i wyskakują pryszcze.

Pewnie idealnie byłoby spojrzeć na to, ile spędzamy czasu w telefonie, a potem cały ten czas wykorzystać sobie pożytecznie, produktywnie i rozwojowo.

Ale atrakcyjność telefonów bierze się między innymi z tego, jak niski mają „próg wejścia”. Dostarczają nam milutkich bodźców, karmią nam mózgi łatwą dopaminką, nie wymagając od nas żadnego wysiłku, fizycznego ani intelektualnego. Dlatego sięgamy po nie tak chętnie gdy jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, zestresowani, czy, o ironio, przebodźcowani. Albo, gdy mamy przed sobą tyle zadań, że aż nie wiemy od czego zacząć. Wtedy wjeżdżają storiski MLH, filmy z kotami, doskonałe życie innych, inspirujące przepisy, a nade wszystko krótkie, chaotyczne filmiki, które w zasadzie nie pokazują niczego konkretnego, ale nie da się przestać ich oglądać.

I żaden mózg nie chce tego zamienić na słynne 10 minut dziennie na język obcy, albo szybki, 15 minutowy trening pośladków. 

Dlatego jakiś czas temu przestałam się łudzić, że zamienię te godziny z telefonu, na super produktywność, bo to zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żebym to ja miała kontrolę nad telefonem, a nie telefon nade mną, żebym nie była niewolnikiem urządzenia, żeby mi nie pochłaniał czasu i uwagi w sposób niekontrolowany.

Przede wszystkim, nie mam telefonu cały czas przy sobie. A już na pewno nie chcę żadnych zegarków, czy innych urządzeń, które mnie do aplikacji jeszcze bardziej przywiążą. Mam powyłączane powiadomienia, poza wiadomościami od najbliższych i sprawami pracowymi. Dzięki temu nie rozpraszają mnie ciągłe piknięcia, których nie da się zignorować, to znów cecha naszych mózgów. Telefon jest zakazany w sypialni i przy jedzeniu.

Poobserwowałam trochę swoje nawyki, żeby sprawdzić, w jakich sytuacjach sięgam po telefon, i do jakich aplikacji najbardziej mnie ciągnie. I wyszło, że jest to instagram, i to 

– gdy mam tak dużo pracy, że aż nie wiem od czego zacząć

– gdy czekam na dziecko w szkole

– gdy przychodzę do domu po pracy i należałoby zaplanować jakiś obiad, coś ogarnąć, i zrobić pranie

– gdy siadam z poobiednią herbatą na kanapie

– w poczekalniach różnego rodzaju

Więc nie jest tak, że zasiadam, odpalam telefon i dwie godziny ciągiem scrolluję obrazki. To zazwyczaj szybkie akcje po 5-15 minut. Ale nawet jeśli są to takie „instagramowe szoty”, to wiem, że i tak działają. Że obniża mi się koncentracja, że mózg wyrzuca mi dopaminę i że się od tego uzależniam. Że często prowadzi to do porównywania się z innymi. I że mam zmęczone oczy, poczucie zbyt szybko gnającego czasu i jakiś taki wymiętolony umysł.

Przyglądając się tym okolicznościom sięgania po telefon, mam świadomość, że nie są to duże bloki czasowe, w których mogłabym zrobić coś konkretnego/przyjemnego. Nie zacznę czytać książki, gdy muszę brać się do roboty. To właśnie jest ta podstępna natura wszelkich szorcików, krókich storisków i całego tego świata instant. Że są dostępne szybko i bez zaangażowania, i – przynajmniej teoretycznie – można je szybko wyłaczyć.

Dlatego wynalazłam sobie alternatywy – na te właśnie dziury czasowe, w których odruchowo sięgałam po telefon.

1. Przede wszystkim – uważne nic nie robienie. Czekam przed szkołą na dziecko? To czekam, i to właśnie robię. Patrzę na drzewo, czuję wiatr na twarzy, słucham szumu drzew, oglądam liście. Świadomie siedzę, świadomie oddycham. Jestem. Okazuje się, że gdy nie zapycha się każdej dziury jakąś treścią, zdecydowanie zmniejsza mi się poczucie, że ciągle pędzę i że nie wyrabiam

2. Gdy potrzebuję czegoś na rozpęd – piszę. Zazwyczaj mam ze sobą notes-dziennik, w której spisuję co .myślę, co czuję, co przeżyłam, co mnie wkurza a co cieszy i o czym marzę, bez cenzury, nie są to memuary dla potomnych. I gdy tak sobie siądę i zapiszę, że ciężko jest mi zebrać się do roboty, i zaczynam nazywać to, że się nie wyspałam, i że nie wiem od czego zacząć, to wszystko w głowie się magicznie układa i potem zaczynam po prostu działać. Po kolei, po kawałku.

3. Gdy chce mi się popatrzeć na coś ładnego pijąc kawę – przeglądam albumy malarskie albo fotograficzne.

Gdy chce mi się coś poczytać, ale wiem, że nie chcę angażować się w książkę – sięgam po papierową gazetę, albo poezje. 

I słuchajcie – wiem, że ta poezja i malarstwo brzmią egzaltowanie i nierealnie. Ale serio, warto spróbować, bo świetnie zaspokajają potrzebę ładności (a tego często szukamy w SM). Ostatnio na osiedlowym śmietniku trafiłam na serię zeszytów o sztuce angielskiego wydawnictwa. Super są też książki przybliżające historię sztuki – np „Historia obrazów” Martina Gayforda, David Hockney’a albo „Historia Sztuki” Stephena Farthinga

A poezja – zazwyczaj sięgam po ulubionych – Leśmiana, Gałczyńskiego, Szymborską, raczej nie szukam nowości, czy edukacji literackiej, tylko przyjemnych wrażeń.

4. Tańczę, tańczymy. Do przypadkowych piosenek w radiu – robię głośniej i po prostu tańczę. Uwielbiam. Dla zastrzyku ruchu, wyrzucenia stresu i czystej, czystej radochy.

5. Krzątam się. Czasami, gdy nie wiem, w co włożyć ręce, zaczynam po prostu od czegoś prostego i dającego szybkie i wymierne efekty, jak np sprzątnięcie i wytarcie blatów w kuchni, albo nieskomplikowane zajęcia w pracy. Wtedy wiem, że przynajmniej mam już na koncie coś pożytecznego i łatwiej jest się rozkręcić później;) Często włączam do tego podcast albo audiobooka.

6. Rozwiązuję krzyżówkę, najbardziej lubię te nieoczywiste, z grą słowną, 

7. Utrudniam sobie dostęp, po to, by mieć chwilę na refleksję pt „po co właściwie odpalasz ten telefon”. Bo najgorsze, to zatracić się przed ekranem właściwie nieświadomie. Przesunęłam najbardziej wciągające aplikacje na ostatni ekran w telefonie. Na instagramie zrobiłam porządki – czyli odobserwowałam wszystkie konta, które mnie denerwowały, pobudzały do zakupów, wzbudzały jakieś poczucie gorszości, nic nie wnosiły. I ustawiłam sobie limit czasowy, na pół godziny – i zazwyczaj kończę, gdy pojawia się powiadomienie, że zostało mi 10 minut czasu. Działa na mnie uświadomienie sobie, że czas ucieka, i trochę mi go szkoda.

 8. Albo wchodzę na te media społecznościowe, ale mając świadomość, że to robię.

I tyle. To są moje sposoby, moje podejście, które się u mnie sprawdza. U każdego może być oczywiście inaczej, bo wciągają nas różne aplikacje, w różnych życiowych momentach. Warto jest przyjrzeć się sobie i sprawdzać:) Ja zyskałam sporo cennego spokoju i poczucie większego ogarniania rzeczywistości, widzę, że nie ucieka mi tak koncentracja.

Generalnie mam takie poczucie, że w dzisiejszym świecie korzystanie z technologii, smartfonów, internetu i sztucznej inteligencji bez kompletnie żadnych regulacji przypomina trochę dziewiętnastowieczne syropki na sen dla dzieci z morfiną i heroinowe tabletki od kaszlu. Mamy do czynienia z czymś potężnym, nad czym nie panujemy i co realnie zmienia nasze życia, nasz sposób myślenia i nasze mózgi, dlatego warto nad telefonozą zapanować na tyle, na ile możemy.

W moim podejściu bardzo pomogła mi lektura książek : 

„Ekonomia uwagi” Joanny Glogazy, 

„Wychowanie przy ekranie” Magdaleny Bigaj

oraz „Niewolnicy dopaminy” Anny Lembke. 

Polecam wszystkie z nich

28 kwietnia, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmijak odpoczywaćlubelszczyznamój styl podróżniczyrowerrower z dzieckiemuważnośćwiosna

Przedwiośnie na Polesiu

by Paulina 1 kwietnia, 2025

„Między ciałem a dziką przyrodą jest bardzo ścisły związek. Jakby na to
nie patrzeć, ciało jest najbliższym nam kawałkiem dzikiej przyrody.
Łączy nas z całym wszechświatem, bowiem składa się z materii, tej samej,
co gwiazdy, drzewa, rzeki, zwierzęta i kamienie. Mało tego – przez
nasze ciało nieustannie przepływa cała ta materia. To, co jest chmurą za
chwilę będzie moimi łzami, krwią. To, co jest promieniem słońca za
chwilę będzie moim wewnętrznym ciepłem i energią. To, co jest wiatrem za
chwilę będzie moim oddechem, a gleba wkrótce zamieni się w moje tkanki. ” Ryszard Kulik

Wiosna. Zaczyna się ten czas, kiedy tak
bardzo jak nigdy czuje się istota biologiczną. Zbudowaną z tych samych
atomów, co forsycja, błoto i żurawie. Częścią przyrody, nie szczególnie istotną dla świata, ale „mającą prawo jak gwiazdy i drzewa być tutaj”.

W marcu, gdy natura aż przebiera nóżkami żeby buchnąć życiem szczególnie mnie to uderza. Bo czuję dokładnie to samo, tę buzującą żywotność, dokładnie tę samą pierwotną siłę, która każe drzewom wypuszczać nowe listki, budzi do życia niedźwiedzie i muchy i wypuszcza z ziemi fiołki. 

Bardziej niż kiedykolwiek szukam w naturze czegoś większego. Bardziej niż kiedykolwiek koi mnie świadomość bycia jej niewielkim elementem. To, że mogę położyć się na rosnącej trawie, wdychać zapach ziemi, słuchać kosów i wypatrywać motyli i tak bardzo przynależeć do tej natury. Perspektywa, która rodzi się z tej świadomości jest mocno uzdrawiająca codzienność i życie człowieka w XXI w, przebodźcowanego sztuczną inteligencją, sztucznym światłem, sztucznie pompowanymi zachciankami konsumpcyjnymi. Przekonujemy się, że nie jesteśmy naszymi umysłami. Jesteśmy naturą. Jesteśmy naturą tak samo jak rzeka i las i żaba.

 


Co
roku w marcu jedziemy do Poleskiego Parku Narodowego. W marcową burość
jedziemy oddychać i nasycać się tym wiosenno-żywotnym słońcem, wgapiać
się w ślady małych łapek na błocie i grupę łosi w oddali. Wieziemy nasze
osobiste kawałki dzikiej natury tam, skąd pochodzą.

1 kwietnia, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFinlandiapasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Finlandia w zimie z dziećmi

by Paulina 3 marca, 2025

Generalnie zazwyczaj w drugiej połowie lutego bardzo potrzebuję już jasności i podmuchów ciepła. W tym roku, zaaplikowaliśmy sobie coś w rodzaju przypowieściowej kozy do zbyt ciasnego mieszkania – gdy masz już dosyć zimna i ciemności, zafunduj sobie zimę i ciemność z prawdziwego zdarzenia, a wtedy po powrocie polskie przedwiośnie zyska nowe oblicze. (i wyrusz w zimie na północ, np do Finlandii)

I powiem Wam, to był strzał w dziesiątkę. Wreszcie parę dni po moich urodzinach nie myślałam o tęsknie wiośnie.

Myślałam o śniegu, o mrozie, i o zorzy. (I niestety o infekcji jednego dziecka).

Finlandia zimą, albo Norwegia zimą chodziły za mną od dawna. I w tym roku postanowiliśmy zrealizować to marzenie. Okazało się, że z Polski do Finlandii latają tanie linie (niestety dla nas, z Gdańska, więc z naszego Lublina czekało nas jeszcze dobre parę godzin jazdy samochodem). To były naprawdę tanie bilety, więc jesienią po prostu je kupiliśmy,
stwierdzając, że potem ogarnie się resztę.

I tak ogarnialiśmy powoli. Okazuje się, że na airbnb, jest cała masa klimatycznych czerwonych domków z sauną, gdzieś pośrodku lasu, nad jednym z tysięcy jezior (190 tysięcy w całym kraju). Znaleźliśmy jeden taki, na tyle na północ żeby dało się tam dojechać. Zarezerwowaliśmy samochód. Ściągnęliśmy aplikacje śledzące zorze. I w połowie lutego wyruszyliśmy.

 

Zaczęło się, a jakże, od przygody, gdy przyjechaliśmy w tę nasza wymarzoną fińską głuszę, zmęczeni i głodni i utknęliśmy kluczyk w zamku, drzwi nie dało się otworzyć, a klucza z zamka wyjąć. Na szczęście, kontakt z właścicielem był świetny i w środku walentynkowego wieczora jechał do nas półtorej godziny z zapasowym kluczem. Spędziliśmy ten czas w saunie, w kurtkach. Mimo głodu, zmęczenia i tego, że sauna tak szybko się nie nagrzewa, całkiem dobrze się bawiliśmy.

Gdy dzięki przesympatycznemu właścicielowi udało nam się już wejść do środka, przepadłam. Jeśli macie w głowie wizję nordyckiej sielskości, to właśnie była ona przed naszymi oczami. Drewniane podłogi i boazerie, pasiaste chodniki, tapety w delikatne kwiatki. Całość bardzo estetyczna, a jednocześnie sympatyczna, swojska, bezpretensjonalna i nienapuszona.

 W zasadzie doskonale wypoczęlibyśmy spędzając te ferie w domku i jego najbliższej okolicy – spacerując po zamarzniętym jeziorze i okolicznych lasach, ciesząc oczy migoczącym śniegiem i kilkugodzinnymi zachodami słońca.

Ale zależało nam też na nieco dalszej okolicy, chcieliśmy trochę po tej Finlandii się poszwendać. Inna sprawa, że za sprawą przedłużającej się kolejny dzień gorączki zwiedziliśmy tez okoliczną przychodnię, i ostatecznie w domku i najbliższych okolicach spędziliśmy więcej czasu niż planowaliśmy.

dzieci w śniegu jak ryby w wodzie

Parki Narodowe w Finlandii

Finlandia ma 41 parków narodowych. W naszym najbliższym zasięgu były trzy. Odwiedzaliśmy je w podgrupach, bo jeden dorosły zostawał w domku z jednym chorym dzieciakiem, bywa i tak. Przypuszczam, że w temacie parków większą różnorodność zauważylibyśmy w sezonie wiosenno-letnim, wtedy zauważa się różnorodność bagienno – jeziorowej fauny i flory, z którą mieliśmy do czynienia w naszym regionie. W lutym różnorodność siłą rzeczy chowała się pod białą pierzyną. Ale jakże zachwycająca była ta biała pierzyna…

 

 

Fińskie sporty zimowe

„Fińczycy” (tak pięknie Pirat mówi na Finów) uwielbiają sporty zimowe. I trudno im się dziwić. Jak się ma tyle jezior, które zamarzają w zimie, nic dziwnego, że na lodzie jeździ się na łyżwach (a czasem na tych łyżwach prowadzi wózek z niemowlęciem, mijaliśmy takie dwie mamy na łyżwach z wózkami), i na rowerze, spaceruje, albo uprawia się sport, który jest hybrydą łyżwiarstwa i nart biegowych, nordic ice skating – udało nam się spróbować czegoś takiego (pokazywałam na instagramie) i zachwyciliśmy się. Używany sprzęt to specjalne buty, do których doczepia się płozy – ale tylko z przodu, pięta jest ruchoma. Do pomocy mamy długie kijki, którymi odpychamy się podczas jazdy. I fakt, że odbywa się to na wielkim, zamarzniętym jeziorze, na słonecznym mrozie, w cudownej przestrzeni, a nie na klaustrofobicznym owalu lodowiska, sprawia, że zabawa staje się totalnie zachwycająca.

Sauna fińska

Jak Finlandia, to sauna. Fińska sauna to potężny temat, z którym wiążą się stare wierzenia, cała masa dobrych obyczajów i nawyków, no i ogromna, istotna część życia w Finlandii. Poza pierwszym wieczorem w kurtkach, spędziliśmy w naszej saunie parę bardzo relaksujących wieczorów, z naprzemiennie wygrzewając się, i nacierając śniegiem. 

I tak wyglądały nasze fińskie ferie. Wróciliśmy zachwyceni tym krajem (i tym językiem, niepodobnym do żadnego innego a brzmiącym bardzo przyjemnie i jakoś wesoło). Nie udało się zobaczyć zorzy niestety, nie widzieliśmy tez reniferów (poza tymi na talerzu u niektórych;)), dlatego na pewno wrócimy do krajów nordyckich zimą. I nie tylko zimą, północ Europy zachwyca mnie nieustannie. 

3 marca, 2025 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćrozmyślania

sobotnie porządki

by Paulina 11 lutego, 2025

Nie znosiłam ich. I nie sądziłam że to się kiedykolwiek zmieni.

Okazuje się jednak, że w okolicach czterdziestki jedni kupują Lamborghini, a inni odnajdują nieoczekiwaną przyjemność w myciu łazienek na początek weekendu.

Złapałam się ostatnio na tym, jak zmienia mi się nastrój, gdy wychodzę, zwycięska, zdejmując gumowe rękawice.

Otoczenie wpływa na nastrój. O tym wiem od dawna, i nie dyskutuję. W uporządkowanej, nie zagraconej przestrzeni lepiej mi się myśli, mam więcej cierpliwości, skupienia, no i ogólnie jest po prosu dobrze przebywać, to oczywiste.

Jednak zawsze było mi na to szkoda sobót. Oczywiście teraz też nie jest tak, że każda sobota to u mnie obowiązkowe porządki, absolutnie nie. Czasem sobota oznacza pracę, a czasem sobotnie wycieczki wygrywają z tą sprzątaniową rutyną. Ale gdy już jest tak, że z różnych względów weekend spędzamy bardziej domowo, to solidne sprzątanie w sobotę wpisuje się idealnie, jako jeden z elementów tego dobrego, domowego weekendu. Pokrzykuję na dzieciaki, żeby brały się do roboty w swoich pokojach, po czym zakładam słuchawki, włączam audiobooka i ruszam do roboty.

Nie wiem, może to jest kwestia tego, że jest to stosunkowo mało skomplikowane, nie ma trudnych relacji międzyludzkich, nie wymaga podejmowania decyzji, odpowiedzialności i analizy. Po prostu sprzątam, odkładam rzeczy na miejsce, wyrzucam śmieci, czyszczę brudy. 

I po chwili mam efekt, natychmiastowy, zauważalny, konkretny, satysfakcjonujący estetycznie. Proste i skuteczne:)

Potem już mogą wjechać kolejne zimowe rytuały, czyli spacerek po pobliskim lesie, albo chociaż okoliczny miejskim wąwozie. Rosołek, płyta winylowa, herbata i ciacho. Prosty człowiek ze mnie.

11 lutego, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
BieszczadyBieszczady z dziećmigóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady na początek roku

by Paulina 1 lutego, 2025

Nie sądziłam, jak bardzo tęskniłam za klasyczną, stereotypową zimą w górach. Okazuje się, że żyjemy w czasach, kiedy nawet w górach śnieg nie jest oczywistością.

Dlatego z tym większym zachwytem powitaliśmy baśniowe płatki sypiące się z nieba pierwszego noworocznego wieczoru.
A następnego dnia wędrówka, klasycznie, na Połoninę. Prosto w świat prosto z Narni. W świat tak piękny, że aż nierealny. Zaczęło się, gdy tylko wyszliśmy z wioski, wokół nas drzewa okryte białym puchem i góry, przyprószone białością przed nami. I tak sobie szliśmy, w coraz to nowych zachwytach, bo ten krajobraz, śnieżno drzewny zmieniał się z każdą chwilą. 
I gdy wydawało się, że już naprawdę no, bajka prawdziwa, to wtedy wyszliśmy z lasu. I odsłoniły się góry, jak malowane, na tle kłębiących się z rozmachem chmur. Do tego słońce, przechylając się powoli ku zachodowi, prześwitywało gdzieniegdzie, oświetlając pojedyncze góry jak pomarańczowawy reflektor, co sprawiało, że co chwilę pokrzykiwaliśmy z zachwytu. Wracaliśmy w dół, z tym słońcem coraz niżej i tym najprostszym, najszczerszym zachwytem w sercach.
Kolejne dni to narty i dalsze spacery, ale już bez tej uczty widokowej. Wiecie, ja lubię Bieszczady nawet skąpane w szarości i deszczu, ale jednak takie czyste piękno, to czyste piękno;)

nie wiem, który raz już siedzą na tym kamieniu przy wejściu na Przełęcz Orłowicza

Bardzo lubuję się w tej noworocznej symbolice w zimowych górach.
Ten nowy początek, cały lśniący w  świeżej bieli, z wędrówką, z
widokami. Z zimnem i słońcem.

Jest ten przesąd o początku
roku, determinującym to, jak będzie wyglądało kolejne dwanaście
miesięcy. Osobiście uważam, że nie chodzi tu w żadnym razie o jakąś
prostą, dosłowną wróżbę. Dla mnie, to bardziej kwestia życzeniowości,
ustawienia sobie w głowie kierunku i ogólnych priorytetów, a te w takich
okolicznościach ustawiają się same.

1 lutego, 2025 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowania

2024. Podsumowanie

by Paulina 9 stycznia, 2025

Nie wiem, czy potrafię napisać coś specjalnego o 2024.
To był dobry rok, cudownie niewyróżniający się jakimiś spektakularnymi ani dramatycznymi wydarzeniami. Skończyłam czterdzieści lat. Jestem zdrowa, moja rodzina jest zdrowa. Żyję w uprzywilejowanych czasach, w uprzywilejowanej części świata.
To był kolejny rok, składający się ze zwykłych czwartków, nerwowych poranków, miłych wieczorów, szalonych weekendów i spokojnych niedziel. Pełen muzyki, filmów i książek, sprzątania, gotowania i prania. Rok z treningami i ciasteczkami. Były kawy z widokiem, masaże twarzy, paznokcie skubane ze stresu, głowa boląca ze zmęczenia, policzki bolące od śmiechu. Gapienie się w chmury i gapienie w ekran z excelem do późnej nocy. Wożenie do ortodonty, ortopedy i okulisty, na zajęcia dodatkowe i występy wszelakie, wieczorne czytanie i nocne organizowanie plasteliny od sąsiadów, dawanie syropków i buziaków. Randki z mężem i z samą sobą. Zachwyt światem, zawsze.

początek roku w Bieszczadach, czyli najlepiej jak się da

takie urodziny
ulubiony kierunek przedwiosennych wycieczek, Poleski Park Narodowy
 

homo solaris
Lyon, powrót po 8 latach

wystawa prac Vincenta Muniera, coś wspaniałego


Dobrze nam się tu mieszkało, i pięknie było wskoczyć tu znowu w odwiedziny

Komunia córy

weekendowy dorosły wypad na chodzenie…
…i Męskie Granie

Rumunia, czyli piękne wakacje

wycieczka po Delcie Dunaju

Jeszcze zjadamy dżem (zrobiony przez dzieci) z tych mirabelek (zebranych przez dzieci)

znowu Bieszczady


 
 
czterdziestkowy dziewczyński wypad do Włoch
 

 

Janowiec, wycieczka jesienna

tworzenie wieńca adwentowego

Listy od Mikołaja

9 stycznia, 2025 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowomindfulnessświętauważnośćzima

międzyczas

by Paulina 29 grudnia, 2024

Jak ja lubię ten czas zawieszenia między Świętami a Nowym Rokiem.

Wyświętowalismy się. Wszystkie około świąteczne rytuały spełnione. Piękna, pachnąca choinka stoi w najlepsze, ozdobiona pierniczkami pieczonymi parę dni przed Wigilią. Kalendarz adwentowy jeszcze wisi, prezenty (pakowane 23 grudnia o 23), ciągle jeszcze na wierzchu. Jest ciągle świątecznie, ale to już nie jest to świąteczne, dziko migoczące szaleństwo, a raczej spokojny, ciepły i jednolity blask.

Nawet błysnęło nam zimą na chwilę przed Świętami. Dzień
przed Wigilią przysypało odrobinę śniegu, i chociaż po paru godzinach
została z niego tylko żałosna resztka, całkowicie spowita paskudną szarą
mgłą, dzieci zdążyły zrobić dwa bałwany i fortecę, przemoczyć
rękawiczki i zyskać rumieńce w typie iście bullerbynowym.

Było wesoło, głośno, muzycznie, momentami chaosiaście. Pysznie i
pięknie, po naszemu. Masa emocji, zwłaszcza u Pirata, w końcu, jak
wiadomo, „Im jest się mniejszym, tym Boże Narodzenie większe”.

Niemniej, jak pięknie by nie było, miło jest trochę zejść na ziemię z tych wyżyn emocjonalnych. Miło jest trochę się wyciszyć, pójść na spokojny spacer w tę wilgotną szarość, a potem wrócić, napić się herbaty, posłuchać muzyki i poczytać.

Czas w tych dniach trochę zwalnia. Dużo jesteśmy wszyscy razem, chodzimy na spacery, gramy w planszówki, oglądamy filmy, czytamy, dojadamy resztki. Gdy nikt nie pędzi do pracy ani do szkoły, ani na zajęcia dodatkowe, więcej jest też takich prywatnych chwil, w różnych konfiguracjach. Jest przestrzeń na prywatne rozmowy jeden na jeden z każdym dzieckiem, co w dużej rodzinie na co dzień jest dość nieoczywiste, a to bardzo cenna sprawa. Jest przestrzeń na nudę, na rozmyślania, na snucie marzeń. I na snucie się. A snucie się jest jednym z najlepszych znanych mi sposobów na spowolnienie czasu.

Ten czas, to „między Świętami na Nowym Rokiem”, jest taki trochę nierzeczywisty. I może dlatego sprzyja refleksjom, bo łapie się trochę dystans do rzeczywistości. Trochę jak na wakacjach, ale bez wakacyjnych wrażeń. Zostaje tylko ten dystans i pustka które tak wspaniale pomagają odpowiadać na pytania o to, co jest dla nas tak naprawdę ważne i jak to deklarowane „ważne” jest ważne w prawdziwym życiu.

choinkaaa piękna jak laaaaas

Dobrych ostatnich chwil roku 2024!

29 grudnia, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmijesieńlaslubelszczyznapodróże i wycieczkiRoztoczeslow lifestylespacer

Roztocze jesienią

by Paulina 20 listopada, 2024

 

Czasem wystarczą niecałe dwa dni i niecałe dwie godziny drogi od domu.
Czasem jest tak, że po paru godzinach chodzenia po złotych lasach, człowiek ozłaca sobie serce od środka i układa wszystkie rozproszone życiowe puzelki.
Roztocze. Wyskoczyliśmy niedawno, pod koniec października w ten piękny region powłóczyć się trochę, poszurać w liściach. Załapaliśmy się też na nasze pierwsze w życiu udane rydzobranie. (byliśmy z przyjaciółmi – lokalsami, którym wystarczy 10 minut szybkiego spacerku i wracają z taczką grzybów). 
Las pachniał trochę zmurszale i wilgotno, brzmiał szeleszcząco i chrupliwie, migotał złotem. Lekko szorstka kora drzew zapraszała do głaskania i przytulania.O smak, do kompletu wrażeń zmysłowych zadbała ciepła herbata z termosu.
Każdy krok uziemiał, każdy oddech dawał wytchnienie. Z każdą chwilą rodził się ten dobry, zdrowy dystans do problemów codziennych i pojawiała właściwa życiowa perspektywa.
Wszystko ogrzane tymi ognistymi liśćmi i doświetlone charakterystycznym październikowym światłem.
Wiecie, jeśli listopady są poprzedzone takimi październikami, to niech sobie będą szare i mgliste, żebyśmy mieli czas przetrawić cały ten barok. Patrzę na te zdjęcia i nie chce mi się wierzyć, że takie rzeczy mamy dostępne ot tak sobie, w zasięgu zwykłej weekendowej wycieczki.
 

Grzybiarz i jego zdobycz

A na koniec mniej wesoło. Lasy roztoczańskie to pozostałości po pierwotnej puszczy. 
Znajdziemy tu jedne z najstarszych, największych jodeł w kraju. Spacerowaliśmy pośród tych wspaniałych, ogromnych, wiekowych drzew. Zdrowych i dorodnych. I niemal wszystkie jodły oznaczone były żółta kropką, co oznacza, że drzewa przeznaczone są do wycięcia. Wiecie, rozumiem, że czasem wycinka może i jest potrzebna, że drewno jest potrzebne do przemysłu. Ale to był park krajobrazowy z kilkusetletnimi drzewami.

Według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, „Dopuszczalne jest zmniejszenie liczby drzew i krzewów, jeśli działanie takie jest wykonywane w ramach prac pielęgnacyjnych związanych z utrzymaniem zadrzewień w należytym stanie.” zakaz wycinki „nie dotyczy wycinki wynikającej z potrzeby ochrony
przeciwpowodziowej lub zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego lub
wodnego albo budowy, odbudowy, utrzymania, remontów lub naprawy urządzeń
wodnych”.

Nie wiem, co to za prace pielęgnacyjne czy ochronne, które polegają na wyżynaniu najwspanialszych drzew z lasu.
Nie wiem, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyśmy zrozumieli, że bez drzew nie damy sobie rady. Tu nie chodzi o żadne megalomańskie ratowanie planety, bo planeta doskonale sobie bez nas poradzi. To człowiek nie przetrwa bez drzew.
20 listopada, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńlaslubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczyrozmyślaniaslow lifestyleuważność

zdjęcia

by Paulina 24 października, 2024

 Skończyłam ostatnio wklejać zdjęcia do albumu z 2022 roku. Taką mam w temacie lekką obsuwę, ale robię to regularnie. Wybieram zdjęcia do wywołania z dysku, przesyłam je do wywołania w Empiku, kupuję album. Potem następuje mozolna segregacja chronologiczna i wklejanie. Lubię to robić, to zawsze taki spokojny czas w salonie z muzyką albo audiobookiem, czasem asystują dzieciaki, wspominamy razem.

Gdy zakończyłam, przejrzeliśmy sobie album już we dwójkę, powspominaliśmy, to zawsze jest miłe. I najpierw pomyślałam, jeju, ile to półek jeszcze na te albumy zapełnimy, z niejakim lękiem, bo regały książkowe za dużo wolnego miejsca nie mają, i tak regularnie przeprowadzam selekcję, które książki chcę zachować, a które puszczam w świat.

Za chwilę się pocieszyłam, że, ee, pewnie jak dzieciaki dorosną, to tych zdjęć tyle nie będzie.

A potem przyszła refleksja. Refleksja pod tytułem, że właśnie w najlepsze trwają w naszym życiu lata, z których robi się albumy ze zdjęciami. To teraz jest czas, który chcemy zapamiętać, wspominać. Teraz tworzymy to, jakie będą te wspomnienia. A to oznacza, że teraz jest ten czas, który dobrze byłoby przeżyć na maksa uważnie, żeby te zdjęcia w albumach były tylko taką iskierką, impulsem do uruchomienia wspomnień prawdziwego przeżywania tych chwil.

Nasze mózgi są wygodne, wszyscy wiemy, jak pomocne jest robienie notatek, czy zdjęć, po to, żeby nie musieć pamiętać, zwolnić trochę „mózgowego ramu”. A mnie  chodzi teraz o coś odwrotnego. 

Chodzi o to, by wszystko, co fotografujemy, stało się dla nas pełnowartościowym, świadomym przeżyciem, i żeby poczuć je wszystkimi zmysłami, na maksa. 

Żeby zdjęcie nie było takim zapisem na później, na zasadzie – dobra zrobię zdjęcie i potem to dokładnie obejrzę. Albo nagram koncert, zamiast go autentycznie przeżyć.

Żebyśmy naprawdę zobaczyli te widoki, które uwieczniamy. Żebyśmy czuli wiatr plączący włosy na połoninach. Żebyśmy smakowali te potrawy ze zdjęć, wsłuchiwali się w te koncerty, czuli ciepły piasek pod stopami i zimne krople deszczu przed tym jak schowamy się w miłej kawiarni. Żebyśmy więcej słuchali naszych dzieci, a mniej robili im zdjęć. I jeszcze, żebyśmy nie upiększali, nie pozowali, nie reżyserowali. Bo to życie jest nasze, i jest piękne, nawet gdy wokół nie jest super estetycznie.

Być w tej chwili, nie przenosić przeżyć na dysk zewnętrzny naszych aparatów czy telefonów.

Niech wspomnienia, niech życie – autentycznie przeżywane wdrukują się w nas, a zdjęcia niech będą dodatkiem, tym bodźcem przywołującym coś, co przeżyliśmy w pełni.

Pojechaliśmy ostatnio do Janowca, do którego jeździliśmy częściej, gdy
dzieci były mniejsze. Był jeden z tych idealnych, październikowych dni.
Cudownie złote drzewa rozświetlone jesiennym słońcem. Herbata w
termosie, pieczone rano cynamonki. Liście chrupiące pod stopami.
Charakterystyczny dla tych okolic spokój. Dzieciaki, które tak już
urosły, a wciąż jeszcze chcą jeździć z nami na wycieczki. Ten czas,
trochę jak wciśnięcie pauzy w intensywnym treningu, żeby wyrównać
oddech. Ten czas trochę poza codziennością, który pozwala nabrać do tej
codzienności trochę dystansu i dzięki temu ją docenić.

 
 

Czas biegnie, najlepiej widać to na takich zestawieniach zdjęć

24 października, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry