W ostatni weekend listopad przestał się wygłupiać i stał się listopadem w prawdziwego zdarzenia – był zimny, szary, mglisty i depresyjny. Taki do koca i grzańca, do jazzu, rosołu i placka drożdżowego.
A my pojechaliśmy do lasu. Brakowało mi lasu ostatnio. Nie parku, nawet dzikiego, ale lasu mi się chciało, z tym zapachem leśnym, liściowo – grzybowym, z drzewami pokrzywionymi i omszałymi, nawet z błotem.
Pojechaliśmy. W niedzielę rano, przy kawie zapadła spontaniczna decyzja (inicjatywa starszej latorośli), już w samochodzie przeglądaliśmy przewodnik, gdzie-by-tu, żeby było nie za daleko, żeby zwykły las był.
Wyspacerowaliśmy się, obłociliśmy buty, rowerek i przyczepkę, nawdychaliśmy leśności i wróciliśmy. Na rosół, jazz i placek drożdżowy.














































