Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

przyjemności

codziennośćjak odpoczywaćjesieńksiążkilaslubelszczyznamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważność

jesieniarstwo dla zaawansowanych

by Paulina 25 listopada, 2024

 

Łatwo jest lubić jesień złocistą, słoneczną i ciepłą.

Schody zaczynają się z mrokiem zapadającym o 16, porannym skrobaniem szyb w samochodzie, brakiem pomidorów i słońcem, ukrytym tak dobrze za chmurami, że zaczyna się nabierać wątpliwości czy istnieje ono naprawdę. To jest ten czas, kiedy jesień mówi, „sprawdzam, zobaczymy, czy dalej jesteś jesieniarą”.

I ja wtedy mówię „potrzymaj mi piwo” (grzane, z pomarańczą i cynamonem).

Odziana w wełnę od podkoszulka do spodni, zapijając ciepłą wodę z plastrem pomarańczy, imbiru i gałązką rozmarynu biorę ten brzydki, szary i ogólnie znielubiony listopad jesień za rękę i mówię mu, że chcę z nim chodzić.

I dobrze mi w tym związku.

 

Zanurzam się w te mgły listopadowe jak w miękki koc. Koi mnie ten chłód, uspokaja szarość. To zapadanie w sen zimowy w naturze udziela mi się, i jest mi z tym cudownie. To jest właśnie supermoc listopada – to spowolnienie, nicniemuszenie. Ta wolność od bodźców, nawet tych najwspanialszych. W listopadzie okazuje się, że wolność od zachwytów jest też w jakiś sposób zachwycająca. Jest odświeżająca i kojąca.

„Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem.
Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą
ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy
sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się
w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie
można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne”. Tove Jansson, „Dolina Mumuników w Listopadzie”

Zbieram więc przy sobie wszystko, co miłe i dobre, i cenne. Zbieram czułostki rodzinne, spacery w wilgotnych lasach, muzykę, zbieram zmysłowość, zbliżam się do siebie w samiutkim środku.

W ogołoconym z ozdób listopadzie łatwiej to wszystko zauważyć, okazuje się też, że wszystko, co najważniejsze, jest zupełnie w naszym zasięgu, bardzo dostępne.

 

 

Spaceruję – najchętniej po lesie, zdarza mi się czasem skręcić w prawo w drodze do pracy  i pochodzić, i już te pół godzinki działa cuda. A już najlepiej jak to jest porządna wycieczka gdzieś w okolice Kazimierza czy Lasów Kozłowieckich albo Janowskich. Taka sobota z paroma godzinami włóczenia się po wilgotnych szarzejących i błotnistych lasach, koniecznie z jakimś domowym wypiekiem i czymś ciepłym w termosie, i powrotem, gdy już jest ciemno, ale na tyle wcześnie żeby poczytać, albo pograć, jest ściśle w czołówce, jeśli chodzi o mój ulubiony sposób spędzania weekendów.

 

Robię miłą atmosferę w domu. Działa to na mnie bardzo, gdy do tej popołudniowej herbatki w salonie jest posprzątane, pozapalane są miłe światełka tu i tam, otoczona jestem ładnym, wełnianym kocem i jesiennymi poduszkami. Pachną olejki eteryczne (to już moment na „Czterech Alchemików” od Klaudyny Hebdy). Gdy ta herbatę piję dobrą, w ładnym kubku. A to herbaty ciacho, z orzechami, ze śliwkami, karmelizownymi jabłkami albo kruszonką na palonym maśle. Z imbirem albo cynamonem, głębokie i korzenne. 

A przed tym ciachem dobre, rozgrzewające serce jedzenie. 

Np makaron z pieczoną dynią, z gałką muszkatołową. Albo gulasz z czerwonej soczewicy i batatów. Albo curry z krewetkami i papryką. Zupy. Pieczone warzywa.

A do ciacha dobra muzyka.

David Gilmour „Luck and Strange”- przepiękna nowa płyta. Uwielbiam tę trochę emerycką wersję mojego crusha z czasów nastoletnich. Ta płyta jest spokojna, jakaś taka pogodna, jesienna. Przepiękna jest piosenka, którą śpiewa razem z córką. Jak zawsze cudowna, jedyna w swoim rodzaju gitara.

Nosowska i Król. Piękna wspólna płyta. W grudniu wybieramy się na koncert. Jak zawsze u Nosowskiej wspaniałe teksty, i pasują mi te ich głosy do siebie.

Cocteau Twins. Wracam do tej płyty właśnie przeważnie w mroczne wieczory, bardzo mi pasuje do listopadowej szarugi.

Klasyczny jazz. Listopad jest czasem trąbki Milesa i saksofonu Johna. 

Hooverphonic, With Orchestra. Jaka to jest piękna, przejmująca płyta.

Królowa listopada, czyli „Older” George’a Micheala. Niesłusznie ten artysta jest kojarzony głównie z jednym świątecznym przebojem. A ta płyta to majstersztyk, przepięknie melancholijna, dojrzała.

Hania Rani, mamy od niedawna płytę Ghosts, i to kolejna płyta tej artystki, której cudownie słucha się czytając książki, robi takie przyjemne tło. (choć płycie nie brakuje niczego, i wspaniale gra również główną rolę wieczoru)

A skoro już mowa o książkach... Dobrze mi się czyta ostatnio, tu trochę książek które ostatnio przeczytałam i najlepiej mi pasują do klimatu jesiennego:

Pachinko. Książkę podpowiedział mi chyba woblink i to było dokładnie to, czego potrzebowałam. Saga opowiadająca o czterech pokoleniach w Korei na przestrzeni niemal całego XX wieku. Bardzo dobrze napisana, i przy okazji dostarczający solidny kawał wiedzy o relacjach koreańsko-japońskich.

O zmierzchu. Historia kobiety, historyczki sztuki w pewnym momencie jej życia. Podoba mi się sposób pisania Therese Bohnam, to jak portretuje swoje bohaterki, bez moralizowania i bez słodzenia, i jak osadza je w rzeczywistości

Alchemia. Powieść biograficzna o Marii Skłodowskiej-Curie. Fragment życia naszej noblistki, tak bardzo odbiegający od nudnych, szkolnych biogramów jak to możliwe. W książce dostajemy Marię Skłodowską z krwi i kości, z jej marzeniami, obawami, z tym, co ją kształtowało jako człowieka. Całość jak zwykle wspaniale napisana przez Katarzynę Zyskowską

Kameliowy sklep papierniczy autorstwa Ito Ogawa. Spokojna, klimatyczna japońska książka, której akcja toczy się w sklepie papierniczym. To opowieść o relacjach, wybieraniu papieru listowego i tuszu do pisania, bardzo w klimacie zen.

Cyrkówka Marianna Anny Fryczkowskiej. To historia oparta na prawdziwym życiorysie Marianny Razik, artystki cyrkowej i malarki ludowej, dziejąca się w powojennej Polsce. Opowieść zupełnie niezwykła i nieprzystająca to rzeczywistości rodzącego się PRL-u, pięknie napisana, barwna.

Lata Annie Ernaux. Czytałam tę książkę już jakiś czas temu, odświeżyłam niedawno. To książka trochę jak rozmowa ze starszą osobą przy oglądaniu zdjęć z jej życia, w takim dość spokojnym, zdystansowanym, gawędziarskim stylu, bardziej opowieść o pokoleniowych niż indywidualnych pokoleniach w drugiej połowie XX wieku we Francji.

Za parę dni grudzień. Internet od co najmniej tygodnia przebiera nóżkami, żeby odpalić fanfary bożonarodzeniowe. Pamiętajmy, że Adwent nie polega na maniakalnym doskakiwaniu do presji estetycznej wywieranej przez media społecznościowe. Tworzenie miłej atmosfery to nie jest kompulsywne kupowanie kolejnych świeczek a magii grudnia nie tworzy się centrach handlowych.

Zachowajmy w sobie trochę tego spokoju i ciszy listopada, dobrze nam to wszystkim zrobi.

25 listopada, 2024 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćlatomindfulnessprzyjemnościslow lifestyleuważnośćzmysły

lato, doskonale nieidealne

by Paulina 26 czerwca, 2024

 

Przyszło lato.

Zachwyca mnie ta letnia nieidealność. W ogóle odnajduję się
wspaniale w przeciętności, w zwykłości. Uwodzi niespektakularność, brak
fajerwerków. Nie muszę zdobywać najwyższych szczytów, nie muszę osiągać
wszystkiego, nie wszystko musi być perfekcyjnie.

I to lato… Lato nieuczesane, całe doskonałe w tej nieidealności.
Brudne stopy, poczochrane włosy. Obłoki pierzaste na niebie, gdy człowiek leży
sobie na kłującej trawie, i nogi trochę swędzą od komarów.

Truskawki i poziomki
oprószone ziemią, jak najlepszą przyprawą. Spontaniczne wypady pod miasto lub
do parku, wycieczki z drożdżówkami z których wypływa sok z owoców. Nierówne
pomidory. Dzikie łąki rozrastające się na cudownie rzadko koszonych trawnikach
w mieście. Złachmanione pajęczyny w krzakach malin. Wieczne siaty z Ikei stojące przy drzwiach wejściowych, z nie do końca wypakowanymi wycieczkowymi gadżetami.

Świat w lecie jest taki wspaniale nierówny, rozkosznie
chaosiasty.

Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa to właśnie babranie
się w naturze. Na działce, mieliśmy bazę na dużej śliwie. Dziadzio kroił
kalarepkę specjalnym działkowych nożem, wgłębionym na środku od wielokrotnego
ostrzenia. Zrywaliśmy jak najdłuższe kiście czerwonych porzeczek i zjadaliśmy
je za jednym razem, kulka po kulce. Albo z rodzicami, pod namiotem – zawsze na tym
samym campingu nad morzem, gdy Władysławowo było niewielką wioską, mój brat
wstawał rano i szedł do rybaków po świeżo złowione flądry, a mama oprawiała je
i smażyła na obiad ma butli gazowej. Pojadaliśmy też cudowny wynalazek, który
pojawił się we wczesnych latach 90, zupki chińskie. Graliśmy w karty i w kości.
A lato trwało całe lata.

I zaszczepiło się to we mnie. W wakacje chodzi o to, żeby było trochę nieporządnie, bo beztroska nie jest uporządkowana. Wakacje są od wąchania, smakowania,
czucia, od mrużenia oczu. Wakacje są trochę chropowate i nierówne, trochę
lepkie od lodów i soku z dojrzałych owoców.

Nawet teraz, gdy jestem osobą zorganizowaną i poważną, z trójką
dzieci i odpowiedzialną pracą. W lecie wystarczy mi zabłąkany trzmiel na balkonowej
lawendzie. Wystarczy, że idę sobie piechotą po dziecko do przedszkola. Że
wieczorny wiatr przyniesie w nozdrza zapach lip. Że o 5 zaświeci mi słońce w północne
okna sypialni, i ptaki rozświergolą się jak na rozkaz chwilę później. Jest mi
letnio, jest mi lekko. Jest mi beztrosko.

ciacho pochodzi z przepisu Rozkosznego, baaardzo polecam

26 czerwca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniauważnośćzima

przyjemności czasu mroku

by Paulina 17 marca, 2024

To nie jest tak, że spędziłam ostatnie miesiące pod kocysiem z herbatką i książką.

Chociaż bym chciała, i wiem, że dobrze by mi to zrobiło, chociażby z czysto pragmatycznych względów, wiadomo wszak, że jednostka wypoczęta i zregenerowana jest bardziej wydajna w każdym względzie. Wiem o tym i czuję to mocno. Że w te miesiące się zwalnia. Że się regenerować trzeba, że to taka noc w rocznej dobie. Należałoby się dobrze karmić, odżywczo, spać jakościowym snem, spacerować gdzieś w szczelinach światła, robić sobie masaże, dobre głębokie praktyki jogi i medytacje. Należałoby popołudniami ograniczyć się do planszówek i książek, a wieczorami oglądać jakieś smaczne filmowe klasyki.

W rzeczywistości kobiety pracującej i mamy trójki dzieci jest nieco inaczej. Tak naprawdę, im bardziej jestem zmęczona i przebodźcowana, tym mniej we mnie rozsądku, który zaprowadzi mnie wcześnie do łóżka i nakarmi ciepłą zupą. Jest niestety trochę tak, że im bardziej człowiek potrzebuje tego dobra i regeneracji, tym mniej jest skłonny sobie tychże dostarczyć. Na przebodźcowanie serwujemy sobie sesyjkę z instagramem, na zmęczenie późne pójście spać, na ciężkość w brzuchu wieczorny serek zapijany kieliszkiem wina. Człowiek z wyczerpanymi zasobami ma trudność, żeby sobie tych zasobów dostarczyć, a właśnie ich najbardziej potrzebuje. A do tego, mimo tej szarości, zimna i braku energii, obowiązków nie ubywa, a życie toczy się swoim tempem i samo z siebie nie zwolni. Dlatego to ja, jeśli mi na moim dobrostanie zależy, muszę sama poszukać tej regeneracji na tyle, na ile mogę.

W zimie jest mniej wyjść wszelkiego rodzaju, mniej spacerków, wycieczek, parków i placów zabaw. Życie towarzyskie, siekane chorobami, też nieco uśpione. Jakieś zasoby czasowe na potencjalne spowolnienie się pojawiają, a ja walczę o to, żeby ten zyskany czas, gdy już jest, dawał mi coś więcej niż poszatkowany mózg i dalsze zmęczenie ciała.

Nikt za mnie nie podba o mnie, dlatego biorę się za rękę, i robię dla siebie tyle, ile mogę na daną chwilę.

A tu trochę moich dobrych rzeczy tego czasu:

Książki:

To książki z ostatnich miesięcy, przy których nie czułam pokusy „tylko czegoś sprawdzenia na telefonie”, które wciągały i dawały mi to jedyne w swoim rodzaju wytchnienie, jakie daje zanurzenie się w literackich światach.

Radek Rak, „Puste niebo”. Bardzo mi się podoba styl i klimat w książkach Radka Raka. Po „Baśni o wężowym sercu” niemal od razu kupiłam „Puste niebo” i tak przestało na półce niemal rok. Sięgnęłam po tę książkę niedawno i bardzo mi smakowała. Ten rodzaj ludowej fantastyczności bardzo mnie pociąga, zwłaszcza w zimowych miesiącach.

Lucinda Riley, „Siedem sióstr”. Słucham sobie tego cyklu w oryginalnej wersji na Storytelu, podczas różnych niezobowiązujących czynności, i bardzo mi te audiobooki pasują. W każdej z książek przeplatają się dwie historie – jedna współczesna, i jedna sprzed mniej więcej stu lat. Książki wciągają, są przyjemnie poprowadzone, i w ciekawy sposób osadzone wśród wydarzeń i bohaterów historycznych.

Valerie Perrin, „Cudowne Lata”. Po jej poprzedniej, niespiesznej książce, Życie Violette, jednak ta druga ujęła mnie mniej. Jest nieco przekombinowana, ale dobrze się czytało, lubię francuskie obyczajowe książki.

Słynne „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, których nie trzeba przedstawiać i które powinny być lekturą obowiązkową, bo w naszej świadomości historycznej mało jest takiej właśnie treści – tego, jak wyglądało życie zdecydowanej większości społeczeństwa, i skąd się wzięliśmy tak naprawdę.

Anna Fryczkowska, „Saga o ludziach ziemi”. Na fali „Chłopek” sięgnęłam po powieść na ten temat. Saga opowiada historię chłopskiej rodziny przez kolejne pokolenia w XIX wieku- z naciskiem na wersję kobiecą. Bardzo pięknie, malowniczo to jest opowiedziane.

Eric-Emanuel Schmitt, „Raje utracone” . Strasznie długo czytałam tę książkę, bo sięgnęłam po oryginał w ramach odrdzewiania języka i nie wiem, czy coś mi nie umknęło. Pomysł bardzo ciekawy. Mówi się o zbeletryzowaniu Harariego. Takie było chyba założenie, ale jakoś zbyt współczesne wydały mi się postaci żyjące w neolicie. Ale jestem zaintrygowana takim przedstawieniem historii świata i na pewno sięgnę po kolejne tomy.

„Córka” Eleny Ferrante. Jestem zachwycona tą autorką, jej sposobem pisania, przenikliwością, stworzonymi postaciami, sposobem, w jaki opisuje uczucia i przemyślenia. Książka o macierzyństwie, wcale nie gładka i nie słodka, pełna napięcia, mimo dość prostej w sumie historii. Na bazie tej książki powstał film w ubiegłym roku, jestem go bardzo ciekawa.

Marianna Leky, „Smutki wszelkiej maści”. Trochę felietony, trochę krótkie opowiadania. Urocze, lekkie w formie, mądre i pokrzepiające.

Filmy:

Miałam ostatnio potrzebę takich kameralnych filmów. Oczywiści poszliśmy na wspaniałą Diunę, czy niezwykłe Biedne Istoty, ale najbardziej ciągnęło mnie do produkcji spokojniejszych.

„Cicha dziewczyna”.  Poszłam na ten film sama do kina, oczekując kameralnej historii. Łzy zniekształcały mi obraz przez pół seansu, a w końcówce lały się ciurkiem. To wzruszająca, ale absolutnie nie ckliwa historia, prosta i oszczędnie opowiedziana, z wielkim uczuciem równie oszczędnie okazywanym. Bardzo polecam, jeśli chcecie się wzruszyć, ale nie chcecie wielkiej dramy i historii traumatycznych.

„Przesilenie zimowe”. Znów. Niespektakularne kino, opowieść rozkręcająca się powoli, ze wspaniałymi rolami trójki głównych bohaterów. Film mądry i wartościowy, nie przekombinowany, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalny. O samotności, o relacjach, o drugim człowieku, świetne kino.

„Pieśń wielorybów”. Kolejny przepiękny dokument, na który jakiś czas temu wybraliśmy się z dzieciakami do kina. Zupełnie wspaniałe, przepiękne zdjęcia, solidna porcja wiedzy, wszystko lekko podane w formie poematu/baśni, co pozwoliło i nam i dzieciom zanurzyć się (nomen omen) w ten niezwykły świat.

Z kojących dokumentów przyrodniczych polecam też „Serce dębu”, „Ryś. Król puszczy”, czy „Duch Śniegów”- Francuzi robią przepiękne filmy przyrodnicze. I jeszcze ” Czego nauczyła mnie ośmiornica”. Takie filmy nadają trochę inną perspektywę, uczą pokory i dają wspaniałe poczucie przynależności . Jak w Desideracie, Jesteś dzieckiem wszechświata, nie
mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla
ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być
powinien.

„Mężczyzna o imieniu Otto”. To może dość schematyczny, przewidywalny film, ale robi swoją robotę – gdy jest smutno, szaro i źle, działa jak kubek gorącej czekolady.

„Osiem gór”. To film trochę o tym , co dzieje się po tym jak rzuca się to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. A dzieje się życie. Piękne i trudne, wcale niekoniecznie idealne. Jest też o relacjach, o ojcostwie i męskiej przyjaźni. Film powolny i przepięknie nakręcony.

„Poprzednie życie”. Piękny film o miłości i przeznaczeniu. Zachwycające zdjęcia. Bez egzaltacji, z dużą dawką pokory i pogody. Taki, powiedziałabym, pogodny melodramat;)

Medytacja uważności

Medytuję z Kasią Kędzierską od dłuższego czasu. Czasem bardziej, czasem mniej regularnie ( „I to też jest ok”, jakby powiedziała Kasia). Dobrze mi to robi, uczy akceptacji rzeczywistości jako takiej, bez oczekiwań, presji, planów. Jeśli chcielibyście spróbować, osobiście bardzo polecam. Medytacje są rzeczowe, konkretne, akceptujące i serdeczne, bardzo dobrze przygotowane merytorycznie, i bez takiego natchnionego, newage’owego uduchowienia. 

Jedzenie

No właśnie. To ten trudny czas gdy tak bardzo chce się słodkiego i tłustego, co, poza dodatkowymi kilogramami przynosi cukrowe zjazdy nastroju. Zakupiłam sobie niedawno książkę „Nowe Rozkoszne”, i to są właśnie takie przepisy, których potrzebuję (wiele z nich niestety musi poczekać na sezon wiosenno-letni, te wszystkie cuda z pomidorami, młodymi ziemniaczkami, czy bobem). Jest bardzo warzywnie, witaminowo, ale całość polana solidną porcją palonego masła i posypana serem;)

I tak, te spacery.

Spaceruję teraz bardziej świadomie. Zawsze dużo chodziłam i byłam tą osobą, od „chodźmy na piechotę, to niedaleko”. Ale, gdy nastrój z lekka zsiadły i brak motywacji do czegokolwiek, wiem, że spacer jest jedną z tych najmniej wymagających rzeczy, której dobre efekty odczuję od razu.

I to jest chyba dla mnie klucz dla trudniejszych okresów. Szukam tych dobrych, karmiących rzeczy, które mogę zrobić dla siebie szybko, które nie kosztują dużo wysiłku, nie wymagają wielkiej organizacji, a które robią dobro wielowymiarowo.

Ja chyba się trochę powtarzam w tych wpisach zimowych, ale wydaje mi się to ważne. Mam wrażenie, że istnieją dwie narracje – jedna to klub piątej rano, sky is the limit i chcieć to móc, bądź najlepszą wersją siebie już teraz, każe dawać z siebie wszystko, cisnąć treningi, diety, kursy, sukcesy, a w międzyczasie zebrania w szkole, kreatywne lunchboxy i zajęcia dodatkowe dla dzieci. A druga to ta od nadmiernej czułości wobec siebie, nieruchawości wszelakiej i zostawania sobie wiecznie w strefie komfortu, na kanapie pod kocem z jakimś serialem i „nic nie musisz, siedź sobie, bo jesteś dobra, piękna i wspaniała taka jaka jesteś, a jeśli coś zawalisz to dlatego, że świat jest taki niesprawiedliwy”. 

A mnie zależy na odejściu od takich zero-jedynkowych postaw, bo obydwie są zwyczajnie szkodliwe.

W przesileniu, gdy siły nadwątlone, światła wciąż za mało, wokół szarość i infekcje, trudno jest wyciskać z siebie maks, a jednocześnie totalna nieruchawość prowadzi do stagnacji i dalszego pogorszenia nastroju. Dlatego serdecznie polecam taką czułą dyscyplinę, wyrozumiałą stanowczość, motywowanie się z szacunkiem do siebie, bycie dla siebie takim dobrym rodzicem – wymagającym, ale akceptującym i łagodnym.

…a wiosna już za rogiem…:)

17 marca, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessprzyjemnościrozmyślania

luksusy na miarę naszych czasów

by Paulina 28 lutego, 2024

 Z wiekiem (hoho, tak tak) zmienia mi się poczucie luksusowości.

Luksus, to według Wikipedii termin opisujący
kategorię dóbr materialnych, bądź usług wyróżniających się wysoką ceną,
wysoką jakością wykonania oraz trudną dostępnością dla odbiorcy
. Produkty luksusowe adresowane są do wąskich grup społecznych, należą do produktów oraz usług ekskluzywnych.

Nigdy nie należałam do fanów luksusu na pokaz, ostentacji i podejścia zastaw się a postaw się, ale im dalej w wiek, tym bardziej luksus jest dla mnie a nie dla poklasku.

Luksus ma dla mnie dużo wspólnego z miłością do siebie. Z otulaniem jakiejś cząstki siebie takim kaszmirowym kocyczkiem. Z robieniem miłych rzeczy dla siebie, i nie pokazywaniem tego w mediach społecznościowych.

Od jakiegoś czasu silny trend cichego luksusu, który jednak mocno stawia nacisk na wyglądzie, i tym jak wyglądać, żeby było bogato, ale nie ostentacyjnie, że niby nie ma to znaczenia. Dość przewrotne, zwłaszcza, gdy można znaleźć ubrania w stylu „silent luxury” na portalach typu shein. 

W czasach, gdy „luksus stracił blask” (bardzo polecam książkę o tym tytule, autorstwa Dany Thomas), a produkty marek zaliczanych do luksusowych produkowane są masowo w Chinach i w zasadzie nie różnią się od swoich podróbek, trochę nam się definicja luksusowości chwieje.

Jeśli luksusem jest coś dla wąskiej grupy społecznej, to myślę, że coraz bardziej luksusowy staje się jakościowy czas offline. Przez jakościowy wcale nie mam na myśli produktywny i pożyteczny.  Luksusowo mi jest, gdy siedzę na kocu gdzieś w plenerze i wystawiam twarz do słońca, a telefon leży gdzieś zapomniany. Gdy zamiast siekać sobie mózg szokującymi krótkimi niusami, robię temu mózgowi miły masaż krzyżówką albo grą planszową. Gdy zamiast frustrować się kreacją idealnego życia innych, jestem obecna we własnej rzeczywistości. Gdy zamiast garbić się i męczyć oczy migającymi obrazkami, idę na spacer. I bardzo luksusowo, gdy robię coś fajnego i nie mam imperatywu, żeby stworzyć z tego rolkę na instagram. Ta świadoma decyzja (zwłaszcza, że od lat prowadzę jednak ten blog i mam odpoczywalniowe konta na SM), żeby się nie dzielić w internecie różnymi działaniami, czy rzeczami dają mi właśnie to poczucie że robię coś tylko dla siebie.

Żyjemy w epoce wiecznego pośpiechu i ciągłego braku czasu. Praca, dzieci, dom, ciągłe ogarnianie czegoś. Dlatego sam czas wolny – i powolny, czas spędzony bezproduktywnie – stał się dobrem unikatowym i bardzo cennym. Luksusem jest dla mnie poranna kawa, na którą mam czasem 10 minut, a czasem godzinę. I wieczór z melisą i książką, kiedy już nic nie muszę. I niedziela, gdy nie mamy żadnych planów.

Luksusem jest dla mnie to miejsce. Prowadzę tego bloga blisko 15 lat,
bez oglądania się na statystyki i klikalność, bez kompromisów,
pokazywania więcej niż bym chciała. Cieszę się, że tu jesteście, jestem
bardzo wdzięczna za każdy like, komentarz i mail. Mam jednak ogromne
poczucie wolności, w tym, że moje pisanie się nie monetyzuje i nie muszę
nic pod tym kątem kalkulować. Myślę, że właśnie to poczucie wolności i braku presji sprawiają, że ciągle tu coś tworzę. Bo mogę, a nie muszę. (Żeby nie było, nie mam nic do blogów profesjonalnych)

Spacer po lesie. Bardzo mocno dociera do mnie jakim luksusem jest spacer po lesie. Gdy mogę zrobić sobie przerwę od wszystkiego i po prostu chodzić wśród drzew.

W kwestii rzeczy materialnych. Dobre materiały i porządne rzemiosło. Przyjemność użytkowania, estetyka, dobry projekt, trwałość.

Raz na jakiś czas kolacja fine dining. Na co dzień – jakość, dobre składniki, mniej, ale lepiej. Wspólne, ładnie podane posiłki, na ładnych talerzach, przy drewnianym stole.

To chyba starość, ale mam poczucie luksusu, gdy w domu jest posprzątane.

Podróże. Lecz znowu, nie te ostentacyjne, na pokaz, pokazujące ile pieniędzy na nie wydałam.

Dość zaskakującym dla mnie luksusem, którego doświadczam od niedawna, jest wiek. Skończyłam 40 lat. I zyskałam takie wewnętrzne poczucie… nie wiem, wolności, spokoju, odpuszczenia? Że nie muszę nic nikomu udowadniać, bo jestem wystarczająca. Mam dystans do różnych powinności życiowych, opinii innych. Oczywiście nie jest tak, że powinności życiowe nie istnieją. Istnieją, że hoho. Tak samo wychowuję troje dzieci, pracuję, zajmuję się domem, i robię różne rzeczy, ale coraz silniejsze jest we mnie to wspaniałe poczucie, że dawałam, daję, i będę dawać radę.

Co sprawia, że czujecie się luksusowo?

28 lutego, 2024 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

o pięknie zwykłych Świąt

by Paulina 21 grudnia, 2023

Pachnie mi w domu, ach jak pachnie.

Wywietrzył się już co prawda cudowny piernikowy zapach, który utrzymywał się w piekarniku dość długo i ożywał przy każdym pieczeniu chleba. Ale od wczoraj pachnie lasem.

Jest choinka, mokra od tego szarego deszczu – killera świątecznego nastroju. Stoi i emanuje tą leśnością i świątecznością i jest taka piękna i tak bardzo nie potrzebuje żadnych ozdób. Ale ozdobimy ją – będą szydełkowe gwiazdki, które robiłam w pierwszej ciąży, pierniczki, różne szklane cuda, kupowane w kolejnych latach z dzieciakami, słomkowe klasyki, parę retro bombek, które zgarnęliśmy z mężem z rodzinnych domów.

Nie miałam w tym roku wielkich oczekiwań co do Świąt*. Nigdy nie mam zresztą. Mam świadomość od dawna, że czas adwentu to też cztery tygodnie, kiedy normalnie się pracuje, gotuje obiady i odrabia lekcje i nie ma zwolnienia ani usprawiedliwienia w związku z zadaniami z kalendarza adwentowego. Mam też świadomość, że nie będzie doskonale i idealnie pięknie. Że moja estetyka nie zawsze spotka się z estetyką dzieci i nie uniknę ach-jakich-ślicznych ozdóbek kupionych na szkolnym kiermaszu. Powtarzam, że są we mnie dwa wilki – jeden chce dać radość dzieciom, a drugi chce mieć ładne pierniczki ozdobione minimalistycznie jednokolorowym lukrem. 

Lata macierzyństwa nauczyły mnie też, że dzieciaki w tych tygodniach i tak chodzą półprzytomne z podniecenia, więc nie trzeba tych emocji specjalnie dodatkowo podkręcać. Czasy też są takie, że łatwo tę świąteczną atmosferę przedawkować. Wystarczy godzina za długo w centrum handlowym, za dużo mediów społecznościowych pełnych doskonale udekorowanych domów w okolicach 3 grudnia, czy nawet codzienna presja pięknych wspólnych aktywności z kalendarza adwentowego (to mój przypadek sprzed paru lat. Teraz mam większy dystans, i w kalendarzu coraz więcej jest zadań typu, pomyśl, co lubisz najbardziej w Świętach, albo rozdaj dzisiaj przynajmniej 10 przytulasów.)

Stoję więc w tym czasie na ziemi, akceptuję tę realistyczność, biorę grudzień w całości – błyszczący brokatem i pachnący pierniczkami, ale też lepiący się od wywalonego na podłogę lukru, intensywny pracą i nerwowy z powodu opóźniającego się kuriera z ważną paczką.

Klimat jak zawsze tworzę trochę przy okazji, bardzo dbając o złoty (i brokatowy;)) środek między wyjątkowością tego czasu a zwykłym przebodźcowaniem, ale najbardziej na świecie dbam o chwile relaksu. Miło jest mieć Święta pięknie przygotowane, w domu porządek i prezenty ogarnięte wcześniej niż 23 grudnia o 19. Ale jeszcze milej jest spędzić czwartkowy grudniowy wieczór słuchając Nat King Cole’a i popijając herbatę z pomarańczą i rozmarynem i oglądając albumy ze zdjęciami.

A już zupełnie najmilej jest być w Święta w komplecie rodzinnym. W zdrowym komplecie rodzinnym. Po ubiegłym roku, to w zasadzie jest „all I want for Christmas”.

Niech Wam będzie dobrze w te dni.

* No dobra, śniegiem też bym nie pogardziła;)

21 grudnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowojak odpoczywaćjesieńprzyjemnościslow lifestylezima

nasze ulubione planszówki rodzinne

by Paulina 26 listopada, 2023

Wspominam o nich dość często. Są stałym elementem naszych popołudni rodzinnych i dorosłych wieczorów. A ponieważ zaczął się ten czas z długimi ciemnymi wieczorami, słotnymi niedzielami, to do planszówek na pewno będziemy siadać częściej.

Lubimy to. I lubimy, że weszliśmy w ten etap z dzieciakami, że nie trzeba z nimi grać w nogi stonogi albo potwory do szafy. I to, że to fajny, wspólny czas jest, nie podszyty jakąś poświęcanką z którejś strony. Siadamy przy stole i gramy.

Nasze dzieci są już na tyle duże, i mają tę planszówkową historię za sobą, że można z nimi grać jak z (prawie) równymi partnerami. Nie traktujemy ich bezwzględnie, ale nie dajemy forów. Oczywiście zdarzają się w związku z tym wielkie dramy, „bo ja zawsze w to przegrywam”, i „bo ona mi podebrała kartę i rozwaliła mi moją strategię”, no ale to właśnie jest ta przestrzeń, przestrzeń co ważne bezpieczna, wspierająca i zabawowa, w której dzieci mają okazję się uczyć, że czasem się przegrywa, chociaż się bardzo staramy, że czasem ktoś nam przeszkodzi w osiągnięciu celu – i nie zawsze jest to coś osobistego, po prostu „it’s just good business”, czasem los nam sprzyja a czasem nie. I że to wszystko nie zawsze jest z naszego punktu widzenia sprawiedliwe i po równo. To są bardzo trudne tematy i mam wrażenie, że to pokolenie dzieci potrzebuje bardzo je przepracować. I nie chodzi tu o specjalne przyuczanie do porażek i wychowywanie jakiś przegrywów, po prostu bywa różnie w życiu i porażki zdarzają się każdemu. A wydaje mi się że jest trochę tak, że to pokolenie płatków śniegu ma duży problem z przegrywaniem, jakimkolwiek. Planszówki w każdym razie pomagają to oswoić, i to jest ich bardzo ważny aspekt. 

Kolejny to nauka rywalizacji i współpracy, kompromisów, tego że czasem trzeba poświęcić coś od siebie dla osiągnięcia wspólnego celu. I tego, jak ze sobą rywalizować podczas rozgrywki i nie obrażać się śmiertelnie na siebie wzajemnie w życiu poza planszówkowym.

I zabawa. Świetna zabawa i super spędzony wspólnie czas. Zamiast spędzać popołudnie każdy w swoim kącie, zanurzeni gdzieś w świecie wirtualnym, wybieramy czas rodzinny i dobrą, jakościową rozrywkę.

No dobra, dość ogólnikowych zachwytów, czas przejść do rzeczy.

Jakie są nasze ulubione planszówki?

Harry Potter. Hogwarts Battle Wilczek jest wielkim fanem serii, a ta gra, zanurzona w świecie Hogwartu miała dobre recenzje. To gra kooperacyjna, czyli taka, w której wszyscy gracze współpracują, żeby osiągnąć wspólny cel. W tym przypadku celem jest oczywiście pokonanie Voldemorta i sprzymierzonych z nim złych postaci. To gra oparta na mechanice budowania talii, czyli zbierania kart, które rozwijają nasze postacie, co daje szanse najbardziej przysłużyć się sprawie.

Mamy dużo emocji, jest dość duży element losowości, ale najbardziej podoba mi się ta kooperacyjność. Wiadomo nie od dziś, że nic tak nie integruje, jak wspólna walka ze złem. Gra wg producenta od 11 lat, ale nasza 9 letnia córa ogarnia bez problemu.

Ubongo. Klasyk prawdziwy, układanka na czas, polega na tworzeniu zadanych figur z dostępnych elementów w różnych kształtach. Bardzo proste zasady, szybka rozgrywka, w zasadzie brak interakcji, każdy stara się jak najszybciej ułożyć swój kształt. Gra wg producenta od 8 lat, ale Pirat świetnie dawał radę jeszcze jako pięciolatek, jedynie grał na łatwiejszym z dwóch poziomów.

Dolina Królików. Gra karciana z elementami genetyki. Każdy z graczy ma za zadanie tworzyć królicze rodziny, tak by realizować swoje misje (np najwięcej brązowych króliczków ze wszystkich graczy, królicza rodzina z dziećmi we wszystkich kolorach itp). Podczas rozgrywki gracze muszą pamiętać o zasadach genetyki, – (np dwa białe króliki nie będą mogły mieć brązowych królicząt itp), trzeba planować swoje akcje, zwracać też uwagę na innych graczy, którzy mogą podebrać nam upatrzoną kartę. Dolina Królików jest bardzo pięknie wydaną grą, z uroczymi ilustracjami i przyjemnym klimatem. Gra wg producenta od 6 lat, i tak mniej więcej graliśmy, trzeba jedynie zwrócić uwagę że nieczytającym graczom trzeba będzie przeczytać treść ich misji.

Draftozaur. Nie mogliśmy nie kupić tej gry gdy zobaczyliśmy urocze drewniane figurki dinozaurów, no i gdy ma się w rodzinie byłych i obecnych maniaków prehistorii. Każdy z graczy ma za zadanie umieścić na swojej planszy figurki różnych gatunków dinozaurów w taki sposób, by zdobyć jak najwięcej punktów. Trzeba pamiętać o tym, że na różnych polach planszy zdobywa się punkty za różną konfigurację figurek (np najwięcej figurek tego samego gatunku, lub najwięcej parek z tego samego gatunku, największa różnorodność gatunkowa etc) Gra wg producenta od 8 lat, ale nasz 6-latek gra bez problemu, choć nie do końca ogarnia planowanie;)

Queendomino to gra bazująca na
mechanice domino, w której gracze tworzą królestwo wokół swojego zamku
za pomocą dwukolorowych kafli, które pasują do siebie jedną z części. W królestwie, czyli na dopasowanych do siebie kaflach, można stawiać budowle, które dodają nam punkty zwycięstwa. Gra prosta

Ekosystem. Przepiękna, nieduża gra, w której naszym zadaniem jest stworzenie różnorodnego, stabilnego ekosystemu, z potokami, lasami i łąkami wraz z mieszkańcami. Gracze wymieniają się kartami przedstawiającymi różne elementy ekosystemu i w każdej kolejce tworzą swoją krainę dokładając po jednej karcie, pamiętając o różnych zależnościach, które występują w przyrodzie i tym, że wszystko ma wpływ na wszystko. Punkty można zdobyć np za ilość pszczół w pobliżu łąki i pstrągi w
strumieniach, wtedy, gdy niedźwiedzie umiejscowione są w pobliżu swojego
pożywienia i tak dalej. Od 8 lat, nasz sześciolatek też daje radę, czasem z niewielką pomocą.

Pictomania. rewelacyjna gra imprezowa, polegająca na szybkim i czytelnym rysowaniu wylosowanych haseł. Zaczyna się niewinnie, gdy do narysowania jest np fotel bujany, czy kaszkietówka, z każdą kolejną rundą robi się coraz ciekawiej, gdy naszym hasłem jest hokej, albo odpoczynek. Na koniec wjeżdżają grube działa, czyli np prawa obywatelskie, albo menedżer projektu. Gramy całą rodziną, wybierając te łatwiejsze poziomy. Pirat w drużynie z jednym z rodziców (trzeba szybko czytać)

Splendor. Świetna karciana gra ekonomiczna, która uczy planowania i strategii. W grze wcielamy się w renesansowych kupców i zbieramy zasoby w postaci kart i żetonów, które umożliwiają nam dalszy rozwój. Gra ma dość prosta mechanikę, jest dynamiczna, wymaga strategicznego myślenia i szybkich reakcji. Gra wg producenta od 10 lat, ale młodsze dzieci mogą próbować, producent proponuje by młodsze dzieci otrzymały (wybudowane) na samym jej początku 1, 2 lub 3 (w zależności od
wieku) losowe karty poziomu pierwszego, wtedy szanse trochę się wyrównują.

 

Azul. Kolejne bardzo przyjemnie wydane wydawnictwo. Gra inspirowana jest portugalskimi azulejos i polega na specjalnym układaniu kafelków w sposób, który zapewni nam najwięcej punktów. Wymaga to strategicznego dobierania kafelków i planowania kolejnych ruchów (uwzględniając plany współgraczy). Zasady są proste, a kafelki bardzo przyjemne w dotyku. Od 8 lat, i tak mniej więcej nasze dzieci zaczynały

Wsiąść do pociągu. I jeszcze jeden klasyk nad klasykami. To gra rodzinna, w której uczestniczy zbierają karty wagonów do realizacji wylosowanych misji, a są nimi tworzenie tras między europejskimi miastami. Gracze mogą też, budować dworce łączące różne trasy, pokonywać tunele,  a nawet korzystać z promów. Gra wg producenta od 8 lat, nieco młodsze dzieci również dadzą radę (trzeba jednak umieć czytać).

Mamy jeszcze gry, które wjeżdżają wieczorami, gdy dzieci zasną, najulubieńsza to wciąż Cywilizacja, które dla dzieci jest jeszcze zbyt złożona, czy takie z bardzo negatywną interakcją jak np Survive.

Dajcie proszę znać, gracie w planszówki? Znacie te polecane przeze mnie? A może chcielibyście dorzucić jakiś tytuł?

Jeśli temat jest dla Was nowy, to serdecznie polecam spróbować

26 listopada, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatolubelszczyznamój stylprzyjemnościrozmyślaniaskansenslow lifestyle

Sielskość na stres

by Paulina 3 sierpnia, 2020
muzeum wsi lubelskiej, len, w skansenie z dziecmi

To nie jest typowe, wakacyjne lato.
Zmęczenie ostatnich miesięcy, gdy trzeba było łączyć (intensywną) pracę zawodową, zdalne nauczanie i ciągłą opiekę nad trójką dzieci daje się we znaki. Na urlop z prawdziwego zdarzenia wciąż nie mogę sobie pozwolić, mam nadzieję że już niedługo.

W ramach samoobrony przed stresem, zmęczeniem i wypaleniem, szukam ukojenia w Chwilach.
Jedną z takich chwil ostatnio była wizyta w skansenie.
Szybkie pakowanie piknikowe, i pojechaliśmy spędzić tam popołudnie.

Zwiedzanie skansenu jest aktualnie trochę ograniczone, ze względu na sytuację epidemiologiczną. Ale to zupełnie nie szkodzi.
Do starych domów można zajrzeć, wwąchać się w zapach drewna i siana, napatrzeć na starą ceramikę i pięknie szydełkowane obrusy. Zanurzyć się w Arcysielskość.

To jest taka polska wieś spokojna z wyobrażeń mieszczucha. Bez intensywnych zapachów zwierząt, bez much, bez brudu i gnoju, bez widocznej ciężkiej pracy.
Są piękne drewniane chaty, szczęśliwe kury spacerujące po ścieżkach i kozy chrupiące listki. Są ogrody z kwiatami i ziołami, pachnące i pełne pszczół. Idylla.

I wiem, że naiwna i nieprawdziwa ta idylla.
Ale mimo to (choć może właśnie dlatego?)  uwielbiam zanurzać się w tę kojącą krainę szczęśliwości. To miejsce działa podobnie jak ruskie pierogi z masełkiem albo curry z batatem zapijane winem. Działa jak ASMR. I jak książki Montgomery i Musierowicz. Jak wełniany kocyk i sok malinowy w deszczowy wieczór. Jak ballady Coltrane’a na winylu.

Dzieci jakoś wchodzą w klimat i stają się rozkosznymi pociechami o wspaniałych humorach, a wszelkie fochy i konflikty przestają mieć znaczenie.

O ileż łatwiej jest potem, po takiej kilkugodzinnej kroplówce z błogością, funkcjonować w dorosłej i odpowiedzialnej codzienności.

muzeum wsi lubelskiej, w skansenie z dziecmi

muzeum wsi lubelskiej
Na pikniku. Tym razem kotlety z zielonej soczewicy, sałata i pomidorki koktajlowe.

gęsiego za mamą

3 sierpnia, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

36 zwykłych lat

by Paulina 16 lutego, 2020

Świta. Albo chcemy wierzyć że świta, bo o tej porze roku to jest najgłębsza i najbardziej senna część nocy. Zwlekam się z łóżka te pół godziny później niż on, tłumacząc się sama przed sobą tym, że statystycznie i sumarycznie i tak na pewno mniej śpię.
Nieletni śpią jak anioły.


Wkładam wełniane kapcie, idę do łazienki, potem staram się rozruszać zmurszałe części ciała krótką gimnastyką.
Z kuchni dobiega Trójka i zapach gotującej się jaglanki. Buziak na dzień dobry, jest miło i dobrze. Czas zwlekać dzieci, poranna sielanka dobiega końca, zaczyna się poranna orka na ugorze. Dzieci są zazwyczaj rozproszone, niewspółpracujące, niewsypane, niezadowolone, niespakowane do szkoły, niewiedzące w co się ubrać. Zadające trudne i abstrakcyjne pytania, albo nie reagujące na nasze słowa. Ciągle w piżamach na 5 minut przed wyjściem, porwane w wir cudownej (w innym momencie i okolicznościach) zabawy, albo kłócące się, że „mamooooo, on mi nie pozwalaaa przeeeeejść” i „mamoooooo, ja to pierwszy chciałeeeeeeem”. I głodne.
To ten czas, który podnosi ciśnienie jak żadna kawa.
Starszaki wychodzą z tatą, ja mam chwilę na ogarnięcie siebie i najmłodszego i też wyruszamy w świat żłobka i pracy.
W ciągu dnia na łączach internetowych przemyka standardowa romantyczna małżeńska wymiana wiadomości – co dziś jemy – czy trzeba coś z Lidla – o której dziś kończy Wilczek – czy odbierzesz mi przesyłkę z paczkomatu – zrób zaczyn na chleb.

Następuje skomplikowany logistycznie powrót do domu. Idealnie, gdy uda się przed zapadnięciem nocy o 16, wyjść z nimi na jakiś plac zabaw. Zdarza się (za rzadko!!!), że po szybkim obiedzie, gdzieś sobie jeszcze wyskakujemy, zażyć trochę kultury i cywilizacji lub sportu i rekreacji (wybaczcie rym, nie mogłam się powstrzymać).

Przed wieczorem jest czas na swobodne zabawy i aktywności, typu klocki Lego, puzzle, rysowanie,  snucie się, składanie prania i mycie kuchenki.

Wieczorem, tradycyjnie na hasło „umyjcie zęby” dzieci robią się okropnie głodne. Następuje długie, różnorodnie burzliwe szykowanie się do snu. Wreszcie (ach, jak wiele mieści się w tym słowie czasami), każde wybiera jedną książkę do czytania. Znowu robi się całkiem miło, bo to jedna z moich ulubionych rodzicielskich chwil, nawet jeśli często czytając zasypiam i zamiast czytać snują mi się jakieś bzdurki z półsnu.

Później jest cudowny, za krótki czas tylko dla starych. Nawet jakbym chciała, to moje mądre ciało nie pozwala mi na żadne pożyteczności. Jest już tylko przyjemnie, z książką, filmem, serialem, ze sobą.

Codzienność. Zwykłe pojedyncze dni, z których składa się nasze życie. Dni pełne chaosu i upajającego poczucia ogarniania, wesołego śmiechu i rechotliwej głupawki, czułości i awantur. Niefotogeniczne dni pełne walających się po podłodze skarpet i samochodzików. Dobre, naprawdę dobre dni, bezpieczne, w miłości i w dobrobycie. Życzę sobie kolejnych 36 lat takich dni.

16 lutego, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • …
  • 7

Ostatnie wpisy

  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • daj sobie spokój
  • jesienne czasospowalniacze

Najnowsze komentarze

  • Agnieszka - 2025. podsumowanie
  • Paulina - 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • Joanna - 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • Ania - daj sobie spokój
  • Ola - daj sobie spokój

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Najnowsze wpisy

  • Zimowe Bieszczady na początek roku

    18 stycznia, 2026
  • 2025. podsumowanie

    9 stycznia, 2026
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

    24 grudnia, 2025
  • daj sobie spokój

    28 listopada, 2025
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025

Kategorie

Popular Posts

  • 2025. podsumowanie

    9 stycznia, 2026
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • Zimowe Bieszczady na początek roku

    18 stycznia, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry