Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

przyjemności

codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessmoda ciążowamój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

Jak odpocząć gdy na nic nie ma czasu

by Paulina 28 maja, 2017

jak wypocząć, odpoczywanie

Jak odpoczywać, to takie pytanie które sobie zadaję od tej zimy. Zaszły wtedy u mnie spore zmiany, które – choć dały masę radości i satysfakcji, nie sprzyjały relaksowi. Zaczęłam wtedy nową pracę, na etacie (bardzo ciekawą i satysfakcjonującą, ale też pełną wyzwań i jak każda nowa praca wymagającą nauki i wdrażania się) a także zmagałam się z
mdłościami i sennością kolejnej ciąży.
Nie zmieniło się za to to, że w domu po
przedszkolu czekała na mnie dwójka przedszkolaków stęsknionych mamy, i
sam dom który nie ma niestety funkcji samosprzątającej, za to osiągnął
poziom master jeśli chodzi o samobałaganienie. (Szczęśliwie mój mąż
ratuje sytuację i ogarnia mnóstwo okołodomowych spraw.)

Tak zwanego czasu dla siebie przeznaczonego na wypoczynek, zrobiło się tak czy inaczej mało. A tym bardziej, ze względu na nowe życie we mnie, potrzebowałam
relaksu i odpoczynku. Jedynym sposobem było łapanie skrawków, łowienie okruchów i delektowanie się chwilkami.

Wypracowałam sobie od zimy taką trochę strategię obronną, która pomogła mi się nie zaniedbać zupełnie w tym kołowrocie pracowo – dzieciowo – domowym. Musiałam nauczyć się odpoczywać przy  braku czasu.

Przede wszystkim, dbam o sen wieczorem. To zdecydowanie podstawa, chociaż różne wieczorne plany czasem na tym
cierpią. Trudno. Będzie nieposprzątane, nie obejrzę filmu, nie spędzę czasu z mężem, ale będę wyspana. A sen jest cholernie ważny, nie tylko w ciąży, gdy senność
jest zupełnie nieubłagana
i bezwzględnie zwala wieczorem z nóg. Sen to jedna z tych oczywistości tak oczywistych, że aż nie warto o nich pisać i że aż często jednak o nim zapominamy.

Sztuka odpuszczania.

Odkrywczo napiszę, że doba nie jest z gumy i zwyczajnie nie da się zrobić wszystkiego, mimo nawet najlepszej
organizacji czasu. Fajnie byłoby mieć idealny porządek w domu, uprasowane ubrania, codziennie świeżą tartę na lunch do pracy, ale to nie jest konieczne zupełnie, zdrowie psychiczne przydaje się bardziej.

Aktywność fizyczna w ciąży. 

Rano staram się wstać na tyle wcześnie, żeby chociaż trochę
poćwiczyć.Przed ciążą ćwiczyłam regularnie i intensywnie, teraz co rano
robię spokojną gimnastykę, około 15 minutową. A gdy pogoda pozwala,
przedłużam drogę do pracy o miły spacerek nad rzeką. Czasem jeżdżę na rowerze, tańczę. Wszystko z umiarem, na szczęście ja w ciąży czuję się dobrze, a jest  zdecydowanie lepiej gdy trochę się poruszam. Ale nie robię z tego zawodów, mam duży luz i brak presji na cokolwiek, to aktywność fizyczna ma być dla mnie a nie ja dla niej.

Doceniam to, co mam. 

Jestem wdzięczna. Zauważam. Zauważam to, co dobre. Miłe
drobiazgi i Najważniejszości, od wyjątkowo aromatycznego jak na wiosnę pomidora, przez nową płytę wysłuchaną na wygodnej kanapie z moim fajnym mężem aż po zdrowie i bezpieczeństwo  najbliższych.

Nie marnuję czasu. 

Przy czym uwaga, Nicnieobienie nie jest dla mnie
marnowaniem czasu, o ile jest to nicnierobienie z premedytacją. Każdy ma swoją definicję marnowania czasu – dla mnie są to np minuty i godziny strawione na bezmyślnym scrollowaniu facebooka czy
instagrama, czytanie marnych gazetek i marnych portali, łażenie po sklepach. Lubię za to z premedytacją położyć się na trochę i zamknąć oczy, za to otworzyć uszy, lubię w weekendy przeciągać śniadania, albo powylegiwać się w łóżku razem z narybkiem, czy spędzić czas z fajnymi ludźmi.

stylizacja w ciąży

Korzystam z tego, co mam.
Jestem dla siebie dobra. Sprawiam sobie radości. Chodzę z mężem za rękę. Dużo przytulam dzieci. Czytam przyjemne książki. Dystansuję się od polityki. Spotykam z fajnymi ludźmi. Głęboko oddycham
.
I działa. Nie mogę powiedzieć, że te ostatnie miesiące to permanentna sielanka, ale daję radę 🙂

28 maja, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessprzyjemnościslow lifestylezmysły

nicnierobienie

by Paulina 25 kwietnia, 2017

Bycie nieustannie zajętym zrobiło się już, przynajmniej w pewnym
kręgach, trochę passé.
Mówi się o tym coraz więcej, i coraz więcej osób
rozumie, że nie jesteśmy robocikami, i z wielu względów, trzeba sobie
zrobić czasami wolne.


 

I teraz, gdy powoli zaczynamy przechodzić do porządku dziennego nad
pytaniem „czy w ogóle”, i akceptujemy powoli że mamy prawo do czasu dla
siebie, nadciąga złowieszcze „jak”.

Tu oczywiście na odsiecz przybywają liczne trendy i mody, inspiracje i
pomysły na to, jak warto ten wolny (i teoretycznie dla siebie) czas
spędzać. Wszystko zmienia się oczywiście bardzo szybko, i można z trendi-wypoczynkiem nie zdążyć.

Dlatego, na wszelki wypadek nie odłączamy się. Cali ogarnięci FOMO,
pozostajemy na wszelki wypadek z jednym palcem na gładkiej szybce i
jednym okiem na przeestetyzowanych kwadratach. I niby wypoczywamy, ale dostarczamy temu naszemu mózgowi coraz to nowe bodźce, i
sprawiamy, że nasze głowy są nieustannie w jakimś przynajmniej stopniu
zaangażowane. Trochę na podobnej zasadzie chyba boimy się całkowitej
ciszy i jakoś bardziej komfortowo się mamy gdy „coś nam brzęczy”.

Zresztą, nawet już zostawiając tę zdemonizowaną nową technologię,
czujemy jakiś przykaz wewnętrzny „czegośrobienia” i trochę do tego
„naszego wolnego czasu” podchodzimy ambicjonalnie i zadaniowo. Żeby wykorzystać
go jak najlepiej, najefektywniej.

Ja też tak trochę mam. Planuję nam wolne popołudnia, dni i weekendy,
żeby fajnie spędzić czas, żeby nam nie przeciekł między palcami, bo co
się będziemy tak snuć w piżamach, gdy świat czeka!

Ale mój Specjalny Stan trochę mi tu przychodzi na odsiecz. I czasem odcina dopływ energii po prostu. Mam tę chwilę – chwilunię dla siebie i, uwaga, nie wykorzystuję jej konstruktywnie! W ogóle jej nie wykorzystuję, ona sobie po prostu trwa. I ja razem z nią trwam, z ta chwilą dla siebie, leżę, gapię się przed siebie, albo zamykam oczy. I nic nie robię. I nie myślę, nie planuję. Po prostu sobie jestem. I czuję. Czuję, że jest mi wygodnie, czuję delikatny zapach olejków eterycznych, albo popijanej herbaty. Jest mi to ostatnio cholernie potrzebne i, początkowo na zasadzie „no dobra w końcu ciąża, trzeba się czasem polenić”, ale teraz już bez żadnych usprawiedliwień, odcinam się od bodźców i daje mi to
cudowną niewysłowioną ulgę, jak haust świeżego, chłodnego powietrza po
dusznym smrodku.

Polecam szczerze, w ciąży, w pracy, w codzienności, w obowiązkach.

25 kwietnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnesspodsumowaniaprzyjemnościslow lifestyle

zimowe przyjemności

by Paulina 26 marca, 2017

Długo panująca nam zima raczyła ostatnio miłościwie odejść. Jakaś taka była… intensywna dość i o przesyt nią nietrudno. Ale w sumie miło było (szczególnie miło dzisiaj dodac czasownik w czasie przeszłym).

Szczególnie miła w tej zimie, była jej zimowość. Wreszcie, po paru dobrych latach, dane nam było ponurzać się w tej stereotypowej zimie, z białą migotliwością, tęgim mrozem, trzeszczącym śniegiem i rumieńcami od zimna. Szczególnie posmakowaliśmy tego w górach, ale różne popołudnia i weekendy na sankach i spacerach też nabłyszczały oczy taką świeżą dziecięcą radością.

A po spacerach zupy… I to kolejny punkt na liście, bo zimowe jedzenie darzyłam w tym roku wyjątkową miłością. Treściwe, rozgrzewające zupy i cała masa pyszności, które poza kilogramami dodawały uczucia cudownej przytulności, chcąc być zgodną z trendami, powinnam chyba mówić o hygge food. Fondue, grzanki, domowe belgijskie frytki z domowym majonezem, aromatyczna szakszuka na śniadanie, kolorowe zapiekanki na kolację, gęste, długo pyrkające na małym ogniu gulasze, delikatno mięsiste pączki i waniliowe ciasta drożdżowe.

Druty z audiobookem. W styczniu miałam zdecydowanie więcej czasu i miło go sobie spędzałam na kanapie z ciepłą miękką wełną i jedną z ukochanych książek z dzieciństwa w uszach, czyli Tajemniczym ogrodem, który wzbudził we mnie – mocno przedwczesną jak się okazało – tęsknotę za wiosną, pachnąca ziemią i jasnozielonymi pędami pierwszych kwiatów.

Gry planszowe. Planszówki uwielbiamy szczególnie właśnie w sezonie jesienno zimowym gdy z meliską czy winkiem oddajemy się przemyślnym strategiom, tworzymy cywilizacje i toczymy krwawe wojny. W tym sezonie najpierw zachłysnęliśmy się Tzkolkinem, a potem wróciliśmy do najlepszej naszym zdaniem strategicznej planszówki, w którą mogą grać dwie osoby, czyli Civilization.

 

A do tego książki. Za szczególnie udane lektury uznaję:
Filip Tyrmanda. Oparta trochę na wątkach biograficznych autora, opowiada o losach młodego Polaka w czasie wojny. Z fajnym dystansem do siebie, mocno współczesnym ( i nie do końca chyba politycznie poprawnym) podejściem do wielu spraw, i, jak to u Tyrmanda, świetnie napisana.
I, tego samego autora „Życie towarzyskie i uczuciowe” – to świetnie się czytało po poznaniu Dziennika 1954. Książka mocno inspirowana ówczesną rzeczywistą elitą kulturalną, w świetny sposób pokazująca pewne mechanizmy i powszechne motywacje, i bardzo pod wieloma względami aktualna.

Cień Góry, czyli druga część fantastycznego Shantaram. Obie książki, a mam wrażenie, że druga część jeszcze bardziej, poza świetnie napisaną historią, są przepięknie filozoficzne i bardzo poetyckie. Wrócę jeszcze kiedyś na pewno.

Z filmów i seriali szczególne wrażenie zrobiły na mnie:

Cudowny Sherlock, choć moim zdaniem w ostatnim odcinku trochę przesadzili.
Mroczno – brudne Tabu, z Tomem Hardym, którego szalenie polubiłam ostatnio. A sam serial fajnie budujący napięcie, cudownie naturalistyczny, ze świetną muzyką, choć brakuje rozwiązania pewnych napoczętych wątków.

Nocne zwierzęta. Mocny, trzymający za gardło, wysmakowany estetycznie, z piękną muzyką.
Arrival. Szczególnie, jako filologowi podobało mi się podejście do języka, komunikacji i tego, jak sposób porozumiewania może wpłynąć na społeczeństwo.
Nocne zwierzęta i jak je znaleźć. Przyjemny, bardzo ładny film ze świetnymi efektami specjalnymi i fajną, choć nieporywającą historią. I Eddie Redmayne, który w zasadzie fajnie pasujący do roli, ale jakoś mnie osobiście irytuje.
Capitain Fantastic, pisałam o nim tu.
Kubo i dwie struny. Przepięknie zrealizowany (poklatkowa animacja i ręcznie robione figurki!), mądry, wzruszający i zabawny.
Lalaland, jeśli ktoś jeszcze nie widział – bez fajerwerków, ale bardzo przyjemnie się oglądało. Jeden z tych miłych, ładnych filmów, do których się wraca, gdy chce się obejrzeć coś fajnego.
Jackie, czyli film należący w całości do Natalie Portman, wciągnęła mnie w piękny sposób w osobowość pani prezydentowej.

Muzycznie nie działo się jakoś szalenie dużo.
Zażyliśmy jednego fantastycznego koncertu Lao Che.
Odkryliśmy fantastyczny Minialbum Korteza i trochę przypadkowo Smolika 2.

Praca zbiorowa czyli Są rupaki mądrale i rupaki głuptaki. Są brzydale i wcale, wcale ładne rupaki

Do tego miłe, ekscytujące i motywujące były różne zmiany życiowo zawodowe w lutym, które zabrały trochę czasu i siły, a dały sporo radości, satysfakcji i skrzydeł i o których jeszcze Wam opowiem:)
A jak Wasza zima? Poza tym, że długa?

26 marca, 2017 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
brzmieniacodziennośćdomowomindfulnessmuzykaprzyjemności

Odpoczywalnia Muzyczna: Muzyka na weekendowe poranki

by Paulina 13 marca, 2017

W weekendach lubię wszystko, ale najbardziej chyba poranki. Gdy jesteśmy wszyscy razem i nikt się nie spieszy, jemy śniadanie przez godzinę, a potem migrujemy na kawę do salonu. Dzieciaki, bez porannego poganiania odkrywają nagle swój pokój i wspólną w nim zabawę, a do nas, naprzemiennie z wrzaskami, chichotami i awanturami docierają dialogi w stylu „to są piękne barwy wilczku” „dziękuję Iskro, to doskonale”.

Do tej naszej piżamowej sielanki kawowej serwujemy sobie oczywiście miłą ścieżkę dźwiękową. Nie za smętną, nie za ostrą, miłą i pozytywną. Muzykę idealną na weekendowe poranki.
Zapraszam Was na kolejne wydanie Odpoczywalni Muzycznej i zachęcam do dzielenia się z Waszymi hitami.

Jack Johnson From here to now to you i Sleep though the static
Ayo Joyful
Thomas Dutronc Comme un manouche sans guitare
Sting, starsze płyty
Feist, The Reminder i Let it die
Sade Diamond life
The Beatles Abbey Road
Smolik i Kev Fox
Lou Doillon Places
Low The invisible way
New Century Classic Natural Proces
Mitch & Mitch with their Incredible Combo
Muzyka z filmu Once
Obie Krainy Łagodności

Oczywiście to nie jest jakaś sztywna kategoria absolutnie, ale te płyty jakoś szczególnie kojarzą mi się z takim właśnie sobotnio niedzielnym porannym kawkowaniem.

A jeśli macie ochotę na inne moje muzyczne skojarzenia to zapraszam tu, tu i tu.

13 marca, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinpasjaprzyjemnościzima

Co robić w Lublinie zimą

by Paulina 17 stycznia, 2017

Że Lublin w sezonie wiosenno – letnim jest super, pisałam wielokrotnie. Festiwale, ogródki, plenery i parki, jest różnorodnie i fajnie.
A co robić teraz, gdy rowery miejskie schowane, podobnie jak knajpiane ogródki i chęci do wyściubiania nosa z domu? Gdy noc zapada dwie chwile po śniadaniu, gdy zimny wiatr i śnieg przegania Tam, gdzie spokój jest święty,
No bo święci są pańscy
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje cię Pan.


Chociaż bardzo lubię ten domowy czas, tę przytulność z gorąca herbata i ciasteczkami gryczanymi, świeczkami i światełkami różnymi, gdy układamy z dzieciakami puzzle, czytamy książki w namiocie, to i tak bywa, że mnie nosi.
Wyszukuję co-by-tu, i ruszamy w miasto nasze kochane.

 

Nie widać tego może tak jak w lecie, gdy wszystko dzieje się na wierzchu, ale i teraz jest co robić. Mamy fajne przestrzenie wewnętrzne, w których odbywają się rzeczy czasowe i parę stałych miejsc do odwiedzenia.

Tak to jest, że jak się faktycznie mieszka gdzieś na stałe, to nigdy nie ma czasu odwiedzić lokalnych atrakcji, bo one przecież zawsze będą, trzeba odkrywać świat odległy. Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Lyonie, motywowani tymczasowością naszego mieszkania tam, korzystaliśmy, ile się dało i zawsze wychodziło potem śmiesznie w rozmowach z Francuzami gdy okazywało się, że odwiedziliśmy miejsce dla nich oswojone, ale nie poznane.
Nie mamy może w Lublinie takiego muzeum sztuk pięknych, dworu braci Lumiere, czy pamiątek z czasów starożytnych, wiadomo, że to inna skala. Ale i tak jest gdzie pójść, i czym się zachwycić.
Jest (nie)sławny zamek lubelski, niestety wielu kojarzący się głównie z hitlerowskim, a później stalinowskim więzieniem, ale który ma wiele ciekawego do zaoferowania. Przede wszystkim imponującą, trzynastowieczną wieżę romańską i kaplicę Trójcy Świętej, z pięknymi freskami. Jest też muzeum, ale jego wystawa stała nie jest specjalnie oszałamiająca, za to warto interesować się czasowymi, bo bywają naprawdę fajne.

Idąc z zamku w stronę starego miasta, przechodzimy przez bramę Grodzką, a tam, ciekawe, dość nietypowe muzeum-archiwum wspomnień świadków historii. Lublin. Pamięć Miasta, czyli stała wystawa poświęcona wspomnieniom z wielokulturowego, przedwojennego Lublina (to tam wybrałam się w ubiegłym roku z moją Babcią).

Na ulicy grodzkiej jest jeszcze muzeum – apteka i Izba Pamięci Żydów Lublina.

Grodzką dochodzimy na rynek, a tam można przejść się Lubelską Trasa Podziemną, zajść na ulicę Złotą do przepięknej (obecnie remontowanej) Bazyliki Dominikanów, wstąpić do niewielkiego Muzeum Czechowicza. Zupełnie niedaleko jest jeszcze Archikatedra Lubelska, a tam, poza wystawą liturgiczną jeszcze ciekawa Zakrystia Akustyczna (ja zawsze znałam ją jako Kaplicę Szeptów, uważam, że ta nazwa brzmi znacznie lepiej).
Na przeciwko Archikatedry znajduje się Dom Słów, czyli Izba Drukarstwa, w którym jeszcze nie byliśmy, a który myślę też może być ciekawy.
Jest jeszcze Majdanek, oczywiście nie do zwiedzania z dziećmi, czy w ramach miłych niedzielnych spacerków, ale z pewnością wart odwiedzenia.

To są te rzeczy na stałe i miejsca raczej Lublinianom znane. Ale często jest też tak, że znane tylko ze słyszenia. Albo i odwiedzone, ale jakieś sto lat temu z wycieczką z podstawówki. Teraz w zimie jest idealny moment, żeby jakieś zimne i wietrzne popołudnie spędzić właśnie w takich miejscach.

Druga kategoria, to sytuacje bardziej motywujące, czyli czasowe.
Naprawdę sporo się dzieje, tylko dla dzieci, albo z dzieciakami, albo bez dzieci;)

Są typowo dziecięce spektakle, warsztaty, wystawy dzieciom dedykowane, zajęcia muzyczne, plastyczne, spotkania. Warto zainteresować się ofertą Teatru Andersena, Filharmonii, Teatru Starego, Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultur i osiedlowych domów kultury i bibliotek, jest tego naprawdę sporo, i wiele z nich zupełnie za darmo lub za symbolicznego piątaka.

Są wydarzenia w których mogą uczestniczyć całe rodziny. Te lubię szczególnie, bo treść jest dedykowana raczej dla dorosłych (bo nie każda aktywność rodzinna musi być podporządkowana dzieciom), ale całość jest przyjazna także najmłodszym. Np. Kino dla rodziców z małymi dziećmi (CK), albo spektakle teatralne z bawialnią dla dzieci obok (Teatr Osterwy, jesienne Konfrontacje Teatralne) . Ale też po prostu różne wystawy np., na które chodzimy razem z maluchami. I wtedy nieletni są trochę obok, nie zawsze zainteresowani. Staramy im się pokazywać obrazy, zdjęcia czy inne obiekty i opowiadać o nich, ale bez jakiejś nadmiernego nękania, mają też zawsze jakieś małe resoraki, żeby nie czuły się do niczego przymuszane. W każdym razie są z nami, trochę w mój ulubiony sposób naturalnie i przy okazji nasiąkając różnymi aktywnościami, trochę przy okazji chłonąc jakieś okruchy kultury i sztuki.

Są też oczywiście różne koncerty i imprezy wieczorne, ale tu już do gry wchodzą dziadkowie.

 

 

Staram się zawsze mieć aktualnego ZOOMa, – to taka mała gazetka,
która jest dostępna za darmo w różnych punktach kulturalnych (ale też na
pocztach, w przychodniach…) i zbiera wszystko, co się będzie działo w
danym miesiącu, wszystko podzielone na kategorie. Są też strony
internetowe różnych instytucji, fejsbuki i aplikacja „co, gdzie,
kiedy?”

A jak jest z Wami, w zimowe miesiące eksplorujecie własne miasta, zapadacie w zimowy letarg, czy uciekacie jak najdalej?
Dajcie
też proszę znać, czy bylibyście zainteresowani tego typu cyklem, z
bardziej konkretnymi propozycjami różnych aktywności w Lublinie i
okolicach
?

17 stycznia, 2017 19 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggeddzieckoprzyjemnościslow lifestyleświętazima

Migotanie, blaski i dzwoneczki

by Paulina 9 grudnia, 2016

Zaczął się z przytupem, cały ten czas dzwoneczków, światełek, i hohoho-czy-są-tu-grzeczne-dzieci. Czas tego wymiętolonego, sponiewieranego wciskaniem wszędzie ducha świąt.

Sypnęło. Zabieliło, zmiękczyło listopadową surowość, zalśniło.
Wyjęliśmy
sanki i pobiegliśmy korzystać z okazji, bo w tamtym roku za wiele ich
nie było. Śnieg trzeszczy pod butami i pachnie białością, sanki z przed
prawie trzydziestu lat dają radę aż miło. Zjeżdżamy z Wielkiej Ogromnej
Góry osiedlowej, oczy łzawią od wiatru i śmiechu, dzieci piszczą z
radości. Bijemy rekordy, kto pojedzie dalej i zrobi najdłuższy sankowy
ślad. Dzieciaki robią orły w śniegu, zaśmiewają się i zadeptują je zanim
jeszcze zdążą się dobrze podnieść.
Z balkonu sąsiedniego bloku słychać delikatne dzwonienie. Lepszego klimatu być nie mogło.

 

Rumieńce, przemoczone rękawiczki, błyszczące oczy.
Wracamy jeszcze wśród śmiechu, dzieciaki ciągną sanki na zmianę.
A
w domu cała ta szczęśliwa bańka pęka gwałtownie i prawdziwe życie wali
nas z placka w te uśmiechnięte twarze, bo mieszanka głodu, zmęczenia i
wielkich emocji skutkuje awanturą, histerią i buntem. Dla zachowania
równowagi, za słodko być nie może.

I ten Mikołaj.
Już w poniedziałek rano się zaczęło.
Rozpakowali pakiecik z adwentowego kalendarza. Z zadaniem upieczenia
ciasteczek dla Świętego Mikołaja. Przypomniało nam się o tym trochę
późno, bo w zasadzie to spać już by należało. Ale zadanie trzeba
wykonać, nie ma wyjścia.
Przyszurali swoje krzesełka, ustawili się
ciasno przy mnie, pilnowali, żeby mi sprawiedliwie pomagali sypać mąkę i
cukier, i masło, mikser i wagę włączać na zmianę, kto ile ma foremek, i
jakie i dlaczego ona ma kaczkę mamo, i ja tes chce tlaktola.
Iskra podśpiewuje i upycha na grubo ciasto do foremki, Wilczek
rozwałkowuje na krzywe placki. Wycinają krzywe samoloty, koślawe auta i
nieproporcjonalne kaczki. Piękne. A oni cali w mące i emocjach. Potem
ulepili jeszcze”dowolne wariacje”, czyli dwie bezkształtne formy żabę i rybę piłę.
Zapachniało.

Ciasteczka dla Mikołaja na talerzu, mleko w
szklance. Oczy mocno zamknięte, ale buzie się nie zamykają. Wilczkowi
rozwiązuje się worek z pytaniami zadawanymi świszczącym, teatralnym
szeptem, Iskra śpiewa hohoha, tralala, co to za Mikołaaaj. Gdy w końcu
zasypiają, nam udziela się ten naiwnie radosny nastrój, pakujemy,
wyjadamy mikołajowe ciasteczka, piszemy listy do grzecznych dzieci, z
czarnej płyty miękko wybrzmiewa Nat King Cole.
Na zmianę tajniaczymy się
z prezentami dla siebie, niby to na chwilę po coś wychodzimy, utykamy
te książki i płyty pod poduszką, a potem, gdy idziemy spać, kładziemy
się z udawaną obojętnością, ale jednak ostrożnie, na wszelki wypadek.
Mamy naszego, tradycyjnie trochę przedwczesnego Mikołaja i listy do
siebie pisane.

W nocy przebudzają się oboje, jakieś sny i przeżycia układają się w tych
małych głowach, dużo tego wszystkiego do ogarnięcia. Rano wstają
niewyspani, i u progu jęku i marudzenia dostrzegają kolorowe paczki.
BYŁ! Ciasteczka zjadł! Prezenty są, hurra! Ta ich radość… wyskakana,
wyśpiewana, najmocniejsza. Ściskająca w gardle aż.

I tak. Co prawda śnieg właśnie rozpaczliwie topnieje, jakiś wirus się przypałętał (a z nim i humorki marudzące) i trochę ten klimacik się nadpsuł, ale będzie pięknie, jeszcze się rozmigocze.

9 grudnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńkultura z dzieckiemlubelszczyznaLublinmindfulnessprzyjemnościslow lifestyle

czas analogowy

by Paulina 18 listopada, 2016

Mniej mnie ostatnio w świecie wirtualnym. Trochę mi się ta internetowa doskonałość przejadła. Blogi, coraz częściej przypominające profesjonalne serwisy radzące nam – za pomocą nowych produktów jak żyć, instagram z masą identycznych zdjęć (z góry, kawa wśród jesiennych liści, z kawałkiem nogi wystającej spod wełnianego koca), plus motywacje i inspiracje, do których już wiecie jaki mam stosunek. Miałam przygotowany większy tekst na ten temat, ale widzę, że nie jestem sama w takich przemyśleniach i już o przesycie intenetowych ideałów napisały już Sara, Basia czy Agnieszka.

Dlatego trochę uciekam od komputera ostatnio. Gdy mogę.

Zamiast fejsa i blogosfery, wybieram
błogosferę na kanapie, kawę i muzykę.
Zamiast świecącego ekranu wybieram książkę, zamiast smyrania po gładkim ekranie – druty i miękkość wełny (choć technologie mi towarzyszą, z Jane Austin w słuchawkach). Okrywam się kocem, trochę niepięknym, ale ciepłym.

 

Popołudniami spacer, bo czasem, gdzieś
między szarością a deszczem wygląda promyk słońca lub dwa i wtedy jest
tak pięknie i pokrzepiająco, że nie straszny jest ani wiatr, ani
perspektywa nocy rozpoczynającej się o 15.

Gdy odbieramy dzieci, opóźniamy powrót do domu, idziemy na pusty plac zabaw, krążymy po osiedlu wokół przedszkola, robimy biegi do najbliższego śmietnika, liczymy kałuże i testujemy parasole. Bywa oczywiście mało malowniczo, bo jesień w tym roku jaka jest, każdy widzi. Czasem nam się nie chce, czasem nie chce się dzieciom.

Gdy pogoda jest już całkiem bezlitosna, wybieramy fajne miejsca pod dachem. W Lublinie jest sporo takich miejsc, do których można się udać, bardziej lub mniej specjalnie dla dzieci i wcale niekoniecznie są to sale zabaw. Ostatnio ulegliśmy pięknej twórczości malarzy Normandii. Mamy taką czasową wystawę na naszym lubelskim zamku – to takie muzeum w starym stylu, źle oświetlone, ze ścianami pomalowanymi na zielono, ale takie muzea tez coś w sobie mają, zwłaszcza o tej porze roku, działają podobnie kojąco jak biblioteki. Naszym starym zwyczajem poszliśmy tam razem z dziećmi. Nie byli jakoś szalenie zainteresowani, ale mieli też resoraki do jeżdżenia po podłodze. Poza tym robiliśmy rodzinne wybieranie ulubionego obrazu z wystawy, oglądaliśmy obrazy z bliska i daleka. Lubelskie Centrum Kultury też organizuje fajne nietuzinkowe zajęcia dla dzieciaków, to zawsze miłe urozmaicenie.

 

A czasami wracamy od razu do domu, jemy obiad. Układamy puzzle. Malujemy. Tworzymy bardziej, lub mniej udane DIY. Czytamy, przytulamy się, skaczemy i tańczymy, bawimy w chowanego. Bywają też cenne chwile wspólnej zabawy – bez nas. Bywa i oglądanie bajek na tablecie. A czasem przeczekujemy (ze zszarganymi nerwami) trudne popołudnie, z Księżniczką Fochną i Señor Awanturem, z nazgulimi wrzaskami, z kłótniami pod tytułem „nie lubię cię” lubisz” „nie” „tak”…”mamo ona powiedziała….” itd. Przytulamy, zalepiamy cudotwórczymi plasterkami Ciężkie Obrażania Na Paluszku o-tu-mamusiu-kropelka-krwi, całujemy stłuczenia, wycieramy łzy. A czasem tracimy cierpliwość, krzyczymy, mamy ich dość i czekamy do wieczora.

A wieczorami gramy w planszówki. Rozmawiamy. Albo słuchamy muzyki. Oglądamy filmy. Albo czytamy. Pijemy winko, albo melisę.

 

I dobrze mi jest, że nie muszę do tego picia kawy sypać sobie liści wokół kubka.  Że dzieciaki nie muszą bawić się szaro – miętowymi królikami. Że nasze codzienne spacery wśród bloków i śmietników. Że nie jestem zobowiązana do relaksowania się w odkrywczych, wystylizowanych wnętrzach. Do gotowania w designerskich garnkach. Że pamiętnik piszę w zwykłym zeszycie zwykłym piórem, bez washi tape, pieczątek, koronek i retro nożyczek.

Że mogę, ale nie muszę. Że nie mamy lajfstajlu, tylko nasze dobre życie. Z masą błysków, roziskrzeń i momentów, ale poza tym cudownie, cudownie niewyszukane.

18 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
asmrbrzmieniadźwiękimindfulnessprzyjemnościzmysły

Zmysłowe przyjemności. Brzmienia

by Paulina 7 listopada, 2016

O muzyce już
pisałam parę razy. Bardzo lubię słuchać jej z zamkniętymi oczami, zanurzyć się totalnie w jej brzmieniu. Ale słuchać uwielbiam nie tylko muzyki. Uwielbiam
miłe dźwięki, dają bardzo intensywne uczucie relaksu, czasem aż przyprawiają o drżenie i to o nich będzie dzisiejszy wpis z serii zmysłowych przyjemności. Zapraszam też do postów o zapachach i dotyku.

Należę do tych szczęśliwców, którym dużo czytano w dzieciństwie. Być może to właśnie głos mojej babci – ciepły i matowy, idealnie pasujący do słów takich jak biszkopt, a czytający krwawe historie braci Grimm – zaszczepił we mnie Wielką Miłość do Miłych Głosów.

Np. do głosów radiowych  Piotra Kaczkowskiego, Oli Kaczkowskiej czy Jerzego Janiszewskiego. Michelle Phan robiąca piękne makijaże (i mówiąca o nich) na YT, albo Karen Savage, czytająca angielskie klasyki z Librivox. Albo moja promotorka – z prawdziwą przyjemnością chodziłam na seminarium magisterskie, właśnie ze względu na brzmienie jej wykładów, zwłaszcza szarą porą jesienno – zimową, za oknem wiatr i deszcze, a my w ciepłej sali, otuleni tym miłym głosem jak baśnią. Inna sprawa, że regularnie z tej błogości zasypiałam, i moje notatki nie należały niestety do najbardziej treściwych.

Jakie jeszcze dźwięki dają mi podobną błogość?

chlup chlup

Jak wiecie jestem osobą mocno zbrataną z naturą, więc siłą rzeczy różne dźwięki naturalnego świata też dają mi mnóstwo radości. I cisza.
Np. cudowna, aksamitna cisza, gdy wjedzie się do lasu na rowerze. To ten moment kiedy przestaje świszczeć w uszach wiatr i wtedy ten las tą nagłą ciszą otula jak kocem. Albo, pozostając w leśnych klimatach, szelest i chrupanie jesiennych liści.

Wspominałam już o innych, intensywniejszych doznaniach na wakacjach pod namiotem. Jednym z nich są właśnie wieczorne dźwięki. Cudowny trzask ogniska i pykający ogień. Mlaskanie fal o brzeg jeziora, grające świerszcze. I żaby. A czasami deszcz bębniący o płachtę namiotu (o ile tylko delikatne bębnienie nie przemieni się w koncert Larsa Ulricha, bo wtedy przestaje być miło).

Jest jeszcze zimowe skrzypienie śniegu i trzask zamarzającego jeziora. I odgłos łyżew po gładkim lodzie, takie delikatne stuknięcie i szczęk.
I letnie skrzypienie gorącego piasku pod stopami. I huk morza – totalny, trochę straszny, potężny, a jednocześnie kojący.

I odgłos krojenia puchatego ciasta w blasze, ciche pyrkanie gęstej zupy, gulaszu albo mieszanych powideł. Cudownie brzmi też stukanie łyżeczką w szklankę napełnioną gęstym płynem – efektu nie robi ani kubek, ani woda czy herbata. Musi być śmietana, albo sos, albo koktajl.
A skoro już przy jedzeniu jesteśmy, to uwielbiam chrupanie – marchewki, papryka, grzanki, pękająca skorupka na crème brûlée

Do tego ukrojonego ciasta i powideł dodajcie jeszcze mruczącego kota, czyli esencję tego jak brzmi przyjemność. I delikatny trzask płyty winylowej, i ogólnie jej ciepłe brzmienie.


A pozostając przy temacie około muzycznym – strojenie się instrumentów w orkiestrze symfonicznej. Uwielbiam ten moment przed koncertem czy spektaklem, z dodatkiem cichych pochrząkiwań, skrzypieniem krzeseł, szuraniem butów.

A propos butów – cudowny jest odgłos kroków o bruk na starych filmach. Jakieś inne buty kiedyś mieli, i bruk może też robił swoje, w każdym razie bardzo miło się tego słucha. Szczególnie gdy idą w deszczu i w nocy. A potem jeszcze zapalają papierosa zapałką.

Albo szczęk nożyczek tuż przy uchu. Znacie może tego wirtualnego fryzjera? Do słuchania przez słuchawki:) Jest zresztą sporo tego typu filmików, nazywają się ASMR, potrafię przy nich przepaść na dłuższy czas.

I jeszcze świszcząco – łaskoczący, teatralny szept dziecka prosto do ucha, zawierzający mi Wielką Ogromną Tajemnicę. Zawsze wtedy przechodzą mnie dreszcze.

Są też słowa, które brzmią wyjątkowo przyjemnie. Cała masa dźwiękonaśladowczych (uwielbiam to w polskim języku) szeptów, szelestów, klekotów, stukotów, chlupotów i grzmień. A poza nimi wspomniany już biszkopt – słowo idealnie oddające delikatną konsystencję lekko chropowatą fakturę, a nawet słodycz. Albo świetlistość. Drżenie. Źdźbło. Chrust. Miękkość. Krokus. Klitka. Rozgwiazda. Czereśnia. Łapserdak. Lubczyk.

Pękanie folii bąbelkowej. Rozdeptywanie białych kulek śnieguliczki. Dźwięki migawki w aparacie. Tykanie niektórych zegarków. Bicie serca.

7 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowomindfulnessmuzykaprzyjemności

Odpoczywalnia muzyczna. Muzyka energetyczna

by Paulina 8 października, 2016

I nadeszła. Człowiek tylko szurałby w chrupiących liściach, wdychał zapach kasztanów, względnie siedział pod kocem i popijał kolejne herbatki zatapiając się w kolejnych powieściach.
Ale, ponieważ nasza cywilizacja nie jest przystosowana do cyklu rocznego, dalej musimy wstawać o (coraz zimniejszym i ciemniejszym) świcie, zabierać się za różne pilne sprawy dnia codziennego i zamiast herbatek lub gorących czekolad pod kocem na sofie, łykać kawę na szybko i brać się do roboty.

O tym, jak się dobudzić, pisałam już kiedyś, dzisiaj o kolejnym, istotnym sposobie. Muzyka! Muzyka grzejąca, kofeinizująca, energetyczna.
Jeśli potrzebujecie się rozbudzić, jeśli potrzebujecie energii. Do tańczenia, sprzątania, jechania samochodem w nocy, porannej rozgrzewki, do brania się (w garść, do roboty, za siebie).
Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu muzycznej Odpoczywalni. Bierzcie i budźcie się!

The Black Keys El Caminho
Organek Głupi
The Doors, chyba wszystko
Lenny Kravitz Mama said
Moby Play
Gaba Kulka Hat Rabbit
Lao Che Gospel, Dzieciom
Queen Innuendo, A night a the opera
Kasabian Velociraptor
Ten years after A space in time
Graveyard – Hisingen Blues
Santigold – Santogold 
Akurat – Pomarańcza

I parę pojedynczych kawałków:
The white stripes Seven Nations Army
Gorillaz Clint Eastwood
Survivor Eye of the Tiger
T Rex Children of the revolution
Rolling Stones Paint it, Black
Thin lizzy Whiskey in the jar
Bee Gees Stayin’ Alive 
Franz Ferdinand Take me out
David Bowie and Mick Jagger Dancing in the street Dancing in the street(ten teledysk!!)
Don Ross Michael, Michael, Michael Klimbim
Kazik & Yugoton Malcziki
Uriah Heep Lady in Black
Raconteurs Steady as she goes

A jeśli macie ochotę pogrążyć się w jesiennej melancholii polecam poprzedni odcinek, czyli muzykę depresyjną. Albo, jeśli macie ochotę miło owinąć się w kocyk, pic herbatkę i czytać, to tu jest muzyka na popołudniowy relaks

8 października, 2016 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmoda rowerowamój stylprzyjemnościrowerrower z dzieckiemrowerki biegoweslow lifestyle

day dream

by Paulina 13 września, 2016

Zupełnie nie wiadomo kiedy lato się zestarzało i zezłociło.
Lato ciągle gorące, piękne i słoneczne, ale powietrze pachnie już kasztanami, szalikiem i zupą dyniową.

Tym bardziej korzystamy z bezkarnego polegiwania piknikowo – hamakowego.
Pojechaliśmy rowerami do parku. Rowerki przypięte do przyczepki, coraz bardziej zmienia się proporcja dziecięcego sposobu przemieszczania się, śmigają na biegówkach coraz większe odległości (ostatnio 13km!), jeszcze trochę i przyczepka w ogóle przestanie być potrzebna.

Wzięliśmy hummus z soczewicy, bułki z Lidla i paprykę z nakazu Wilczka (uwielbia). Wzięliśmy ciepłe jeszcze, pachnące drożdżówki w powidłami śliwkowymi (nie zdążyłam ich zamknąć w słoiki, już praktycznie całe wyżarte). Umościliśmy się w ciepłych promieniach, na kocu, na hamaku, niektórzy na rodzicach.

Słońce sobie grzało potężnie, a liście szeleściły październikiem, i plątał się pięknie ten czas letnio jesienny.
W pobliżu był jeszcze plac zabaw, co dało nam możliwość przymknięcia oczu na hamaku.

I tak powstało popołudnie idealne

Mój cycle chic trochę psują sakwy, ale jakoś te hummusy, slacki i hamaki trzeba dowieźć.

Najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi dzieci jest położenie się na hamaku
Tato no chodź, było fajnie

13 września, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • …
  • 7

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry