Zdecydowanie, sierpień jest niezwykle klimatycznym miesiącem. To lato dojrzałe zbożem, inne już lato, lekko spłowiałe, dobrze już opalone, z piegami i rozjaśnionymi od słońca włosami. Pachnące papierówkami.
W tym roku także upalne. (swoją drogą, przywieźliśmy ten upał chyba z Lyonu) Jak to dobrze, że w najgorętszy czas śniadanie można było zjeść na przyjemnie rześkim jeszcze tarasie. Że z kawę piliśmy pod orzechem, idąc tam na bosaka, bo już nie zaroszonej, ale jeszcze chłodnej trawie. Że schładzaliśmy się w basenie.
A do tego owoce prosto z krzaka. Dzieciaki najszczęśliwsze, na golasa, z łapkami w soku jeżynowym. I wieczory. A wieczorami, gwiazdy spadające.
I Lublin nasz kochany. Jak miło jest przejść się po starym mieście, obserwować zmiany i wracać do ulubionych ścieżek i miejsc.
Niedziela, Dominikanie, spacer, kawa w Trybunalskiej
Błogo, pięknie, prawie idealnie. Prawie, bo ciągle na kartonach i walizkach, szukamy miejsca, żeby jednak u siebie.




















































































































