Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

przyjemności

fenomen Proustamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylezapachyzmysły

Zmysłowe przyjemności. Zapach.

by Paulina 14 sierpnia, 2016

Dzisiaj znów zmysłowo. Było już o dotyku, dziś równie pięknie, bo zapachowo. Węch jest kolejnym bardzo pierwotnym, i takim trochę zwierzęcym zmysłem.

Wiecie, że już kilkudniowe dzieci poznają swoją mamę właśnie po zapachu?

Węch jest szczególny, bo układ węchowy jest mocno powiązany ze strukturami w mózgu odpowiadającymi za emocje. Stąd słynny fenomen Prousta, nasze wspomnienia pachną, a zapachy się kojarzą. 

Ja bardzo mocno odbieram świat właśnie zapachami. Gdy mi przeszkadzają, to przeszkadzają bardzo, ale gdy pięknie pachnie… jest najpiękniej już totalnie.

Mam mnóstwo ulubionych zapachów i nie wiem, czy potrafiłabym wybrać jeden najulubieńszy. 
Myślę, że wysoko na takim podium byłaby skóra niemowlęcia karmionego piersią. To jedyny w swoim rodzaju zapach, ciepły, mleczny i słodki, jeden chyba z najbardziej kojących. Teraz uwielbiam wąchać włoski moich dzieci, zwłaszcza te nagrzane słońcem.

Zresztą, ciekawe, że grzejące słońce nadaje jakiegoś cudownego dodatkowego zapachu. Twarz ogrzana pierwszymi wiosennymi promieniami, albo ciepła sierpniowa papierówka, która nie wiem czy wspanialej smakuje, czy pachnie.

A idąc dalej tropem słonecznym, wielki uśmiech wywołuje u mnie zapach rozmarzającej ziemi. To pewnie za sprawą prostego skojarzenia zapowiadającego wiosnę – i w ogóle pierwszego zapachu jaki się pojawia w zimowym świecie. I rzeżucha jest wtedy. A potem jest cudowna wiosenna trawa i charakterystyczna woń pierwszego koszenia, która jest takim przypieczętowaniem nowej pory roku. A potem już jest całkiem rajsko – fiołki, bzy, jaśmin, czarny bez, lipy…

A skoro już roślinnie – to szalenie podoba mi się aromat pomidorowych liści. Świeżo zerwany pomidor pachnie zupełnie inaczej, pomidorowe liście pachną rewelacyjnie, może uruchamia mi się tutaj jakieś wspomnienie ze szczęśliwego dzieciństwa spędzanego w dużej mierze na działce.

Las. O leśnym zapachu już pisałam, że zbanalizowany do poziomu kostki toaletowej i choineczki samochodowej, a w lesie wdycha się nie tylko ten zapach obłędny, ale całą leśność – to powietrze chłodne, ciszę aksamitną i trzeszczące igliwie.
I choinka. Jak ktoś lubi Boże Narodzenie, to lubi też ten cudowny świerkowy zapach. I piernikowy zapach, cudowną mieszankę korzennych przypraw, która totalnie „robi” święta.

Pozostając przy wypiekach – ciasto drożdżowe. Z kruszonką, maślane, mleczne i waniliowe, to stuprocentowy sposób na stworzenie domowości. I jeszcze zapach chleba za zakwasie.

I w ogóle zapach dobrego jedzenia. Sos do pizzy – i ta mieszanka czosnkowo – oliwowo – pomidorowa. Gotujący się rosół pachnący przypaloną na ogniu cebulą. Kurki w rozmarynie do tego risotto. Cukinia z szafranem. Ser z niebieskim przerostem. Wołowina po burgundzku. Porządny bigos. Guacamole kolendrowo-limonkowe. Świeży bób. Curry. Caprese z masą bazylii. Dobre czerwone wino

I jeszcze powietrze po burzy, naładowane ozonem, wspaniale świeże. I morze, morze wspaniałe, odurzające, działające zresztą na wszystkie zmysły.

I mydło marsylskie, synonim czystości, poszukuję takiego płynu do mycia.

I drewno, drewniane meble.

Nowa książka, ten zapach (czasami jeszcze lekko sklejonych, uwielbiam) zadrukowanych kartek, zapowiadający nową historię. Albo nowy zeszyt, nowy kalendarz, papier w ogóle bardzo miło pachnie. Zawsze też uwielbiałam zapach nowych okładek na zeszyty – tych najzwyklejszych, plastikowych i przezroczystych, które po paru tygodniach wyglądały zupełnie fatalnie. Z tych niekoniecznie zdrowych, jeszcze świeża farba, nie wiem, czy to przez ten powiew nowości, czy mam jakiś narkotyczny gen.

Wwąchujecie się w świat? Jakie macie swoje ulubione zapachy?

14 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówkultura z dzieckiemkulturalnielatolubelszczyznaLublinprzyjemności

Carnaval Sztukmistrzów 2016

by Paulina 2 sierpnia, 2016

Nie byliśmy już od trzech lat na tej jedynej w swoim rodzaju, świetnej imprezie.

Dlatego w tym roku uczestniczyliśmy w Carnavale z tym większą przyjemnością.

W ciągu dnia (a w zasadzie dni) oglądaliśmy mniejsze i większe spektakle uliczne artystów z różnych krajów – łączące żonglerkę, akrobacje, komizm, angażujące publiczność. Te występy, dostępne dla wszystkich, zachwycały różnorodnością, wysokim poziomem technicznym i wspaniałym luzem, dystansem. Fantastycznie było je oglądać, uczestniczyć w nich, śmiać się trochę z siebie i trochę z innych, podziwiać kunszt kuglarski / akrobatyczny i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

„Tak jak kuglarz (czy też artysta) jest synonimem odmieńca, cudaka i
wyrzutka, tak czas karnawału jest synonimem czasu święta, zniesienia
praw, obowiązków, norm.”

 

 

Dzieciaki z radością wybawiły się w Klanzowym Miasteczku Zabaw
Niezwykłych zorganizowanym w przyjemnym zacienionym parczku przy Centrum
Kultury, i zapewniającym ciekawe i oryginalne zabawy na świeżym powietrzu.

Do tego highline nad różnymi budynkami na Starym Mieście, tworzący niezwykle spektakularną kropkę WYSOKO NAD i. Iskra, początkowo przerażona, że „pan spadnie”, od paru dni „chodzim po linie” na dywanie, trawie chodniku i wszędzie, gdzie dojrzy jakąś prosta linię. Krycha (mój mąż) wybitnie zmotywowany, przy rozwieszaniu slacka szuka większych odległości i wysokości.

Jednego (szkoda,
że tylko jednego) wieczora udało nam się też bezdzietnie wyrwać na
fantastyczny spektakl wieczorny, i genialny koncert. Spektakl, nazywający się Eventi Verticali, wykorzystywał ścianę dużego budynku, na której wyświetlane były różne animacje. I na tle tych animacji 2D, występowali artyści, podczepieni na linach  i robiący swoim dopracowanym przedstawieniem niesamowitą iluzję oglądania z góry prawdziwych ludzi wrzuconych do świata kreskówek.

A koncert, to grupa zakręconych Francuzów, grających rewelacyjną mieszankę muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, latynoamerykańskiej, wszystko z akcentami paryskiego akordeonu i cudowną energią.

 

Miło było popatrzeć nie tylko na te wszystkie atrakcje, ale też na tłumy ludzi, na pięknie oświetlone miasto żyjące nocą.

Szkoda,
ze nie udało nam się dostać  na spektakle w wielkim cyrkowym namiocie
festiwalowym, poza tym konwencja spektakli ulicznych (bez żadnej sceny
dla artystów) nie zawsze pozwala na zobaczenie wszystkiego gdy nie zdąży
się zająć miejsca z przodu.

Ale i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem, myślę, że podobnie jak większość uczestników imprezy.
Niech się stanie Carnaval!

2 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessprzyjemnościrozmyślaniazmysły

Zmysłowe przyjemności. Dotyk.

by Paulina 29 czerwca, 2016

zmysły, dotyk

Zupełnie wspaniałe jest to, że wszystko, co najlepsze na świecie jest nam dane zupełnie za darmo i bezwarunkowo.
Weźmy zmysły. Wszystkie pięć dają nam cały wachlarz fantastycznych wspomnień, w dużej mierze budują nasze poczucie szczęścia, a już na pewno przyjemności. Dzięki zmysłom, odczuwamy świat pięciowymiarowo, co jest przecież absolutnie cudowne.

Dziś o dotyku. Zmysł dotyku jest trochę niedoceniany, a bardzo ważny. To jeden z najbardziej pierwotnych doznań, które rozwijają się już w życiu płodowym, dlatego tak szalenie ważny już dla noworodka. Każdy choć trochę świadomy rodzic wie jak fundamentalne znaczenie dla dziecka ma właśnie dotyk – przytulanie, głaskanie, masowanie. Wszyscy chyba zetknęli się z badaniami, mówiącymi o tym, że dotyk jest wręcz niezbędny do życia. Nie tylko pozwala odczuwać kluczowe dla naszego bezpieczeństwa sytuacje, jak ból, zimno, gorąco, napięcie, czy ruch. Jest też absolutnie niezbędny dla naszego rozwoju – intelektualnego, emocjonalnego, i fizycznego. ( i wiecie, nie niezbędny na zasadzie kocyka minky, elektronicznej niani, czy klocków. Naprawdę niezbędny.)

Gdy dorastamy, rola dotyku trochę przygasa, przy znamiennej funkcji wzroku, czy słuchu. Ale wciąż pozostaje on takim bazowym, ważnym i intymnym zmysłem, który daje nam dobry kontakt ze sobą, pomaga znać sie z własnym ciałem, wspaniale uczy uważności. Myślę, że warto skupić się czasem na nim i poszukać trochę ulubionych kontaktowych doznań, nie tylko erotycznych ( z którą to kategorią dotyk się rzecz jasna kojarzy).

Gdy myślimy o dotyku, dość oczywistym skojarzeniem jest masaż, często traktowany jako jeden z synonimów relaksu i odprężenia. Osobiście, poza klasycznym masażem pleców, uwielbiam tez masaż stóp, który (stymulując odpowiednie punkty, a może po prostu ogólnie zdejmując napięcie), czyni prawdziwe cuda przy moich potwornych bólach głowy. Praktykuję też masaż twarzy, codziennie wieczorem, w ramach prewencji przeciwzmarszczkowej.

Ale masaż to przecież nie wszystko.
Jest jeszcze przesypywanie między palcami piasku nad morzem. Tego bałtyckiego, drobnego (ale niepylistego) jasnozłotego piasku, głaskanie go, klepanie i zanurzanie całej dłoni.

Albo „kropkowanie twarzy”. Trzeba zamknąć oczy, a druga osoba dotyka, stawiając palcem kropki po twarzy, w przypadkowe miejsca. Odpręża idealnie, bo zawsze całą uwagę koncentruję na tym, gdzie za chwilę poczuję „kropkę”. I każde dotknięcie daje arcyprzyjemne uczucie, które rozlewa się po całym ciele.
I jeszcze, w podobnym klimacie, mizianie po plecach. Któż go nie zna, któż go nie uwielbia? W dzieciństwie z dzieciakami z rodziny organizowaliśmy całe sesje „dreszczyków”, kładliśmy się jedno za drugim i smyraliśmy się np „do dwudziestu dreszczyków”.

Albo ubrania z przyjemnych materiałów. Każdy ma jakiś swój ulubiony ciuch, mięciutki i wynoszony, w który się wtulany, mościmy i osiągamy ten stan błogiego bezpieczeństwa. Wspaniałe jest też czucie chłodnego jedwabiu na skórze w gorącą noc.

Chodzenie na bosaka. Po trawie, brzegiem morza, po piasku, po ciepłej drewnianej podłodze.

W lecie, jedną z większych przyjemności jest  trzymanie w dłoniach ciepłych od słońca owoców. I warzyw w sumie też. I czucie ich struktury różnorodnej (gładkiej, z delikatnym meszkiem, chropowatej), ciepłej i pełnej życiodajnych wspaniałości.
I dość podobna kategoria, czyli głaskanie traw, ziela i zboża. Mam taki zwyczaj, że zawsze głaszczę każde zboże w zasięgu mojej ręki. Uwielbiam to uczucie kłująco-łaskoczące, a jednocześnie poddaję się tym romantycznym myślom o głaskaniu chleba naszego powszedniego.

Pozostając w klimacie chlebowym – wyrabianie ciasta drożdżowego, i chlebowego. Tu mamy ciąg dalszy prawdziwego fizycznego kontaktu z powstającym jedzeniem – tym bardzo bazowym i tradycyjnym, pełnym znaczeń. Poza tym rosnące, ciepłe ciasto drożdżowe daje najzwyklejszą fizyczną przyjemność.

Przypomnijcie też sobie tę błogość totalną pojawiającą się przy ciapaniu się w różnych maziach. Zabawa tzw cieczą nienewtonowską (mąka ziemniaczana z wodą, pobawcie się nawet z dzieciakami), ugniatanie plasteliny, mieszanie zup błotnych, czyli powrót do dzieciństwa. Fajnie jest do tego wrócić.

A skoro już o dzieciństwie wspominam, to chyba nic nie wzrusza i nie roztkliwia mnie tak, jak przytulenie się policzkiem do ciepłego, pulchnego policzka dziecka. Albo dziecięca rączka, łapiąca ufnością moją dłoń.

Jest jeszcze najzwyklejsze, najprostsze „Niech mnie ktoś przytuli”. Zwykły przytulas. (wszyscy pamiętają chyba słynną akcję „free hugs„, która rozrosła się do niebywałych rozmiarów)

Zanurzenie stóp zmęczonych po wędrówce w chłodną wodę. Konsystencja guacamole i zupy dyniowej. Czesanie – albo raczej delikatne przekładanie włosów. Malowanie twarzy miękkim pędzlem. Otulenie się kocem w zimny wieczór.

W dzisiejszych czasach, gdy każdy dotyk jest podejrzany jako ten potencjalnie zły, zaczęliśmy unikać go w ogóle. Szkoda. Szkoda jest zabierać sobie taką masę wspaniałości.

29 czerwca, 2016 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylpasjaprzyjemnościrozmyślania

Co lubisz robić w życiu?

by Paulina 15 czerwca, 2016

To kultowe pytanie, mało odkrywcze w zasadzie, połączone z jeszcze mniej odkrywczą radą w pewnym momencie życia wydaje się totalnie nie przystające do rzeczywistości. A to hasełko często kojarzy się z innym, równie popularnym, czyli „Znajdź swoja pasję, zarabiaj na niej, a już nigdy nie będziesz pracował„.

Gdy ma się dzieci, kredyty i inne zobowiązania, takie podejście jest tak nierealistyczne, że nawet nie chce się nad nim zastanawiać.

(Moim zdaniem zresztą, to romantyczne wezwanie jest strasznie wyidealizowane. Można z pasji uczynić sposób na życie, wielu to zrobiło, ale nawet w najukochańszej pracy są mniej przyjemne momenty. Wszędzie może wkraść się rutyna i zwątpienie. Kryzysy, spadek kreatywności i umiejętności. Dni leniwej buły, i takie gdy nic się nie udaje.)
Poza tym, te motywacyjne w teorii hasła rodzą (jak w ogóle często różne inspiracje) kolejną presję – nawet na czasie wolnym, który przecież jest czasem odpuszczenia sobie i odpoczynku – żeby znaleźć sobie takie hobby, które będzie rozwijające, modne i stanie się naszym sposobem na życie.
Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj o robieniu rzeczy, które się lubi. O pasji, choć może raczej o pasji do życia, która pojawia się między innymi przy takim właśnie spędzaniu czasu. Przyjemnym, i, co ważne, niezobowiązującym.

Piszę o tym bo, mimo mojego histerycznego niemal dbania o tym, by jako rodzic nie popaść w to słynne domowe zgnuśnienie, takie właśnie zgnuśnienie ostatnio odczułam. A może raczej, zdziadzienie. Stara się poczułam! 

Niedawno doznałam małego olśnienia: nie bawimy się! A raczej, nie bawimy się z dorosłymi, bo na brak zabaw dziecięcych narzekać nie mogę…

Zabrakło mi gier, uczenia się nowych rzeczy (ale nie takich bardzo-praktycznych-i-przydatnych), nowych, fajnych, zabawnych, ekscytujących. I, mimo zanurzenia przecież nieustannego w dziecięcym świecie, zabrakło mi dziecięcego podejścia, takiego ufnego i totalnego, nie kalkulującego.

Zdaję sobie sprawę, jak to może zabrzmieć. Typowe first world problems. A nawet fairytale world…
Bo kto w tym rzeczywistym świecie w ogóle myśli o zabawie i wygłupach?

Ja myślę. I myślę, że warto. Zresztą, warto pewnie nie tyle o tym myśleć, co czasem dać się porwać przyjemnej zabawie, hobby – bez presji i zastanawiania się czy jest modne i czy mogę na nim zacząć zarabiać. Każdy ma coś, co zwyczajnie lubi robić. Ale wiecie – robić, a nie biernie w czymś uczestniczyć. Każdy ma coś, co zawsze chciał spróbować robić, czego chciał się nauczyć, zobaczyć jak to jest, albo coś w co lubił się bawić kiedyś. Gry planszowe i miejskie, żonglerka, badminton, teatr amatorski, kalambury.

Wiadomo, że są zainteresowania bardziej kosztowne. Kosztowne w sensie finansowym, zaangażowania, czasu. Ale właśnie w tym rzecz, żeby nie zaczynać „po dorosłemu”, od kupowania drogich gadżetów, inwestowania i podejmowania jakiegoś gigantycznego wysiłku.
Wiem też (bardzo dobrze wiem), że nie ma się co zrobić z dzieckiem, że naprawdę nie ma się kasy i szkoda nawet pięciu dych, że totalnie nie ma się czasu na nic. Ale – dziecko może nam towarzyszyć, mnóstwo przyjemności jest za darmo, a niektóre sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić. Nie chcę zresztą Wam tu serwować kołczingowych gadek motywacyjnych, to nie moja rola.

Chcę za to zachęcić:)
Bawmy się, tak jak lubimy, w coś, co sprawia nam prawdziwą frajdę, co daje szczerą, dobrą radochę, co nas zaangażuje w taki bezpretensjonalny, dziecięcy sposób. Bez stawiania sobie celów, bez presji. W końcu, blask w oczach skądś się musi brać.

15 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkipasjaprzyjemności

Książki, które mnie wymiętoliły

by Paulina 10 czerwca, 2016

Lubię czytać, czytam sporo, czytam na Kindle’u, książki papierowe – kupowane i z biblioteki, słucham audiobooków (składanie prania kojarzy mi się już nierozerwalnie z cudownym głosem Karen Savage, nagrywającej angielskie klasyki na Librivox.).


Na ogół czytam bez sprecyzowanego klucza, czasami sięgam po przypadkowe książki, czasem z czyjegoś polecenia, czasem zachęca mnie okładka lub pierwsza strona. Zdarzają mi się też wieloksiążkowe sesje typu „trop jednego autora”, „wiktoriańska Anglia”, „wszystko, co japońskie”, ale nie tak często jak bym chciała (myślę, że taki system pozwoliłby na wyniesienie z książek czegoś więcej), częściej skaczę z przysłowiowego kwiatka na kwiatek, a ta metoda na pewno zapewnia więcej świeżości. Ciekawa jest, jak jest u Was? Macie jakiś system? Robicie listy „do przeczytania”? Macie półki tematyczne / gatunkowe / epokowe?

Tak czy inaczej, uwielbiam czasem trafić na książkę, która porywa, w którą człowiek zanurza się z głową, robiąc krótkie przerwy, by z nieprzytomnym wzrokiem stwierdzić, że należałoby się położyć, albo że ta krótka przerwa na kawę niepostrzeżenie rozrosła się do paru godzin. Oczywiście, to nie jest pożyteczne, ani cenne i często prowadzi do wyrzutów sumienia i zawalania spraw, ale raz na jakiś czas uwielbiam zanurzyć się jakiś świat tak nieodpowiedzialnie totalnie. A potem się śnić o nim jeszcze wiele nocy.

Przedstawiam listę książek, które tak właśnie mnie pochłonęły. Zaznaczam, że nie jest to ani „lista książek do przeczytania przed śmiercią”, ani „lista książek, które mnie ukształtowały”, ani nawet lista moich ukochanych książek. Te mnie po prostu zjadły.

1. Seria o wiedźminie Sapkowskiego. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do tej sagi. Choć zrobiła to już wiele razy, porywa zawsze. Uwielbiam za fantastyczny, różnorodny język, za wielowątkowa fabułę, za wiele poziomów na jakich można ją czytać, za bohaterów, za wyjście z szablonowości świata tolkienowskiego.
2. Saga o Diunie Herberta. Byłam w ciąży z Wilczkiem, miałam mnóstwo czasu i musiałam dużo leżeć, przeczytałam wszystkie tomu jeden za drugim, nie robiąc żadnych przerw, słuchając raz za razem ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Ależ mnie w ciągnęło – świat Diuny, historia, filozofia, moc… Co ciekawe, pierwszy tom powstał w latach 60, to literatura science fiction, a zupełnie nie ma „efektu retro”.
3. Zły Tyrmanda. Po tej książce pokochałam Tyrmanda miłością totalną, przeniosłam się mentalnie do powojennej Warszawy, to była wspaniała podróż. Do tego soczysta intryga, tajemniczy dość klimat, intrygujące postaci…
4. Szczygieł Donny Tartt. to pozycja z ostatnich wakacji. Świetnie, bardzo plastycznie i filmowo opisana historia, w która weszłam tak mocno, że momentami (w czasie gdy główny bohater mieszkał w LA i to był czas okropnego sponiewierania używkowego) czułam się fizycznie źle.
5. Gorączka Tomka Michniewicza. Historie poszukiwaczy skarbów, lepsze niż Indiana Jones, bo prawdziwe, niebezpieczeństwo i tajemniczość i dramatycznie przejmujący los afrykańskich rezerwatów.
6. Rio Anakonda Wojciecha Cejrowskiego. Znowu daleki świat, dżungla amazońska, społeczności totalnie nie znające naszej cywilizacji, prawdziwi szamani o tajemniczych zdolnościach, a wszystko opisane w rewelacyjny sposób. Nawet jeśli ktoś nie przepada za osobą W.C. to jego książki podróżnicze są majstersztykiem
7. Shantaram G. D. Robertsa. Skończyłam niedawno to tomiszcze i jestem zachwycona. Niezwykle barwnie odmalowane Indie (nigdy specjalnie mnie nie kręcił ten kraj, ale zmieniłam poglądy), dramatyczna historia, filozoficzne rozważania, wspaniały styl. A do tego świadomość, że wszystko jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami!
8. Terry Pratchett – zwłaszcza seria o Wiedźmach. I o Straży Miejskiej. Muszę komuś przedstawiać Pratchetta? Nikt nie pisze książek z tak idealnie wyważoną mieszanką ironii i dystansu, świetnych historii, czerpania z popkultury i dużej mądrości. Gdy trafiłam na niego pierwszy raz (choć okładki nie zachęcają), zakochałam się od pierwszej strony.

9. Madame Antoniego Libery. Ależ to piękna historia jest. Arcy romatyczna, cudownie opisana, z nutką tajemniczości… Nie jest to romans w klasycznym wydaniu, ale takie, trochę nieoczywiste opowieści o miłości lubię najbardziej.
10. Cień wiatru C. L. Zafona. Może nie szczyt ambitnej lektury, ale pamiętam, ze ta mroczna i tajemnicza Barcelona porwała mnie doszczętnie. Pamiętam, że czytałam ją w czasie mojej dużej fascynacji tym miastem, na tej fali był jeszcze Mendoza.
11. Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna. Przeczytałam tę książkę zanim zaczęło się na nią prawdziwe szaleństwo i wzięła mnie całkowicie. Na studiach miałam wtedy literaturę średniowieczną, co idealnie współgrało z tematem. Przeczytałam jednym tchem i nawet zainteresowałam wątkiem spiskowej teorii dziejów, co było dość ekscytujące.
12. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tu wchodzimy na listę książek, które trzeba znać, ale tutaj też ma swoje miejsce, bo to dzieło pochłonęło mnie od pierwszych zdań.

Nie piszę o dziecięco – młodzieżowych klasykach typu Montgomery, Musierowicz, Bahdaj, Niziurski czy Lindgren, one wszystkie pochłaniały bez reszty i pewnie w dużej mierze ukształtowały moją bibliofilię.

Nie wspominam też o książkach do delektowania się. Są i takie, które czyta się niespiesznie, które się smakuje i których wręcz nie powinno się czytać zbyt szybko, bo traci się cały smaczek. O nich może innym razem.

A Wy? Macie takie książki, lubicie dać się tak pochłonąć, że zapominacie o całym świecie? 

* Post zawiera linki afiliacyjne, kierujące do strony ceneo.pl. Jeśli na coś się zdecydujecie, trafia do mnie niewielki procent od zakupów,.

10 czerwca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessmuzykapasjaprzyjemnościslow lifestyle

Odpoczywalnia muzyczna, czyli płyty do popołudniowego relaksu.

by Paulina 3 maja, 2016

Wiele razy wspominałam tutaj o tym, jak ważna jest dla mnie dobra muzyka.

Zawsze tak było, i zawsze miało znaczenie, czego słucham. Na moja muzyczną edukację, albo raczej muzyczną wrażliwość, bo prawdziwej edukacji muzycznej niestety nie miałam (na tzw lekcje muzyki w szkole spuszczę łaskawą zasłonę milczenia), największy wpływ miał chyba Tata, największy fan Pink Floyd na świecie. Dzięki niemu osłuchałam się w dzieciństwie z Floydami właśnie, z klasykami rockowymi typu Deep Purple czy Led Zeppelin, Emerson Lake and Palmer, Vangelis, Queen (w swoim czasie nawet kochałam się we Freddiem). Potem, gdy szłam trochę w kierunku niezależności, pozostałam pod  wpływem dużego brata, i nawet jeśli moja dziewczęca wrażliwość zachwycała się The Kelly Family, to z jakiegoś poczucia obciachu nie przyznawałam się do tego w naszym pokoju i, chcąc wejść w łaski starszego rodzeństwa, słuchałam z nim Nieaktualnej Listy Przebojów. Po to, by z czasem autentycznie się do niej przekonać, pokochać i identyfikować się. Doszło do tego oczywiście towarzystwo licealne, mocno w konkretnej muzyce osadzone.
To wszystko dopełniał jeszcze balet i dość subtelny, ale ciągły kontakt z muzyka klasyczną.
Potem dorosłam też do tego, by rozszerzyć moje muzyczne horyzonty, o jazz, trip hop, bossa novę i szeroko rozumianą muzykę świata, muzykę elektroniczną, ambitniejszy pop.

To taka moja muzyczna historia w skrócie.
Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami moimi muzycznymi miłościami. Co myślicie o takim cyklu muzycznym? Mam swoje ulubione płyty do słuchania w bardzo określonych sytuacjach, są takie, które pasują do niedzielnej kawy, inne do wieczorem randki z mężem przy czerwonym winie, jeszcze inne na wielką smutę, do ćwiczeń (gdy wyciszam Chodaka;) ), do tańca i  do sprzątania…

Dzisiaj najbardziej w klimacie bloga, czyli płyty do odpoczynku. Odpoczynku popołudniowego, na kanapie, z kawką, z miłym ramieniem do przytulania, dzieciakami zajętymi klockami u siebie w pokoju, albo (zdarza się to czasami, choć nie za często) – przytulonymi do nas*. Wtedy lubię spokojne granie, klimatyczne, trochę nawet rzewne czasami.

Oto pierwsza lista muzycznej odpoczywalni, podrzucam linki jutubowe.

Fismoll, At Glade
Siesty Marcina Kydryńskiego. Polecam też niedzielną audycję w Trójce.
Smolik, płytowa dowolność.
Możdżer, najchętniej Komeda, Facing the wind, The Time
Włodek Pawlik Night in Calisia
Miles Davies Kind of Blue, ballady z Coltranem
David Gilmour On an Island
Chet Baker My funny Valentine
Sonny Rollins, Ballads
Cocteau Twins Treasure
Vangelis Voices (tu już wchodzimy w odpoczynek wieczorny)
Kucz/Kulka Sleepwalk

Jak jest u Was? Macie ulubione relaksujące płyty? Do odpoczynku wolicie ciszę, czy muzykę?

* Pro forma dodam, że to nie jest tak, że takie popołudnia są codziennie.

3 maja, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamoda rowerowaprzyjemnościrowerrower z dzieckiemwiosna

Close to the light

by Paulina 19 kwietnia, 2016

Nareszcie, całodniowa wycieczka rowerowa. Okraszona cudownym słońcem, zapachem kwitnących mirabelek, zawilcowym leśnym dywanem i przemiłym towarzystwem.

Ach jak mocno mi brakowało tej włóczęgi przez ostatnie miesiące.

Wybraliśmy się tym razem na sympatyczną przejażdżkę w okolice lubelskie. Trzeba przyznać, że niezależnie od kierunku, nasze miasto otoczone jest arcysielskimi przestrzeniami. Zielone pola, delikatne pagóry, lasy i skowronki. Lubelszczyzna jest piękna. Choć, o tej porze roku, w zasadzie wystarczy niewielki skrawek trawnika z dowolnym krzakiem, żeby wywołać w pozimowym człowieku masy ekstatycznej miłości do urody świata. Dlatego, myślę, że możecie sobie wyobrazić naszą radość wobec całego dnia w plenerze, wśród tej entuzjastycznie świeżej, pachnącej zieleni.

Cudownego dnia i pozytywnych wrażeń nie zepsuło nam nawet intensywnie kłócące się cargo. Chociaż przyznaję, że poważnie rozważamy zamontowanie pleksi lub wręcz dykty w królewskiej przyczepce, bo nasze dzieci ostatnio zdają się nie zauważać lusksusów w jakich przyszło im podróżować, zupełnie ignorują okoliczności mijanej przyrody, a skupiają się na tym, że „ona mnie dotyka łokciem” oraz „daaaaaj, to niuniiiiiiiiiiiiiii”. Nie ustajemy jednak w (naiwnej?) wierze, że na tym właśnie polega wychowanie i dobre dzieciństwo. I że idziemy w dobrym kierunku, trochę się pokłócą, dojdą samodzielnie do porozumienia i wreszcie zaczną wyglądać przez te okna.

Tym razem wyruszyliśmy w kierunku zachodnim. Minęliśmy tradycyjny chaos architektury przedmieść i zanurzyliśmy się w sielskości wiejskiej. Radawiec, z lotniskiem szybowców i wrażenie żurawi origami. Mam takie marzenie, żeby polecieć szybowcem, szalenie podobają mi się te samoloty, z ich delikatną konstrukcją, brakiem silnika, smukłością i skojarzeniem latawcowym.
A potem szlak rowerowy, prowadzący przez las. Las pełen światła wiosennego i przestrzeni, usłany zawilcami, grający promieniami.

Potem był piknik na polanie,  i jeszcze trochę kilometrów wśród już-za-chwilę-kwitnących sadów. A także, ponieważ byliśmy w pobliżu, odwiedziny u dziadków i kawka na ogrzanym tarasie. Pięknie, wspaniale i sycąco.
 

 

 

I can flyyyyyyyyyyyyyyy…

W drodze powrotnej przyczepka zgodnie śpiewała o panie Janie, z naciskiem na bim-bam-bom, by przed samym Lublinem zamilknąć i zacząć błogo pochrapywać. W końcu, tyle kilometrów przebyli…

19 kwietnia, 2016 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkikulinarnielatomindfulnessprzyjemności

Przyjemności końca lata

by Paulina 30 września, 2015

Jeśli chodzi o przyjemności, powrót do Polski oznacza spełnienie wszystkich nadziei i radości, o których pisałam w tym wpisie. Przede wszystkim trochę czasu tylko we dwoje, w Kazimierzu, czy na wieczornych randkach na starówce lubelskiej. Spędziliśmy też trochę błogich chwil na trawie, w basenie i hamaku w ogrodzie u rodziców, gdy dzieci ogołacały krzaki porzeczek i borówek z babcinego ogródka. Generalnie bratanie z przyroda na całego.

A konkretniej.

JEDZENIE
W sierpniu to głównie kolory, zapachy i witaminy, chętnie prosto z ogródka, nierówne, nadjedzone przez mrówki i brudne w ziemi, najautentyczniejsze.Spektakularnych potraw brak, jest za to sama esencja.

Sałatka z grillowanej cukinii.
Potrzebujemy
– dwie młode cukinie, pokrojone wzdłuż na cienkie plastry (ja to robię obieraczką)
– oliwę z oliwek
– dojrzały pomidor
– czarne oliwki
– feta
– odrobina czosnku

Cukinię delikatnie skrapiamy oliwą z oliwek i smażymy (mocno i krótko) na patelni grillowej. Zmniejszy mocno objętość, ale nie szkodzi. Do cukini dodajemy obranego i pokrojonego (jak kto lubi) pomidora, oliwki i skruszoną fetę. Można polać dodatkowo oliwą z dodatkiem zmiażdżonego czosnku. Proste, szybkie (no, to smażenie cukinii chwilę trwa), i przepyszne

Albo sałatka z kalafiora i pomidora:
Kalafiora gotujemy na parze, dodajemy obranego pomidora. Podajemy z sosem majonezowo – jogurtowego ze sporą ilością zgniecionego czosnku, solą i świeżo zmielonym (to ważne) pieprzem.

Albo z rukolą (wyjątkowo wybujała w tym roku) i gruszką
Warstwowo układamy
– rukolę
– gruszkę pokrojoną w plasterki
– ser typu roquefort
– orzechy włoskie

Albo ten makaron cukiniowy.
Makaron z pesto bazyliowym/pietruszkowm.

Ziemniaki z ogniska! To jest (chyba kolejna już…) kwintesencja letniego jedzenia, które uwielbiam. Najprostsze, najpyszniejsze, najbardziej aromatyczne jedzenie, jakie można sobie wyobrazić. A do tego oczekiwanie, z wpatrywaniem się w migocący żar, albo w nocne niebo, rozmowy i pykanie ognia. Czy może być coś lepszego?

KSIĄŻKI
Różne się książki przewinęły ostatnio przez moje ręce. Poradniki, hmhmm, porządkująco-organizujące, czyli czytana chyba przez wszystkich „Slow Fashion” Joanny Glogazy, które podobało mi się bardzo (dużo konkretów, dobrych przykładów, ciekawych porad i pomysłów), i „Magia sprzątania” Marie Kondo, w której zainspirowała mnie jedynie zasada o przechowywaniu pionowo ubrań, a generalnie pełna była dość patetycznych tekstów o tym jak sprzątanie zmieni moje życie, i o „przeznaczonych sobie torbach”, i łzach rozpaczy towarzyszących czyszczeniu łazienkowego koszyczka pokrytego śluzem

Tyrmand syn Leopolda – kupiłam tę książkę przy okazji jakiejś promocji w Znaku, i w sumie nie wiem, czego się po niej spodziewałam… Może jakiegoś echa fantastycznego „Dziennika 1954”? Dostałam momentami ciekawą, ale w sumie raczej nudnawą autobiografię Amerykanina, który sam w sobie wydaje się być fajnym człowiekiem, ale który nie ma nic wspólnego ze swoim ojcem, bo praktycznie go nie znał, wychował się w zupełnie innych warunkach i wartościach i żyje w zupełnie innym świecie.

Dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie (także grubością). Pierwsza z nich to „Szczygieł” Donny Tartt, świetnie napisana opowieść, arcyciekawa historia, od której nie można się oderwać, bardzo filmowa (ciekawe, kiedy wezmą się za ekranizację, chętnie bym zobaczyła).
A druga, trochę w jakimś sensie podobna, choć moim zdaniem bardziej wysmakowana literacko, to „Wyznaję” Jaume Cabré, o bardzo ciekawej formie, i zgrabnie przeplatających się ze sobą różnych historiach.
 Zdecydowanie polecam!

FILM
Jeden, ale za to jaki. Wreszcie, znając na pamięć ścieżkę dźwiękową, zobaczyłam „K Pax„. Szalenie mi się podobał. Był w nim jakiś rodzaj magii, dobroci, ciepła, jakiejś dobrotliwej krytyki dla naszego świata. Była ciekawie opowiedziana historia. Ta klimatyczna ścieżka dźwiękowa. No i otwartość interpretacyjna, i podstawowe pytanie, kim był główny bohater, coś co bardzo lubię i co sprawia, że o filmie się rozmawia jeszcze parę dni po obejrzeniu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, polecam
.

BIEGANIE
No dobra, nie robię maratonów żadnych (jeszcze!), póki co wciągnęłam się trochę na zasadzie „ja też kiedyś biegłam”. Ale wciągnęłam się, przypomniałam sobie tę energię jaka się wydziela po opanowaniu pierwszej zadyszki, rytm, spokój, uporządkowanie wewnętrzne… Mam bardzo silną motywację, kiedy już ogarniemy sprawy remontowo-przeprowadzkowe, żeby biegać często i regularnie.

A do tego blogi wnętrzarskie, fora budowlane, strona Ikei…

 

30 września, 2015 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmój stylprzyjemności

Wytchnienie

by Paulina 11 września, 2015

Ostatnio jest intensywnie, chaotycznie, trochę nerwowo. Tkwimy po uszy w ikeowskich planerach, stronach z kafelkami, gruzie i problemach wyskakujących na każdym kroku.
Gdzieś wśród licznych koncepcji aranżacyjnych i ciągłego chaosu tymczasówy, nasze starsze dziecko rozpoczęło przedszkolną karierę, a młodsze jest w szczytowej fazie radar-na-schody-drabiny-i-kałuże, dlatego wśród  poprzedszkolnych emocji (a dbając o ścisłość fochów i histerii), mokrych i brudnych ciuchów i zgarniania półtoraroczniaka z kolejnych wysokich drabinek, o chwile relaksu i tak zwanego czasu dla siebie raczej trudno.

Tym bardziej więc takie chwile doceniam. Nieliczne i bezcenne chwile w ciszy, z kawą i książką, winem i filmem, na spacerze albo krótkim bieganiu, leżąc w wannie w hamaku albo na trawie. Chwile błogości doskonałej. Cudownej, upajającej samotności. Delektowania się widokiem chmur, tęczy albo księżyca*.
Baterie się ładują, wraca cierpliwość i radość, głowa uspokaja, równowaga wraca.

*Powyższe zdjęcia właśnie w świetle obłędnego księżyca zostały wykonane

11 września, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatomindfulnessmój stylprzyjemnościslow lifestylespacer

Momenty zbieram jak jagody

by Paulina 29 sierpnia, 2015

Pięknie się kończy to lato. Nasycam się złocistą dojrzałością, światłem i ciepłem.

O ile tylko nie trzeba załatwiać czegoś w mieście, sycimy się długimi popołudniowymi promieniami słońca. I owocami prosto z krzaka, „palce mając na oślep skrwawione ich sokiem” (zwłaszcza dzieci, umazane od rana na czerwono – granatowo). A potem przegląd grządek, najlepsze na świecie co-by-tu-dzisiaj-na-obiad, sprawdzanie, czy nowe cukinie już dojrzały i czy placki robić, czy sałatkę (uwielbiam tę z cieniutkimi plastrami cukinii podsmażonymi na oliwie, fetą, pomidorami i czarnymi oliwkami), a może fasolka, albo kalafior z pomidorami w sosie majonezowo – jogurtowym. A może po prostu tonę owoców. Chleb z masłem i ogórkiem, słodkim jak arbuz i jeszcze ciepłym od słońca.

Wieczory na tarasie, nagrzanym ciągle, ze świeczkami i winem, koncertem świerszczy, z psem śpiącym wreszcie spokojnie (bo dwie iskry do pilnowania też już śpią), i z jedną żabą, która jakoś się zadomowiła w pobliżu i przychodzi gdy się zrobi ciemno.

29 sierpnia, 2015 12 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry