Bywa różnie, to nie jest łatwizna taką sprawnie funkcjonującą codzienność stworzyć przy pięcioosobowej rodzinie. Dlatego są rytuały, jak stelaż do tej budowanej codzienności.
Nie przedłużam wstawania, bo to o 6 rano boli bardziej;) chwilę wyleguję się w weekendy, a na co dzień po prostu wstaję. Po ogarnięciu się łazienkowym wypijam szklankę ciepłej wody z łyżką octu owocowego – piję i patrzę przez okno na drzewa. Ustawiam sobie trochę dzień w głowie, ale to nie jest moment na szczegółowe planowanie, raczej takie łowienie spokoju, uśmiech do środka, „dzień dobry dniu”, jak nabranie powietrza przed zanurzeniem się pod wodę.
Idealnie mi jest, gdy rano wstanę na tyle wcześnie, żeby wjechała krótka joga, albo
po południu znajdę godzinę na trening. Albo dłuższa joga rano i fajny
spacer lub rower po południu. Jestem już w tym wieku, że bardzo mocno
odczuwam korzyści z dobrego ruchu. Odczuwam też skutki gdy na ćwiczenia
nie znajduję czasu.
Śniadanko, a potem kawa poranna, robiona przez męża. Wiecie, poranki z trójką dzieci szkolno-przedszkolnych bywają dość nerwowe. I w tym chaosie totalnym, znajdujemy sobie chwilkę na wspólną kawę. Pyszną, z chemexa. Wokół świat szaleje, gubią się klucze i zeszyty do matematyki, ktoś kogoś szturchnął, a my siadamy sobie, pijemy tę kawę, i na chwilę jesteśmy jak Suzie i Dustin ze Stranger Things śpiewający „Never ending story”, gdy wszyscy wokół walczą z potworami. To jest taki moment dla mnie, dla nas, jakoś nas ustawiający mocno, i, tak teraz patrzę na to z dystansem, wygląda mi to na bardzo mądry rytuał.
Wspólne posiłki przy stole. Nie zawsze i nie wszystkie, w ciągu tygodnia dzieciaki o różnych porach zaczynają i kończą lekcje, są popołudniowe zajęcia dodatkowe, ale staramy się zasiąść wspólnie do obiadu lub kolacji, nawet jeśli jest to odgrzewana zupa z poprzedniego dnia lub najprostszy makaron. W weekendy celebrujemy na całego.
Wieczorne czytanki z dziećmi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że Pirat jest inżynierem Mamoniem w kwestii wyboru serii książkowych (był Pucio, był Pan Kuleczka, teraz Nela). Kiedyś bardziej chciałam mu urozmaicać te lektury, a teraz myślę sobie, że może jest mu to potrzebne, ta powtarzalność właśnie. Iskrze czytam Montgomery (w nowym, pięknym tłumaczeniu) – tu też czytam z przyjemnością, chociaż dziewięciolatka już doskonale czyta sama, ale lubię ten nasz wspólny czas. Dość często w pobliżu kręci się też przysłuchujący jedenastolatek.
A potem wspólne zwykłe chwile, gdy obydwoje zasiadamy na kanapie z książkami i meliską. Albo odpalamy rzutnik.
I nastaje późny wieczór. Idę boso po drewnianej podłodze, nasłuchuję ciszy. Zawsze
zatrzymuję się na górze schodów i zerkam na uśpiony salon i myślę sobie,
jaki mamy fajny dom. Przystaję przy dziecięcych łóżkach, słucham
spokojnych oddechów moich zdrowych dzieci.
I czas do łóżka. Jeden z
najprzyjemniejszych momentów dnia. Gdy nic nie muszę. Zrzucam szlafrok i
wślizguje się pod kołdrę obleczoną w len. Ta pościel ze zmiękczonego
lnu, to jeden z najwspanialszych zakupów dla domu i dla nas ostatnich
lat. Mamy dwa komplety i śpimy pod nimi na zmianę. W lecie jest cudownie
chłodząca, w zimie ciepło otula, jest idealnie. I w tym aksamicie nocy,
w tym lnie, gdy jakoś mi się zagęszcza świat, lubię się sobie zanurzyć w
życiu, podziękować za różności, fajnie mnie to układa życiowo.
Jeszcze musimy ten rytm codzienny dopracować, dograć, ale wszystko przed nami:)
Rytuały brzmią dość emerycko. Albo kojarzą się z bardzo małymi dziećmi. Ja pewnie zwróciłam na nie większą uwagę właśnie przy dzieciach – bo dużo się mówi o tym, że budują poczucie bezpieczeństwa, że ustawiają dzień dzieciakom, mnóstwo ułatwiają, uspokajają. Okazuje się, że robią to nie tylko dzieciom. Rytuały mają podobne działanie dla dorosłych. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich, chaotycznych i intensywnych czasach, ta powtarzalność, pewność, niezmienność, daje mnóstwo ukojenia, jakoś trochę zakotwiczna, ustawia na ziemi. A w kontekście rodzinnym – tworzy tradycje, a te budują wspólność, integrują, określa, nadaje tożsamość.
PS.Wiecie, piszę dużo o tym poczuciu wspólności w rodzinie, o własnych tradycjach, a małych-wielkich wspólnych sprawach, bo czuję że to jest cholernie istotne. A to jest coś trochę zapomnianego. Dzisiaj zapewnia się dzieciom warunki, zajęcia dodatkowe, stymuluje się (ach, jak bardzo stymuluje) rozwój,zapewnia dobry start. I w dzisiejszym pędzie, w tym przeciążeniu rodzicielskim, mam wrażenie że zapominamy o takich właśnie sprawach. O znalezieniu w rodzinie wspólnego mianownika. A na dłuższą metę, to ta wspólnotowość to jest coś co nas jako rodzinę łączy.
Macie swoje rytuały codzienne, czy pełny spontan?
























