Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

uważność

codziennośćrozmyślaniaslow lifestyleuważność

o rytuałach codziennych

by Paulina 30 września, 2023

To były dobre, ale bardzo gęste wakacje. Mało nas było w domu, albo intensywna praca albo intensywne wakacjowanie. I przyszedł ten wrzesień, i po początkowym chaosie związanym z ostatnim wyjazdem zahaczającym o rok szkolny, budujemy na nowo rutynę, układamy codzienność, mościmy w zwykłych dniach.

Bywa różnie, to nie jest łatwizna taką sprawnie funkcjonującą codzienność stworzyć przy pięcioosobowej rodzinie. Dlatego są rytuały, jak stelaż do tej budowanej codzienności.

Nie przedłużam wstawania, bo to o 6 rano boli bardziej;) chwilę wyleguję się w weekendy, a na co dzień po prostu wstaję. Po ogarnięciu się łazienkowym wypijam szklankę ciepłej wody z łyżką octu owocowego – piję i patrzę przez okno na drzewa. Ustawiam sobie trochę dzień w głowie, ale to nie jest moment na szczegółowe planowanie, raczej takie łowienie spokoju, uśmiech do środka, „dzień dobry dniu”, jak nabranie powietrza przed zanurzeniem się pod wodę.

Idealnie mi jest, gdy rano wstanę na tyle wcześnie, żeby wjechała krótka joga, albo
po południu znajdę godzinę na trening. Albo dłuższa joga rano i fajny
spacer lub rower po południu. Jestem już w tym wieku, że bardzo mocno
odczuwam korzyści z dobrego ruchu. Odczuwam też skutki gdy na ćwiczenia
nie znajduję czasu.

Śniadanko, a potem kawa poranna, robiona przez męża. Wiecie, poranki z trójką dzieci szkolno-przedszkolnych bywają dość nerwowe. I w tym chaosie totalnym, znajdujemy sobie chwilkę na wspólną kawę. Pyszną, z chemexa. Wokół świat szaleje, gubią się klucze i zeszyty do matematyki, ktoś kogoś szturchnął, a my siadamy sobie, pijemy tę kawę, i na chwilę jesteśmy jak Suzie i Dustin ze Stranger Things śpiewający „Never ending story”, gdy wszyscy wokół walczą z potworami. To jest taki moment dla mnie, dla nas, jakoś nas ustawiający mocno, i, tak teraz patrzę na to z dystansem, wygląda mi to na bardzo mądry rytuał.

Wspólne posiłki przy stole. Nie zawsze i nie wszystkie, w ciągu tygodnia dzieciaki o różnych porach zaczynają i kończą lekcje, są popołudniowe zajęcia dodatkowe, ale staramy się zasiąść wspólnie do obiadu lub kolacji, nawet jeśli jest to odgrzewana zupa z poprzedniego dnia lub najprostszy makaron. W weekendy celebrujemy na całego.

Wieczorne czytanki z dziećmi. Nawet nie mam nic przeciwko temu, że Pirat jest inżynierem Mamoniem w kwestii wyboru serii książkowych (był Pucio, był Pan Kuleczka, teraz Nela). Kiedyś bardziej chciałam mu urozmaicać te lektury, a teraz myślę sobie, że może jest mu to potrzebne, ta powtarzalność właśnie. Iskrze czytam Montgomery (w nowym, pięknym tłumaczeniu) – tu też czytam z przyjemnością, chociaż dziewięciolatka już doskonale czyta sama, ale lubię ten nasz wspólny czas. Dość często w pobliżu kręci się też przysłuchujący jedenastolatek.

A potem wspólne zwykłe chwile, gdy obydwoje zasiadamy na kanapie z książkami i meliską. Albo odpalamy rzutnik.

I nastaje późny wieczór. Idę boso po drewnianej podłodze, nasłuchuję ciszy. Zawsze
zatrzymuję się na górze schodów i zerkam na uśpiony salon i myślę sobie,
jaki mamy fajny dom. Przystaję przy dziecięcych łóżkach, słucham
spokojnych oddechów moich zdrowych dzieci.

I czas do łóżka. Jeden z
najprzyjemniejszych momentów dnia. Gdy nic nie muszę. Zrzucam szlafrok i
wślizguje się pod kołdrę obleczoną w len. Ta pościel ze zmiękczonego
lnu, to jeden z najwspanialszych zakupów dla domu i dla nas ostatnich
lat. Mamy dwa komplety i śpimy pod nimi na zmianę. W lecie jest cudownie
chłodząca, w zimie ciepło otula, jest idealnie. I w tym aksamicie nocy,
w tym lnie, gdy jakoś mi się zagęszcza świat, lubię się sobie zanurzyć w
życiu, podziękować za różności, fajnie mnie to układa życiowo.

Są jeszcze spacery. Spacery to jeden z najważniejszych moich rytuałów. Chodzę gdy mi źle, i gdy mi dobrze. Chodzę po osiedlu i po górach, sama i w towarzystwie. Chodzenie mi układa wszystkie puzelki w głowie, jest mi niezbędne do dobrego funkcjonowania.

Jeszcze musimy ten rytm codzienny dopracować, dograć, ale wszystko przed nami:)

Rytuały brzmią dość emerycko. Albo kojarzą się z bardzo małymi dziećmi. Ja pewnie zwróciłam na nie większą uwagę właśnie przy dzieciach – bo dużo się mówi o tym, że budują poczucie bezpieczeństwa, że ustawiają dzień dzieciakom, mnóstwo ułatwiają, uspokajają. Okazuje się, że robią to nie tylko dzieciom. Rytuały mają podobne działanie dla dorosłych. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich, chaotycznych i intensywnych czasach, ta powtarzalność, pewność, niezmienność, daje mnóstwo ukojenia, jakoś trochę zakotwiczna, ustawia na ziemi. A w kontekście rodzinnym – tworzy tradycje, a te budują wspólność, integrują, określa, nadaje tożsamość.

PS.Wiecie, piszę dużo o tym poczuciu wspólności w rodzinie, o własnych tradycjach, a małych-wielkich wspólnych sprawach, bo czuję że to jest cholernie istotne. A to jest coś trochę zapomnianego. Dzisiaj zapewnia się dzieciom warunki, zajęcia dodatkowe, stymuluje się (ach, jak bardzo stymuluje) rozwój,zapewnia dobry start. I w dzisiejszym pędzie, w tym przeciążeniu rodzicielskim, mam wrażenie że zapominamy o takich właśnie sprawach. O znalezieniu w rodzinie wspólnego mianownika. A na dłuższą metę, to ta wspólnotowość to jest coś co nas jako rodzinę łączy.

Macie swoje rytuały codzienne, czy pełny spontan?

30 września, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

nie wszystko jest kwestią organizacji, czyli o możliwościach

by Paulina 18 kwietnia, 2023

Zacznę banałem. Czasem, przeglądając media społecznościowe, można odnieść takie wrażenie – wszyscy mają czas i energię na wszystko. Oczywiście wszyscy wiemy, że to wyreżyserowany fragmencik rzeczywistości, ale w naszych głowach chłonących te podróże, wymyśle gotowanie, lepienie z ciastoliny DIY z dziećmi i angażujące treningi, zasiewa się to ziarenko, że wszystko jest możliwe, a wszystko jest, za przeproszeniem kwestią organizacji.

Na mnie zawsze najbardziej działała ta podróżująca część instagrama, moje wrażenie było takie, że wszyscy ciągle coś zwiedzaaaaaaająąąąąą, dlaczego oni mogą a ja wciąż mam tyle ograniczeń. Pewnie dlatego, że podróżowanie to był taki mój plan na życie, gdy byłam nastolatką. Szalenie mnie pociągało włóczęgostwo, jakaś praca w terenie, pomieszkiwanie to tu, to tam. Ostatecznie spotkałam najwspanialszego faceta na świecie i postawiliśmy na stabilizację i rodzinę, nie żałuję, jestem szczęśliwa. Ale otwarcie jednych drzwi zamyka inne, po prostu. W życiu, jakie wybrałam, podróże są bardzo ważnym, ale jednak dodatkiem. Nie da się jednocześnie zapuścić korzeni i skakać z miejsca na miejsce.

Te możliwości, które teraz są, to niemiły pozór. „Możesz wszystko” i „sky is the limit”, budują jakąś koszmarną presję i są w gruncie rzeczy szalenie frustrujące. Skoro jest tyle możliwości w życiu, i wszystkie są takie wspaniałe, to ciężko wybrać jedną drogę. Bo być może inne będą atrakcyjniejsze. A dopóki nie zdecydujemy się na jedną rzecz, dopóki nie otworzymy jednych drzwi (zamykając inne), stoimy bezsensownie w korytarzu, nie wybierając niczego i nie wchodząc do żadnego z pomieszczeń.

Jest jeszcze, chyba nawet naukowo zbadany, żal za podjętą decyzją, że może ta druga opcja była lepsza. (u dzieci przybiera on silniejszą formę. Chcę zupę ogórkową. Proszę, to twoja ogórkowa. Nie chcę ogórkowej, chcę pomidorową!!!!)

FOMO to nie tylko lęk, że coś nas ominie w internetach. Znacie to uczucie po obejrzeniu świetnego filmu i sprawdzeniu całej filmografii reżysera czy aktora? Jeju, kiedy ja to wszystko obejrzę! Albo na wakacjach? Nie zdążyłam zobaczyć tylu miejsc w okolicy. I jeszcze, jest tak pięknie, że dobrze byłoby tu wrócić, ale przecież tyle innych pięknych miejsc czeka na odkrycie. Zawrót głowy w księgarni. Sprawdzanie listy i programów festiwali, na które można by pojechać… Możliwości, możliwości, wszystkie takie wspaniałe, że aż z żadnej porządnie nie skorzystam.

Jest coś pociągającego w dawnych czasach i małych miejscowościach, z życiem z mniejszymi możliwościami, ale jakże innym spokojem. Nie jest szkoda czegoś, co przynajmniej potencjalnie nie jest w zasięgu.

Oczywiście mam świadomość, że cała masa mieszkańców tych małych, spokojnych miejscowości, oddałaby wszystko, za nasze możliwości i brak ograniczeń. Możliwości to piękna rzecz. Ale nieuniknioną i oczywistą konsekwencją możliwości wyboru jest to, (i na tym też wybór polega), że jeśli wybieramy coś jednego, to nie wybieramy czegoś innego. A te wszystkie rzeczy, które „przecież nie wymagają od nas wielkiego wysiłku i jakoś strasznie dużo czasu”, jak wybranie się na targ lub do kooperatywy po warzywa, regularne ćwiczenia, czy szybkie przetarcie kurzu, też się sumują i też zajmują ostatecznie mnóstwo czasu i energii.

Dlatego nie da się w jednym czasie pracować, zajmować się dziećmi, gotować, ćwiczyć, rozwijać pasji i talentów, działać społecznie czy ekologicznie. I wbrew pozorom, to może przynieść ulgę: ok, w tym momencie jestem na przedstawieniu w przedszkolu, więc nie wymyślę nowej strategii sprzedażowej. Teraz robię ważne tabelki w excelu, więc nie poczytam tej fascynującej książki (ale tez nie poscrolluję sobie. Jeśli scrolluję, to nie pracuję). Jedna rzecz w jednym czasie. To wyzwalające, kojące i koniec końców bardziej efektywne niż tzw multitasking. Gdy układam puzzle z dzieckiem z jednym okiem gdzieś w telefonie, jedną myślą planując obiad na jutro, a drugą myśląc co napisać w mailu do tego trudnego klienta, to w gruncie rzeczy wszystko na tym traci.

W optymalnej sytuacji życiowej raczej udaje mi się żonglować moimi zasobami czasowymi i energetycznymi tak, żeby zachować względną równowagę między pracą, rodziną a sobą. Ale przychodzą też takie okresy, kiedy wszystko się zaburza, tak jak ostatnio u mnie – w styczniu wyszliśmy ze szpitala i początek roku był totalnie skupiony na piłeczce z napisem rodzina, i wszystko inne musiało się podporządkować. Luty i marzec był przeciążony sprawami zawodowymi i siłą rzeczy miałam mniej czasu na moje prywatne rozrywki, czy fajny, rodzinny czas. W kwietniu jest trochę spokojniej, więc staram się nadrobić jedno i drugie. Chociaż nie. Nie nadrobić, bo czas i uważność to nie jest coś co się nadrabia – po prostu świadomie przekierować uwagę na siebie – takie wielowymiarowe dbanie o siebie, i na rodzinę, na miły czas razem, wcale niekoniecznie specjalnie ekscytujący, po prostu autentycznie wspólny, bez rozpraszenia pracą czy martwieniem się o zdrowie. Wiem, że mam wspaniały dom, moje miejsce na ziemi, więc nie spędzę życia na włóczędze z miejsca na miejsce. Wiem, że gdy mam szalony czas w pracy, nie będę sobie popołudniami chodzić do
kina i eksperymentować w kuchni. Gdy mam chore dziecko, zrobię w pracy
minimum i nie będę robić codziennie godzinnego treningu. A gdy siedzę na trawie i słucham szalonego wiosennego chóru ptaków, i wwąchuję się w fiołki i kwitnące mirabelki, to właśnie to robię i nic innego.

Są takie możliwości, których realizacja musi poczekać na odpowiedni moment, są takie które możliwościami pozostaną. Trochę czasem szkoda tych niezrealizowanych, ale naprawdę uwalniająca jest świadomość, że wbrew super popularnym hasłom, wcale nie możesz wszystkiego. I nie musisz wszystkiego. Świat da sobie radę bez Ciebie.

18 kwietnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
lubelszczyznarozmyślaniaslow lifestyleuważność

„… don’t forget to dance”

by Paulina 6 kwietnia, 2022

 Wiadomość zastała nas, gdy w klimatycznym sycylijskim domku zastanawialiśmy się, planując trekking, czy Etna wybuchnie. Nie wybuchła. Wybuchła wojna.

Zrobiliśmy parę przelewów, zmartwiliśmy się. Ale prawda jest taka, że wciąż byliśmy na wakacjach. Ciągle to nie była nasza wojna.

Gdy wróciliśmy, rzeczywistość, która zwykła witać nas obuchem w postaci prania i pilnych spraw, tym razem, cóż… wiadomo. Zmroziło mnie .

Tym bardziej chwyciłam się codzienności, tym bardziej łapię momenty. Jakie
to ważne, po raz kolejny uświadamiamy sobie od ponad miesiąca. Gdy z
tyłu głowy mam świadomość kruchości życia, dobrobytu i pokoju, gdy każda
chwila przefiltrowana przez wieści z frontu.

Codziennie wracam do bezpiecznego domu, pachnącego drewnem i wyciszającą mieszanką olejków eterycznych. Pieczemy chleb, czytamy książki na dobranoc. Na spacerach wypatrujemy rozwijających się listków. Utulamy, bardziej niż kiedykolwiek. Trochę żeby dać im poczucie bezpieczeństwa. Trochę żeby dać poczucie bezpieczeństwa sobie.

Oczywiście jak wszyscy, chciałabym nie mieć tak namacalnych dowodów, że nic nie jest na pewno, że trzeba cieszyć się życiem już natychmiast.

Ale cieszę się nim, mimo wszystko, choć czasem jednak trochę przez łzy.

Nie chodzi o to, żeby zamykać oczy, udawać, że nic się nie dzieje. Dzieją się rzeczy potworne, tragiczne, i dziać się będą, jeszcze pewnie długo. Dlatego trzeba się wzmacniać, podawać sobie najpierw tę maskę tlenową – o tej porze roku bardzo dosłowną, z tlenem przedwiosennym, pachnącym rozmarzającą ziemią, i mimo wszystko wystawiać buzię do słońca i zachwycać kwiatkami, bo one od tego są żeby się nimi zachwycać.

Wiecie, może to brzmi dość beztrosko, ale mam takie przekonanie, że zamartwianie się i spalanie w bezsilnej złości nikogo ani niczego nie ratuje. Wychodzę z założenia, że energię lepiej spożytkować na działanie, niż na rozpacz. Każdy ma coś, czym może się podzielić bez nadmiernego nadużywania
siebie, bez doszczętnego wypalenia. Jedni mają trochę więcej czasu, inni trochę więcej pieniędzy,
jeszcze inni konkretne umiejętności lub wolne metry kwadratowe.  Ważne, żeby pomagać, i żeby w tym pomaganiu koncentrować się na potrzebach innych a nie głaskaniu własnego sumienia.

A tymczasem słońce znowu robi robotę. Wyłażą liście, ptaki zaczynają swoje wariackie koncerty. Znowu wygrywa życie, życie zachłanne i nienasycone. A to przecież w tym wszystkim chodzi. 

O życie.

6 kwietnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Jak się ubierać na macierzyńskim

    26 listopada, 2017
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry