Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

wdzięczność

dzieckorozmyślaniaświętawdzięczność

zdrowych, spokojnych…

by Paulina 25 grudnia, 2022

To będzie bardzo osobisty wpis. Jest Boże Narodzenie, a ja piszę do Was, a może do siebie,
te słowa patrząc na kroplówkę spływającą miarowo do żyły mojego dziecka. Jeden
z bardziej przejmujących widoków jakie może sobie wyobrazić rodzic. 

Już jesteśmy na dobrej drodze, wygląda na to, że najgorsze za nami, ale pewnie trochę czasu tu spędzimy.

W tym wszystkim, gdy niebezpieczeństwo minęło, ogarnęło mnie uczucie
ogromnej wdzięczności. To standardowe objawienie spłynęło, które zawsze spływa
w takich momentach, „szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż
się zepsujesz”. To objawienie, jak dużo mamy na co dzień, gdy wstajemy rano z
łóżka, otwieramy oczy, gdy na sprawnych nogach idziemy do łazienki i kuchni,
sprawnymi rękami szykujemy śniadanie. Że działają nam płuca, żołądki i nerki. I
dzieci. Jak wielką wygraną na loterii jest każdego dnia obserwowanie zadowolonego
(lub naburmuszonego) dzieciaka, który, też na tych sprawnych nóżkach do tej
kuchni idzie i to śniadanie trafia do jego dobrze działającego przewodu
pokarmowego. W zasadzie, jakby spojrzeć na te organizmy, ile tam jest elementów,
większych i drobniejszych, które potencjalnie mogłyby przestać działać, to aż
nie mieści się w głowie i wydaje się jakimś totalnym cudem, że na co dzień tych funkcjonujących
organizmów w naszej rodzinie jest aż pięć.

I druga rzecz. Ilość ciepła, życzliwości i dobroci, jaka na mnie
spłynęła w ostatnich dniach, była aż oszałamiająca. Dostałam masę wsparcia, duchowego i bardzo namacalnego, które pokazało ile mam
wspaniałych, kochających ludzi wokół siebie. A to jest szalenie budujące i dające poczucie sensu, no i podbijające tę moją wdzięczność zupełnie w kosmos. A do tego, poza tym osobistym poczuciem spełnienia, mam taki krzepiący wniosek, że jako ludzkość, może
nie jesteśmy takim znowu najgorszym gatunkiem. Jesteśmy solidarni,
empatyczni i życzliwi.

 Mamy Boże Narodzenie.
Nie jest mi wesolutko, zamiast dzwoneczków i kolęd słychać cichy świergot pompy
kroplówkowej. Zamiast miłych światełek choinkowych mamy kable aparatów
medycznych, zamiast dzielenia się opłatkiem i odpinania guzików w pasie po
kolejnej porcji karpika, daję dziecku wody przez rurkę i namawiam na kawałek
sucharka.

Ale wiecie co. Mam tu cholernie dużo prawdziwej esencji tych
Świąt. Mam miłość i dobroć, mam bliskich blisko – chociaż nie fizycznie, to
czuję tę bliskość bardzo mocno. Mam wdzięczność i nadzieję. A o tym właśnie są te Święta. O nadziei na to co będzie i o wdzięczność za to, co jest. Chodzi o miłość i dobroć i bliskich.

Wszystkiego dobrego!

 

25 grudnia, 2022 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

i to zapiera dech że jest coś a nie nic

by Paulina 13 lutego, 2021


I to zabiera wdech
Że obok jest ktoś i że
Mogło być nic
A jest wszystko

Piszę* do Was tego posta z ciągnącej się w nieskończoność kwarantanny, która szczęśliwie się kończy, a trwa już jakieś pięćset lat. Nie był to najłatwiejszy czas, nauczanie domowe, strach o zdrowie bliskich, ciągła intensywna rodzinna bliskość, energia niewybieganych na dworze dzieci, brak przestrzeni dla siebie, i sytuacja w kraju, jak wisienka na gównianym torcie.

Ale mimo to, a może właśnie dlatego, przy okazji urodzin skupiam się na pozytywach i powodach do wdzięczności.

To jest działanie bardzo samoobronne, bo to taki moment, kiedy podstępnie zbliża się czarna dupa**, czyli miejsce, gdzie wszystko jest wkurzające i nie ma nadziei, i człowiek największa ochotę ma wyjść z domu, i iść, byle dalej, od wszystkiego i wszystkich i tego kraju też na pewno.

I staram się nie pogrążyć w tej beznadziei, która nic nie da, a tylko rozsieje złą energię, a ja będę skubać paznokcie, rozboli mnie brzuch i spadnie odporność. Dlatego bronię się. Bronię się wdzięcznością.

Jestem wdzięczna

Za zdrowie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Śnieg. nie dość że świat się zrobił całkiem bajkowy, to jeszcze daje to nadzieję, że w kwietniu nie będzie suszy

Za Wilczka, Iskrę i Pirata.

I Autora trzech powyższych, mojego męża.

Za to, że mam dystans do siebie i do świata.

Że mi się chce. Ćwiczyć, czytać, ubierać się, fajnie gotować, starać się.

Za czas na macie do akupresury, z audiobookiem, albo prowadzoną medytacją w słuchawkach

Że wyleczyłam buzię z koszmarnego stanu zapalnego. Nie tylko wyleczyłam, ale mam teraz najładniejszą cerę odkąd pamiętam.

Za wspólne gotowanie i jedzenie. Dobrze jest mieć za małżonka drugiego hobbita.

Za Rodzinę. Bliższą i dalszą.

Za Poczucie humoru.

Filmy. I platformy streamingowe. Po tym weekendzie mam zamiar częściej chodzić do kina, samotnie również bo bardzo to lubię. Ale jednak przez ostatnie lata, gdyby nie filmy online, byłabym bardzo mocno do tyłu. A tak, jestem nie aż tak bardzo;)

Książki. I audiobooki.

Wycieczki. Że w najbliższym zasięgu mamy lasy, jeziora, wąwozy i bezdroża. I że mamy świetną ekipę wycieczkową.

Za sytuację zawodową.

Nasze mieszkanie. Robi się już dla nas przymaławe, ale jest nam tu naprawdę dobrze.

Że żyjemy w czasach pokoju. 

Że pandemia naszych czasów to nie jest pandemia czarnej ospy na przykład.

Że w zasięgu paru godzin mam Bieszczady. I Puszczę Białowieską.

Że umiem tańczyć.

Że w eterze jest czego słuchać. 

Że dzień robi się coraz dłuższy.

Że…

 

* Kwarantanna zdążyła się w międzyczasie skończyć;)

** Czarna dupa, to nie to samo co smutny dzień, melancholia. Smuteczek miewa nawet swój klimacik.

 

13 lutego, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

36 zwykłych lat

by Paulina 16 lutego, 2020

Świta. Albo chcemy wierzyć że świta, bo o tej porze roku to jest najgłębsza i najbardziej senna część nocy. Zwlekam się z łóżka te pół godziny później niż on, tłumacząc się sama przed sobą tym, że statystycznie i sumarycznie i tak na pewno mniej śpię.
Nieletni śpią jak anioły.


Wkładam wełniane kapcie, idę do łazienki, potem staram się rozruszać zmurszałe części ciała krótką gimnastyką.
Z kuchni dobiega Trójka i zapach gotującej się jaglanki. Buziak na dzień dobry, jest miło i dobrze. Czas zwlekać dzieci, poranna sielanka dobiega końca, zaczyna się poranna orka na ugorze. Dzieci są zazwyczaj rozproszone, niewspółpracujące, niewsypane, niezadowolone, niespakowane do szkoły, niewiedzące w co się ubrać. Zadające trudne i abstrakcyjne pytania, albo nie reagujące na nasze słowa. Ciągle w piżamach na 5 minut przed wyjściem, porwane w wir cudownej (w innym momencie i okolicznościach) zabawy, albo kłócące się, że „mamooooo, on mi nie pozwalaaa przeeeeejść” i „mamoooooo, ja to pierwszy chciałeeeeeeem”. I głodne.
To ten czas, który podnosi ciśnienie jak żadna kawa.
Starszaki wychodzą z tatą, ja mam chwilę na ogarnięcie siebie i najmłodszego i też wyruszamy w świat żłobka i pracy.
W ciągu dnia na łączach internetowych przemyka standardowa romantyczna małżeńska wymiana wiadomości – co dziś jemy – czy trzeba coś z Lidla – o której dziś kończy Wilczek – czy odbierzesz mi przesyłkę z paczkomatu – zrób zaczyn na chleb.

Następuje skomplikowany logistycznie powrót do domu. Idealnie, gdy uda się przed zapadnięciem nocy o 16, wyjść z nimi na jakiś plac zabaw. Zdarza się (za rzadko!!!), że po szybkim obiedzie, gdzieś sobie jeszcze wyskakujemy, zażyć trochę kultury i cywilizacji lub sportu i rekreacji (wybaczcie rym, nie mogłam się powstrzymać).

Przed wieczorem jest czas na swobodne zabawy i aktywności, typu klocki Lego, puzzle, rysowanie,  snucie się, składanie prania i mycie kuchenki.

Wieczorem, tradycyjnie na hasło „umyjcie zęby” dzieci robią się okropnie głodne. Następuje długie, różnorodnie burzliwe szykowanie się do snu. Wreszcie (ach, jak wiele mieści się w tym słowie czasami), każde wybiera jedną książkę do czytania. Znowu robi się całkiem miło, bo to jedna z moich ulubionych rodzicielskich chwil, nawet jeśli często czytając zasypiam i zamiast czytać snują mi się jakieś bzdurki z półsnu.

Później jest cudowny, za krótki czas tylko dla starych. Nawet jakbym chciała, to moje mądre ciało nie pozwala mi na żadne pożyteczności. Jest już tylko przyjemnie, z książką, filmem, serialem, ze sobą.

Codzienność. Zwykłe pojedyncze dni, z których składa się nasze życie. Dni pełne chaosu i upajającego poczucia ogarniania, wesołego śmiechu i rechotliwej głupawki, czułości i awantur. Niefotogeniczne dni pełne walających się po podłodze skarpet i samochodzików. Dobre, naprawdę dobre dni, bezpieczne, w miłości i w dobrobycie. Życzę sobie kolejnych 36 lat takich dni.

16 lutego, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylrozmyślaniawdzięczność

wdzięczność

by Paulina 12 kwietnia, 2017

 
Pisałam kiedyś, że wdzięczność ma moc. Że dobrze robi nam i światu..

Wdzięczność ma dla mnie dużo wspólnego z łapaniem dystansu i zwiększaniem perspektywy.
A ten dystans, choć to może prostacki mechanizm, działa czasem na
zasadzie porównania się z tzw. reszta świata. I zobaczenia sobie w tej
globalnej perspektywie, że już to, gdzie dane mi się było urodzić, to
jak szóstka w lotka. Że jestem bezpieczna, i moi najbliżsi są. Że jest
mi ciepło i komfortowo, że mam co jeść i w co się ubrać. Wiecie, te niby
oczywistości, które każdego chyba czasem uderzają – jakimi jesteśmy
szczęściarzami.
Gdy do tego dodać ogólne zdrowie, sprawność
fizyczną i umysłową, świetny związek, najlepsze na świecie dzieci, to
można się z tego wszystkiego zachłysnąć.

Do niedawna wydawało mi się, że to bardzo dobra postawa, która trochę
uczy pokory, pozwala docenić swoje życie, i dalej niemal automatycznie poczuć
się szczęśliwym.

Ale przeczytałam, już jakiś czas temu,
wywiad w WO Extra z jedną panią psycholog. I ona trochę krytykowała
popularny od jakiegoś czasu trend prowadzenia dzienników wdzięczności,
jako kolejny gadżet (a tu przypomina mi się ten mój tekst o trendach).

Mówiła, że to kolejna presja na jedynie słuszną
wizję życia, wspominała nawet o „terrorze wdzięczności”.

I ten temat trochę we mnie siedział. Jak to jest z ta wdzięcznością? Pomaga i buduje, czy uwiera?
I
doszłam do wniosku, że to rzeczywiście nie jest tak uniwersalna metoda
na szczęście jak mi się wydawało. Że u bardziej wrażliwych może wywołać
poczucie winy („jakim prawem ja mam tyle, a tyle ludzi cierpi
niedostatki?”). U tych neurotycznych strach o przyszłość („jest tak
pięknie, że niedługo na pewno coś się schrzani”). U tych ambitnych
poczucie niedosytu („mam dużo, ale inni mają jeszcze więcej”). U
obowiązkowych – kolejną pozycję na liście „do zrobienia”. U szukających
poklasku – kolejną sferę do udowodnienia, że tu też daję radę. I chyba faktycznie „dzienniczek wdzięczności” to nie jest do końca moja bajka.

Myślę
sobie, że moja bajka to ta wdzięczność ogólna i spontaniczna, to
uświadomienie sobie gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i co mamy. Taka
wdzięczność zauważająca. Dostrzeżenie i docenienie chwili, dla takiego
promyka szczęśliwości, który automatycznie każe spojrzeć w górę i
krzyknąć „dzięki!”. Koi nienasycenie i zachłanność, pozwala trochę
przyhamować ambicje i zachcianki, daje uczucie spokoju i spełnienia.

Strasznie jestem ciekawa jak jest u Was.

12 kwietnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail

Ostatnie wpisy

  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • daj sobie spokój
  • jesienne czasospowalniacze

Najnowsze komentarze

  • Agnieszka - 2025. podsumowanie
  • Paulina - 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • Joanna - 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami
  • Ania - daj sobie spokój
  • Ola - daj sobie spokój

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Najnowsze wpisy

  • Zimowe Bieszczady na początek roku

    18 stycznia, 2026
  • 2025. podsumowanie

    9 stycznia, 2026
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

    24 grudnia, 2025
  • daj sobie spokój

    28 listopada, 2025
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025

Kategorie

Popular Posts

  • 2025. podsumowanie

    9 stycznia, 2026
  • jesienne czasospowalniacze

    4 listopada, 2025
  • Zimowe Bieszczady na początek roku

    18 stycznia, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry