Pisałam kiedyś, że wdzięczność ma moc. Że dobrze robi nam i światu..
Wdzięczność ma dla mnie dużo wspólnego z łapaniem dystansu i zwiększaniem perspektywy.
A ten dystans, choć to może prostacki mechanizm, działa czasem na
zasadzie porównania się z tzw. reszta świata. I zobaczenia sobie w tej
globalnej perspektywie, że już to, gdzie dane mi się było urodzić, to
jak szóstka w lotka. Że jestem bezpieczna, i moi najbliżsi są. Że jest
mi ciepło i komfortowo, że mam co jeść i w co się ubrać. Wiecie, te niby
oczywistości, które każdego chyba czasem uderzają – jakimi jesteśmy
szczęściarzami.
Gdy do tego dodać ogólne zdrowie, sprawność
fizyczną i umysłową, świetny związek, najlepsze na świecie dzieci, to
można się z tego wszystkiego zachłysnąć.
Do niedawna wydawało mi się, że to bardzo dobra postawa, która trochę
uczy pokory, pozwala docenić swoje życie, i dalej niemal automatycznie poczuć
się szczęśliwym.
Ale przeczytałam, już jakiś czas temu,
wywiad w WO Extra z jedną panią psycholog. I ona trochę krytykowała
popularny od jakiegoś czasu trend prowadzenia dzienników wdzięczności,
jako kolejny gadżet (a tu przypomina mi się ten mój tekst o trendach).
Mówiła, że to kolejna presja na jedynie słuszną
wizję życia, wspominała nawet o „terrorze wdzięczności”.
I ten temat trochę we mnie siedział. Jak to jest z ta wdzięcznością? Pomaga i buduje, czy uwiera?
I
doszłam do wniosku, że to rzeczywiście nie jest tak uniwersalna metoda
na szczęście jak mi się wydawało. Że u bardziej wrażliwych może wywołać
poczucie winy („jakim prawem ja mam tyle, a tyle ludzi cierpi
niedostatki?”). U tych neurotycznych strach o przyszłość („jest tak
pięknie, że niedługo na pewno coś się schrzani”). U tych ambitnych
poczucie niedosytu („mam dużo, ale inni mają jeszcze więcej”). U
obowiązkowych – kolejną pozycję na liście „do zrobienia”. U szukających
poklasku – kolejną sferę do udowodnienia, że tu też daję radę. I chyba faktycznie „dzienniczek wdzięczności” to nie jest do końca moja bajka.
Myślę
sobie, że moja bajka to ta wdzięczność ogólna i spontaniczna, to
uświadomienie sobie gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i co mamy. Taka
wdzięczność zauważająca. Dostrzeżenie i docenienie chwili, dla takiego
promyka szczęśliwości, który automatycznie każe spojrzeć w górę i
krzyknąć „dzięki!”. Koi nienasycenie i zachłanność, pozwala trochę
przyhamować ambicje i zachcianki, daje uczucie spokoju i spełnienia.
Strasznie jestem ciekawa jak jest u Was.









0 comments
Hmm ciekawy temat poruszyłaś, uczucie wdzięczności nie jest tak często omawiane jak inne. Ja chyba jestem w tym ogonku, który nie bardzo wie jak sobie z uczuciem wdzięczności poradzić i u których dzienniczek wdzięczności mógłby przysporzyć więcej niepokoju jak pożytku;)
P.S. Bardzo ładne zdjęcia. Podoba mi się pomysł z lustrem jak i wiosenny luźny strój:)
Genialna sesja zdjęciowa! A buty – rewelacja!
Gdyby ludzie zdawali sobie częściej sprawę z tego, za co mogą być wdzięczni, może rzadziej byliby… smutni?
Hmmm… ja niestety często zapominam o tym, aby być wdzięczną. Podobnie jak Ty, mam przecież najlepszego pod słońcem męża i cudowne dziewczynki. Mamy dach nad głową i żyje nam się przecież dobrze. Jestem szczęśliwa.
Siedzi we mnie jednak taki smutas, który często mnie gryzie: ,,a czemu Zosia jest chora, a jak to będzie później, a bo do pracy muszę i gdzie, a jak to będzie z dziewczynkami i co z terapią Zosi i blebleble….", a potem Misiek stawia mnie do pionu, dając przykłady znajomych, którzy są w dużo gorszej sytuacji i dają sobie radę, ba zdają się być szczęśliwymi.
Dobrze, że spotkałam na swojej drodze Misiula :).
Pozdrawiam serdecznie Śliczna :)!!!
P.S. Zdjęcia jak zawsze z pomysłem :)!!!
No właśnie:)
Chociaż myślę, że od czasu do czasu dobrze jest zauważyć te dobre rzeczy w życiu, a które nie są dane wszystkim:)
Dziękuję!
Myślę, że mogłoby tak być – mniej smutni i mniej sfrustrowani
Dzięki, i ja pozdrawiam bardzo!!
"Koi nienasycenie i zachłanność, pozwala trochę przyhamować ambicje i zachcianki, daje uczucie spokoju i spełnienia." – właśnie do tego staram się "używać" wdzięczności. By uświadomić sobie jak mam dobrze. To, że uściskałam dziś moje zdrowe dzieci na dobranoc. I mojego Tatę, który akurat przyszedł wieczorem poczytać im bajki. Uściskałam Go mocniej i dłużej niż zazwyczaj, mówiąc słowa, które powinien słyszeć codziennie.. i dało mi to właśnie dużo tej wdzięczności, o której czasem zapominam błądząc po instagramie i wkurzając się, że inni to mają życie. I zazdroszcząc ludziom, zwłaszcza podróży, bo gadżety jakoś mniej mi potrzebne, ale doświadczeń, wrażeń i nowych miejsc, tego mi w macierzyństwie /i moim obecnym życiu najbardziej brakuje. Ale potem właśnie przypominam sobie kim jestem i gdzie jestem w tej drabinie ludzkości. I jak mały procent ludzi ma tak naprawdę ten super dobrobyt, a jaki jest ogrom nieszczęść, wojen, biedy, beznadziei, która po prostu nie jest tak atrakcyjna, więc tkwi w zapomnieniu, nie rzuca się w oczy jak piękne zdjęcia zamożnej mniejszości. A jeśli chodzi o trendy to wiesz.. mam takie samo zdanie jak Ty, nie lubię tych wymuszonych mód i must have'ów 😀