Gdy byłam mała, znałam na pamięć całe fragmenty „Dzieci z Bullerbyn”. Uwielbiałam tę książkę i tę malowniczą grupkę dzieciaków i strasznie im zazdrościłam. Sama, nie mając żadnej rodziny na wsi nie mogłam tworzyć tych klimatycznych wiejskich wspomnień.
Stworzyłam sobie za to idylliczne i mocno nierealistyczne wyobrażenia wiejskiego świata. Wieś i wakacje na wsi przedstawiały m się jako niekończące się zabawy w sianie, mleko z pianką prosto od krowy i słodkie kurczaczki, jakoś umknęła mi ciężka praca, muchy i nawet to, że siano kłuje 😉
Dziś mam oczywiście świadomość bajkowości tych wizji, realiów i trudów życia na wsi, ale pozostały wyobrażenia o tym kontakcie z naturą, o tej dobrej prostocie. O zanurzeniu w cykliczności przyrody, o smakach i zapachach i przeżyciach autentycznych, o tradycji i poczuciu przynależności.
I ta tęsknota we mnie jest ciągle i lubię sobie w ten idealistyczny świat wchodzić i zapraszać do niego własne dzieci.
Dlatego lubujemy się w pozamiejskości, odwiedzamy skanseny, urządzamy pikniki w naturze.
No i mamy to szczęście, że nasze dzieci mają dziadków na wsi, co prawda bez krówek i kurczaczków, ale za to z poziomkami i malinami, masą trawy do biegania na bosaka, z zapachami i masą zabawek typu sznurki, wiadra i kamyki. U dziadków na wsi, nasze potomstwo w sekundę przeistacza się w wolne dzieci, zajęte, nie potrzebujące dorosłych, brudne i chłonące świat każdym zmysłem.
Ostatnio, do tej sielskiej palety dołączył jeszcze tradycyjny gliniany piec chlebowy, czyli Cudowna Inicjatywa mojego męża. Budowaliśmy go przez parę klimatycznych popołudni, co samo w sobie było świetną zabawą. Teraz, dzięki niemu, wracając do domu, oprócz pochrapujących od świeżego powietrza dzieci z Bullerbyn wieziemy jeszcze sielskość w postaci pachnącego bochenka.
















































