Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

slow lifestyle

jak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

nie wszystko jest kwestią organizacji, czyli o możliwościach

by Paulina 18 kwietnia, 2023

Zacznę banałem. Czasem, przeglądając media społecznościowe, można odnieść takie wrażenie – wszyscy mają czas i energię na wszystko. Oczywiście wszyscy wiemy, że to wyreżyserowany fragmencik rzeczywistości, ale w naszych głowach chłonących te podróże, wymyśle gotowanie, lepienie z ciastoliny DIY z dziećmi i angażujące treningi, zasiewa się to ziarenko, że wszystko jest możliwe, a wszystko jest, za przeproszeniem kwestią organizacji.

Na mnie zawsze najbardziej działała ta podróżująca część instagrama, moje wrażenie było takie, że wszyscy ciągle coś zwiedzaaaaaaająąąąąą, dlaczego oni mogą a ja wciąż mam tyle ograniczeń. Pewnie dlatego, że podróżowanie to był taki mój plan na życie, gdy byłam nastolatką. Szalenie mnie pociągało włóczęgostwo, jakaś praca w terenie, pomieszkiwanie to tu, to tam. Ostatecznie spotkałam najwspanialszego faceta na świecie i postawiliśmy na stabilizację i rodzinę, nie żałuję, jestem szczęśliwa. Ale otwarcie jednych drzwi zamyka inne, po prostu. W życiu, jakie wybrałam, podróże są bardzo ważnym, ale jednak dodatkiem. Nie da się jednocześnie zapuścić korzeni i skakać z miejsca na miejsce.

Te możliwości, które teraz są, to niemiły pozór. „Możesz wszystko” i „sky is the limit”, budują jakąś koszmarną presję i są w gruncie rzeczy szalenie frustrujące. Skoro jest tyle możliwości w życiu, i wszystkie są takie wspaniałe, to ciężko wybrać jedną drogę. Bo być może inne będą atrakcyjniejsze. A dopóki nie zdecydujemy się na jedną rzecz, dopóki nie otworzymy jednych drzwi (zamykając inne), stoimy bezsensownie w korytarzu, nie wybierając niczego i nie wchodząc do żadnego z pomieszczeń.

Jest jeszcze, chyba nawet naukowo zbadany, żal za podjętą decyzją, że może ta druga opcja była lepsza. (u dzieci przybiera on silniejszą formę. Chcę zupę ogórkową. Proszę, to twoja ogórkowa. Nie chcę ogórkowej, chcę pomidorową!!!!)

FOMO to nie tylko lęk, że coś nas ominie w internetach. Znacie to uczucie po obejrzeniu świetnego filmu i sprawdzeniu całej filmografii reżysera czy aktora? Jeju, kiedy ja to wszystko obejrzę! Albo na wakacjach? Nie zdążyłam zobaczyć tylu miejsc w okolicy. I jeszcze, jest tak pięknie, że dobrze byłoby tu wrócić, ale przecież tyle innych pięknych miejsc czeka na odkrycie. Zawrót głowy w księgarni. Sprawdzanie listy i programów festiwali, na które można by pojechać… Możliwości, możliwości, wszystkie takie wspaniałe, że aż z żadnej porządnie nie skorzystam.

Jest coś pociągającego w dawnych czasach i małych miejscowościach, z życiem z mniejszymi możliwościami, ale jakże innym spokojem. Nie jest szkoda czegoś, co przynajmniej potencjalnie nie jest w zasięgu.

Oczywiście mam świadomość, że cała masa mieszkańców tych małych, spokojnych miejscowości, oddałaby wszystko, za nasze możliwości i brak ograniczeń. Możliwości to piękna rzecz. Ale nieuniknioną i oczywistą konsekwencją możliwości wyboru jest to, (i na tym też wybór polega), że jeśli wybieramy coś jednego, to nie wybieramy czegoś innego. A te wszystkie rzeczy, które „przecież nie wymagają od nas wielkiego wysiłku i jakoś strasznie dużo czasu”, jak wybranie się na targ lub do kooperatywy po warzywa, regularne ćwiczenia, czy szybkie przetarcie kurzu, też się sumują i też zajmują ostatecznie mnóstwo czasu i energii.

Dlatego nie da się w jednym czasie pracować, zajmować się dziećmi, gotować, ćwiczyć, rozwijać pasji i talentów, działać społecznie czy ekologicznie. I wbrew pozorom, to może przynieść ulgę: ok, w tym momencie jestem na przedstawieniu w przedszkolu, więc nie wymyślę nowej strategii sprzedażowej. Teraz robię ważne tabelki w excelu, więc nie poczytam tej fascynującej książki (ale tez nie poscrolluję sobie. Jeśli scrolluję, to nie pracuję). Jedna rzecz w jednym czasie. To wyzwalające, kojące i koniec końców bardziej efektywne niż tzw multitasking. Gdy układam puzzle z dzieckiem z jednym okiem gdzieś w telefonie, jedną myślą planując obiad na jutro, a drugą myśląc co napisać w mailu do tego trudnego klienta, to w gruncie rzeczy wszystko na tym traci.

W optymalnej sytuacji życiowej raczej udaje mi się żonglować moimi zasobami czasowymi i energetycznymi tak, żeby zachować względną równowagę między pracą, rodziną a sobą. Ale przychodzą też takie okresy, kiedy wszystko się zaburza, tak jak ostatnio u mnie – w styczniu wyszliśmy ze szpitala i początek roku był totalnie skupiony na piłeczce z napisem rodzina, i wszystko inne musiało się podporządkować. Luty i marzec był przeciążony sprawami zawodowymi i siłą rzeczy miałam mniej czasu na moje prywatne rozrywki, czy fajny, rodzinny czas. W kwietniu jest trochę spokojniej, więc staram się nadrobić jedno i drugie. Chociaż nie. Nie nadrobić, bo czas i uważność to nie jest coś co się nadrabia – po prostu świadomie przekierować uwagę na siebie – takie wielowymiarowe dbanie o siebie, i na rodzinę, na miły czas razem, wcale niekoniecznie specjalnie ekscytujący, po prostu autentycznie wspólny, bez rozpraszenia pracą czy martwieniem się o zdrowie. Wiem, że mam wspaniały dom, moje miejsce na ziemi, więc nie spędzę życia na włóczędze z miejsca na miejsce. Wiem, że gdy mam szalony czas w pracy, nie będę sobie popołudniami chodzić do
kina i eksperymentować w kuchni. Gdy mam chore dziecko, zrobię w pracy
minimum i nie będę robić codziennie godzinnego treningu. A gdy siedzę na trawie i słucham szalonego wiosennego chóru ptaków, i wwąchuję się w fiołki i kwitnące mirabelki, to właśnie to robię i nic innego.

Są takie możliwości, których realizacja musi poczekać na odpowiedni moment, są takie które możliwościami pozostaną. Trochę czasem szkoda tych niezrealizowanych, ale naprawdę uwalniająca jest świadomość, że wbrew super popularnym hasłom, wcale nie możesz wszystkiego. I nie musisz wszystkiego. Świat da sobie radę bez Ciebie.

18 kwietnia, 2023 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomój stylrozmyślaniaslow lifestylewiosnazmysły

jak zrobić sobie wiosnę

by Paulina 20 marca, 2023

Już niedługo. Już niedługo. Zawsze czekam na wiosnę, ale w tym roku jestem na prawdziwym głodzie słońca, nie mogę sobie znaleźć miejsca.

A to jest ten moment. Nie wiem, jak Wy (choć przeczuwam, że jest nas więcej), ale ja średnio od połowy lutego jestem jedną wielką potrzebą odnowy wszelakiej. Od diety i stylu życia, po drobne remonty (chociaż po roku 2021 tych ostatnich wciąż z taką lekką powściągliwością;) )

Wiadomo, że pod koniec lutego (a wtedy zaczynałam pisać ten tekst) do prawdziwej wiosny jeszcze trochę, i dzieli nas od niej zazwyczaj parę śnieżyc i trochę lodowatych wichur, oraz cała masa błota, ale ta zwiększona ilość światła działa prawdziwe cuda. Chociaż, tak jak pisałam już kiedyś, to ten rodzaj światła bezlitośnie obnażające wszelkie zimowe zasiedziałości. Co motywuje bardzo bardzo.

Ja w każdym razie z dziką radością rzucam się na młode listki, kiełki i ziołowe herbatki, a serowe zapiekaneczki nieco tracą na atrakcyjności. Kombinuję z mrożonkami, piję koktajle, śnię o truskawkach i odczuwam fantomowe zapachy pomidorów. Dobrze mi się ćwiczy ostatnio, nie zawsze niby się chce, ale już przestałam na to zwracać uwagę. Jeśli mam czas, po prostu wyciągam sportowe buty i robię trening, jeśli mam mniej czasu, robię choćby 20 minut jogi.

Dom wiosenny

Mamy w salonie duże okna i teraz popołudniami wreszcie widać na ścianach plamy światła i grę cieni, totalnie uwielbiam te moment. Nawet jeśli są to błyski krótkie i przetykane burzami śnieżnymi.

Dlatego robimy porządki. To pewnie starość, ale znajduję w tym coraz więcej przyjemności. Zwłaszcza teraz, przy tym świetle, aż chce się wyrzucać na balkon te wszystkie poduchy z kanapy, prać narzuty i poszewki, odświeżać dywany. Dzielę sobie te wiosenne wielki porządki na mniejsze akcje. Rozpisuję, dość szczegółowo, co jest do zrobienia i robię, nie czekając na sobotę, czy inny wolny dzień na sprzątanie od rana do nocy. Czasem wystarczy wolne pół godzinki, np na przejrzenie leków i zebranie tych przeterminowanych, a już jedną rzecz można sobie wykreślić z listy:). Innym razem jest to porządek w szufladzie ze skarpetkami i rajstopami, a jeszcze kiedy indziej przejrzenie książek i zdecydowanie, do których nie będziemy wracać. A jednocześnie nie robię z tego zawodów, to nie jest kolejne „muszę to zrobić pilnie”, gdy mam dużo pracy, jestem zmęczona, albo po prostu mi się nie chce (co jest równie częste jak energetyczne zrywy, w końcu przesilenie i w marcu jak w garncu;) ), odpuszczam, uporządkowana przestrzeń jest dla mnie, nie ja dla niej.

Potem okna. Absolutnie nie jestem maniaczką w temacie, ale na wiosnę zdecydowanie, umyte okna robią różnicę. Myślałam tu o jakiejś
profesjonalnej pomocy, ale mąż zapowiedział, że będzie bohaterem w
naszym domu.

Jak już trochę ogarniemy, zmieniamy poszewki na poduszki w salonie. To chyba najprostszy, najszybszy i najbardziej efektowny sposób na zmianę klimatu w pomieszczeniu. Korzystam z przyjemnością:D

 

Uwielbiam moment zmiany płaszcza z zimowego na lżejszy

Ubrania

To jest ten moment, kiedy robię pierwszą delikatną sezonową wymianę w szafie. Lubię mieć w zasięgu te ubrania, w których autentycznie w danym czasie chodzę. Marzec jest momentem, kiedy chowam najgrubsze swetry, ciepłe, wełniane spódnice, i wyciągam trochę lżejsze sukienki. No i przy okazji robię mały przegląd, i trochę ubrań wystawiam na vinted (znajdziecie mnie pod nickiem Odpoczywalnia) a trochę wrzucam do kontenera PCK. Lubię te wiosenne porządki ubraniowe, dają mi takie świeże spojrzenie na szafę i w ogóle moje ubieranie się.

Zapachy wiosny

Wysiewamy rzeżuchę. Ten charakterystyczny zapaszek daje ten sam efekt, co zapach świerku i pierniczków przed Bożym Narodzeniem. Domowy chleb z masłem i rzeżuchą, do przegryzania jajeczka na miękko jest dla mnie smakiem zapowiadaczem wiosny i Wielkanocy. I z powodu tych miłych powiązań właśnie, zostawiamy sobie akurat te kiełki na przedwiośnie, żeby nam się przyjemnie kojarzyło.

Wszędzie stają kwiaty. Rozkwitające hiacynty, żonkile i tulipany, pierwsze gałązki forsycji. Za chwilę cudowne bukieciki fiołków od dzieci. Czy może być coś bardziej oczywistego?

Zmieniam mieszankę olejków eterycznych w nawilżaczu. W zimie używamy mieszanki czerech alchemików Klaudyny Hebdy, teraz najczęściej pachnie Spokój, ale będę jeszcze szukać czegoś zielono-cytrusowo-drzewnego.

Mam wielką nadzieję na przedwiosenną wycieczkę, w jeszcze mocno bury i niepiękny świat, ale świat, który cały aż tętni życiem buzującym podskórnie, o którym wiemy i czujemy, że to życie zaraz tak buchnie, że zakręci nam się w głowach. Niech się przedrze tylko to słońce na więcej dni.

Już niedługo. Już niedługo. 

20 marca, 2023 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćksiążkikulturalnieslow lifestylezima

przyjemności zimowe, głównie książki i filmy

by Paulina 7 lutego, 2023

Z początkiem lutego dopada mnie takie nadziejaste, chociaż dość fałszywe niestety uczucie końca zimy. Po ponurym, bezsłonecznym styczniu, ciągnącym się w nieskończoność, luty wydaje się takim szybkim, jasnym preludium wiosny. Chyba ten dłuższy dzień tak działa, i to, że za dwadzieścia parę dni już marzec. A marzec to już wiadomo, inaczej pachnie, i pączki na drzewach i sam miód.

Ta zima była (no dobra, jeszcze jest) dość różnorodna emocjonalnie. Grudzień zaczął się miło, przedświątecznie i klimatycznie. Cieszę się, że był ten adwent taki właśnie, jak powinien być. Spokojny, rodzinny, zanurzony w naszych mikrotradycjach. Zwłaszcza w kontekście tego, że cały okres świąteczny był trochę wyjęty z życia. Ale w związku z tym wyjęciem z życia udało mi się przeczytać całkiem sporo książek, z których wiele z nich bardzo polecam:) Pytacie czasem o moje polecajki książkowe, chociaż zupełnie nie czuję się wielką znawczynią literatury, ale czytam sporo i sama z przyjemnością zerkam na rekomendacje książkowe i filmowe, na blogach niebranżowych, trochę na zasadzie poleceń koleżanki. Dajcie proszę znać, czy szykować tego typu zestawienia w przyszłości:)

Moje książki zimowe

Już tu wspominałam, w mrocznych, jesienno zimowych miesiącach ciągnie mnie do powieścisk, lubię zanurzyć się z głową w książkowy świat, lubię jak mnie porwie i pochłonie, trochę magii – ale niekoniecznie takiej dosłownej, rodem z fantasy.

„Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd- ach jak mnie zachwyciła ta książka. Mimo tytułu kojarzącego się z książkami typowo przyrodniczymi, to historia bardzo ludzka, rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i opowiadająca o rasizmie i segregacji rasowej, o relacjach rodzinnych, o kobietach, o religijności. A wszystko to zanurzone w miód. Czytając (w szpitalu), odrywałam się totalnie, miałam cudowne poczucie złocistości, ciepła i słodyczy. Ostatnio dowiedziałam się, że jest film, na jej podstawie, ale w sumie nie wiem czy chcę go oglądać, trochę się boję, że mi zepsuje moje wizje;)

Zaintrygowana autorką, sięgnęłam po jej słynne „Czarne skrzydła”. Ta historia (oparta na faktach) jest już w pełni skoncentrowana na kwestii rasowej, opowiada o niewolnictwie, o walce o prawa kobiet, ale zdecydowanie nie porwała mnie tak, jak pszczoły. Może to tłumaczenie, ale postacie wydały mi się trochę… papierowe, brakowało w nich życia, charakteru, głębi. W każdym razie historia ciekawa, zwłaszcza z punktu widzenia naszego kraju, który z niewolnictwem raczej nie miał do czynienia.

„Pielgrzym” Terry Hayes. Zupełnie inna bajka. I w sumie nawet nie moja bajka, bo kryminał i sensacja, ale mnóstwo pozytywnych opinii mnie zachęciło, i nie żałuję zdecydowanie! Czytało się rewelacyjnie, wciągająca, mięsista historia, idealnie trzymająca w napięciu, świetnie zbalansowane retrospekcje, bardzo filmowa.

Kolejny przeskok tematyczny, czyli „Sprawa Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej. Historia jest luźno zainspirowana prawdziwymi tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Tatrach w latach dwudziestych. Jest tajemnica, psychiatria, jest klimat dawnego Zakopanego. Bardzo wciągająca.

A potem przeniosłam się do Ameryki Południowej. Naczytałam się Isabel Allende – „Córka fortuny”, „W samym środku zimy”, „Długi płatek morza”. Lubię jej styl, kupuję pisane przez nią historie i klimat, uwielbiam wplecione wątki historyczne. Moją ulubiona książkę Allende pozostaje Dom Duchów, ale te trzy baaardzo dobrze mi się czytało.

A potem, już cała wkręcona w Amerykę Południową (a w Chile szczególnie), zagłębiłam się w niespieszny „Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux, bardzo mi to dobrze zrobiło. W kolejce czeka „Na poboczu Ameryk” z tego samego wydawnictwa – ta wędrówka odbyła się kilkadziesiąt lat później i nie pociągami, a pieszo, ale liczę na podobne powolne tempo.

Przeczytałam też „Cztery tysiące tygodni”. Trochę przegadana, ale też daje do myślenia. O tym, że przeciętnie właśnie tyle czasu mamy na ziemi. O tym, jak niewiele to jest w skali świata. I o tym, że wbrew pozorom, nie musimy wyciskać każdej chwili do ostatniej kropli.

Filmowo

Dużo dobrego się teraz dzieje filmowo, aż żałuję że te wieczory takie krótkie i możliwości wyjścia do kina zbyt rzadkie.

Czekałam na „Duchy Inisherin”, bardzo czekałam na ten film. To nie był przyjemniutki seans, jest raczej bardzo smutny, ale zrobił na mnie duże wrażenie. To film nie dosłowny, utrzymany jest w klimacie starej przypowieści, czy legendy, skojarzyło nam się szekspirowsko.

„W trójkącie” Dobrze mi się oglądało, było dużo raczej absurdalnego humoru i polewki ze sławnych i bogatych.

„Bullet train”. Naprawdę spoko rozrywka, nie jakieś arcydzieło, ale nikt nie oczekiwał arcydzieła, tylko rozrywki właśnie. Bawiłam się bardzo dobrze

„Glass Onion”. Daniel Craig jako Benoit Blanc jest przeuroczy, widać, że bawi się świetnie, całość w konwencji lekko retro, troszkę z przymrużeniem oka, podobało mi się. 

Byliśmy z dziećmi w kinie zobaczyć „Serce dębu”. Absolutnie przepiękny, świetnie zmontowany, dokumentalny film o przyrodzie, opowiadający o życiu wokół starego wspaniałego dębu. Uwielbiam chodzić na takie filmy do kina, z dzieciakami właśnie. Mam nadzieję, że teraz uda nam się zobaczyć „Rzekę”.

W najbliższym czasie chcę też zobaczyć „Podejrzaną”, „Aftersun”. Chętnie obejrzę „Niebezpiecznych dżentelemenów”, jeśli pojawią się na platformach streamingowych.

Zobaczyłam też „Wszystko wszędzie naraz”, i zupełnie mnie nie porwał. Niekonsekwentny chaos, całość niby bazująca na teorii fizycznej, i kino akcji balansujące na granicy parodii samego siebie. Żart też niby idący w absurd (który zresztą bardzo lubię), ale jakiś taki grubo ciosany, dla mnie niesmaczny po prostu. Generalnie piszę tutaj o rzeczach, które polecam, pozostałe po prostu omijam, ale akurat o tym filmie jest bardzo głośno, dlatego o nim wspominam, żeby zaznaczyć, że nie wszystkich zachwycił;)

Mniej szukam teraz seriali, a już szczególnie nie mam ochoty na wielosezonowe tasiemce. Obejrzeliśmy „Ród smoka” ze względu na sentyment do Gry o tron, i nie zawiedliśmy się. I jeszcze „Biały lotos”, lekki miniserial, pokazujący od kuchni hawajski kurort i bogatych, zblazowanych turystów. Troszkę straszno, troszkę śmieszno;)

MUZYCZNIE

Zaczęło się od koncertu Możdżera, i dwóch kolejnych jego płyt, które sobie potem w domu odtwarzaliśmy z gramofonu. 

Zasłuchujemy się w Air, odkąd w radiu 357, Marcin Cichoński przypomniał nam cudowną płytę „Moon safari”.

Od listopadowego koncertu w odtwarzaczu często ląduje najnowsza Brodka.

Gwiazdka przyniosła nam płytę Skalpela (nawiązując do naszej ulubionej piosenki z nowej Brodki) i dwie płyty duetu Karaś i Rogucki, co cieszy zwłaszcza w związku z ich marcowym koncercie w Lublinie.

Poza tym muzycznie jest dość różnorodnie ostatnio. Przyjrzę się naszym wyborom bliżej i może przygotuję zimową odsłonę odpoczywalni muzycznej

Wyjścia i wypady zimowe

Do tej pory zimowych dużych wyjść, wypadów było niewiele, jako że styczeń to przede wszystkich rekonwalescencja i regeneracja. W lutym mamy nadzieję trochę nadrobić, planujemy przede wszystkim Warszawę i wystawę malarzy północy z przełomu XIX i XXw. Oraz, przełożone z początku roku Bieszczady, na co czekam najbardziej na świecie, moja głowa już bardzo bardzo bardzo potrzebuje gór.

Polecicie coś od siebie? Dzięki!

7 lutego, 2023 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowoprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleświętazima

to nie jest prezentownik, czyli co chcę podarować sobie i najbliższym

by Paulina 12 grudnia, 2022

 
 
Piszę do Was znad adwentowego świecznika, zrobionego razem z dziećmi z gałązek ze świerku z ogrodu rodziców.

Zapalone już trzy świeczki, pachną pszczelim woskiem, patrzę w płomień i myślę sobie.

Moje
dotychczasowe przedświateczne wpisy, były raczej sceptyczne wobec
dzikiej świątecznej ekscytacji, raczej wracające do przyziemności, bo w
tych czterech tygodniach nie możemy fruwać w bezustannym
przedświątecznym afekcie, trzeba pracować, ogarniać tematy szkolne i około szkolne, trzeba obiady gotować, gile
wycierać, skarpety składać. W tamtym roku zresztą to właśnie zwykłe
życie i nawał pracy dojechały mnie tak, że nawet nie miałam kiedy upiec
pierniczków z dzieciakami.

Ale wiecie co. Dzieci mam coraz
starsze. Najstarszy u progu nastolectwa, średnia rośnie jak sosna,
najmłodszy niepokojąco szybko zbliża się do szkoły. A nie ma nic
piękniejszego niż dziecięca przedświąteczna radocha. 

Spieszmy się cieszyć się tym cudownym zachwytem zanim stanie się nastoletnią blazą.

Poza
tym właśnie teraz, w czasach niepewnych i niepokojących, te rodzinne mikro tradycje świąteczne, rytualne pieczenie pierniczków i celebra przy wyjmowaniu karteczek z kalendarza, te drobne rzeczy okazują się wcale drobne nie być. Wręcz przeciwnie, rosną do rangi filarów dobrostanu, symbolów poczucia bezpieczeństwa, uosobienia spokoju.

Dlatego w tym roku ten przedświąteczny
czas staram się celebrować na maksa, zwalniam, gdy tylko mogę i skupiam się na tych
pozornie błachych radościach.

Rozważam jednocześnie wylogowanie
się na ten czas z różnych instagramów, żeby trochę umknąć presji
doskonałości i tego specyficznego niepokoju, który ogarnia, gdy za mocno
wejdą piękne zdjęcia, że może u mnie jest niewystarczająco estetycznie,
że może prezenty zbyt niewyrafinowane, że zbyt chaosiaście. Bardzo bym
nie chciała, żeby to moje świadome głębsze zbratanie się z duchem świąt
nie skończyło się przeglądaniem miliona stron ze świątecznymi
dekoracjami.

Spisałam sobie na koniec listopada, co chciałabym w grudniu rodzinnie zrobić i przeżyć. Bez presji, żeby się tą cudownością i blaskiem nie przećpać.

Większość tych rzeczy robimy co roku. Większość nie jest specjalnie
spektakularna. Ale wszystko jest nasze. Jest dobre, przytulne i kojące.
Klimat tka się u nas powoli, ma więcej wspólnego z delikatną pajęczyną,
albo miękkim swetrem, dzierganym powoli, oczko po oczku niż z machaniem
czarodziejską różdżką, rozbłyskami i wybuchami magii.

Mamy więc te
adwentowy wieniec, który osnuwa dom tym iglastym klimatem. Z początkiem
grudnia zakraplam też do nawilżacza mieszankę czterech alchemików
Klaudyny Hebdy. Bardzo charakterystyczna mieszanka zapachów, pachnie nam
tak w domu przez całą zimę. Do tego jest to mieszanka prawdziwych
olejków eterycznych, mamy więc nie tylko piękny zapach, ale całkiem
sporo realnych korzyści dla zdrowia.

Wieczorami czytamy „Tajemnicę Bożego Narodzenia” Josteina Gaardera. Jest dużo
świątecznych książek, do czytania rozdział po rozdziale każdego
wieczoru, ja najbardziej lubię właśnie tę, czytamy ją kolejny rok.

Zrobimy trochę
papierowych ozdób na choinkę, gwiazdy na okno z papierowych torebek
śniadaniowych (ogarniają nawet kilkulatki, a efekt naprawdę daje radę),
ususzymy pomarańcze. Zrobimy i wyślemy kartki świąteczne.

Nigdy
nie piekę z dziećmi tyle, co w grudniu. Gryczane ciastka dla
Mikołaja, pierniki, ciacho drożdżowe po łyżwach i zimowych
spacerach. 

Bo planujemy też łyżwy, które uwielbiam, za dzieciaka
mieliśmy lodowisko wylewane na boisku za blokiem, i na łyżwach byłam
codziennie. 

Pójdziemy na spacer na stare miasto, zobaczyć ozdoby.

Powoli ozdabiamy mieszkanie, wieszamy światełka,
zmieniamy poszewki na poduszkach. A wieczorami, mam nadzieję, jak
najczęściej będziemy sobie miło siedzieć przy muzyce z zimową herbatką z
pomarańczą, imbirem i rozmarynem i jakimś korzennym ciachem. Co piątek słuchamy w radiu 357 niezawodnego Kuby Strzyczkowskiego i jego
świątecznych licytacji, przeplatanych muzycznymi klasykami świątecznymi.

 Myślę zresztą, że cały efekt świątecznej magii to zasługa tej zbudowanej przez lata
tradycyjności, rytuałów, które co rok są niezmiennie. Tylko w grudniu,
ale zawsze w grudniu. To daje takie uczucie wracania do domu, ciepło i
bezpieczeństwo, i wyjątkowość też. I tego nam życzę. Żeby było miło i spokojnie, po naszemu. Żeby było świątecznie, ale wcale niekoniecznie idealnie.

 

 

12 grudnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńkawaksiążkilubelszczyznaLublinmindfulnessmuzykaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćwdzięczność

całkiem miły ten listopad może być

by Paulina 21 listopada, 2022

 

Po dość szalonym, wczesnojesiennym czasie, ogarnęła mnie melancholia jesienna. Ta melancholia to jedna z najlepszych rzeczy jesienią

Jesień jest od tego, żeby wzorem przyrody przyhamować. Jesień jest czasem do przytulania, grzania, umilania sobie życia.

Jesień jest fakturzasta, chropowata, miło szorstka, słodko-pikantna. Pasuje do niej lekko gryzący, ciepły wełniany sweter, słodkie ciasto z dodatkiem imbiru i czekolada z chili, śpiewające głosy z chrypką.

Im zimniej na dworze, tym więcej ciepła wewnętrznego potrzebujemy. A to ciepło, to grzanie się od środka to te wszystkie lekko obśmiane jesieniarskie atrybuty. Dlatego teraz,  bez żenady i z dziką radością włażę pod ten kocyk
wełniany, z herbatą i ciachem ze śliwkami, włączam miłą muzykę, a
wcześniej inhaluję się zapachem lekko zbutwiałych liści pod nogami w
lesie.

Bo jesienią trzeba sobie dokładać opału do swojego wewnętrznego kominka, choćby to jechało kiczem na odległość.

I ja się w to angażuję z największą powagą. Przytulam się od środka tym jedzonkiem, tą wełną i muzyką. Mam swoje jesienne hymny na każdy miesiąc. Wrzesień rozpoczyna Oren Lawie i płyta „The Oposite Side of the Sea„. Potem, w październiku, lubię francuskość i delikatność, pasuje mi Carla Bruni, Thomas Dutronc, Laura Marling, Lola Marsh. Wieczorami wjeżdża Agnes Obel, Leszek Możdżer, Smolik i Hania Rani. Listopad jest klasycznym jazzem, rzewnym i przejmującym, choć najbardziej listopadowa płyta świata to Older George’a Michaela.

Jesienią najbardziej lubię realizm magiczny, lubię książki zainspirowane ludowymi wierzeniami, trochę gęste w klimacie, bagienne. Świetnie czyta mi się Isabel Allende, uwielbiam Murakamiego. Albo książki zanurzone w słowiańskości, np „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, w kolejce tego autora czeka jeszcze „Puste niebo”, tym bardziej, że tłem tutaj jest dawny Lublin. Jesień i zima to jest też czas na klasyki, XIX i XXw. Dobrze czyta mi się też miłe, powolne książki, np Życie Violette, Sen o Okapi. 

Jadłabym najchętniej grzanki, gulasze i pieczone warzywa. Kiedyś pisałam o tym, co lubię jeść gdy zimno

I planszówki! Zdarzają nam się dorosłe planszówkowe wieczory ze znajomymi, ale coraz częściej spędzamy naprawdę świetny czas z dzieciakami. Na dworze ciemno, zimno i zło, a my sobie siedzimy przy naszym wiekowym drewnianym stole i gramy, jakby jutra miało nie być. Nasze ulubione gry to Karak, Climb the Mountain, Ekosystem, Splendor, Ubongo, Azul. Bardzo się cieszę, że to już są normalne, prawdziwe gry, a nie takie typowo dziecięce, i wszyscy mamy z tego czasu autentycznie dużą radochę.

To w domu. W domu miłym, bezpiecznym i przyjaznym, oświetlonym i ciepłym.

Jesienne wyjścia z tego miłego kokonu wymagają już niejakiej dawki heroizmu. Wiosną i w lecie wychodzi się samo, koncerty często w plenerze, jedzenie gdzieś przy okazji, na kocyku na trawie najchętniej. Teraz człowiek się organizuje, dba o plan wyjścia pt, „żeby było gdzie wejść w razie czego”. Dlatego, wyjścia, owszem, ale raczej w formie spaceru z miejscem docelowym typu kino, na wystawa, czy koncert, z przystankiem na ciepłą zupę.

W Lublinie w Centrum Spotkania Kultur można aktualnie zobaczyć wystawę Beksińskiego, szykujemy się, ale raczej bez dzieci. Za to na zamku lubelskim zdecydowanie z dzieciakami warto zobaczyć wystawę o starożytnym Egipcie. W kwestii koncertów też jest w czym wybierać, niedawno byliśmy na Natalii Przybysz, potem na Brodce, w listopadzie szykuje się jeszcze Igo, w CSK w klubie muzycznym można posłuchać jazzu, w grudniu będzie Możdżer. Ruszyło trochę popandemicznie, i na nasze nienadmierne potrzeby i możliwości wyjść jest idealnie.

 Ale generalnie w listopadzie, jak pisałam już kiedyś, w listopadzie może się nic nie chcieć bez wyrzutów sumienia. W listopadzie kocyk, ciacho i gapienie się w płomień świecy są więcej niż usprawiedliwione.


21 listopada, 2022 1 comment
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakcodziennośćdzieciństwo unpluggedlatolubelszczyznamindfulnessmój styl podróżniczynamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

lekki był i cygański taniec sierpnia

by Paulina 4 września, 2022

Ach sierpniu, sierpniu.

Ależ mi ten miesiąc wzrusza serce. 

Sierpień smakuje i pachnie jabłkami, niewielkimi, o białym miąższu i cudownej różowawo słomkowej skórce. I cukinią, papryką (najchętniej pieczoną w piecu chlebowym na wsi u moich rodziców), kurkami z czosnkiem i rozmarynem. Malinami, najlepiej prosto z krzaka. I pomidorami, tak bardzo pomidorami.

Sierpień to rój Perseidów, rżysko po zbożu (słyszycie jak to brzmi?), leżenie na trawie i patrzenie w chmury. Ciepłe wieczory. I ta delikatna nostalgia malująca się czerwieniejącymi jarzębinami i żółtością nawłoci.

To zmysłowość nasycona i spokojna, dojrzała.

To był dobry miesiąc, sielankowością mocno nawiązujący do Bullerbyn. Pojechaliśmy na Kaszuby (śladami Pucia) spędzić parę dni w piaszczystym lesie nad jeziorem, leniwie chlupiąc się w wodzie i jeżdżąc na rowerach. Poszwendaliśmy się też po Lubelszczyźnie, Roztocze i okolice kazimierskie nie zawodzą.

W sierpniu nigdzie się nie spieszyliśmy, a czas sunął powoli jak te obłoki na niebie, przesypywał się między palcami jak piasek na plaży, płynął jak świetliste falki na jeziorze. Czas często tak robi, że dopasowuje się do naszego tempa.

Serce mam tkliwe jak mocno wycałowane usta

medytacja uważności w dziecięcym wydaniu, czyli chlapanie wody i wgapianie się w opadające kropelki w świetle zachodzącego słońca.

4 września, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedlatolubelszczyznamoda rowerowarowerrower z dzieckiemslow lifestylewakacje

czerwca uwodzenie

by Paulina 3 lipca, 2022

 

Ten moment, na przełomie wiosny i lata cały jest pachnący oszałamiająco, odurzająco.

Świat w czerwcu się nie kryguje, krzyczy na każdym kroku, hej zatrzymaj się człowieku i podziwiaj mnie podziwiaj mnie, bo taki jestem piękny. I nie ma wyjścia człowiek, zachwyca się, zakochuje w tym świecie po raz kolejny.

I trochę jest tak, że miejsce czy pora dnia trochę schodzą na dalszy plan.

Cudnie jest o świcie, gdy jeszcze trochę chłodniej, ptaki wyśpiewują niezmęczone upałem, a poza tym miła cisza. I niby wstało się wcześniej, bo trzeba pracować, to jednak atmosfera wakacyjna i zew letniej przygody ogarniają, i nawet excel jakiś taki w krótkich spodenkach i kapeluszu.

Albo dzieciaka, na ostatnie dni do przedszkola się odprowadza. Młode goni rowerkiem tak, że kurcgalopkiem trzeba podbiegać, a tu jaśmin zza rogu zapachnuje, i trawa świeżo skoszona i wzdycha się z rozkoszy, zamyka oczy na chwilę, chwilę jedną z tych o które chodzi w życiu.

Wieczory, ciepłe i długo jasne, chętnie na balkonie. Czasem, dzięki dziadkom, poza domem, z powolnym spacerkiem powrotnym, jak te tuwimowskie słowiki.

Jest też w czerwcu parę dni, kiedy z topoli snują się delikatny biały puszek, i w połączeniu ze słońcem porannym lub przedwieczornym, robi to efekt iście bajkowy, trochę jak w starym filmie, albo w szklanej kuli z płatkami śniegu, prawie pobrzmiewa delikatna muzyczka z pozytywki w tle.

Popołudnia w parku, albo gdzieś na lodach, dzieciaki na bosaka na trawie przed domem.

I piwonie. I truskawki. Ziemniaczki z botwinką.

Rowery. I wycieczki rowerowe, coraz śmielsze, bez królewskiej przyczepki, pierwszy raz od dziesięciu lat, trochę dziwnie.

Taki jest ten czerwiec, bezpruderyjny zupełnie, ale też jakby mimochodem uwodzący. Uwiedziona jestem po uszy.

Piknik, a na pikniku pyszności, spring rollsy z młodymi warzywami i tofu oraz drożdżówki z truskawkami

3 lipca, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
lubelszczyznarozmyślaniaslow lifestyleuważność

„… don’t forget to dance”

by Paulina 6 kwietnia, 2022

 Wiadomość zastała nas, gdy w klimatycznym sycylijskim domku zastanawialiśmy się, planując trekking, czy Etna wybuchnie. Nie wybuchła. Wybuchła wojna.

Zrobiliśmy parę przelewów, zmartwiliśmy się. Ale prawda jest taka, że wciąż byliśmy na wakacjach. Ciągle to nie była nasza wojna.

Gdy wróciliśmy, rzeczywistość, która zwykła witać nas obuchem w postaci prania i pilnych spraw, tym razem, cóż… wiadomo. Zmroziło mnie .

Tym bardziej chwyciłam się codzienności, tym bardziej łapię momenty. Jakie
to ważne, po raz kolejny uświadamiamy sobie od ponad miesiąca. Gdy z
tyłu głowy mam świadomość kruchości życia, dobrobytu i pokoju, gdy każda
chwila przefiltrowana przez wieści z frontu.

Codziennie wracam do bezpiecznego domu, pachnącego drewnem i wyciszającą mieszanką olejków eterycznych. Pieczemy chleb, czytamy książki na dobranoc. Na spacerach wypatrujemy rozwijających się listków. Utulamy, bardziej niż kiedykolwiek. Trochę żeby dać im poczucie bezpieczeństwa. Trochę żeby dać poczucie bezpieczeństwa sobie.

Oczywiście jak wszyscy, chciałabym nie mieć tak namacalnych dowodów, że nic nie jest na pewno, że trzeba cieszyć się życiem już natychmiast.

Ale cieszę się nim, mimo wszystko, choć czasem jednak trochę przez łzy.

Nie chodzi o to, żeby zamykać oczy, udawać, że nic się nie dzieje. Dzieją się rzeczy potworne, tragiczne, i dziać się będą, jeszcze pewnie długo. Dlatego trzeba się wzmacniać, podawać sobie najpierw tę maskę tlenową – o tej porze roku bardzo dosłowną, z tlenem przedwiosennym, pachnącym rozmarzającą ziemią, i mimo wszystko wystawiać buzię do słońca i zachwycać kwiatkami, bo one od tego są żeby się nimi zachwycać.

Wiecie, może to brzmi dość beztrosko, ale mam takie przekonanie, że zamartwianie się i spalanie w bezsilnej złości nikogo ani niczego nie ratuje. Wychodzę z założenia, że energię lepiej spożytkować na działanie, niż na rozpacz. Każdy ma coś, czym może się podzielić bez nadmiernego nadużywania
siebie, bez doszczętnego wypalenia. Jedni mają trochę więcej czasu, inni trochę więcej pieniędzy,
jeszcze inni konkretne umiejętności lub wolne metry kwadratowe.  Ważne, żeby pomagać, i żeby w tym pomaganiu koncentrować się na potrzebach innych a nie głaskaniu własnego sumienia.

A tymczasem słońce znowu robi robotę. Wyłażą liście, ptaki zaczynają swoje wariackie koncerty. Znowu wygrywa życie, życie zachłanne i nienasycone. A to przecież w tym wszystkim chodzi. 

O życie.

6 kwietnia, 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latolubelszczyznamój stylpodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestyle

o wakacyjności, co bucha znienacka

by Paulina 8 lipca, 2021

Wakacje. W tym roku to znów nie będą spektakularne wakacje pełne długaśnych i dalekich wyjazdów, inne sprawy mamy teraz na liście priorytetów, ostatnie, i najbliższe tygodnie to dużo pracy a także remont i w najbliższej przyszłości także przeprowadzka. Już nie łudzę się że uda się wydobyć spod ziemi jakoś specjalnie długi czas wolny. Dlatego skupiam się na tym, co w letnich wakacjach jest najważniejsze. Na chwilowej beztrosce. Na poczuciu lekkości. Na nicniemuszeniu, choć czasami. Na gapieniu się w chmury.

Będę moczyć nogi w przygodnie napotkanych jeziorkach i rzekach. Będę jeść bób, fasolkę i pomidory. Będę głaskać zboże i zachwycać się makami. Wdychać zapach lip. Pić różowe, zimne wino. Nosić luźne, letnie sukienki. Poza wycieczkowymi siatami z ikei znosić do domu najpiękniejsze kamienie, bukiety polnych kwiatów, wianki na głowie, bąble po komarach i kilogramy piachu. Obiady będą najprostsze na świecie i tak pełne smaków i aromatów, że bardziej się nie da.

Będziemy jeździć na rowerach, włóczyć się po bezdrożach, pływać na kajakach. Będziemy przedłużać nieprzyzwoicie i tak długie wieczory, żeby pozachwycać się zachodem słońca. 

Liczę na długie godziny popołudniowe, spędzone na liczeniu płatków kwiatów i weekendy pełne wycieczek w naturę, wieczory brzmiące graniem świerszczy albo koncertów plenerowych.

Wierzę, że wyskoczymy gdzieś pod namiot, naładować akumulator z sensem życia. 

To jest tak, że lato na tym właśnie polega, na wakacjach i beztrosce, na makaronie z bobem i sałatce z pomidorów.W lecie po wakacje wystarczy sięgnąć ręką, od niechcenia. Tu rozkoszny zapach lip, tam zrywanie dzikich czereśni, bose stopy na trawie i nagle wakacyjność bucha znienacka. 

Człowiek niby łuska młody groszek, patrzy, a w dłoniach wyłuskana dziecięca radość życia.

8 lipca, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • …
  • 10

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry