Trochę z nostalgią myśląc o ponad dziesięciu latach górskich sylwestrów (tradycja przerwana już dwa lata temu niestety, ale mamy nadzieję do niej wrócić), czas poświątecznego zawieszenia spacerowaliśmy sobie po okolicy najbliższej.
Swoją drogą, bardzo ta najbliższa okolica udana. Rzeka jest pełna uroku i kaczek, wokół łąki i pola, niedaleko wiadukt z pociągami, trochę dalej las i jezioro. Dzieciaki mają atrakcje dla siebie, a dorosłym jest zwyczajnie estetycznie przyjemnie.
Pięknie słoneczne były ostatnie dni. Zimowe światło ma niesamowicie dużo uroku, nawet w południe jest rozmiękczone, lekko przymglone, rozmigotane drobinkami unoszącego się śniegu.
Niebo w spokojnym błękicie a płowo – szary świat z listopada osnuła bardzo delikatna białość skąpego śniegu.
Cieszę się, że trochę się teraz wyspacerowaliśmy, narobiliśmy tych kilometrów, naoddychaliśmy zimnym powietrzem. Pisałam już wiele
razy, że spacerki mają moc. Uważam, że dzieci powinny wychodzić
codziennie i zawsze mam kaca moralnego, gdy nam się nie chce i spacerek (choćby najkrótszy)
odpuszczamy.
Wystarczyło parę dni, by romantyczny rybak został wyparty przez lśniącą tafle lodu i nierozważnych łyżwiarzy…
I my weszliśmy na lód przy brzegu. Ach jak mi się chce na łyżwy!

















