Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

codzienność

codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

Rzemiosło, rękodzieło, DIY

by Paulina 31 marca, 2016
zrob to sam, home made 

… Lub swojsko, trochę sermiężnie kojarzące się zrób to sam, zyskało dość niedawno drugie, nowe życie w wersji glamour. Internety pełne są wzbudzających poczucie winy i niedoskonałości zdjęć, pomysłów, inspiracji (znielubiłam to słowo ostatnio) pokazujących pomysły DIY wszelkiej maści, od ozdób świątecznych, przez zabawki i meble dla dziecka, na biżuterii własnej kończąc.

W sumie, ta popularność trendu własnoręcznej roboty dobrze świadczy o naszym społeczeństwie, w sensie o jego rozwoju. Wzbogaciliśmy się, nasyciliśmy, osiągnęliśmy pewien poziom, teraz potrzebujemy coś tworzyć.

Oto staliśmy się Legendarnym Zachodem, gdzie DIY, czyli „zrób to sam”, przerabianie ubrań, samodzielne wymyślanie zabawek przestały być koniecznością i brakiem innych perspektyw, a stały się modą, zabawą, jakąś formą samorozwoju dość typową dla coraz popularniejszego życia w stylu slow

Co w sumie jest dobre i pożądane, o ile nie staje się kolejną formą udowadniania własnej doskonałości.

Osobiście bardzo lubię tak spędzać czas. A dlaczego?
To mnóstwo satysfakcji, ta świadomość, że oto właśnie własnoręcznie stworzyłam coś, co ma bardzo rzeczywiste i praktyczne zapotrzebowanie. Zwłaszcza w czasach korporacji, tzw przekładania papierków, wpisywania cyferek i bycia w pracy trybikiem ogromnej maszyny, która, umówmy się, ani nas do końca nie obchodzi, ani jej brak nie byłby dla ludzkości katastrofą.
Zrobienie czegoś, co ma znaczenie i jest zwyczajnie potrzebne. Nawet jeśli jest to upieczenie codziennego bochenka chleba, który zjemy rano na śniadanie. Ten bardzo wymierny efekt działania daje, jakkolwiek szumnie to zabrzmi, poczucie jakiejś sensowności.

Radość sama w sobie. Robienie, tworzenie czegoś, zaangażowanie manualne jest zwyczajnie przyjemne i daje inną radość i inny rodzaj relaksu niż np czytanie, czy oglądanie filmów. Wiele z manualnych zajęć bywa porównywanych do medytacji, czy jogi dla mózgu.

A do tego radość, duma i miłe wspomnienia z tworzenia (i prucia -te są mniej miłe) za każdym razem, gdy nasz twór jest używany. Lubię mój wełniany sweter nie tylko dlatego, że jest ciepły, ładny i przyjemny – za każdym razem gdy go wkładam,  zakładam wiele godzin pracy mojej i mamyi to sprawia, że cenię go jeszcze bardziej.

Samodzielne wykonanie czegoś to często spora oszczędność. Można oczywiście wkręcić się w przewrotną machinę DIY i nabywać gadżety, „absolutnie niezbędne” do kreacji… Ale nie trzeba. Mnóstwo można osiągnąć bez wielkiego nakładu środków.
Ja i nasze konto bardzo lubimy między innymi własnoręcznie wykonane kosmetyki – i ich fantastyczny skład za ułamek ceny podobnych preparatów na półkach drogeryjnych lub aptecznych. Na ogół kupuję półprodukty i mieszam, ale zdarza się, że robię kosmetyk od początku do końca. Np peeling do ciała najprostszy na świecie z cukru, mieszanki olejów naturalnych, delikatnego żelu do mycia, czasem jednej kropli olejku eterycznego (dla działania antycellulitowego – i brudzącego łazienkę – można dodać kawę mieloną).

Pomysł na strój wilka dostałam od Sylwii z mamawdomu.pl Dzięki jeszcze raz:)

A gdy za szeroko pojęte rękodzieło zabieramy się z bliskimi, dorzucamy fajną cegiełkę do budowania dobrych relacji. Bardzo miło wspominam wieczór przed karnawałowym balem naszego synka, gdy wspólnie z mężem robiliśmy mu strój. A dzieciaki „pomagające” coś robić też bardzo korzystają, rozwijają małą motorykę, uczą się świata, świetnie się bawią, czują się ważne i potrzebne. I – rzecz nie do przecenienia – są zajęte.

Lubię tworzyć.
Nie jestem przy tym Doskonałą Zosią Samosią, która ma na balkonie we własnoręcznie ulepionych doniczkach hodowlę własnych warzywek, , które potem marynuję (w swoim occie z samodzielnie robionego wina) i zamykam w słoiki, by jeść zimą, albo ofiarować pod choinkę, zapakowane w czerpany (osobiście rzecz jasna) papier z własnymi rysunkami i ozdobiony frywolitką dzierganą wieczorami, okraszając wszystkie etapy pięknymi fotografiami, bardzo artystycznie rozrzuconymi retro-nożyczkami i białym lnem. Gdy tworzę, wokół panuje wybitnie nieartystyczny bajzel, ja jestem w fazie absolutnie niefotogenicznej.
Robię coś sama, gdy mi się chce. Wiem, że mam ograniczony czas i możliwości i muszę decydować, na co je przeznaczę i bez najmniejszych wyrzutów sumienia odpuszczam, gdy nie mam ochoty na tworzenie i decyduję się na gotowce. W końcu na tym polega cała przyjemność DIY, że to wybór, a nie konieczność.

A Wy? Lubicie DIY? Robicie to sami?

31 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

nothing and everything

by Paulina 24 marca, 2016
 
Dzień zapowiadał się zupełnie nieciekawie i zwyczajnie. Zepsuty samochód, zimny wiatr, poranne fochy, porządek do zrobienia. Po południu słońce z typową wczesnowiosenną gorliwością zaświeciło w brudne okna naszego salonu. W głowie zamajaczyła mikofibra i płyn. Ale mąż miał lepszy pomysł. „Chodźmy na spacer. Na randkę”  Randka co prawda w towarzystwie dwóch pomponów, ich wózka i rowerka, piłki i królika, ale zawsze jednak randka.

Wiosna na łąkach rozprzestrzenia się leniwie, rozświetla suche trawy, pachnie świeżą ziemią, świergoli ptasim trelem.
Rześki wiatr zmysłowo rozwiewa włosy i sukienkę, słońce całuje po twarzy zostawiając pierwsze piegi i wypełnia po uszy poczuciem szczęścia – tego najprostszego, trochę banalnego, nieco pierwotnego i biologicznego. 
Słońce. Oto, jak niewiele potrzeba by zmienić „nieciekawie i zwyczajnie” na pięknie i szczęśliwie.

 

Mały backstage, „’Mamoooo, ona mi nie da naszej piłki!” „Niunia ni da piłyyyyyyyyyyyyyy”

24 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlubelszczyznaLublinmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

waiting for the sun

by Paulina 16 marca, 2016

Mam wrażenie, że ostatnio żyję od jednego słonecznego dnia do następnego. Chyba nigdy tak bardzo jak teraz moje dobre samopoczucie  (jakiekolwiek samopoczucie w zasadzie), moja cierpliwość do narybku, zdolności intelektualne i ogólne ogarnięcie nie zależą od paru kęsów UVA i UVB.

Gdy tylko trochę przyświeci, zachowuję się jak wygłodniały szczeniak, któremu coś zagrzechotało w misce, jak obywatel PRLu na wieść o dostawie papieru toaletowego,  fashionistka podczas dostawy do hmu i matka podczas drzemki dzieci. Sprzątam raczej szybko niż starannie, olewam obiad i  zbieram w te pędy towarzystwo, odciągam ich na siłę od pociągów, książeczek i klocków, i bijemy prawdziwe rekordy szybkości w wybieraniu się na dwór. Dzieci, może trochę oszołomione moją nietypową ostatnio energią, a może same ożywione przedziwną jasnością wyjątkowo współpracują przy wychodzeniu.
Na placu zabaw, niby ich huśtam, niby łapię zjeżdżających ze zjeżdżalni, biję brawo i wycieram gluty, a jednak zawsze, jak słonecznik jakiś ustawiam się tak, żeby mi świeciło na twarz… I sycę się, sycę, napawam i chłonę promienidła cudowne, życiodajne, szczęściogenne.

Trzeba sobie jakoś radzić, łowić złocistość i podkarmiać tę pozimową biedę, bo sposoby lutowe, rzeżucha i żonkile przestają się sprawdzać i wszystko we mnie chce się już położyć na trawie świeżo zielonej, wąchać fiołki i jeść szparagi.

Jak miło gdy takie chwile trafiają się przy niedzieli. Gdy do słońca dołącza niedzielna błogość, pełna wspólnych śniadań i kaw, rosołów i spacerów.

 

 

16 marca, 2016 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylwiosna

idzie

by Paulina 16 lutego, 2016

Nastąpił ten moment lutego. Nie wiadomo kiedy dzień zrobił się dłuższy, parę stopni na plusie i jakoś się świat ożywił, zapachniał. Drgnęło, ruszyły te soki podskórne. Od razu inaczej się wszystkiego chce.
Brzydko jest okropnie, wszystko jest brudne, szare i takie pozimowo nieatrakcyjne i ociężałe, ale nie w tym rzecz zupełnie.

Rzecz w tym, że pojawiła się ta energia przed-przedwiosenna. To ten moment, kiedy wysiewam rzeżuchę, i kiedy do domu trafiają pierwsze żonkile. I w ogóle chce się grzebać w ziemi, kwiatki przesadzać, organizować domowa roślinność. Zresztą ogólnie chce się organizować, znowu zająć domem, wykańczaniem i zasiedlaniem, bo się zimowo – poporzeprowadzkowo zasiedzieliśmy, a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Chce się zająć sobą, rozruszać, iść biegać już teraz koniecznie, rowery wskrzesić, pierwsze piegi łowić na wycieczkach, rumieńce przywołać na szaro-blade lico. Zrzucić miękki brzuszek. Umysł pogimnastykować jakimiś błyskotliwymi łamigłówkami i wreszcie zagrać w nową planszówkę, a nie pogrążąć się tylko błogo w kolejnych książkach.
Ruszyć się trochę, z domu wyjść wreszcie.

Jest energia.

Idzie wiosna.
Nie mam złudzeń oczywiście, że jeszcze przyśnieży, zmrozi i mi się odechce. Ale już ruszyło, przełamało się i od teraz każdy śnieg, plucha będą coraz bardziej niestosowne. Już coraz bardziej legalnie będzie można rozpiąć płaszcz, wkładać nieocieplane buty i zauważać pierwsze bazie na drzewach. Do tej pory bazie i przebiśniegi były trochę wybrykiem, bo wiadomo, że żadne kwiatki w styczniu po prostu nie mają racji bytu. No więc właśnie teraz one tę rację bytu zyskują. Taki niuansik.

Chciałabym się pochwalić, że ten sweter to ręczna robota jest, mojej Mamy (te piękne warkocze) i moja (koślawa reszta). Jest cudowny, miękki i ciepły (100% wełny) i właśnie taki, jaki sobie wyobraziłam.

16 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćkawamindfulnessrozmyślaniaslow lifestylezima

Wielka moc małych rzeczy

by Paulina 12 stycznia, 2016

Szczegóły. To szczegóły i drobiazgi decydują o całokształcie i ogólnym wrażeniu. Sól ziemi. Sól, przyprawy, dodatki i akcenty. To one robią efekt. Z pewnością wiecie, o czym mówię. Prosta czarna sukienka, a do niej spektakularne buty, nieskomplikowana potrawa, a czasem nudne warzywo  przyprawione efektownie. Miły, normalny wieczór, ucudowniony o jeden piękny gest. I tak dalej.
Macie tak? Drobiazgi, małostki, szczególiki które są najważniejsze na świecie? Dzisiaj podzielę się z Wami moimi.

Świeżo mielony czarny pieprz.
Jestem smakoszem, dawałam temu wyraz wielokrotnie na tym blogu. A jednocześnie lubię prostotę. Nie doprawiam jedzenia wielopiętrowymi mieszankami przypraw, kombinacjami typu :przyprawa do karkówki z grilla”, nie przepadam za kombo w stylu: chili, czosnek, zioła prowansalskie, imbir, czomber i czarnuszka. Dlatego znaczenie ma dla mnie jakość przypraw. W Lublinie na targu na Wileńskiej jest jeden pan z przyprawami. Śmiejemy się że na zakupy u niego trzeba dorzucić dodatkowe minimum pół godziny, na pogawędkę o niuansach cynamonowych i rodzajach goździków.Ale warto. Kupiony u pana-na-wileńskiej pieprz zmielony w porządnym żarnowym młynku, ma się do ciemnego pyłu z torebki jak ognisko w Bieszczadach do elektrycznego kominka z obi. Czyli nijak. Warto doprawiać potrawy świeżo zmielonym pieprzem, to totalnie inna jakość.

Świeże włosy
To trochę moja prywatna obsesja. Jestem posiadaczką włosów mocnych, gęstych i zdrowych, ale z przykrą tendtencją do przetłuszczania. Dietą i sposobem pielegnacji doprowadziłam do tego, że moge je myc co drugi dzień (przy czym dzień drugi to bezwzględnie włosy upięte, zaplecione i genrealnie z zakazem dotykania). W każdym razie brudne włosy oznaczją u mnie totalny upadek kobiecości i poczucia własnej atrakcyjności. Z brudnymi włosami czuję się flejowato, brzydko i ogólnie źle. Pamiętam do dziś Lizbonę, fantastycznie wyglądające Portugalki i moje wrażenie brudnego przybysza ze wschodu które psuło mi całą radość ze zwiedzania, bo nie miałam czasu umyć włosów po podróży. Przeszło po ginginhi i kupionej na szybko opasce;)

Ładna i wygodna bielizna z przyjaznych materiałów
Bez wdawania się w szczegóły, ta niewidoczna w zasadzie część garderoby wpływa u mnie na cały (na)strój. Musi być mi wygodnie i komfortowo, a jednocześnie zmysłowo i kobieco. Trudny kompromis, tym bardziej doceniam gdy uda się taką bieliznę znaleźć. (wszelkie polecenia mile widziane)

Dobra kawa
Kawa jest dla mnie miłym rytuałem. To stały element weekendowych poranków, gdy, jeszcze trochę piżamowo, ale już w miarę ogarniętej przestrzeni, z odświeżonym licem, zasiadamy na kanapie, z muzyką w głośnikach i delektujemy się czarnym napojem. Oczywiście, na tzw co dzień kładę nacisk na mniej celebry, a więcej kofeiny, ale jakość kawy zawsze ma znaczenie. Żadnych rozpuszczalności. Dobra, ziarnista kawa, świeżo mielona i zaparzona w godziwy sposób. Kofeina kofeiną, ale zasady muszą być.

Muzyka
Czasy mamy wygodne. Każdą muzę można odpalić z jutuba, ściągnąć z neta i słuchać w autobusie przez komórkę.
Niby wygodnie, ale jakoś nie bardzo…

„gdy to, co jest naszym wnętrzem, nas otacza
jako najbardziej wypróbowana dal, jako druga
strona powietrza:
czysto,
ogromnie,
już nie do zamieszkania.”
Z komórki? Albo pierdziawkowych głośników laptopa… No nie, gdy nie mam dostępu do porządnych głośników i prawdziwej płyty, wolę ciszę.

Świeże powietrze i świeże spojrzenie
Przy całym moim bałaganiarstwie bardzo sobie porządek cenię, tym bardziej, że przy małych dzieciach to stan zupełnie niezwykły i raczej krótkotrwały. Ale najważniejsze, także dla efektu estetycznego jest wywietrzone mieszkanie, świeże powietrze zdecydowanie „robi” efekt.

Moment „zasiądnięcia” z nową, dobrze zapowiadającą się książką
Ten dźwięk rozchylanych po raz pierwszy kartek, zapach papieru i zapowiedź opowieści…

Co jeszcze, trochę oczywistości, które już się tutaj przewijały i zapewne przewijać będą, bo trochę o tym jest ten blog. Zapach mokrej ziemi w marcu, rzeżucha w lutym, pomidory w lecie, odgłos kroków w górach, pierwsze piwko w schronisku po pierwszym podejściu, błogość hamakowa, brzmienie świerszczy w sierpniowy wieczór…
I mała wielka rzecz, czyli świeży śnieg zimą.

12 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćslow lifestylespacerzima

spacery około noworoczne

by Paulina 4 stycznia, 2016

Trochę z nostalgią myśląc o ponad dziesięciu latach górskich sylwestrów (tradycja przerwana już dwa lata temu niestety, ale mamy nadzieję do niej wrócić), czas poświątecznego zawieszenia spacerowaliśmy sobie po okolicy najbliższej.

Swoją drogą, bardzo ta najbliższa okolica udana. Rzeka jest pełna uroku i kaczek, wokół łąki i pola, niedaleko wiadukt z pociągami, trochę dalej las i jezioro. Dzieciaki mają atrakcje dla siebie, a dorosłym jest zwyczajnie estetycznie przyjemnie.

Pięknie słoneczne były ostatnie dni. Zimowe światło ma niesamowicie dużo uroku, nawet w południe jest rozmiękczone, lekko przymglone, rozmigotane drobinkami unoszącego się śniegu.
Niebo w spokojnym błękicie a płowo – szary świat z listopada osnuła bardzo delikatna białość skąpego śniegu. 


Cieszę się, że trochę się teraz wyspacerowaliśmy, narobiliśmy tych kilometrów, naoddychaliśmy zimnym powietrzem. Pisałam już wiele
razy, że spacerki mają moc. Uważam, że dzieci powinny wychodzić
codziennie i zawsze mam kaca moralnego, gdy nam się nie chce i spacerek (choćby najkrótszy)
odpuszczamy.

Wystarczyło parę dni, by romantyczny rybak został wyparty przez lśniącą tafle lodu i nierozważnych łyżwiarzy…

 

I my weszliśmy na lód przy brzegu. Ach jak mi się chce na łyżwy!

4 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

rodzinnie

by Paulina 31 grudnia, 2015

Zajrzałam wczoraj wieczorem do dzieci. Mała Iskra* jak zawsze rozkopana, z rozwichrzonym włosem, z trzema obowiązkowymi przytulankami wymownie rozrzuconymi wokół, śpi, Królowa Życia. Mały Wilczek* wtulony w Tygryska i Koziołka, zakopany w kołdrze samochodzikowej, jak zawsze na boku, oddycha spokojnie, oczka ma zamknięte z tymi obłędnymi rzęsami.
Śpią. Śpią. Zdrowi, szczęśliwi, otuleni miłością.


Ostatnia niedziela, 27 grudnia to Dzień Rodziny. Fajnie, że jest taki dzień, piękny i ważny, choć pewnie, w Poświątecznym Leczeniu Obżartego Brzucha nie zawsze go dostrzegamy.

Zresztą, rodzinę jako taką też niekoniecznie dostrzegamy, bo zwyczajne nie ma czasu na nabranie dystansu i zauważenie całej cudowności, jaką nam ona daje.
No bo jak dostrzec jakąkolwiek cudowność w pośpiechu, zmęczeniu i niewyspaniu. Gdzie jest miejsce na zachwyt w awanturkach, fochach, histeriach i buntach. Jak zauważyć cokolwiek pośród stosów prania, rozpacianego jedzenia, wylanego picia, i mas klocków lego na podłodze.
Rodzina to nie jest łatwa rzecz. Rodzina to sprawa mega trudna, wymagająca ogromnego zaangażowania czasu, energii, wiedzy i wszystkiego chyba. Rodzina bywa wkurzająca, stresująca i męcząca. Rodzina to niewygodne poczucie ogromnej odpowiedzialności, do końca życia, każdego dnia. Rodzina to schizofreniczny balans między mam-wszystkiego-dosyć-chcę-na-pustynię a nie-mogę-bez-nich-żyć-totalnie. Rodzina to rujnacja wielu innych planów, marzeń i aspiracji. Zresztą, oj tam oj tam, nuda i banały, każdy ma jakąś rodzinę i co z tego.

Wiele razy wzdychałam nad barwnymi reportażami z dalekich krajów, nad spektakularnymi karierami rówieśników. Nad kolejnym, cholernym dniem świstaka, nad kolejnym glutem, wiecznym bajzlem i porażkami pedagogicznymi.
Ale decyzja o założeniu rodziny była najlepszą jaką podjęłam w moim życiu.

Bo, czy można mieć większe poczucie sensu niż słysząc te naiwno – mądre pytania z ust przedszkolaka, że „nie wolno byc niedoblym plawda mamusiu”? Czy można dostać większy zastrzyk szczęścia na dzień dobry niż słodki cmok półtoraroczniaka  na przebudzenie poprzedzony teatralnym szeptem „Mamu pi” (mamusia śpi)? Czy można się rozwinąć bardziej jako człowiek niż będąc rodzicem?
Codziennie słyszę ich wrzaski i kłótnie, wyganiam fochy, zaciskam zęby i tłumaczę coś po raz milionowy, codziennie sprzątam syf przy stole, składam tony ciuszków, codziennie następuję na jakiś samochodzik/klocek, martwię się, denerwuję, nudzę i frustruję. I codziennie obserwuję, że czegoś nowego się nauczyli. Codziennie są mądrzejsi o nowe doświadczenie, moje dzieci. Codziennie pękam z dumy. Każdego dnia widzę wpatrzone we mnie oczy, pełne takiego uwielbienia, że aż mnie zatyka. Widzę, jak rodzą się jedyne w swoim rodzaju relacje bratersko-siostrzane, przyjaźń najprawdziwsza na świecie. Przyglądam się stópkom zwiniętym z przejęcia przy czytaniu książek. Przyjmuję na klatę Radość Absolutną z powodu zjazdu z brudnej zjeżdżalni i Rozpacz Totalną gdy skończy się sok jabłkowy albo czas oglądania misia uszatka. Każdego wieczora zasypiam znając się bardziej, mając oszałamiającą dość świadomość tego, że w oczach połowy domowników jestem wszechmocnym półbogiem i wzorcem z Sèvres w każdej kwestii.

Robi wrażenie.

Łapcie szczęście w Nowym Roku!

* Postanowiłam tak nazywać dzieci na potrzeby blogowe. Imionami pozostają nazywane w realu, niech tu mają ksywki. Iskra, zgapiona od Sapkowskiego, pasuje do naszej żywiołowej córy jak ulał, a Wilczkiem mianuje się nasz synek nieprzerwanie od ponad roku, ostatni protestował, gdy mówiliśmy o tym, że nie będziemy reagować na jego widzimisię: „nie jestem misię, jestem wilczkiem!” To jest.

31 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyleświętazima

coraz bliżej, coraz bliżej

by Paulina 22 grudnia, 2015

Pierwsze Święta w Polsce od trzech lat, i we własnym domu. Co prawda brak śniegu psuje trochę klimacik (moje biedne dzieci, poza tą wycieczką w góry, śniegu nie widziały), ale jest dobrze.

Nastrój robi się trochę samoczynnie, trochę przy okazji. Na początku grudnia zarwałam noc przygotowując mocno niedopracowany kalendarz adwentowy (przyznam się od razu, że pierwszego dnia nie było wszystkich paczek, na szczęście moje dzieci jakoś się nie spostrzegły)
Upiekłam też (z nieocenioną pomocą nieletnich) pierniczki. Podzielę się przepisem naszym rodzinnym, choć już jakby późnawo na to;)


0.5 masła
łyżka smalcu
1 szklanka miodu
przyprawa piernikowa (w tym roku robiłam sama, wyszła fantastyczna, z tego przepisu – wszystko w garnku zagotować i dodać do:
2 szklanki mąki żytniej
2 szklanki mąki pszennej
0.5 masła
Zagnieść. Może stać długo, w temperaturze pokojowej.
Przed pieczeniem dodać:

2 żółtka i szczyptę sody, zagnieść, rozwałkować,
wycinać kształty i piec.

Wycinamy, wycinamy, młodsza młodzież tez chce

Po upieczeniu, ciągle jeszcze ich nie udekorowaliśmy…

 U moich rodziców przygotowania pełną parą, światełka, choinki i Renifer wykonany przez mojego zdolnego brata.

 

I „chochinkę” ubraliśmy. Są oldschoolowe bombki od dziadków, koronkowe gwiazdki, słomkowe i papierowe ozdoby, światełka, będą jeszcze pierniczki.
Dzieci codziennie rano sprawdzają, czy ciągle stoi, no i zachwyt ten cudowny, bo „taka piękna mamusiu”.

Starożytny chochoł rodzinny

I już. Święta za chwilę, jakoś nie było czasu wpaść w gorączkę przedświąteczno – zakupową, słynny duch świąt pojawił się i nie naprzykrzał specjalnie, ujawniał się w tych małych, prostych momentach, w zapachach piernika, mandarynek i drzewka, w tych emocjach Ogromnych Największych gdy przyszedł Prawdziwy Mikołaj, w rytualnym rozpakowywaniu paczuszek z kalendarza, kolędach przyniesionych z przedszkola i śpiewanych znienacka („pała na wysokości, a pokój na ziemi”), w oczkach błyszczących i wypiekach rozemocjonowanych, „Trzeszczącej Płycie”, twórczości plastycznej pełnej pokracznych gwiazdek i garbatych Mikołajów i gdy dumni i bladzi pojechali po choinkę z tatą. I już, tylko tyle. I aż tyle.

Wszystkiego dobrego dla Was.

22 grudnia, 2015 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmój stylslow lifestylespacer

chrzęst i szelet, szepty cisz…

by Paulina 1 grudnia, 2015

Listopad się skończył.

Dziś, wraz ze zjedzeniem pierwszej mandarynki (ten zapach ostatecznie i nieodwołalnie kojarzy mi się świątecznie Mam tak, że obierając pomarańczową skórkę, prawie słyszę George’a…)
i odpakowaniem pierwszej paczuszki z kalendarza adwentowego (wycinanym, klejonym i rysowanym wczoraj ostatnim listopadowym wieczorem), oficjalnie wkroczyliśmy w rozmigotany, dzwoniący dzwoneczkami, czerwony w kratkę okres bożonarodzeniowy.

Nie mam nic przeciwko niemu, wręcz przeciwnie.

Ale dziś jeszcze zapraszam Was na listopadowość. Jeszcze szarawo – brunatno – błękitnie. Jeszcze cicho, trochę mgliście, trochę tajemniczo. Pisałam już, że lubię listopad. Może dlatego, że jeszcze nie zmęczyło zimno, nie znudziła szarość, deszcz, plucha i wiatr, jeszcze mam w sobie letnie siły. Lubię obserwować ten czas, gdy świat sobie zasypia, wszystko cichnie, uspokaja się, zwalnia.

Spacerowaliśmy sobie rodzinnie, wdychaliśmy sosnowo-wilgotne zapachy, chroniliśmy przed wiatrem, wystawialiśmy buzie do słońca.
Jaki piękny świat.

Mówiłam, że trochę tajemniczo. Spacerujemy, spacerujemy, aż tu nagle z tunelu czasoprzestrzennego wyłonili się tacy dwaj jeźdźcy.
1 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowodzieckoslow lifestyle

easy like sunday morning

by Paulina 23 listopada, 2015

W weekendach uwielbiam poranki.Miłe, rodzinne, niespieszne poranki, dają dobrą energię na cały dzień. Takie wicie, w stylu slow.

Budzimy się rano (niektórzy raniej…) Pierwsza pakuje się córa, która czasem jeszcze zmruży oko, ale za chwilę dołącza starszy brat, z duplową hałasującą lokomotywą i duplowym strusiem dla siostry. Która, zainspirowana, biegnie po swoje gadżety i wraca z książeczkami, pokrzykując „Babo i Lalo”,  i pakuje się z powrotem, ładując oczywiście swoje łokcie, kolana i pięty w nasze oczy, szyje i brzuchy. Powoli, nasze łóżko przepełnia się dzieciowością, bardziej lub mniej intensywną i głośną (w zależności od natężenia konfliktów). Jesteśmy twardzi, leżymy łowimy resztki snu, odsunięci od siebie kokoszącymi się nieletnimi, czasem zetkniemy się stopami, czasem uda się nawet cmoknąć na dzień dobry.

Potem na zmianę myjemy się i szykujemy śniadanie (w asyście głodnych okrzyków).

A potem zasiadamy z kawą, dzieci chwilowo szczęśliwie zajęte w swoim pokoju.

Jest idealnie.
W głośnikach brzmi miła muzyka – mamy taką kategorię, „niedzielne płyty”, ma być przyjemna, nie smęcąca, ale i nie łomocząca, np Sting.
Mocna, choć delikatna w smaku kawa z aeropresu pachnie i smakuje cudownie, przegryzana kawałkiem tiramisu. Jest nam miło i ciepło (na ciele i sercu). Jest wygodnie, bezpiecznie i szczęśliwie, jest pełnia i moc.
Sielankowy nastrój burzy co prawda po chwili tabun naszych dzieci z samochodzikami w rączkach i okrzykami na ustach, wdrapujący się na kolana i sięgający do filiżanek z kawą, dopytujący o ciasteczko, i wycierający się o moją luksusową, specjalnie-na-weekendy piżamę w wybitnie nie-mamowym, białym kolorze… Ale to przecież dalej sielanka jest, trochę tylko przybrudzona, bardziej intensywna i głośniejsza – kwestia nastawienia ( i nastroju dzieciaków…;) )

23 listopada, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry