Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

codzienność

codziennośćjesieńmindfulnessslow lifestylespacer

W listopadzie słucham jazzu

by Paulina 17 listopada, 2015

Zachwyca mnie ostatnio nieoczywiste listopadowe piękno. Dość ascetyczne i surowe. Modnie minimalistyczne.
Mało może spektakularne i trudno dostrzegalne, zwłaszcza po barokowym przepychu pyszniącego się złotem października, pełnego dojrzałych kolorowych smakowitości, babiego lata i ciepłego światła. Smakującego wspaniałymi jabłkami, zupą dyniową (i makaronem z dynią doprawionym gałką muszkatołową, i risotto z dynią, i sałatką z dynią, fetą i orzechami…), słodkimi śliwkami i gruszkami, ciągle boskimi pomidorami, a nawet ostatnimi malinami.

Listopad po takim październiku wydaje się być tylko ponurym przyczajeniem się przed świątecznym błyszczącym i migającym szaleństwem. A jednak. Jakoś mnie zachwyca. Jest delikatnie i subtelnie, bardziej… wymagająco. Światło srebrzyste snuje się sennie  po świecie. Kolory stonowane, spokojne i eleganckie. Szare, wymalowane chmurami niebo stanowi bardzo wysmakowane tło dla delikatnych i kunsztownych koronkowych konstrukcji z gałęzi (kiedyś czytałam, że gałęzie bez liści przypominają japońską kaligrafię, szalenie podoba mi się to porównanie).

Bardzo to wszystko sobie miło pomyślałam na miłym rodzinnym spacerku, które to spacerki wreszcie sobie znowu praktykujemy.

Po spacerze, tradycyjnie, jazz, zupa, herbata lub grzaniec i ciasto – koniecznie pachnące wanilią. Pięknie jest.

Pilot

17 listopada, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessslow lifestyle

Somehow I’ll find my way home

by Paulina 10 listopada, 2015

Już.
Mieszkamy, ach.
Ach.
Jest mi cudownie, nie sądziłam, że do tego stopnia tak wiele będzie zależało od własnego M.

Ostatni tydzień, mimo braku materaca do łóżka, chaosu, nie rozpakowanych pudeł, intensywnej ospy u córy i kataro-kaszlu u synka, był cudowny. Choć jeszcze nie w pełni urządzone, zadomowiliśmy nasze mieszkanie bardzo szybko, wypełniliśmy je domowością, zapachem pieczonego chleba i świeżo zmielonej kawy, dźwiękami naszej muzyki, śmiechu (i wrzasków) dzieci, a także wszechobecnymi puzzlami i samochodzikami.
Wszystko się układa. Dzieciaki odnalazły się w swoim pokoju, i, choć to kolejna duża zmiana w ich życiu w ostatnim czasie, przyjęły ją wyjątkowo dobrze i są zadowolone z życia.

Budujemy sobie nasze miejsce pomału, porządkujemy, wyrzucamy (a przynajmniej próbujemy…), segregujemy, urządzamy. A w międzyczasie znów celebrujemy codzienność, smakujemy zwyczajność, cieszymy małymi rzeczami, wracamy do naszych rytuałów.

Nie mogę powiedzieć, że jest idealnie, że odnalazłam rytm i werwę, a rozmemłanie całkiem mnie opuściło. Ciągle mam zawieszki, zastoje pt „I co ja mam z tym zrobić”, przerwy techniczne na pacyfikacje młodzieży i chwile zwątpienia (np gdy patrzę na stos dokumentów do przejrzenia i zmniejszenia ich ilości). Ale jestem na dobrej drodze, ruszyłam z miejsca, jest dobrze. I walczę, żeby JAK TYLKO się przeprowadzimy nie zmieniło się w JAK TYLKO do końca się urządzimy…;)

 
 

10 listopada, 2015 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmój stylprzyjemności

Wytchnienie

by Paulina 11 września, 2015

Ostatnio jest intensywnie, chaotycznie, trochę nerwowo. Tkwimy po uszy w ikeowskich planerach, stronach z kafelkami, gruzie i problemach wyskakujących na każdym kroku.
Gdzieś wśród licznych koncepcji aranżacyjnych i ciągłego chaosu tymczasówy, nasze starsze dziecko rozpoczęło przedszkolną karierę, a młodsze jest w szczytowej fazie radar-na-schody-drabiny-i-kałuże, dlatego wśród  poprzedszkolnych emocji (a dbając o ścisłość fochów i histerii), mokrych i brudnych ciuchów i zgarniania półtoraroczniaka z kolejnych wysokich drabinek, o chwile relaksu i tak zwanego czasu dla siebie raczej trudno.

Tym bardziej więc takie chwile doceniam. Nieliczne i bezcenne chwile w ciszy, z kawą i książką, winem i filmem, na spacerze albo krótkim bieganiu, leżąc w wannie w hamaku albo na trawie. Chwile błogości doskonałej. Cudownej, upajającej samotności. Delektowania się widokiem chmur, tęczy albo księżyca*.
Baterie się ładują, wraca cierpliwość i radość, głowa uspokaja, równowaga wraca.

*Powyższe zdjęcia właśnie w świetle obłędnego księżyca zostały wykonane

11 września, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatomindfulnessmój stylprzyjemnościslow lifestylespacer

Momenty zbieram jak jagody

by Paulina 29 sierpnia, 2015

Pięknie się kończy to lato. Nasycam się złocistą dojrzałością, światłem i ciepłem.

O ile tylko nie trzeba załatwiać czegoś w mieście, sycimy się długimi popołudniowymi promieniami słońca. I owocami prosto z krzaka, „palce mając na oślep skrwawione ich sokiem” (zwłaszcza dzieci, umazane od rana na czerwono – granatowo). A potem przegląd grządek, najlepsze na świecie co-by-tu-dzisiaj-na-obiad, sprawdzanie, czy nowe cukinie już dojrzały i czy placki robić, czy sałatkę (uwielbiam tę z cieniutkimi plastrami cukinii podsmażonymi na oliwie, fetą, pomidorami i czarnymi oliwkami), a może fasolka, albo kalafior z pomidorami w sosie majonezowo – jogurtowym. A może po prostu tonę owoców. Chleb z masłem i ogórkiem, słodkim jak arbuz i jeszcze ciepłym od słońca.

Wieczory na tarasie, nagrzanym ciągle, ze świeczkami i winem, koncertem świerszczy, z psem śpiącym wreszcie spokojnie (bo dwie iskry do pilnowania też już śpią), i z jedną żabą, która jakoś się zadomowiła w pobliżu i przychodzi gdy się zrobi ciemno.

29 sierpnia, 2015 12 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatoLublinmój stylprzyjemnościslow lifestyle

„A był sierpień, pogoda prześliczna…”

by Paulina 18 sierpnia, 2015

Zdecydowanie, sierpień jest niezwykle klimatycznym miesiącem. To lato dojrzałe zbożem, inne już lato, lekko spłowiałe, dobrze już opalone, z piegami i rozjaśnionymi od słońca włosami. Pachnące papierówkami.

W tym roku także upalne. (swoją drogą, przywieźliśmy ten upał chyba z Lyonu) Jak to dobrze, że w najgorętszy czas śniadanie można było zjeść na przyjemnie rześkim jeszcze tarasie. Że z kawę piliśmy pod orzechem, idąc tam na bosaka, bo już nie zaroszonej, ale jeszcze chłodnej trawie. Że schładzaliśmy się w basenie.
A do tego owoce prosto z krzaka. Dzieciaki najszczęśliwsze, na golasa, z łapkami w soku jeżynowym. I wieczory. A wieczorami, gwiazdy spadające.

I Lublin nasz kochany. Jak miło jest przejść się po starym mieście, obserwować zmiany i wracać do ulubionych ścieżek i miejsc.
Niedziela, Dominikanie, spacer, kawa w Trybunalskiej

Błogo, pięknie, prawie idealnie. Prawie, bo ciągle na kartonach i walizkach, szukamy miejsca, żeby jednak u siebie. 

 

18 sierpnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćprzyjemnościslow lifestyle

wczesnoletnie przyjemności

by Paulina 16 lipca, 2015

Podzielę się dzisiaj z Wami przyjemnościami wczesnoletnimi. Początek lata to generalnie jedna wielka przyjemność (no, może poza temperaturami powyżej 35stopni), z zapachami, kolorami, smakami i słońcem, wszystko intensywne na maksa.

Jedzenie:

Ciąg dalszy sezonowości, ach jak ja to uwielbiam.
Początek lata to zdecydowanie
bób – odczarowałam go jakiś czas temu, wcześniej miałam skojarzenie z nieciekawym kartoflowatym fasolo podobnym warzywem. A tu zaskoczenie. Bób jest wspaniały (tutaj kupujemy go w strączkach – i wtedy, taki świeży, ugotowany na parze, jest najlepszy) i zajadaliśmy się nim cały czerwiec. Idealny na prosta sałatkę: pomidory+bób+oliwa z czosnkiem, albo bób z boczkiem, na przekąskę, albo bób z pomidorami i fetą. Wspaniałe są makrony z bobem z Kwestii Smaku, najbardziej lubimy ten, ten i ten.

Pomidory. Zaczęły się już w maju, ale to czerwiec dopełnił je smakiem absolutnie obłędnym, pasującym do wszystkiego, nasza córa piszczy i wyrywa się z wózka, jak zobaczy je na targu. Ostatnio minimum dwa razy w tygodniu jemy caprese, jakoś się nie nudzi.

Czereśnie. Te powodują nie tylko piski pożądania i radości, ale także kłótnie i przepychanki. Ogromne, tak czerwone, że aż czarne, słodkie do granic możliwości, niemożliwie soczyste. Miałam plan raz, czy dwa zrobić clafoutis, ale jakoś nie wyszło…

Odkryte na starówce lody „kwiatowe”. Fantastyczny pomysł – płaci się za wielkość porcji i można bez ograniczeń praktycznie dobierać w ramach tej porcji smaki. Idealna opcja dla mnie, która zawsze mam problem z ograniczeniem się do dwóch smaków (więcej gałek nie jestem w stanie zjeść).

Filmy/seriale

Czerwiec był miesiącem wybitnie serialowym. Skończył się Mad Man, którego uwielbiałam oglądać, dla samej przyjemności oglądania, dla historii Stanów podanej przy okazji, dla kulis reklamy, dla postaci, z którymi zżyłam się tak bardzo, że dzień po obejrzeniu ostatniego odcinka jakoś się snułam w poczuciu nostalgii, jakbym żegnała miłych przyjaciół…

Obejrzeliśmy tez najnowszy sezon Gry o Tron. Dla mnie sezon szczególny o tyle, że tej książki juz nie przeczytałam, nie wiedziałam więc paru (dramatycznych, jak to zazwyczaj w GOT) wydarzeń zupełnie się nie spodziewałam. O ile pierwsze odcinki jakoś nie porwały i miałam poczucie oglądania trochę z obowiązku, niektóre sceny rozczarowały i wydały się jakieś niedorzeczne, to w pewnym momencie historia porwała, wciągnęła i zmiętoliła. Jak zawsze. Czekam tylko aż HBO weźmie się za Wiedźmina. Bardzo czekam.

Dopiero ostatnio, po serialowym szale obejrzeliśmy parę fajnych filmów.

Wiek Adaline. Przyjemna historia, opowiedziana w ładny sposób (czasem może trochę zbyt przewidywalny), trochę bajka, ale dobrze się oglądało.

Kopciuszek. Tak, jest coraz lepiej:) Ale rola Cate Blanchett mnie przekonała. I Helena Bonham Carter. I Stellan Skarsgard. Niby disnejowska bajka, a obejrzałam z prawdziwą przyjemnością. Tu dobra recenzja.

Książki

Venila Kostis zainspirowała mnie do przeczytania książek nominowanych do nagrody Nike. Trochę walczyłam ze sobą, bo to ostatnie chwile we Francji, gdy mogę korzystać z zasobów tutejszej biblioteki, ale uznałam, że ostatecznie, w Polsce też mogę czytać francuskie książki.

Zaczęłam od Matki Makryny Jacka Dehnela. Kompletnie nie wiedziałam, o czym jest ta książka, ale po książki tego autora sięgam już w ciemno. Nie wiedziałam kim była Makryna Mieczysławska, nie znałam jej historii i do końca nie wiedziałam, na ile była ona prawdziwa. (Lubię w ten sposób podchodzić i do książek i do filmów, bez żadnych oczekiwań, bez własnej koncepcji).
w pewnym momencie trochę „na mijaka” zaczęłam czytać fragmenty o rzekomych torturach, w końcu ileż można. Szalenie mi się za to podobało poprowadzeni historii Julki – jej rozmyślań, rozterek i wątpliwości. No i ta przebogata polszczyzna. I historia polskiej emigracji w tle. I ta niepewność dotycząca tego, jak było naprawdę. Bardzo polecam.

Potem był Stasiuk. I stasiukowy „Wschód”. To wybitnie nie podróżnicza książka o podróżowaniu. Bardzo często w czasie. I we własnej głowie, własnych przekonaniach i wspomnieniach autora. Książka gadana, nostalgiczna. Jeśli podejdzie się do niej z odpowiednim nastawieniem (że to Stasiuk a nie Cejrowski czy Michniewicz), to bardzo dobrze się czyta. Ale nie za szybko.

I „Zawód bloger” Joanny Glogazy. Książka która dała mi trochę do myślenia  kierunku, w jakim chcę rozwijać bloga.

Muzyka

W ostatnim czasie nic nowego nie odkryliśmy, ale mogę stwierdzić, że nasze weekendowe śniadania zdominował Sting (głównie za sprawą jego największego fana naszym domu, czyli trzyletniego synka). Moje popołudniowe happy hours – Cannonball Adderley i jego Bossa Nova i Stacey Kent. A wieczory Bonobo na zmianę z Boards of Canada.

Wspomnę jeszcze o (nietypowych dla nas ostatnio) doświadczeniach muzyki na żywo. O festiwalach muzycznych z dziećmi więcej pisałam tu.

Inspiracje mieszkaniowe.

Wspomniałam już, że niedługo wracamy do Polski. W związku z tym już rozpoczęliśmy szukania odpowiedniego lokum. Ostatnie tygodnie to było prawdziwe szaleństwo. Oglądanie (wirtualne) setek mieszkań i godziny na blogach wnętrzarskich i Pintereście… Trochę odpuściłam już, bo w sumie żadnej ostatecznej decyzji teraz nie podejmiemy, ale na różne pomysły wnętrzarskie chętnie zerkam. Może możecie coś polecić?

Goście z Polski

Niby niedługo wracamy, ale i tak miło jest gościć tu starych przyjaciół i rodzinę.
Dopiero takie wizyty uświadamiają, jak bardzo tęsknimy za bliskimi i jak trudno znaleźć tu faktycznie serdecznych przyjaciół i naprawdę się do kogoś zbliżyć.

Rzeka. A nawet rzeki.

To cudowna rzecz tutaj w Lyonie. Mają aż dwie rzeki, które nie tylko fajnie dzielą miasto, to jeszcze są wspaniale zagospodarowane. Idealne na orzeźwiający spacer, na mały relaks na kocu, na wieczorne spotkanie ze znajomymi. Przy brzegu Rodanu są barki z knajpami, poza tym ścieżki rowerowe i spacerowe, place zabaw, trochę trawy, drewniane leżaki i ławeczki, instalacje artystyczne… Świetna sprawa!

Letnie wypady. Nad jezioro, pod miasto, w góry.

Zapach lip. Uwielbiam. Jeden z moich ulubionych, przywołujących najlepsze skojarzenia, intensywny i słodki. Esencja lata.

Jakie są Wasze największe przyjemności latem?

16 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatoLyonmój styl

Kanikuła

by Paulina 12 lipca, 2015

W Lyonie zabrakło wentylatorów.
Gorąco.
Upały nie odpuszczają od paru dobrych tygodni. I kiedy ostatnio złamaliśmy się (bo mając w perspektywie przeprowadzkę nie chcieliśmy nabywać kolejnych wielkogabarytowych przedmiotów…) i postanowiliśmy kupić trochę chłodzącego wiatru, okazało się, że tak łatwo nie jest, wentylatorowe półki świeca pustkami, a wszystko, co przyjdzie sprzedaje się 10 minut po dostawie. Można się przenieść w czasie o jakieś trzydzieści lat i w przestrzeni trochę na wschód… Kiedy w kolejnym sklepie się nie udało (nie mając chodów w komitecie ani dziecka na ręku), zamówiliśmy drogocenny sprzęt w Polsce. 

Gorąco.
Trochę się nie dziwię narodom południowym, że nie dają rady napędzać gospodarki. W takiej temperaturze się nie da po prostu. Myśleć, działać, załatwiać. Myśleć można o śniegu. A załatwiać orzeźwiające napoje. I walczyć o mniej niż 30st w domu.

Gorąco.
Trwamy jakoś, zwodzeni wizją burzy (zapowiadana od paru dni) i lekkiego ochłodzenia. Pijemy dużo. Wodę z miętą. Chłodną zieloną herbatę. Yerba mate zaparzane lodowatą wodą. Wodę z cytryną. Chłodną meliskę. Zimny cydr. Jemy wychładzacze różne. Maślankę, gazpacho, sałatki, arbuzy. Jeździmy nad rzekę, nad jezioro, albo do fontanny chociaż. Wychodzimy przed południem, gdy jeszcze jest poniżej 35st w cieniu i czasem zawiewa świeżością. Zamykamy rolety w mieszkaniu. Psikamy się wodą termalną w sprayu. Ubieramy się przewiewnie. I jeszcze, patent internetowy z przed paru dni – polewamy (przez ok 10 min) nadgarstki lodowata wodą, (działa!).


12 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckojesieńmindfulnessmój stylprzyjemności

there’s just this moment

by Paulina 18 września, 2013

Ugotowałam budyń. Oto niechybnie nastała jesień. Nie pomogło, że jeszcze niedawno z uporem maniaka chodziłam (i trochę jednak marzłam) z gołymi nogami; ani, że wczoraj na targu kupiłam przepyszne truskawki z naszego regionu. Jesień i już.

A poza tym? Codzienność.

Lubię codzienność, nie staram się od niej uciekać, raczej się w niej zanurzam.
Chociaż dni bywają do siebie podobne, czasem czuję się jak w dniu świstaka, mam wrażenie, że nie przestaję wieszać prania, czytać, jak to Lalo gra na bębnie i składać puzzli do pudełka, to i tak mi dobrze w tej zwykłości.
Doceniam momenty takie najzwyklejsze na świecie, kiedy rano spokojnie patrzę na otwierające się oczka i pojawiający się w nich zaraz błysk uśmiechu. Kiedy w domu pachnie pieczonym chlebem. I to, kiedy do tego chleba kupuję świeże pomidory na targu od francuskiego rolnika. Doceniam miłe wieczory przy dobrej kolacji, rozmowie, z książką albo filmem, albo bardziej emocjonujące przy planszówie. Doceniam (dość nieliczne) chwile spokoju, gdy Młodzież śpi, pochłonięta jest klockami, lekturą, albo gdy szaleje z tatą. Doceniam nasz czas spędzony na spacerach bliższych i dalszych. Doceniam wspólne oglądanie kałuż i gołębi. I to, że nie biję rekordów prędkości na trasie praca-żłobek-dom z dzieckiem truchtającym za mną z coraz to nowym żłobkowym wirusem. I doceniam bycie docenioną.

I tak sobie w naszym mikroświecie funkcjonujemy uprawiając w tej codzienności trudną sztukę, co się zaczyna na S.

18 września, 2013 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckoksiążkimindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

O drobnych i większych przyjemnościach.

by Paulina 4 czerwca, 2013
 

Jest taka książka, „Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności”. To zbiór krótkich tekstów, w których autor, Philippe Delerm, opisuje małe i dosyć nieoczywiste radości życia. Rozsmakowuje się w nich. Pisze np o wybieraniu jesiennego swetra – z miękkiej wełny, który jest namiastką cudownych jesiennych wieczorów przy kominku z grzanym winem. O obieraniu zielonego groszku. O zapachu jabłek w piwnicy, czytaniu na plaży ( i piasku przesypującym się między stronami), o dźwięku dynama rowerowego, o inhalacji pod ręcznikiem.

Czytałam ją sobie ostatnio, w ramach przypominania sobie języka. Czytałam i o ile pierwsze opowiadania podobały mi się bardzo, to im dalej w książkę, tym bardziej te drobne przyjemności wydawały mi się wydumane, jakieś przekombinowane.

I spojrzałam na synka. Właśnie zaśmiewał się całym sobą przy zabawie nakrętką od słoika. Chwilę wcześniej wzdychał z zachwytu jedząc pieczonego buraka. Zaraz będzie piszczał z radości widząc kołyszące się na dworze drzewa, kota sąsiadów i gołębie, a widok taty wracającego z pracy wywoła prawdziwe szaleństwo. Potem pewnie rozpłacze się idąc spać, bo przecież tyle jeszcze do odkrycia, zbadania, spróbowania. Wszystko na 100%

Spędzając czas z dzieckiem, i opisując mu świat, na nowo można odkryć drobne-wielkie przyjemności. Listki na wietrze, słodycz buraka, delikatność dmuchawca. A także noc przespaną bez przerwy i w spokoju wypitą kawę…

4 czerwca, 2013 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowopasjaprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

let’s play…

by Paulina 17 grudnia, 2012

Od paru lat, jesienią i zimą, połowę naszego stołu w kuchni zajmuje częściowo rozłożona gra. Nie ma sensu jej chować do pudełka, skoro za parę dni byśmy wyciągali ją ponownie.
Uprzedzano nas, że pasja pójdzie w odstawkę, gdy tylko pojawi się Mały
Człowiek (zresztą, o wielu rzeczach nas uprzedzano…). Na
szczęście tak się nie stało. Gdy młodzież śpi, budzą się pasje…

Gry planszowe to coś więcej niż Chińczyk, czy Monopoly. Znacznie więcej.
Estetyczne wykonanie, rewelacyjne pomysły, często wpływ historii czy literatury, aluzje do rzeczywistości, dopracowane szczegóły, przemyślane nawet drobne niuanse…
Po krótkiej ( i intensywnej) fascynacji tryktrakiem, weszliśmy głębiej – w świat gier logicznych, strategicznych, ekonomicznych… Pochłaniających całe wieczory, a czasem i część nocy. (zasypia się potem z kartami i pionkami przesuwającymi się przed oczami). Wspaniały sposób na wieczór we dwoje, albo na imprezę ( IPNowska „Kolejka”! Ach te „Przepychanki kolejkowe”). Nektar dla wyobraźni. Cudowne emocje. Do tego, po takiej rozgrywce, pojawia się uczucie cudowne wymasowanego mózgu, zwłaszcza tych obszarów standardowo nie używanych ( zbroić się, czy rozwijać kulturę? jaka technologia pozwoli nam na skuteczny atak za czas jakiś?…).

Czekając na kuriera, szczerze polecam. 

17 grudnia, 2012 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry