Zachwyca mnie ostatnio nieoczywiste listopadowe piękno. Dość ascetyczne i surowe. Modnie minimalistyczne.
Mało może spektakularne i trudno dostrzegalne, zwłaszcza po barokowym przepychu pyszniącego się złotem października, pełnego dojrzałych kolorowych smakowitości, babiego lata i ciepłego światła. Smakującego wspaniałymi jabłkami, zupą dyniową (i makaronem z dynią doprawionym gałką muszkatołową, i risotto z dynią, i sałatką z dynią, fetą i orzechami…), słodkimi śliwkami i gruszkami, ciągle boskimi pomidorami, a nawet ostatnimi malinami.
Listopad po takim październiku wydaje się być tylko ponurym przyczajeniem się przed świątecznym błyszczącym i migającym szaleństwem. A jednak. Jakoś mnie zachwyca. Jest delikatnie i subtelnie, bardziej… wymagająco. Światło srebrzyste snuje się sennie po świecie. Kolory stonowane, spokojne i eleganckie. Szare, wymalowane chmurami niebo stanowi bardzo wysmakowane tło dla delikatnych i kunsztownych koronkowych konstrukcji z gałęzi (kiedyś czytałam, że gałęzie bez liści przypominają japońską kaligrafię, szalenie podoba mi się to porównanie).
Bardzo to wszystko sobie miło pomyślałam na miłym rodzinnym spacerku, które to spacerki wreszcie sobie znowu praktykujemy.
Po spacerze, tradycyjnie, jazz, zupa, herbata lub grzaniec i ciasto – koniecznie pachnące wanilią. Pięknie jest.






















































































