Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

codzienność

codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacer

pokażesz mi kolory szarych chmur

by Paulina 23 listopada, 2016

Zanurzyliśmy się w listopadzie.

Zanurzyliśmy się w zapachu zbutwiałych liści i zimnego wiatru. W aromacie dymiących ognisk z badyli podeschniętych palonych na wsi.Wdychaliśmy powietrze szare, wilgotne i zimne.

Całe stada bażantów na ogołoconych polach. Drzewa bezlistne, zachwycające ażurową finezją gałęzi. Szarość i burość, a czasami brzozowy wybryk złocistości.

Idziemy, nie za wolno, zagrzewamy krew, spacery w szarości mają to do siebie, że muszą być dość energiczne, mimo swego dość ospałego charakteru. Niby nigdzie się nie spieszymy, ale jednak żwawo stawiamy kolejne kroki, nie dajemy energii skostnieć do reszty. Nasz śmiech zmienia się w obłoki pary. I oddychamy powietrzem zmarzniętym, choć dobrze doświetlonym słońcem – słońcem podobnie niestosownym jak śnieg w kwietniu, choć z o ile większą przyjemnością witanym.

Cenne są te słoneczne promienie listopadowe, cenne i rzadkie. Napawamy się, napawamy.

 

23 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńkultura z dzieckiemlubelszczyznaLublinmindfulnessprzyjemnościslow lifestyle

czas analogowy

by Paulina 18 listopada, 2016

Mniej mnie ostatnio w świecie wirtualnym. Trochę mi się ta internetowa doskonałość przejadła. Blogi, coraz częściej przypominające profesjonalne serwisy radzące nam – za pomocą nowych produktów jak żyć, instagram z masą identycznych zdjęć (z góry, kawa wśród jesiennych liści, z kawałkiem nogi wystającej spod wełnianego koca), plus motywacje i inspiracje, do których już wiecie jaki mam stosunek. Miałam przygotowany większy tekst na ten temat, ale widzę, że nie jestem sama w takich przemyśleniach i już o przesycie intenetowych ideałów napisały już Sara, Basia czy Agnieszka.

Dlatego trochę uciekam od komputera ostatnio. Gdy mogę.

Zamiast fejsa i blogosfery, wybieram
błogosferę na kanapie, kawę i muzykę.
Zamiast świecącego ekranu wybieram książkę, zamiast smyrania po gładkim ekranie – druty i miękkość wełny (choć technologie mi towarzyszą, z Jane Austin w słuchawkach). Okrywam się kocem, trochę niepięknym, ale ciepłym.

 

Popołudniami spacer, bo czasem, gdzieś
między szarością a deszczem wygląda promyk słońca lub dwa i wtedy jest
tak pięknie i pokrzepiająco, że nie straszny jest ani wiatr, ani
perspektywa nocy rozpoczynającej się o 15.

Gdy odbieramy dzieci, opóźniamy powrót do domu, idziemy na pusty plac zabaw, krążymy po osiedlu wokół przedszkola, robimy biegi do najbliższego śmietnika, liczymy kałuże i testujemy parasole. Bywa oczywiście mało malowniczo, bo jesień w tym roku jaka jest, każdy widzi. Czasem nam się nie chce, czasem nie chce się dzieciom.

Gdy pogoda jest już całkiem bezlitosna, wybieramy fajne miejsca pod dachem. W Lublinie jest sporo takich miejsc, do których można się udać, bardziej lub mniej specjalnie dla dzieci i wcale niekoniecznie są to sale zabaw. Ostatnio ulegliśmy pięknej twórczości malarzy Normandii. Mamy taką czasową wystawę na naszym lubelskim zamku – to takie muzeum w starym stylu, źle oświetlone, ze ścianami pomalowanymi na zielono, ale takie muzea tez coś w sobie mają, zwłaszcza o tej porze roku, działają podobnie kojąco jak biblioteki. Naszym starym zwyczajem poszliśmy tam razem z dziećmi. Nie byli jakoś szalenie zainteresowani, ale mieli też resoraki do jeżdżenia po podłodze. Poza tym robiliśmy rodzinne wybieranie ulubionego obrazu z wystawy, oglądaliśmy obrazy z bliska i daleka. Lubelskie Centrum Kultury też organizuje fajne nietuzinkowe zajęcia dla dzieciaków, to zawsze miłe urozmaicenie.

 

A czasami wracamy od razu do domu, jemy obiad. Układamy puzzle. Malujemy. Tworzymy bardziej, lub mniej udane DIY. Czytamy, przytulamy się, skaczemy i tańczymy, bawimy w chowanego. Bywają też cenne chwile wspólnej zabawy – bez nas. Bywa i oglądanie bajek na tablecie. A czasem przeczekujemy (ze zszarganymi nerwami) trudne popołudnie, z Księżniczką Fochną i Señor Awanturem, z nazgulimi wrzaskami, z kłótniami pod tytułem „nie lubię cię” lubisz” „nie” „tak”…”mamo ona powiedziała….” itd. Przytulamy, zalepiamy cudotwórczymi plasterkami Ciężkie Obrażania Na Paluszku o-tu-mamusiu-kropelka-krwi, całujemy stłuczenia, wycieramy łzy. A czasem tracimy cierpliwość, krzyczymy, mamy ich dość i czekamy do wieczora.

A wieczorami gramy w planszówki. Rozmawiamy. Albo słuchamy muzyki. Oglądamy filmy. Albo czytamy. Pijemy winko, albo melisę.

 

I dobrze mi jest, że nie muszę do tego picia kawy sypać sobie liści wokół kubka.  Że dzieciaki nie muszą bawić się szaro – miętowymi królikami. Że nasze codzienne spacery wśród bloków i śmietników. Że nie jestem zobowiązana do relaksowania się w odkrywczych, wystylizowanych wnętrzach. Do gotowania w designerskich garnkach. Że pamiętnik piszę w zwykłym zeszycie zwykłym piórem, bez washi tape, pieczątek, koronek i retro nożyczek.

Że mogę, ale nie muszę. Że nie mamy lajfstajlu, tylko nasze dobre życie. Z masą błysków, roziskrzeń i momentów, ale poza tym cudownie, cudownie niewyszukane.

18 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacer

przez liści ogniste dywany przechodzi piękna bóg ostatni raz

by Paulina 27 października, 2016

Wzięliśmy rowerki i placki z dyni, z cynamonem, imbirem i rodzynkami. Pyszne i delikatne, pomarańczowe jak liście. Mogliśmy pomyśleć jeszcze o herbacie z sokiem malinowym w termosie, ale nie pomyśleliśmy. Ale i tak serca ogrzały nam się w tym cudownym świecie żółtym i czerwonym, szeleszczącym.


Słońce przebijało się skąpo przez chmury i prześwietlało miękko przez te przepyszne kolorowe drzewa.

(zmarznięte) ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się…
A nogi w liściach, szurają, szeleszczą i chrupią. Wzrok w kolorach energetycznych. Kochane ramię obok i dzieci, sielankowo (i nietypowo ostatnio) zgodne i zachwycone spacerem. A klony, dęby, buki i brzozy olśniewają, każde na swój sposób.

Wróciliśmy do domu, na zupę. Potem był jeszcze grzaniec i trzask czarnej płyty, delikatny jak trzask ognia w kominku.

Jestem pokrzepiona.

 

 

27 października, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojesieńslow lifestylespacer

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny…

by Paulina 13 października, 2016

Mój ulubiony złoty październik postanowił w tym roku zrobić sobie przerwę. Zastępuje go, prawdziwie wspaniałomyślnie listopad, jest bardzo zaangażowany i niestrudzenie zalewa świat szarymi chmurami i deszczem, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, że drzewa są tak pięknie październikowo – kolorowe i kasztany czekają na zbieranie.

Pamiętam doskonale jak w tamtym roku się tą szarością zachwycałam… Ale teraz mam potworny niedosyt kolorów! Chcę wreszcie pójść do parku na porządny spacer i popławić w tej naszej jesieni złotej i polskiej, za którą tęsknię już od paru lat (bo najpierw Francja i jej przedłużona letnia aura – zresztą nic przeciwko niej nie miałam, a w tamtym roku remont mieszkania i totalny brak czasu na cokolwiek z podwójną ospą wietrzną na dobitkę). Chcę szurać nogami w liściach kolorowych, porzucać się nimi z dzieciakami, i wąchać ich miły zapach. Złoto – jesienne spacery po parku mają dla mnie specjalne znaczenie i super funkcję doładowywania akumulatorów przed następnymi ciemnymi miesiącami.

A tu wygląda na to, że zupełnie nagle, z prawie-letnich pikników zostaliśmy przeniesieni w świat grzańca, koca i ciepłych gaci. I kataru. Jestem na to rozpaczliwie nieprzygotowana.

 

 

13 października, 2016 6 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmoda rowerowamój stylprzyjemnościrowerrower z dzieckiemrowerki biegoweslow lifestyle

day dream

by Paulina 13 września, 2016

Zupełnie nie wiadomo kiedy lato się zestarzało i zezłociło.
Lato ciągle gorące, piękne i słoneczne, ale powietrze pachnie już kasztanami, szalikiem i zupą dyniową.

Tym bardziej korzystamy z bezkarnego polegiwania piknikowo – hamakowego.
Pojechaliśmy rowerami do parku. Rowerki przypięte do przyczepki, coraz bardziej zmienia się proporcja dziecięcego sposobu przemieszczania się, śmigają na biegówkach coraz większe odległości (ostatnio 13km!), jeszcze trochę i przyczepka w ogóle przestanie być potrzebna.

Wzięliśmy hummus z soczewicy, bułki z Lidla i paprykę z nakazu Wilczka (uwielbia). Wzięliśmy ciepłe jeszcze, pachnące drożdżówki w powidłami śliwkowymi (nie zdążyłam ich zamknąć w słoiki, już praktycznie całe wyżarte). Umościliśmy się w ciepłych promieniach, na kocu, na hamaku, niektórzy na rodzicach.

Słońce sobie grzało potężnie, a liście szeleściły październikiem, i plątał się pięknie ten czas letnio jesienny.
W pobliżu był jeszcze plac zabaw, co dało nam możliwość przymknięcia oczu na hamaku.

I tak powstało popołudnie idealne

Mój cycle chic trochę psują sakwy, ale jakoś te hummusy, slacki i hamaki trzeba dowieźć.

Najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi dzieci jest położenie się na hamaku
Tato no chodź, było fajnie

13 września, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorodzeństworozmyślania

Czy warto decydować się na drugie dziecko z małą różnicą wieku

by Paulina 8 lipca, 2016

Dwoje ludzi o wzroście w okolicach metra przeprowadzało skomplikowane wymiany swoich dóbr. „Isklo, czy pozyczysz mi tą książeczkę, a ja ci dam ten samochód?” „Maś” „Dziękuję” „Płosie”. I wyszli do swojego pokoju, zostawiając rodziców na podłodze w poszukiwaniu szczęk.

Jedziemy na wycieczkę rowerową. Po pięciu minutach wspólnych
chichotów, zaczynają się przepychanki. Przepychanki zmieniają się w
jęki. Jęki zmieniają się we wrzask. I rękoczyny oczywiście, z
ubezwładnieniem totalnym jako celem. Człowiek nie zdąży się dobrze
obejrzeć,a  oczy prawie wydłubane, i ogólnowycieczkowe wrażenia
zmieniają się ze „świat jest piękny i harmonijny, cudowne jest to
rodzinne wędrowanie” na „niech ktoś zabierze te wrzeszczące bachory” i
„co nam strzeliło do głowy żeby to jazgoczące towarzystwo pakować do
przyczepki”. I taką sinusoidą kolejne kilometry.

„Mama,
niunia bam tu zlobiła. Boli, psitul.” Przytulam, obdzielam
regenerującymi pocałunkami. W tej samej sekundzie dotychczas Okropnie
Zajęty Maszynista robi się strasznie nieszczęśliwy, natychmiast
potrzebuje mamy BARDZIEJ i biegnie po pocieszenie po drodze wymyślając
powód swojej rozpaczy.

Siedzimy z kawą. Tabun naszego
potomstwa biega w tę i z powrotem, zaśmiewając się i trzymając centymetr
krawiecki za dwa końce, „jesteśmy pociągiem mamusiu”.

Rano.
Blady przedświt. Sobotni oczywiście. Próbujemy przypomnieć sobie czym
jest poranne odsypianie wieczornej imprezy, ale właśnie do łóżka pakują
się niesforne szkraby, z samolotem wy(da)jącym głośne dźwięki,
pudełkiem puzzli, wielkim głodem, szybka kłótnią, równie szybkim
chichotem i tysiącem pytań

 No nie powiem, z jednym dzieckiem było łatwiej. Mała różnica wieku między dziećmi to nie jest wygodna sprawa.

Chociażby ze względu na proporcje dwa na jednego i zwykłe ogarnianie rzeczywistości, ale przede wszystkim przez nagłe trudności pedagogiczne jakie się pojawiły. Różnica między naszymi to dwa lata, więc jest szansa, że nasz kochany, pogodny i bezproblemowy synek i tak by się zbuntował, nawet bez młodszej siostry, ale myślę, że ten bunt bez dodatkowego bodźca miałby szansę być łagodniejszy.

jaka różnica wikeu między dziećmi, kiedy drugie dziecko

Wilczek jako czterolatek pełen pasji potrafi pięknie zająć się sam. Zajęty swoimi pociągami, autkami, klockami i kolorowaniem nie potrzebuje nas za często, czasem wystarczy, że po prostu jesteśmy w pobliżu. Można z nim nawet zasiąść do pracy na trochę, rozumie, że mama teraz będzie trochę zajęta synku, pobawię się z Tobą, jak zadzwoni zegarek (nastawiam stoper). Za to gdy na scenę wkracza Iskra, spokój jest ostatnim pojęciem jakie przychodzi mi do głowy (poza pojęciami ze strefy nierealnych marzeń). Królowa Chaosu roznosi puzzle, obdziela nimi wszystkich domowników (potem znajduje się brakujące elementy pod dywanem), psuje Wilczkowi budowle – często zupełnie niespecjalnie, np gdy sięga po klocek dla siebie, zalewa się sokami, brudzi kanapę czekoladą, drze książeczki itd. A przede wszystkim wytrąca ze relaksu brata. Kiedyś czytałam, że badania wykazały, że małe dzieci kłócą się nawet 6 razy na godzinę. Jakieś mi się to dziwne wydało, że bez przesady już może i to musi być w przypadku jakiegoś wyjątkowo niezgodnego rodzeństwa. Ale, okazuje się że przesady w tym nie ma żadnej i taka właśnie regularność jest u nas na porządku dziennym. Przy czym jako, że dwuletniej Iskrze brakuje jeszcze argumentów logicznych brata pt „podziel się bo nie będę się z tobą bawił”, to rękoczyny i pisk godny parki Nazguli jest totalną normą (bo starszak przejmuje od siostry metody dyskusji).

rodzeństwo z małą różnicą wieku

Ale. Wśród tego jazgotu, siniaków, głupich wspólnych pomysłów i chaosu rodzi się najlepsza na świecie więź. Przyjaźń taka, że bardziej się nie da i jedynacy pewnie mogą tylko o takiej pomarzyć. Solidarność i wspólnota. Piękne wspomnienia. O umiejętnościach społecznych nie wspominając.

Widzę, jak w nowych i niepewnych okolicznościach odruchowo stają blisko siebie. Jak biorą się za ręce schodząc po schodach. Jak, przy ogromnej radości, gdy nie wiedząc jak ją okazać, padają sobie po prostu w ramiona. Jak się wzajemnie inspirują, wymieniają porozumiewawczymi spojrzeniami, jak za sobą tęsknią gdy się nie widzą trochę.

To, jak się bawią wspólnie. Jak o siebie dbają wzajemnie. Te wspólne biegi, harce, zabawy, chichoty… cokolwiek w zasadzie, bo to ta wspólność ma tu znaczenie. Rodzi się empatia, solidarność, dbanie  o innych, troska, poczucie sprawiedliwości. Czujecie te pojęcia? To są takie fundamentalne wartości, coś, czego wtłoczenie uważamy za swój obowiązek i najtrudniejsze wyzwanie na świecie. No więc z rodzeństwem to się dzieje. Naturalnie. Nie twierdzę, że łatwo, bezproblemowo, czy całkiem mimochodem. Ale, jeśli uda nam się wychować dobre rodzeństwo (a o to walczymy choćby z troski o własne zdrowie psychiczne), to automatycznie mamy wychowanych dwoje dobrych obywateli/ sąsiadów/pracowników/przyjaciół/rodziców, ludzi po prostu.
Te umiejętności powstałe przy rodzeństwie są tak totalnie nowe i różne od wszystkiego, czego może nauczyć rodzic, czy pani w przedszkolu, że sama nie mogę wyjść z podziwu, co dostaję zupełnie bonusowo w pakiecie „Double chaos”

Zdjęcie wybitnie metaforyczne, czyli życie rodzica jako chodzenie po linie kołysanej potomstwem;)

Polecam:D

8 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylrozmyślania

list do m.

by Paulina 26 maja, 2016

Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale jest taka prawidłowość. Im bardziej jestem mamą tym mocniej jestem córką.

Obdarowana przecudnymi laurkami pełnymi koślawych kwiatów, rozkosznie nieporadnych serc, jednego pociągu  i masy Mazów, powinnam w zasadzie skupić się w tym święcie na byciu jego główną bohaterką. W końcu wreszcie, mój dzień, dzień mamy, to teraz właśnie się mnie docenia i stawia na piedestał.

Ale, jakoś może z tej radości, z tego wzruszenia, że te wszystkie „kocham cię mamusiu”, i piosenki o treści „maaamaaaaa kochaaaaaana” to do mnie są skierowane, myśli moje samoczynnie kierują się na moja własną Mamę.

Która jest fantastycznym, mądrym, dobrym i cholernie empatycznym człowiekiem i która jest moją najlepszą przyjaciółką.
Nie będę chyba się rozpisywać strasznie, choć próbuję-i-kasuję od dłuższego czasu ująć w słowa to kłębowisko ogromniastej wdzięczności, radości i szczęścia, ale ciągle wychodzi strasznie patetycznie i wtórnie.

Dlatego napiszę tylko, że dzięki mamo.
Za fantastyczny, mamowy szablon i wzór. Za bazę, fundament i kręgosłup. Za inspirację. Za mnóstwo jeszcze innych, tak bardzo istotnych rzeczy,
ale w kontekście tego wpisu za ścieżkę którą podążam teraz, jako mama.
Że, choć z wybojami dzisiejszoczasowymi, podążam w dobrym kierunku po
prostu i doceniam to każdego dnia.

sukienka rzymskie wakacje

Robi się tak strasznie słodko, że się zatrzymam, zasugeruję mocną kawę, albo whisky i po buziaku dla mam i dzieci.

26 maja, 2016 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćLublinmindfulnessslow lifestylespacerwiosna

a pogoda rozśpiewana

by Paulina 11 maja, 2016

W pewien zwykły dzień, słoneczny zielony i pachnący u szczytu swojej majowości, upiekłam tartę z wędzoną rybą, opłukałam sałatę, a w słoiczku zabełtałam vinaigrette, zapakowałam jeszcze wodę, zapomniałam o sztućcach i dorzuciłam parę dziecięcych gadżetów. Wyjęliśmy rowery i przyczepkę, odebraliśmy dzieciaki z placówek i pojechaliśmy na piknik. Miasto stało w korkach, a my śmigaliśmy po ścieżkach rowerowych (w Lublinie sieć wspaniale się powiększa). I wjechaliśmy do parku, który przywitał nas pięknym słońcem, wspaniałą, soczystą zielenią, krzyczącymi pawiami i całym tym uroczym parkowym niespiesznym klimacikiem.

Park Saski, najstarszy w Lublinie, założony w 1837r, a całkiem niedawno zrewitalizowany, to jedno z tych przyjemnych miejsc na lubelski spacer. Położony na pagórzastym terenie, porośnięty starymi drzewami, taki do eleganckich spacerów w niedzielnej atmosferze – chodziło się tam z rodzicami lub dziadkami pospacerować, zjeść lody i nakarmić łabędzie. W późniejszych latach na koncerty w muszli koncertowej. A teraz historia zatoczyła koło i to my pokazujemy park naszym dzieciom.
Zaniedbaliśmy trochę tę szykowną niedzielną otoczkę, ale popołudnie było przeurocze. Wilczek znienacka zmienił się w hippisa, zjechał z górki i runął w zieloną trawę, wgapiał się w chmury, zrywał dmuchawce, podpatrywał słońce między palcami, turlał się po trawie, a na koniec zaległ na gałęzi niskiego drzewa, w malowniczej pozie geparda. Iskra, która zaliczyła rowerowy upadek, trzymała się bliżej koca.
Strasznie lubię i cholernie doceniam takie popołudnia. Niezbyt może spektakularne, oryginalne czy egzotyczne, ale migoczące szczęściem i radością jak gwiezdny pył. Nasze, wspólne, rodzinne. To trochę chyba na tym polega, bycie rodziną, na takich właśnie prostych chwilach, kiedy jesteśmy razem, szczerzymy się do słońca, wąchamy pachnące słońcem główki, gdy ściskają nas zielono-brudne od trawy łapki, gdy wspólnie gadamy do biedronek, patrzymy na chmury.

 

11 maja, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessmuzykapasjaprzyjemnościslow lifestyle

Odpoczywalnia muzyczna, czyli płyty do popołudniowego relaksu.

by Paulina 3 maja, 2016

Wiele razy wspominałam tutaj o tym, jak ważna jest dla mnie dobra muzyka.

Zawsze tak było, i zawsze miało znaczenie, czego słucham. Na moja muzyczną edukację, albo raczej muzyczną wrażliwość, bo prawdziwej edukacji muzycznej niestety nie miałam (na tzw lekcje muzyki w szkole spuszczę łaskawą zasłonę milczenia), największy wpływ miał chyba Tata, największy fan Pink Floyd na świecie. Dzięki niemu osłuchałam się w dzieciństwie z Floydami właśnie, z klasykami rockowymi typu Deep Purple czy Led Zeppelin, Emerson Lake and Palmer, Vangelis, Queen (w swoim czasie nawet kochałam się we Freddiem). Potem, gdy szłam trochę w kierunku niezależności, pozostałam pod  wpływem dużego brata, i nawet jeśli moja dziewczęca wrażliwość zachwycała się The Kelly Family, to z jakiegoś poczucia obciachu nie przyznawałam się do tego w naszym pokoju i, chcąc wejść w łaski starszego rodzeństwa, słuchałam z nim Nieaktualnej Listy Przebojów. Po to, by z czasem autentycznie się do niej przekonać, pokochać i identyfikować się. Doszło do tego oczywiście towarzystwo licealne, mocno w konkretnej muzyce osadzone.
To wszystko dopełniał jeszcze balet i dość subtelny, ale ciągły kontakt z muzyka klasyczną.
Potem dorosłam też do tego, by rozszerzyć moje muzyczne horyzonty, o jazz, trip hop, bossa novę i szeroko rozumianą muzykę świata, muzykę elektroniczną, ambitniejszy pop.

To taka moja muzyczna historia w skrócie.
Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami moimi muzycznymi miłościami. Co myślicie o takim cyklu muzycznym? Mam swoje ulubione płyty do słuchania w bardzo określonych sytuacjach, są takie, które pasują do niedzielnej kawy, inne do wieczorem randki z mężem przy czerwonym winie, jeszcze inne na wielką smutę, do ćwiczeń (gdy wyciszam Chodaka;) ), do tańca i  do sprzątania…

Dzisiaj najbardziej w klimacie bloga, czyli płyty do odpoczynku. Odpoczynku popołudniowego, na kanapie, z kawką, z miłym ramieniem do przytulania, dzieciakami zajętymi klockami u siebie w pokoju, albo (zdarza się to czasami, choć nie za często) – przytulonymi do nas*. Wtedy lubię spokojne granie, klimatyczne, trochę nawet rzewne czasami.

Oto pierwsza lista muzycznej odpoczywalni, podrzucam linki jutubowe.

Fismoll, At Glade
Siesty Marcina Kydryńskiego. Polecam też niedzielną audycję w Trójce.
Smolik, płytowa dowolność.
Możdżer, najchętniej Komeda, Facing the wind, The Time
Włodek Pawlik Night in Calisia
Miles Davies Kind of Blue, ballady z Coltranem
David Gilmour On an Island
Chet Baker My funny Valentine
Sonny Rollins, Ballads
Cocteau Twins Treasure
Vangelis Voices (tu już wchodzimy w odpoczynek wieczorny)
Kucz/Kulka Sleepwalk

Jak jest u Was? Macie ulubione relaksujące płyty? Do odpoczynku wolicie ciszę, czy muzykę?

* Pro forma dodam, że to nie jest tak, że takie popołudnia są codziennie.

3 maja, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylpraca w domurozmyślania

Moda a praca w domu, czyli ewolucja stylu Kury Domowej

by Paulina 14 kwietnia, 2016
domowe ubrania, jak się ubierać pracując w domu

W grudniu nastąpiła historyczna chwila mojego powrotu do aktywności zawodowej po długiej przerwie. Cieszyłam się na ten moment i myślałam o nim już od paru miesięcy, w dużej mierze dlatego, że „wreszcie wyjdę do ludzi”. Los jednak trochę ze mnie zakpił, bo… pracuję w domu. Co oczywiście ma całe mnóstwo plusów i generalnie jestem z takiego obrotu sprawy bardzo zadowolona. Niemniej jednak, wyjścia do ludzi nie ma.

To oczywiście ogromna wygoda, że nie mam dress codu (dress coda, chciałoby się zarymować), obowiązkowych sztywnych żakiecików, cielistych rajstop i białych bluzek, ale z drugiej strony próba dla moich motywacji ubraniowych i pytanie, jak się ubierać pracując w domu.

 Ja oczywiście, jak każda chyba kobieta oficjalnie twierdzę, że chcę ładnie wyglądać przede wszystkim dla siebie, ale, prawda jest taka, że odczuwam dość mocno pokusę pt. „nie mam zewnętrznego przymusu, więc po co się starać”, „szkoda tego ubrania po domu” oraz „oj tam oj tam, i tak mnie nikt nie zobaczy”.

Ale, jak wiecie, mam praktykę w wygodnych domowych stylizacjach, w końcu od czterech lat „siedziałam” w domu, z dziećmi. Do tej pory było nawet trudniej, bo moje aspiracje do ładnego wyglądu, były nie tylko wystawione na próbę przez moją osobistą motywację, ale też cierpliwie i bezustannie bojkotowane przez brudno-lepki przychówek. (Tu wpis na temat mody młodej mamy. i jeszcze o modzie w ciąży)

Teraz w zasadzie jest luksusowo, nikt nie wyciera o mnie poczekoladowych łapek, smarków i pomidorowych buź. Jestem sobie sama i moim jedynym zmartwieniem ubraniowym jest dobrze wyważony kompromis między wygodą a estetyką. A zatem, estetyczna wygoda to dalej mój priorytet, z tą różnicą, że nie muszę się przebierać kilka razy dziennie.

A bardziej konkretnie? W ramach określania własnego stylu, za radą różnych autorytetów w dziedzinie, wynotowałam sobie ostatnio (jak to miło czasem mieć dzieci pod dobrą opieką żłobkowo – przedszkolną i móc przy – ciepłej! – kawie zajmować się takimi sprawami), co uważam za atrakcyjne i nieatrakcyjne cechy ubioru. Fajna zabawa, polecam Wam, zwłaszcza, że faktycznie pewne poglądy, niby dobrze nam znane, porządkuje.
Jak to wygląda u mnie?
Za nieatrakcyjne (dla mnie) uznałam m.in ogólnie styl sportowy, biurowy, pin-up, dyskotekowy. Wzory geometryczne i zwierzęce, wszelkie ozdóbki typu brokat, cekiny i przetarcia. Długie, sztuczne i przesadnie zdobione paznokcie. Kolory pastelowe, neonowe, i wszelkie brudne beże, musztardy i rudości (wyglądam w nich choro). Poliestrowe bluzki i akrylowe swetry. Golfy, dekolty w serek, dopasowane elastyczne koszule. Błyszczące cieliste rajstopy. Niewygodne i złej jakości buty. Zaniedbania typu poodpryskiwany lakier, tłuste włosy itd.

A co jest na mojej liście atrakcyjności?
Ogólnie rozumiany styl boho i rockowy, styl francuski (nie french chic Kasi Tusk, raczej pewien rodzaj francuskiej nonszalancji), traktowane jednak z dystansem. Dobre materiały. Porządne buty. Wygodne, raczej proste sukienki bawełniane. Rozszerzane spódnice przed kolano. Duże kieszenie. Dekolt w łódkę albo okrągły, odsłaniający obojczyki, dekolt na plecach. Kolory – granatowy, szary, czerwony i bordowy, zielony khaki i butelkowy, złamany biały. Bluzki w paski. Rajstopy koronkowe i koronkowa bielizna. Spodnie raczej luźniejsze niż rurki . Odsłonięte kostki. Biżuteria w trochę elfim stylu. Kontrasty na zasadzie szpilki do spodni i botki do sukienki, czerwona szminka lub paznokcie do zwykłego t-shirta.

A jak to się przekłada na praktykę, gdy siedzę przy komputerze i nikt mnie nie widzi? Jak wyglądam, pracując w domu?

Nie będę ściemniać, że jakoś się strasznie stroję (nawet jeśli chodzi o strojenie w moim stylu, czyli raczej nieprzesadne) i zakładam te koronkowe rajstopy na co dzień.
W końcu ma być mi przede wszystkim wygodnie i komfortowo. (no i nikt mnie nie widzi).

Ale, ponieważ wiem, że tak właśnie wygląda moja codzienność, i nie jest to sytuacja tymczasowa typu „jestem chwilowo w domu, zaraz wracam do innego stylu życia (i innego stylu ubierania się), więc mogę teraz trochę odpuścić, odpocząć i polubić się z dresami”. W moim przypadku to właśnie jest sytuacja docelowa i sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem także w kwestii tego, jak wyglądam.

Poza tym, sprawa równie istotna, to to, że dresy i piżamy nie pomagają w tzw ogarnięciu się. W dresie człowiek się kręci bez sensu z tym męczącym uczuciem tymczasowości. Ubranie i makijaż jednak motywują, przestawiają jakąś klapkę w głowie pt. teraz jestem w pracy.
Dlatego właśnie zawsze dążę do tego, żebym się czuła ładnie, i żeby mi było wygodnie.

Często zakładam wygodne bawełniane sukienki, albo proste bawełniane bluzki i rozszerzaną czarną spódnicę i kryjące rajstopy. Albo wygodne, raczej luźne spodnie materiałowe, lub jeansy. Do spodni koszulka / bluzka / miękka koszula. W zimniejsze dni cienki wełniany kardigan. Sporo moich ciuchów to gap, mango, jest trochę h&m – niedawno odkryłam linię premium w której można znaleźć bardzo fajną jakościowo bawełnę „pima”, next, promod, trochę rzeczy z małych polskich firm, np Pulpa albo KOKOworld, różne gratki z ciuchlandów, coś szytego. Dość niedawno odkryłam piękne rzeczy z Riska, choć ich ceny trochę odstraszają.

jak się ubierać w domu, domowe ubrania

Dość długo miałam problem z obuwiem domowym (w lubelskim mówimy ciapy). W końcu jestem w domu, więc nie zakładam butów. Na bosaka, choć tak jest najatrakcyjniej, jest mi za zimno. A kapcie są na ogół tandetne, infantylne albo zwyczajnie brzydkie. I w końcu odkryłam krakowiaczki, które są wygodne, wykonane z naturalnych materiałów, ładnie przylegają do stopy i nie rujnują mojego ałtfitu (albo infitu raczej, haha).

Robię delikatny makijaż (krem bb, brązowa kredka na powiekę, podkreślenie brwi cieniem, czasem róż i tusz na rzęsy, czasem coś na usta – zdecydowanie najbardziej lubię matowe pomadki, albo flamastry do ust), włosy przeważnie upinam w niedbały kok lub warkocz, albo chociaż podpinam (uwielbiam rozpuszczone włosy, ale nie potrafię się nauczyć nosić takie w domu). Moja codzienna biżuteria to obrączka, bardzo rzadko kolczyki, pierścionek lub naszyjnik. Pamiętam o perfumach.

Do tego dochodzi codzienna pielęgnacja, regularne dbanie o jakość cery, włosów, paznokci i figurę, bo, w gruncie rzeczy, to jest najistotniejsze i tak naprawdę jest podstawą wyglądu (ale to już temat na oddzielny wpis, nie wiem zresztą, czy taka tematyka Was interesuje?).

moda a praca w domu, praca zdalna, ubranie po domu

Sytuacja oczywiście komplikuje się, gdy młodzież raczy zachorować, w tym sezonie niestety dość często, wtedy idę raczej w kierunku kolorów maskujących;)

14 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry