Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

codzienność

aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedmój stylslow lifestylezima

a to zima ciągle

by Paulina 26 stycznia, 2018

Jest taki moment pod koniec stycznia.
Gdy słońce mocniej błyśnie. Ptak zaśpiewa jakoś śmielej, i pięć minut po południu ciągle jeszcze nie ma nocy.
To ten moment kiedy pojawia się pierwsze oczekiwanie na wiosnę. Pierwsze „mogłaby już przyjść”.
Na spacerze nadrzecznym zaczynam zauważać miejsca idealne na pikniki, i wizualizować sobie cudowny czas w plenerze. Zaczynam myśleć o letnich sukienkach, już prawie czuję ciepłą od słońca trawę pod stopami. Wyobrażam sobie wiosenne wycieczki i długie, ciepłe wieczory…
I mówię stop jak najszybciej, staram się nie nakręcać. Upycham usilnie te myśli gdzieś w daleki kąt, bo za wcześnie jeszcze przecież. Za wcześnie na rzeżuchę, na tulipany i żonkile za wcześnie.
Wwiercam się więc jak mogę w zimowy klimat, wybieram z dzieciakami na łyżwy, planuję zimowy wyjazd, czytamy z dzieciakami śnieżne książki, celebruję tę zimowość jak mogę. Na siłę trochę.
Byłoby łatwiej gdyby ciągle było tak jak na tych zdjęciach. Ze skrzącym śniegiem, zamarzniętym jeziorem, drzewami migocącymi szronem, skrzypiącymi w białym puchu krokami. Można by się wtedy w tej zimie nurzać, i w tym śniegu i mrozie, tak porządnie, poczuć ten mróz szczypiący w nos. Bo zima jest, to musi być zimno.
Chociaż… mogłoby już… nie być… 

 

 

26 stycznia, 2018 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacerzima

weź mnie nad rzekę

by Paulina 1 grudnia, 2017

Listopad, u schyłku swego żywota przebierał się dzielnie za marzec lub nawet kwiecień. Czy mu się to udało, to inna kwestia, ale próby zdecydowanie doceniam. Słońce i zielona trawa i błoto tez jakoś wiosenne, bardzo umilały nasze ostatnie spacery.

Zdecydowanie tez było łatwiej wyciągnąć na spacer zagluconą dzieciorzyznę zakopaną w książkach o dinozaurach i jakoś ostatnio na spacery niechętną. Serio, dobrze, że słońce zrobiło robotę, bo chęci do wyjścia ledwo starcza dla siebie, a tu trzeba jeszcze motywować młodocianych.

I wyszliśmy, i słońce migotało sobie frywolnie w rzece i było tak optymistycznie, że prawie już wyciągaliśmy koce piknikowe i letnie kapelusze. Nie zdążyliśmy oczywiście, bo nim minęło południe, słońce zaszło za horyzont i odarło listopad z jego kunsztownego przebrania, niczym północ kopciuszka. I jak kopciuszkowa suknia na powrót stała się łachmanami, tak błoto wiosenne stało się błotem listopadowym, a gałęzie na których już-prawie-były-pączki, zmieniły się w gałęzie rozpaczliwie nagie i wyczekujące śniegowego okrycia.
Wróciliśmy czym prędzej, żeby to miłe wrażenie nie zatarło się całkowicie, ale ten spacer jakoś przytulił nas wewnętrznie.

 

1 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylna macierzyńskim

Jak się ubierać na macierzyńskim

by Paulina 26 listopada, 2017
jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Cykl o byciu nie tylko mamą na macierzyńskim zaczynam dość mało wyrafinowanym tematem. Dziś o ciuchach dla mam. O ciuchach, bo ubierać się trzeba codziennie, a to każdego dnia stwarza zarówno możliwości jak i problemy.

Moda na macierzyńskim ma zdecydowanie więcej wspólnego z dresem bardziej niż dress codem.

Zwłaszcza na początku, w połogu i zmęczeniu poporodowym niekoniecznie ma się głowę i serce do ciuchów. Na samym początku, czyli czasie z obkurczającą się macicą, gojącymi się ranami i cieknącym mlekiem największym przyjacielem kobiety jest miły szlafrok. Dopiero potem, powoli pojawia się potrzeba wyglądania jakoś. (przynajmniej u mnie tak było)

Pisałam już kiedyś o ubieraniu się w domu z dziećmi, choć wtedy dzieciaki były już większe (a ja mniejsza, haha). Gdy ma się na stanie niemowlaka, sprawy mają się trochę inaczej.

jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Strój wpływa na nastrój

Może nie każdemu, niektórzy pewnie lubią się snuć w piżamach i szlafrokach przez cały dzień i dobrze się z tym czują. Dla mnie taka wizja tez bywa pociągająca, ale poznałam już siebie pod tym względem i w moim przypadku rozmamłany strój jest równoznaczny z rozmamłaniem życiowym. Nie mogę się wybrać nawet na spacer, w domu jest bajzel, ja jestem wkurzona, niecierpliwa i smutna. Od razu to wpływa na obniżenie poczucia własnej wartości, a to z kolei powoduje zazdrość i nienazwane pretensje do ubranej i fajnie wyglądającej drugiej połówki, która waśnie wychodzi do pracy i będzie rozmawiać z ludźmi (dorosłymi!)

Moda na macierzyńskim – ograniczenia

Nie każdy jest Anną Lewandowską, większość do figury z przed porodu dochodzi trochę dłużej. Ja nie przytyłam dużo, do swojej przedciążowej wagi prawie wróciłam, a i tak w większość rzeczy zwyczajnie się nie mieszczę, lub kiepsko w nich wyglądam. W ciąży zmienia się całe ciało, przemieszczają narządy wewnętrzne, poszerzają biodra. Jest jeszcze ogólne „rozmiękczenie”. To wszystko wróci (mam nadzieję) do formy, ale potrzeba do tego czasu. I ćwiczeń. A tymczasem coś trzeba nosić.
Jeśli karmi się piersią, jest jeszcze jedna sprawa. Ubieranie się przy karmieniu piersią musi uwzględniać potrzebę dość częstego (a przy tym wygodnego i dyskretnego) obnażania biustu. Czyli odpadają wszelkie sukienki bez dekoltu, obcisłe golfy itd. Ja wolę też karmić od góry, nie lubię przy karmieniu podnosić bluzek odsłaniając brzuch. Czyli pozostają większe dekolty, sukienki koszule i bluzki kopertowe lub zapinane na guziki.

Moda na macierzyńskim – okoliczności 

Po pierwsze, pora roku. Po raz kolejny stwierdzam, że rodzenie dzieci wiosną jest jakoś wygodniejsze. Przy pierwszej dwójce wkładałam po prostu koszulki i sukienki na ramiączkach, teraz okazuje się, że… nie mam się w co ubrać. Okazało się, że zdecydowana większość moich jesienno zimowych ciuchów ma za mały dekolt.
Druga sprawa, o której nie zawsze pamiętamy kupując nowe rzeczy, lub przeglądając własną szafę pod kątem ubrań do karmienia. Otóż, przez większość czasu na macierzyńskim siedzimy w domu / jesteśmy na spacerkach koło domu. Oczywiście nie chodzi o to, żeby siedzieć w domu cały czas, ale nie czarujmy się, typowy dzień na macierzyńskim to dom – spacerek koło domu – dom, i karmienie – ulewanie – kupy – sprzątanie, więc zestawy w stylu klasyczna biała koszula (da się w niej karmić przecież) i ołówkowa spódnica, czy elegancka kopertowa sukienka raczej odpadają. Chcę przez to powiedzieć, że ważne jest, żeby szukać fajnych ubrań na aktualną sytuację życiową i kupować to, co faktycznie będziemy nosić na co dzień. Co z tego, że kupimy sobie parę fajnych nowych kiecek, w których da się karmić piersią, jeśli szkoda nam będzie je założyć do domu (czyli przez 90% macierzyńskiego). Dlatego polecam wypracowanie standardu, o której pisała kiedyś Maria z bloga Ubieraj się klasycznie, o tutaj, „Otóż standard to Twoja najgorsza sylwetka, która jest jednocześnie
początkiem nowej, lepszej garderoby i Twoim punktem odniesienia.” Polecam cały wpis, ale w skrócie chodzi o znalezienie takiego złotego środka między wyglądem fajnym i osiągalnym na co dzień. Na tyle ładnie, żeby nie
odwracać głowy gdy widzimy się w lustrze, na tyle wygodnie, żeby nam się chciało tak ubierać. 

 

Moda na macierzyńskim – praktyka

Widzicie na zdjęciach, jak to wygląda u mnie. W punktach:

  • mój priorytet to jak zwykle estetyczna wygoda
  • wygodne bawełniane sukienki z dekoltem/rozpinaniem nadającym się do karmienia piersią
  • wygodne spodnie (luźne, o kroju chinosów, lub elastyczne „jegginsy”) i bawełniana bluzka lub miękka koszula
  • rozpinane swetry
  • mały „myk”, ciekawy dodatek, który bezwysiłkowo „zrobi” mi „stylizację”, czyli, w zależności od nastroju i chęci: kolczyki, czerwona szminka, opaska, kolorowe skarpetki lub rajstopy
  • włosy – świeże (mam trochę fioła na tym punkcie) i przeważnie upięte w koczek lub zaplecione w warkocz, żeby uniemożliwić dziecięciu ciągnięcie i żeby mi było wygodnie
  • twarz – krem BB, podkreślone brwi, czasem kredka na oczy i rzęsy ale nie zawsze (staram się regularnie dbać o to, żeby jak najmniej tego makijażu potrzebować, a jednocześnie dobrze wyglądać)
  • miewam też oczywiście „dni dresa i niechcieja” i nie robię sobie z tego powodu wyrzutów
  • w ubieraniu się do domu z dzieckiem chodzi przede wszystkim o to, żeby się czuć dobrze ze sobą

Sukienka z dekoltem na plecach wbrew pozorom też daje radę.

 
Piżamy Lunaby jako jedne z niewielu są macierzyńsko praktycznie ( w ciąży też dają radę), a jednocześnie nieinfantylne – jak to miło, że nie wszyscy producenci zakładają, że macierzyństwo zmienia kobiecie gust i nastawia na urocze misiaczki.

 

Czy ma dla Was znaczenie, co na siebie zakładacie będąc w domu z dzieckiem? Odpuszczacie, stroicie się, szukacie złotego środka? Co jest dla Was najważniejsze w mamowych ubraniach?

26 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylpodróże i wycieczkiprzyjemności

w mokrych cieniach listopada

by Paulina 21 listopada, 2017

„Dmucha, plucha, zawierucha, całe szyby stoją w łzach”… Jakoś sobie trzeba radzić z tym nie-czasem między złotem października a światełkami i dzwoneczkami grudnia… Radzić sobie najchętniej pod kocem i z herbatką.

Choć przytulna nieruchawość podkocowa kusi i wzywa, to rozsądek mi mówi, że lepiej jej nie ulegać zbyt mocno. Rozsądek i doświadczenie podpowiadają, że praktykowana zbyt często, bywa bolesna w skutkach.

Zaczyna się zawsze niewinnie. Są miękkie dźwięki z gramofonu, jest ciacho i herbatka, dzieciaki zajęte zabawą w swoim pokoju. 
Ale potem pojawiają się te bolesne skutki.
Dla dorosłych – dlatego, że na kanapie, otuleni w te kocyki, świeczki i książki, po prostu tracimy ochotę i energię na cokolwiek innego. Cóż w tym złego, zapytacie. Ano, niestety jest tak, że dorosłość wymaga od nas innych czynności i aktywności. Lepiej mieć na nie energię. A energia pod kocykiem wysącza się jak powietrze z dziurawego balona. Siedzimy zbyt długo i zostaje tylko flak. Chcemy jeszcze więcej kocyków i świeczek, a z hałasów tylko jazz, ewentualnie trzaskanie kominka.

Dzieci na błogą i przytulną domowość reagują zgoła inaczej. Dzieci w tajemniczy sposób wsączają   energię, która wysącza się z rodziców. I dzieci kumulują tę energię. Kumulują, by pod wieczór, przeważnie na hasło „idziemy myć zęby” mogła eksplodować w postaci durnowatych i głośnych zabaw, małpich okrzyków, czerstwych żarcików godnych Karola Strasburgera i głośnym rechotem z tychże. A na koniec obowiązkowo paskudna awanturka, czyli ostatni fajerwerk, który można by zobrazować hasłem „gdyby kózka nie skakała…” bo przecież taka głupawa ZAWSZE kończy się wyciem co najmniej jednego dziecka.

Aż za dobrze znamy ten schemat, i ten szok jaki powoduje dziecięca głupawa z zasiedzenia, gdy jest się rozhyggewanym do granic możliwości. Dlatego staramy się do takich sytuacji nie dopuszczać. Albo je minimalizować.

Wychodzimy. Wychodzimy w te posępne mgły listopadowe, przenikające wilgocią zimno i na przekór się tą szarością zachwycamy. Takie wyjścia i zachwyty wymagają oczywiście więcej wyobraźni i kreatywności (niektórzy powiedzą pewnie, że także abstrakcyjnego myślenia) niż bezwstydnie oczywiste piękno maja.
Ale da się, serio!

 Spacery w podkazimierskich wąwozach…

 

I lubelskie spacery…

Nieodpowiedzialna matka hasa, a nieletnia córka opiekuje się młodszym rodzeństwem

I poprzedszkolne spacery…

Na wystawie Picassa na zamku w Lublinie

A potem wracamy, wszyscy z właściwym poziomem energii, akurat na chwilę nieruchawości kanapowej.

21 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojesieńlaspodsumowaniaslow lifestyle

przyjemności jesienne

by Paulina 10 listopada, 2017

To nie jest typowa jesień oczywiście. Ostatniego dnia lata dołączył do nas jeszcze jeden maluch i siłą rzeczy mnóstwo kręci się wokół niego.

Siłą rzeczy, to z nim wiąże się większość przeżyć. On jest też chyba główną, najświeższą przyjemnością. Te wszystkie niemowlęce triki, wypracowane przez ewolucję, które mają za zadanie chwycić za serce dorosłych, zakochać ich w sobie, działają. Działają jak złoto. Dzidziuś, chociaż płakać i nie zasypiać potrafi bardzo dobrze, potrafi się też uśmiechać – tym bezzębnym, trochę błędnym uśmiechem, i gruchać, i patrzeć coraz uważniej i wtulać się. A to bezbłędnie chwyta za serce i zakochuje mnie w nim jak diabli. Biorę go na ręce, a on uspokaja się momentalnie i jeszcze tylko wzdycha, nad swoimi strasznymi przeżyciami z przed chwili – to jest jedna z tych chwil, kiedy zatyka ze wzruszenia.
I z tego wszystkiego, z tego wzruszenia (doprawionego hormonami pewnie) inaczej też patrzę na starszaki. Że przecież oni też, tak niedawno… I że w gruncie rzeczy, choć tacy wielcy i dorośli, to tacy mali jeszcze i oni też przecież jak jęczą i awanturują, to jak to małe potrzebują po prostu rodzica…
Tak że tak, rodzicielsko, choć czasem jest jazda bez trzymanki, to jest też miód z lukrem.

Ale. Nie samymi dziećmi człowiek żyje. Co jeszcze robi najmilsze jesienne chwile?

Jesienne jedzenie

Jedzenie, a jakże. O ile w lecie
uwielbiam tę witalność, świeżość, prostotę i prosto-z-ziemi, tak
jesienią przyjemność jedzenia jest… dojrzalsza, spokojniejsza,
bardziej wyrafinowana i chyba pełniejsza.
Papryka. Ostatnio
często pieczemy kilka czerwonych papryk w piecu chlebowym (można też w
piekarniku oczywiście), obieramy, dodajemy pestki słonecznika, czosnek, oliwę i
parmezan i mamy fantastyczne, czerwone, jesienne pesto do makaronu lub
bagietki.
Ciasta, takie bardziej sycące. Ucierane ze śliwkami. Klasyczne drożdżowe z kruszonką. Marchewkowe z cynamonem. Buraczane brownie.
Jak coś piekę, dorzucam parę buraków z folii aluminiowej. I takie pieczone buraki
idealnie potem smakują, np na ciepło z serem kozim. Albo – w glazurze
miodowo rozmarynowej – w prostym makaronie z pietruszką i camembertem.
Albo z mozarellą w zimowej wersji caprese. Albo z awokado i rucolą.
Jest jeszcze królowa jesieni, czyli dynia.
Dynia pasuje do wszystkiego, z jej łagodnym smakiem można ją przyprawić
na sto sposobów i w ogóle się nie nudzi. Jemy risotto z dynią i
gorgonzolą. Albo prosty makaron z pieczoną dynią i gałką muszkatołową
(podsmaża się cebulkę na maśle, dodaje świeżo startą gałkę, sól i
pieprz, do tego upieczoną dynię i śmietankę). Albo aromatyczne placuszki
dniowe z serkiem, pomarańczą i cynamonem. Albo zupę dyniową – z
imbirem, albo z gałką, albo z pomarańczą, albo z papryką. Ostatnio hit
to dyniowa pasta na kanapki.

Jesienny las

Jak jesień, to las. Jeździmy do lasu najczęściej jak się da. Spacerujemy do dywanach z liści, wdychamy sobie leśne jesienne powietrze. Zupełnie poważnie podejrzewam, że w lesie stajemy się lepszymi ludźmi.

Jesienna domowość

Spacery spacerami, ale uwielbiam też jesienią te mroczniejące popołudnia w domu. Za oknem deszcz bębni w parapety, a my siedzimy na dywanie i układamy puzzle. Albo gramy w planszówki. Albo na gitarze. Albo ciasteczka pieczemy i zjadamy sobie, z kakałkiem lub herbatą.

Jesienne czytanie

Jesień to też książki. Te książki pod ciepłym kocem, z gorącą herbatą… Wiecie, ten klimacik, na który za rzadko ma się czas tak naprawdę. W tym roku zupełnie bezkarnie pochłaniam książki na kindle’u, karmiąc maleństwo.
Dotychczas zdecydowanie największym hitem były Niksy. Bardzo mi się spodobała ta książką, już dawno nie czytałam czegoś z takim zachwytem. Fantastycznie sportretowane postaci, przyjemne (ale nie chaotyczne) skoki w czasie, świetny styl. Bardzo polecam.
Podobno Nathan Hill bywa porównywany do Johna Irvinga. Zainspirowało mnie to do sięgnięcia do tego autora, bo zdałam sobie sprawę, że dotychczas znałam tylko Świat według Garpa. Najpierw był Regulamin tłoczni win – jak bardzo na czasie z tematem sieroctwa, aborcji i położnictwa! Fantastyczna, potoczysta historia, bardzo filmowa (właśnie się zorientowałam, że jest film na jej podstawie!) i dużo do przemyślenia. Potem Czwarta ręka – trochę mniej mi się podobała, ale nie narzekam zupełnie, na pierwszy rzut oka trochę śmieszna i lekko absurdalna, ale pod tą lekką powierzchnią zwykłe ludzkie szukanie szczęścia (które dzięki tej lekko satyrycznej formie nie jest kiczowate). W każdym razie w kolejce czekają kolejne książki Irvinga!
Król Szczepan Twardoch. Wreszcie przeczytałam, choć ociągałam się długo. I kurczę, dlaczego tak długo? Ach, jaka smakowita opowieść!
Całe życie Robert Seethaler. To maleństwo, niecałe dwieście stron, do którego na pewno jeszcze wrócę. Do bólu lakoniczna, prosta historia zupełnie zwykłego człowieka. Jakoś rusza.
Pozytywna dyscyplina. Hm, hmm. Jeszcze ją czytam, zazwyczaj w okolicach kryzysów wychowawczych… Generalnie sam termin pozytywnej dyscypliny do mnie przemawia, bo zawiera w sobie zarówno szacunek do dziecka, jak i szacunek do rodzica (o czym często w dzisiejszym podejściu do wychowania się zapomina mam wrażenie). Nie jest dla mnie jakaś bardzo odkrywcza, ale trochę porządkuje i pomaga.
A teraz czytam Okruchy dnia, zainspirowana Noblem dla Kazuo Ishiguro. Filmu też nie widziałam, ale już teraz czytając widzę Anthony’ego Hopkinsa. I odruchowo się prostuję.

 

Jesienne filmy i seriale

Tych było mniej, bo te słynne długie jesienne wieczory są u nas zredukowane do tego krótkiego czasu między momentem padnięcia przedszkolaków, a naszym padnięciem, co często sprowadza się do jednej marnej godzinki.
Obejrzeliśmy za to ostatni sezon Grantchester, ten serial niezmiennie mi się podoba.
Drugą cześć Stranger Things o ciągle fantastycznym klimacie
Teraz zaczęliśmy The Expanse, jeszcze nie wiem, czy mi się podoba.

Z ciekawszych filmów:
Baby driver – który kojarzył mi się mocno z pogodniejszą wersją Drive ze świetnym, trochę teledyskowym klimatem
The Big sick – lubię ten typ komedii romantycznych, trochę wymykający się schematom, z fajnymi dialogami, nienachalnym humorem

Kolejne jesienne przyjemności, to robienie na drutach, tradycyjnie z audiobookami z XIXw Anglii.
I porządki w zdjęciach.

Wracam też powoli do ćwiczeń, napiszę Wam o tym jakoś niedługo.

I tak to u nas wyglądają przyjemności jesienne.Przypuszczam, że dalsza część jesieni będzie wyglądała podobnie. Może spacery będą krótsze, może więcej domowości.
A ponieważ już trochę okrzepliśmy wszyscy, może zaczniemy trochę więcej wychodzić, może nawet uda mi się jakieś bezdzietne wyjście?
A jak Wam mija jesień?

10 listopada, 2017 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorozmyślania

… na macierzyńskim, czyli nowy cykl

by Paulina 25 października, 2017

Urlop macierzyński to taki specyficzny czas, pozwalający poznać się od zupełnie nowej strony. Rodzimy się jako mamy, to oczywiste, zajmujemy maleństwem i odkrywamy nowe, niesamowite cechy naszej osobowości, trochę pewnie wymuszone przez okoliczności (np. niezwykłe pokłady cierpliwości, umiejętność organizacji, ogromną odpowiedzialność i obowiązkowość itd). To jest też czas, kiedy poznajemy się zupełnie na nowo, kiedy kobieta zostaje trochę sama ze sobą, ze swoimi myślami (choć czasem ciężko jest je usłyszeć…). A przy tym, ten czas z dzieckiem w domu, choć rozwijający w jedyny w
swoim rodzaju sposób zostawia nas bez pewnej stymulacji, jaką w
naturalny sposób daje praca i różne „dorosłe” wyjścia.

Zostajemy bez pewnych ram, bez rytmu dom-praca-dom.

To jedna z rzeczy, na które narzeka się mocno pracując na etacie, że kierat i dzień świstaka, ale ten kierat jakoś nas… ustawia. Daje pewne ramy.
No dobra, dziecko też nas ustawia i na pewno nie jest tak, że można spać nie wiadomo do której, a potem bumelować w piżamie, oglądać seriale i leniwie prokrastynować. Na prokrastynację nie ma czasu, dziecięce potrzeby są w trybie super-asap, i – dla własnego dobra – dobrze jest jakiś rytm wypracować i się go trzymać. Ale wszyscy znamy przypadki spektakularnego psucia planów przez rozkoszne maluchy, które raczyły się rozespać, rozwyć lub malowniczo przekroczyć możliwości pieluchy w momencie gdy właśnie mieliście wychodzić na spacer. Albo zlekceważyć potrzebę drzemki (na czas której mama miała intensywne plany). Albo niespodziewanie zasnąć na długie godziny podarowując matce cenny czas do wykorzystania.
Na macierzyńskim trzeba wyrobić w sobie umiejętność elastycznego (bardzo elastycznego) zarządzania czasem.

Bez motywacji i wyzwań intelektualnych.

Umówmy się, opieka nad dzieckiem nie stanowi wyzwania intelektualnego. Całe dnie spędzone na zmienianiu pieluch, spacerach, karmieniu, zabawach klockami nie dają naszym mózgom szczególnie dużo wyzwań. Choćbyśmy nie wiadomo jak stymulowały malucha Mozartem, bujaniem i mówieniem do niego, nie będzie on dla nas inspirujący w żaden sposób.
Na macierzyńskim, jakaś część naszego mózgu śpi sobie błogo, beztroskim snem niemowlęcia.

Poza tym, w przestrzeni ograniczonej do domu i standardowych spacerków widzimy te same rzeczy i osoby, nie dostarczamy sobie nowych bodźców i stymulacji, a to też może dodatkowo zawężać nasz świat. A w zawężonym świecie przestaje się chcieć – wyglądać, poznawać, doznawać.

A to wszystko jest cholernie ważne, wiem z autopsji, że nieużywane cechy osobowości i intelektu, tak jak mięśnie, usychają i kurczą się.
Wszyscy też znamy odkrywczą prawdę, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Zresztą, już zostawmy to dziecko nawet – mama nie jest tylko mamą, kiedyś pewnie wrócimy do pracy, kiedyś też dzieci przestaną być takie przyklejone do nas, kiedyś dzieci odejdą. Dlatego nie wolno pozwolić na uśpienie nie-mamowej części nas, bo potem może być naprawdę ciężko ją obudzić.

Jestem na macierzyńskim po raz trzeci, sporą część pierwszych dwóch razy byłam we Francji, bez własnych znajomych, za to z dwójką dzieci i ciągle jeszcze z powodzeniem funkcjonuję jako nie-rodzic, dlatego pomyślałam sobie o stworzeniu małego cyklu o pielęgnowaniu nie-mamy w sobie. Co myślicie, będziecie czytać?

25 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmindfulnessmój stylprzyjemnościspacer

Perfect weather to fly

by Paulina 20 października, 2017

Październik jest dobroduszny i hojny. Rozrzutnie szasta kolorami, każe pławić się w blasku babiego lata, pomarańczu i czerwieni. A słońce podbija wrażenia i człowiek szurający w tych barwnych dywanach ma wrażenie jakiejś kąpieli w złocie.

Codziennie biorę Małe i robimy kilometry wśród tych liści obłędnych. Chodzimy, chodzimy i nasiąkamy.
Liście na drzewach podobnie silne wrażenie robią na mnie chyba tylko w kwietniu, gdy wykluwają się z pączków, fosforyzująco zielone. A teraz ta ciepła paleta taka krzepiąca, jakby chciała już teraz otulić zziębnięte serce, chuchnąć w zgrabiałe dłonie i ożywiać smutną szarość.
Zdecydowanie nie przypadkiem liście starzeją się na żółto i brązowo, a nie szarzeją i bledną – to po to, by zakończyć żywot z przytupem, zrobić raczej wrażenie fajerwerków i niż gasnącej świecy. I po to, żeby człowieka, homo solaris, wesprzeć i nasycić kolorami na zapas.
Ten październik jest jak ostatnia niedziela przed dietą od poniedziałku, albo jak tłusty czwartek przed postem. Pozwala się nacieszyć i pokrzepić. Napawam się więc faworkami kolorów i pączkami ciepłego słońca przed następnymi zimno-szarymi miesiącami.

 

 
 

20 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
chustacodziennośćdzieckojesieńmój styl

spacerologia z chustą

by Paulina 17 października, 2017
chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

Za krótkie są dni ostatnio. I nie chodzi nawet o to, że ciemno robi się już dramatycznie wcześnie.
To raczej to, jak szybko mi one mijają.


Wstaję codziennie z piaskiem pod powiekami, wychodzę cichaczem z sypialni, niech chociaż Małe sobie dośpi, a większe poczują zaopiekowane przed wyjściem do przedszkola. Małe dosypia (albo nie), poranek jest dla starszaków – przytulasy na dzień dobry, parę łyżek jaglanki „na rozpęd”, pomoc w ubieraniu się. Albo, w wersji nie-ma-lekko, foch na dzień dobry, grymaszenie na śniadanie (bo nie ta łyżka), awantura przy ubieraniu  się (bo ta suknia się za mało kręci).

Wychodzą.
Zostajemy potem tylko we dwoje, noworodek z łokciami rozpycha się na mojej liście priorytetów porannych, usuwając z niej takie bzdurki jak mycie włosów, moje śniadanie i kawa, poranne ogarnięcie mieszkania, czy nastawienie prania. Mija czas, intensywnie noworodkowy.
Bywa najtrudniej.
Bywa najpiękniej.
I have an audience with the Pope
And I’m saving the world at eight
But if he says he needs me
he says he needs me everybody’s gonna have to wait (Elbow)

 
Nie wiadomo kiedy robi się południe. Ogarnięcie nie nastąpiło, lub nastąpiło szczątkowe. Wychodzimy czym prędzej, szczątkowo ogarnięci, zawinięci chustą, łapać słońce, oddech i dystans. Małe, błogo wtulone, zasypia momentalnie, ja, krok za krokiem, uprawiam medytację chodzenia.
Ach, jak nas ratują te chustowe spacery. Wracamy parę tysięcy kroków później w jakiejś nowej jakości. Maluch wyprzytulany, ukołysany i z wymasowanym brzuszkiem, ja rozruszana, zrelaksowana i z dotlenioną głową. Układają się myśli i plany, mija rozmamłanie, przychodzi nowa energia.
I popołudnia jakby milsze.

chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

 
 chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

17 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyle

Połóg, czyli prażone jabłka z cynamonem

by Paulina 6 października, 2017

Minęły dwa tygodnie. Dwa tygodnie nowej, dość oszałamiającej rzeczywistości. Dwa tygodnie pachnące noworodkiem i prażonymi jabłkami z cynamonem.


Siedzę sobie teraz i zerkam na tego Małego Człowieka patrzącego w światła okna. Mały Człowiek ma wzrok przytomniejszy każdego dnia, zerka tym swoim granatowym, noworodkowym spojrzeniem, dziwując się światu, dziwnyś, świecie, ale w sumie chyba dajesz radę…

Jadę trochę ciągle na oksytocynowym haju i wzrusza mnie to wszystko.
Wzruszają mnie starszaki, podchodzące do najmłodszego z przepiękną troską. Wzruszają mnie ich przejęte szepty o tym, że dzidziuś teraz śpi albo dzidziuś się obudził i płacze. Oraz wyznania typu: są dwie fajowe rzeczy: dzidziuś i gąsienice.
I to Małe mnie wzrusza. Małe z jego stópkami, westchnieniami rozkoszy przy jedzeniu, i ufnym wtulaniem się we mnie. Standardowo i banalnie zaskakuje mnie cud życia.

Tak naprawdę to ciągle jest chaos trochę. Organizacyjny i emocjonalny, w końcu zmiana niemała i wszyscy ją przeżywamy.
Noworodek nie złapał jeszcze rytmu, nie kuma ciągle za bardzo, że w nocy się śpi.
Starsze dzieci jeszcze nie ogarnęły nowej sytuacji, cieszą się, ale przeżywają wszystko bardzo, więc różnych awanturek nie brakuje.
A ja jeszcze nie doszłam do siebie i w najlepsze trwam w fizjologicznych i emocjonalnych urokach połogu. Ale nie uciekam od tego. Tak ma być. Cieszę się tym luksusem, że pod opieką tylko jedno dziecko, gdy pozostała dwójka jest w przedszkolu, pozwalam sobie na cudowne regeneracyjne polegiwanie i wpatrywanie się z maleńką główkę. Czasem przysypiamy razem przy karmieniu. Miewam też zrywy organizacyjno – porządkowe, z nimi tez nie walczę i gdy czuję się na siłach, organizuję i porządkuję (np pozbywam się rzeczy ciążowych). Jem prażone jabłka i risotto ze szpinakiem i kminkiem. Płaczę, gdy mam potrzebę. Czasem tęsknię do bardziej zorganizowanego życia, może trochę mniej poplamionego mlekiem i pozwalającego zaplanować jakieś wyjście.
I jest mi przytulnie, przytulnie w chaosie.

Mam przy tym wszystkim podejrzenia, że teorie o tym, że trzecie dziecko jest najłatwiejsze i bezproblemowe, to jednak ściema. A może nie tyle ściema, co pewna nieścisłość. To nie trzecie dziecko jest najłatwiejsze w obsłudze, to rodzice trzeciego dziecka są pozbawieni złudzeń i z innym luzem przyjmujący, że  noworodek nie jest ruszającą się lalą, tylko noworodkiem. Z całym arsenałem noworodkowości. Noworodek nie umie zasypiać, boi się własnych rąk, a kupa bywa wyzwaniem ponad siły. Tak po prostu jest.

„U nas nie ma miejsca na takie marnotrawstwo ograniczonych zapasów energii i intelektu, jakim byłoby rozpatrywanie oczywistych faktów jako problemów” (J. Irving, Regulamin tłoczni win)

6 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćkulturalnielubelszczyznaLublinmoda ciążowamój stylprzyjemności

pszczoły w mieście

by Paulina 19 czerwca, 2017
pszczoły na dachu, csk, moda ciążowa

„A tu, moje dzieci jest granica państwa – opowiadam w górach, przy słupku granicznym polsko-słowackim. Zobaczcie, po tej stronie słupka jestem w Polsce, a po tej drugiej już na Słowacji! ” – dodaję, pamiętając o wielkiej fascynacji „Mapami” Mizielińskich.

Ale teraz na topie jest coś innego. „Parzcie, pszczoła na słupku!” – krzyczy Iskra, a Wilczek biegnie do niej szybko przekraczając kilkakrotnie granicę i ignorując totalnie moje geograficzne wykłady.

Taka pora roku, owady wygrywają ze wszystkim.

miejska pasieka, pszczoły na dachu csk 

Dzieciakom wystarczy chwila na dowolnym zielonym poletku, by oboje kucali obok siebie i wpatrywali się z fascynacją w mikroświat stawonogów. Była poksiążkowa faza na pająki, biedronki, mrówki, teraz prym wiodą pszczoły, oczywiście za sprawą dzieła Piotra Sochy, czyli jednej z tych książek, które wciągają i dorosłego i dziecko, uczą bardzo konkretnych faktów entomologicznych, a dorosłemu potrafią obudzić tą radosną dziecięcą fascynację tematem. Zresztą, przypuszczam, że książkę znacie, przynajmniej ze słyszenia.

 

W każdym razie, bardzo nam ostatni pszczeli trend* pasuje.

Mamy w Lublinie miejską pasiekę, w przepięknym miejscu, na dachu Centrum Spotkania Kultur – z widokiem na Lublin i Park Saski.
Bardzo lubię to miejsce i strasznie się cieszę, że zostało powołane do życia. Sporo się tam dzieje, ale nawet bez zamysłów stricte kulturalnych  bardzo warto tam wpaść.

stylizacja ciążowa, moda w ciąży 
csk lublin, moda ciążowa, jak się ubierać w ciąży, stylizacje ciążowe

To dobry początek miłego popołudnia w mieście. My, gdy mamy trochę czasu i ochotę na coś innego niż okolice przedszkolne lub domowe dość często wybieramy kierunek CSK. Parkujemy w podziemiach budynku, wstępujemy do środka, gdzie zawsze jest jakaś wystawa, która można zobaczyć, a potem jedziemy (windą windą, hurra!) jeszcze na ten dach, dwupoziomowy – z pięknym widokiem, pachnącą łąkową roślinnością i drewnianymi chodniczkami.

csk w lublinie

stylizacja ciążowa, moda w ciąży, jak się ubierać w ciąży, kokoworld

 

Odwiedzamy pszczoły i cieszymy się kawałkiem łąki w mieście.
Myślę też, że to naprawdę romantyczne miejsce na randkę – żeby przysiąść sobie we dwoje wczesnym wieczorem wśród tych roślin, na którymś z drewnianych chodniczków. (nie wiem tylko ile osób ma podobny pogląd, i czy romantyczne nie zmieni się w tłoczne)

A potem zjeżdżamy na dół. W najbliższej okolicy są przyjemne kawiarnie, no i Park Saski.

Pytanie ornitologiczne: pawice też tak robią z ogonem, czy to młody samczyk ćwiczy?

*często używam tego słowa raczej bez sympatii. Natomiast w tym przypadku myślę, że to dobra moda, uświadamiająca jak wielką rolę odgrywają te niepozorne zwierzątka.

19 czerwca, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • …
  • 9

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry