podróże i wycieczki
W tym roku wybraliśmy się nad Bałtyk. Wrzesień jest wspaniałym miesiącem na wakacje nad polskim morzem. Trochę szarzej, trochę chłodniej, trochę spokojniej.
Wybraliśmy spokojną i cichą miejscowość na Mierzei Wiślanej ograniczając możliwość kupna nadmorskich pamiątek przecudnej urody, zaśpiewania w barze karaoke, czy zjedzenia flądry smażonej na oleju pamiętającym całe lato.
Był huk morza, tak samo kojący jak doskonała cisza czy wspaniała muzyka. Jasny, chłodny piasek na pustej plaży. Do przesypywania między palcami.
Cudowne nadmorskie lasy. Jedyne w swoim rodzaju. Pełne światła. Jednocześnie przytulne i pełne przestrzeni. Zamszone.
Zapach. Rybny, glonowy, wilgotny.
No i te fale terapeutyczne, do wgapiania się.
I piasek. Wszędzie piasek.
W tym roku na nowo odkryłam Kazimierz Dolny. Urocze miasteczko nad
Wisłą, niecałą godzinę drogi z domu ( czyli akurat czas drzemki Małego
Człowieka). Pakujemy cały cygański majdan do samochodu, i jedziemy w to
bajkowe miejsce. Jeśli akurat nie trwa jakiś festiwal, ani nie jest to
niedziela, w Kazimierzu panuje przyjemna senność i rozkoszna błogość.
To
idealne miejsce na wakacyjny dzień (albo na emeryturę – piękną
emeryturę w którymś z tych uroczych domów na wzgórzach) Rowerami po
fantastycznych
wąwozach lessowych i pagórkach przepięknych. Wśród starych sadów (nic
tak nie smakuje jak ciepłe od słońca sierpniowe jabłko) i
cudnie
malowniczych pól. Potem piknikowanie z widokiem na Wisłę. Lody na rynku.
Plaża.
A na deser, zupełnie niesamowita piosenka Marka Grechuty, „Kazimierzu nasz”
Robi wrażenie, szczególnie tekst, melorecytacja i wciskanie dodatkowych sylab w wersy…
Zimne, górskie powietrze, piękny śnieg (tak tak!), i ta cudowna cisza –
doskonała, przenikająca cisza unosząca się w śpiącym świecie bez koloru.
Tylko czerń drzew, szarość nieba i biel śniegu. I cisza.
Sylwester tradycyjnie w ukochanych górach. Nie korzystałam co prawda
ze wszystkich atrakcji, na cudowne spacery, zamiast połonin, wybierałam
mniej malownicze doliny; tęsknym wzrokiem spoglądałam na towarzystwo w
saunie a wieczorami raczyłam się herbatą z lipy lub z derenia. Bawiłam
się jednak znakomicie.
Teraz wyjazd muszę „odleżeć”, ale było warto.
Mieliśmy w planie udać się na październikowy wypad Bieszczady. Ponurzać się w przepięknych kolorach, zachwycić ciepłym światłem, nasycić zapachem barwnych liści. I nie wyszło. W zamian za to, zanurzyliśmy się w teatrze, dzięki Konfrontacjom Teatralnym, które trwają w Lublinie od tygodnia.
A co do Bieszczad, w tym roku pozostaną nam tylko zdjęcia z sierpnia, też było pięknie. Dotychczas jeździliśmy wiosną, lub na początku lata. A tymczasem w sierpniu, Bieszczady nabierają innego uroku. Zieleń staje się mniej intensywna, dojrzalsza, trawy płowieją, rudzieją i bledną.
ps. Żeby powiększyć zdjęcie, wystarczy na nie kliknąć. Nie wiem, jak zrobić, żeby na stronie wyświetlały się większe…
Wciąż trwam w pourlopowym chaosie, ogarniam się i odnajduję w czasie.
A wakacje? Intensywne. Zaczęliśmy filmowym cudownym Zwierzyńcem, potem przenieśliśmy się w krainę malowanych bukowińskich monastyrów i przepięknych krajobrazów, a zakończyliśmy wędrowanie w swojskich Bieszczadach. Zapraszam na trochę obrazów rumuńskich.
W Rumunii spędziliśmy stanowczo za mało czasu i koniecznie chcemy tam wrócić. Przepiękne krajobrazy, wspaniałe góry, niezwykła różnorodność, pyszne jedzenie i wino. Czas tam (szczególnie na Bukowinie) trochę się zatrzymał, przez parę dni wędrowaliśmy wśród malowniczych wiosek, gór i malowanych monastyrów – zupełnie inny świat.
Gdy robi się ciepło, tory zaczynają pachnieć podróżą. To taki niezbyt wyrafinowany zapach nagrzanego żelaza, ale niesie jednoznaczne wakacyjne skojarzenia. Wtedy od razu rozpuszczam myśli o letnim wędrowaniu.
Na strychu plecak, w głowie plany dotyczące tegorocznego wypadu. Będą Karpaty, malowane monastyry, Dunaj, średniowieczne zamki, muzyka i wino. Namiot codziennie w innym miejscu, rozmowy, wdychanie tamtejszości.
To jeszcze trochę. A tymczasem mamy ciepłe wieczory i cudowne weekendy.
„Styczeń znów otulił mocnym snem
białą manną posypane pola
sosny w przekrzywionych czapach
na wielkim łbie
łypią czarnym ślepiem posiwiałej kory”
Na zimowym półmetku, gdy zamarzła do reszty letnia energia.
Generalnie sposoby na zimę znam dwa: pierwszy to przystosowanie się do uśpionej pory roku i ograniczenie aktywności (proponuję koc, termofor, złocistą nalewkę z kwiatów czarnego bzu, książki z akcją w Ameryce Południowej, gry planszowe i bossa novę).
Zaś drugi (wymaga więcej silnej woli, praktykuję go znacznie rzadziej), to zanurzenie się w zimie. Zachwyt oślepiającym śniegiem, ciężkimi drzewami, palcami rozmarzającymi po marszu. Energia, jaka się wtedy budzi, jest jakaś czysta i wyraźna.
Udały się.
Hiszpania jest piękna, smaczna, szalenie malownicza, różnorodna. Nasze wędrowanie rozpoczęliśmy w Barcelonie.Po dosyć niespokojnej nocy spędzonej na plaży ruszyliśmy na północ. Zanim dotarliśmy nad ocean, zahaczyliśmy o szlak świętego Jakuba (wspaniała sprawa, na pewno na niego wrócimy, pewnie z rowerami), podziwiając urocze średniowieczne miasteczka z imponującymi kościołami, racząc się doskonałym winem, oliwkami, serem i szynką.
Północ zachwyciła. Zamożny, spokojny, sielankowy Santander, energetyzujące, wyraziste Oviedo (zupełnie inne wrażenie odniosłam po Vicky, Cristina, Barcelona), klimatyczne miasteczka wciśnięte pomiędzy góry… A do tego dzikie plaże, pełne ostryg i małż ( upolowane i ugotowane w winie, pyszne, któregoś pięknego dnia spędzonego leniwie nad oceanem), wspaniałe góry, zniewalające widoki. Intensywna uczta dla wszystkich zmysłów.






































































































