Wróciliśmy.
Tydzień pod namiotem na Lazurowym Wybrzeżu.
Pięknie. Gorąco. Intensywnie.
Tak, jak kiedyś pisałam, inaczej. Nie było mowy o spontaniczności, wieczorach na plaży z winem i upolowaną ostrygą, mogliśmy zapomnieć o leniwym plażowaniu, o większych wycieczkach, o beztroskiej włóczędze.
Było za to obserwowanie zachwytu morzem – zachwytu totalnego, podszytego przerażeniem, wyrażanego całym sobą. I duma z synka, śmigającego na rowerku po campingu i nawiązującego międzynarodowe przyjaźnie. I błogo śpiące niemowlę kołysane szumem morza. I to poczucie kompletności, gdy siedzieliśmy sobie we czwórkę przed namiotem. I bardzo cenne chwile we dwoje, gdy młodzież padła.








































































































